18

Funkcjonariusz, który przyjechał z Karloffem, z trudem odkręcił zardzewiałe śruby podtrzymujące uszkodzone koło. Heinz siedział w gabinecie rektora seminarium i pił mocną kawę. Zapytał, czy może zapalić. Odnalazł zgniecioną paczkę w tylnej kieszeni spodni, zapalił i zaciągnął się łapczywie.

– Może to pana uspokoi – usłyszał.

Majda wstał i po chwili z charczącego głośnika popłynęły dźwięki znanej już Heinzowi piosenki. Filiżanka drgnęła w dłoni Heinza i kilka kropel czarnego płynu wsiąknęło w jego spodnie.

– Podoba się panu? – zapytał rektor.

– Wolę bluesa. Takiego Roberta Johnsona na przykład. O jego muzyce mówili, że ma jakąś szatańską moc. – Popatrzył znacząco na Majdę. – Gość śpiewał o diable, alkoholu i, ksiądz wybaczy, o dziwkach… Zginął w niewyjaśnionych okolicznościach.

– Bohater w sam raz dla policjanta – skwitował duchowny

– A jeśli chodzi o pańską muzykę, to… – Heinz zawiesił głos – ciekawa jest kolorystyka tej okładki – wskazał palcem.

– Fiolet. Adwentowy kolor. Przed Bożym Narodzeniem płyta świetnie się sprzedawała w wielu parafialnych księgarniach i sklepikach. Przed Wielkanocą zaprojektowaliśmy już inną okładkę. Tak czy inaczej mam mnóstwo roboty. Płyty, rozprawa habilitacyjna… Cały dochód ze sprzedaży płyt przeznaczam dla naszych seminarzystów. – Majda uśmiechnął się.

– Dla Rakowieckiego i Leskiego też?

Uśmiech na twarzy rektora zgasł jak niedopałek wgnieciony w popielniczkę.

– Dla takich jak tamci dwaj przede wszystkim.

– To znaczy?

Oczy księdza zwęziły się.

– To znaczy, że pomagamy seminarzystom z biednych rodzin. Rakowieckiego samotnie wychowywała matka. Bardzo pobożna kobieta. Ledwo wiązali koniec z końcem. Rodzina Leskiego to… – Machnął ręką, szukając właściwego słowa.

– Degeneraci? – podpowiedział Heinz.

– Coś w tym rodzaju. Gdyby nie proboszcz z Serocka, chłopak by się stoczył. Dodam, że pomagamy im i teraz, przy pochówku syna.

Akurat. Msza pogrzebowa gratis i pewnie organista w pakiecie. Heinz wstał.

– Zastanawiają mnie dwie rzeczy. – Podszedł do odtwarzacza płyt kompaktowych i wyłączył go. – Ksiądz powiedział: „tamci”. Nie: „świętej pamięci Karol” czy „świętej pamięci Grzegorz” albo „nasi synowie”, czy jakoś tak, tylko „tamci”… Jak o zupełnie obcych ludziach… Ksiądz ma do nich jakąś urazę?

Majda nie odpowiedział od razu. Wpatrywał się w Heinza niczym doświadczony kelner testujący wzrokiem nowego klienta.

– Żal mi tych chłopaków. Naprawdę. A powiedziałem:

„tamci dwaj”, bo seminarzystów poznaję lepiej, gdy są na czwartym, piątym roku. Poza tym – wzruszył ramionami – nie mam zwyczaju fraternizować się z klerykami, jak co poniektórzy…

– Jak kto?

Majda milczał.

Rozległo się pukanie. Zanim rektor zdążył się odezwać, w drzwiach stanęła kobieta z fryzurą, której nie powstydziłaby się Violetta Villas. Podeszła do Majdy. Duchowny próbował wstać, ale nie zdążył. Kobieta chwyciła go za rękę, pocałowała w dłoń i zaczęła potrząsać nią nerwowo.

– Słyszałam… Słyszałam to… – jej głos przypominał pomruki wydawane przez jakieś egzotyczne zwierzę. – Oskarżają go, że znowu napadł na Żydów i że powiedział, że to Żydzi trzymają w swych pazernych mackach wszystkie światowe pieniądze. Ale ja – kobieta wypięła duży biust – słucham uważnie, a i w chórze kościelnym za młodu śpiewałam. – Ściszyła głos. – To nie był on. To nie ojciec dyrektor, błogosław mu, Panie… – wzniosła ręce do góry. – Inny akcent, inny sposób ustawienia krtani, oj, znam się ja na tym. Dobra podróba, ale tylko podróba…

Chyba uczestniczę w kolejnej edycji „Idola” – przemknęło Heinzowi przez głowę.

– To nie był on… – powtórzyła kobieta. – To był – wzięła głęboki oddech – impresonator. Impresonator podszywa się pod ojca dyrektora i…

– Pani Wasiakowa – uciął rektor. – W koszu zostawiłem trochę rzeczy do prania. – Pokazał palcem w stronę pokoju znajdującego się za gabinetem. – Siostry służebniczki – spojrzał na Heinza i rozłożył ręce w przepraszającym geście – nie zawsze dają sobie radę z praniem i sprzątaniem. – Korzystamy wtedy z zewnętrznej pomocy.

– Ja wiem swoje – mruczała kobieta – to impresonator.

Zabrała bieliznę i wyszła. Pomruki cichły na korytarzu.

– Takim nieszczęśliwym jak pani Wasiakowa też pomagamy. A druga sprawa? Wspominał pan o dwóch…

– Drugie pytanie brzmi tak – Heinz dotknął palcami skroni. – Macie tu swoje zasady. Więc jak to możliwe, aby dwaj klerycy wyszli niepostrzeżenie? I dlaczego nie zawiadomiliście policji od razu, gdy nie wrócili?

– To proste – rektor rozłożył ręce. – Mamy do czynienia z dorosłymi ludźmi. Złamią regulamin – wiedzą, co ich czeka. A dlaczego nie zawiadamiamy? Bo służba Bogu to sprawa sumienia, a nie listy obecności. Po prostu – wskazał ręką okno – wielu nie wytrzymuje i wybiera inne życie. Odchodzą z seminarium, nie informując nas. Dzieje się tak najczęściej w czasie wakacji. Ale i w roku akademickim to się zdarza. Ci chłopcy często wstydzą się swojej słabości… Nawet rodzin nie powiadamiają… I co? – zapytał rektor. – Mam ich ścigać albo dzwonić z tym do was? Mało macie roboty? Czy ma pan jeszcze jakieś pytania, bo mam dzisiaj dużo pracy…

– Ten prymus na korytarzu wyrecytował harmonogram dnia, ale… – Heinz zawiesił głos i wpatrywał się w dłonie rektora, wybijające nerwowo jakiś rytm na blacie biurka. Przetrzymam go jeszcze trochę – pomyślał.

– Ale co? – warknął duchowny.

– Ale nie usłyszałem najważniejszego. Kiedy seminarzyści mają czas wolny i mogą wyjść na miasto?

– Zwyczajowo w czwartki. Między szesnastą a dziewiętnastą.

– Rakowiecki i Leski nie wyszli w czwartek. To – Heinz raz jeszcze zawiesił głos – stało się w środę. Więc?

Rektor westchnął.

– Powiedziałem, że w czwartki zwyczajowo. Jeśli chcą się gdzieś wybrać innego dnia, muszą się wpisać do specjalnego zeszytu wyjść. Klerykowi musi wtedy towarzyszyć socjusz…

– To ktoś w rodzaju przyzwoitki? – zapytał złośliwie Heinz.

– Jeśli świat pańskich porównań jest tak ograniczony, niech tak będzie – odparł Majda. – Alumn zabiera ze sobą towarzysza, takie są zasady.

– Chciałbym dostać ten zeszyt wyjść.

Majda rozłożył ręce.

– Pańscy koledzy już go zabrali. Czy ma pan do mnie coś jeszcze?

Heinz wstał.

– Dziękuję za wyjaśnienia. Chciałbym porozmawiać z księdzem profesorem Rutgerem. Kiedy mogę go zastać?

– Ma dziś dyżur dla seminarzystów między dziewiętnastą trzydzieści a dwudziestą trzydzieści – warknął Majda. – Będzie tu. W moim – podkreślił – gabinecie.

Najwyraźniej zna na pamięć grafik nauczycieli – pomyślał z podziwem Heinz. Pożegnał się i stał już w drzwiach. Odwrócił się nagle.

– Co się stało z księdzem Kowalskim? Uczył tu kiedyś u was…

Majda zmrużył oczy, jakby miało mu to pomóc przypomnieć sobie osobę, o którą został zapytany.

– Kowalski… Był taki… Odszedł kilka lat temu. Miał, zdaje się, jakieś inne plany…

Kłamiesz. Wiem, że kłamiesz.

– Ostatnie pytanie. Z czym kojarzą się księdzu liczby:

dwadzieścia jeden, trzydzieści siedem.

Majda poderwał się z fotela.

– Pan raczy żartować? – powiedział cicho. – Milionom Polaków te liczby od dwóch lat kojarzą się tak samo. Jak pan śmie… – wycedził przez zęby.

Heinz stał bez ruchu.

– Niech pan spyta Rutgera – syknął. – Ksiądz profesor jest ekspertem w tej dziedzinie. W końcu to biblista – zaśmiał się.

Odgłos zamykanych z rozmachem drzwi rozszedł się echem na korytarzu seminarium, jakby zatrzaskiwano właz krypty. Duszę się tu – pomyślał Heinz. Poczuł się, jakby ktoś zamknął go w gigantycznej trumnie. Zupełnie jakby ktoś odciął mu dopływ tlenu do płuc i mózgu.


***

Kolejny niedopałek zniknął wgnieciony w piach. Nie wiedzieć czemu przypomniał sobie, jak był małym chłopcem i rozgniatał dżdżownice na nierównym chodniku pełnym ogromnych kałuż z okami benzyny i oleju samochodowego. Kiedyś przemokły mu buty i dostał za to pasem. Nawet bardzo nie bolało, ale posiusiał się ze strachu. I wtedy dostał drugi raz. P wiele mocniej. Poczuł narastający ból w dolnej części brzucha. Tym razem nie ze strachu. Bolało go z wściekłości. Z trudem powstrzymywał dygot całego ciała. To mogłoby zwrócić na niego uwagę, a tego przecież nie chciał.

Dzisiaj panuje nad wszystkim. Dziś nic i nikt nie pokrzyżuje jego planów. Nawet ta niesłowna kurwa, która zasłużyła na śmierć. Ale jak nie ta, to będzie inna.

Ostatni raz sprawdził, która godzina. Pora była idealna. Matki z wózkami zakończyły przedpołudniowy spacer wśród zieleni, właściciele psów jeszcze nie wrócili z pracy. Nocną zmianę zaczyna o osiemnastej, ma więc dużo czasu. Zdąży wrócić do domu, wykąpać się i odpocząć. Może nawet przyjdzie tu jeszcze raz, by popatrzeć na policyjne radiowozy i taśmę odgradzającą teren od spojrzeń ciekawskich. Może zobaczy nawet wypchany czarny worek? Nie. Nie zrobi tego. Ciekawość zgubiła już wielu, a on nie chciał głupio wpaść. Zbyt wielką przyjemność sprawiało mu to, co zaczął robić ostatnio.

Tak. Jak nie ta, to inna.

Dłużej nie będzie tu stać. Przeszedł kilkaset metrów między drzewami i dotarł do szerokiej wydeptanej ścieżki. Pamiętał, że niedaleko stąd postawiono kilka ławek dla spacerowiczów.

Nie musiał czekać długo. Usłyszał trzask łamanych gałęzi i zobaczył kobietę. W pierwszej chwili myślał, że to ona. Podobna figura, obfite piersi, gęste farbowane włosy podobnie zaczesane, zbliżony wiek. Ta kobieta nosiła jednak okulary, tamta zaś zawsze chwaliła się, że wciąż ma świetny wzrok.

Podszedł szybkim krokiem.

– Prze-przepraszam – zapytał, jąkając się. – Czy to nie pani zostawiła tu tę torbę? – Wskazał na reklamówkę, którą trzymał w lewej ręce.

– Nie… to nie moja torba. Nigdy nic nie gubię. – Odwróciła głowę, a potem nagle się roześmiała. Szeroko otwarte oczy i gardłowy głos. Zupełnie jak u tamtej. Brakuje tylko szminki rozmazanej na górnej jedynce.

– Z czego się pa-a-ani śmieje? – zapytał i prawą rękę zanurzył w torbie. Zacisnął dłoń na chłodnej rękojeści i poczuł ulgę.

Загрузка...