InterCity odjeżdżał do Warszawy o szóstej czterdzieści. Heinz minął trzy puste przedziały i wszedł do swojego. Oczywiście – pomyślał – tak jest zawsze. Jak to się dzieje, że zawsze trafiam tam, gdzie ktoś już siedzi. Miał miejsce pod oknem. Naprzeciw usiadła trzydziestolatka z toną pudru na policzkach. Z blond odrostami przebijającymi przez czarną farbę wyglądała jak samica tygrysa. Naprzeciwko niej, po skosie, przy drzwiach, usiadł chłopak w kowbojkach i obcisłej białej koszulce polo.
Heinz wiedział, co teraz nastąpi. Nie pomylił się. Tygrysica wyjęła kosmetyczkę, sprawdziła w lusterku, czy perfekcyjny makijaż nie doznał uszczerbku, wyjęła dwa telefony komórkowe oraz dwutygodnik poświęcony galaktycznym gwiazdom seriali i estrady i zastępom ich czeladników mozolnie przeciskających się z dalszego planu na pierwsze strony. Chłopak przeciągnął się. Położył koło Heinza komórkę i ostatni numer „Runner's World”, pisma dla biegaczy. „Popraw swoją kondycję. Więcej biegu – lepszy seks” – bił po oczach nagłówek na okładce. A potem Tygrysica i Biegacz rozłożyli na kolanach laptopy.
Ledwo pociąg ruszył, Heinz wstał i poszedł do warsu. W wagonie restauracyjnym zamówił od razu dwie kawy ze śmietanką. W InterCity zawsze czuł się jak intruz. Wśród mundurów nowego ustroju, garniturów i żakietów, menedżerów i dyrektorów rozmaitego szczebla czuł się jak kloszard. Gdy szedł korytarzem, widział przestrach w oczach podróżnych. Najwyraźniej spodziewali się, że ten mężczyzna z niechlujnym zarostem, w wygniecionej sztruksowej marynarce z łatami na łokciach, pamiętającej zapewne lata siedemdziesiąte, podejdzie i poprosi o datek. Gorzej od niego ubrani byli tylko turyści z zagranicy, a ich powyciągane t-shirty stanowiły jawne wyzwanie rzucone biznesowej elegancji.
Tym razem jednak nie był ubrany najgorzej. Przy stoliku najdalej odsuniętym od baru siedział chłopak w bluzie z kapturem. Przez pół godziny nic nie zamówił. Teraz przypatrywał się lampkom zwieńczonym kloszami z matowego szkła.
– Proszę pana, to nie poczekalnia. – Heinz usłyszał głos zirytowanego kelnera. – To restauracja. Proszę coś zamówić albo stąd wyjść.
– Mogę się zastanowić, nie? – Chłopak nie dawał za wygraną.
– Byle szybciej.
Heinz westchnął, dopił drugą kawę i wrócił do przedziału. Gdy otwierał drzwi, zauważył, że Tygrysica i Biegacz rozmawiają z ożywieniem.
– Och – szczebiotała kobieta – produkujemy nie tylko urządzenia słaboprądowe. Pilnujemy także naszych resellerów… Niekiedy trzeba ich postawić do pionu…
Chłopak kiwnął głową z uznaniem. Wachlował się „Runner's Worldem”.
– Podobnie u nas – powiedział – chociaż nadzór nad centralnymi systemami zarządzania w inteligentnych budynkach jest procesem bardziej złożonym. – Wpadł w rytm wykładu. – Nasze produkty muszą być odpowiednio zestandaryzowalne i skalowalne. Z dbałością o customizację i integratorów.
Teraz ona kiwała głową z uznaniem.
– My w firmie wciąż mamy kłopoty na poziomie supportingu.
Heinz patrzył przez okno na kwitnące drzewa. W szybie odbijała się twarz rozentuzjazmowanej menedżerki. To już nie była rozmowa ludzi z branży. To była pieśń nad pieśniami. Przerywali rozmowę tylko wtedy, gdy musieli odebrać telefon. Nie było szans, że zamilkną. Równie dobrze mógłby walić kijem bejsbolowym w lalkę Barbie i oczekiwać, że ta stanie się alterglobalistką.
„Podłącz się, dostrój, odpadnij” – mawiał guru hipisów Timothy Leary. Heinz postanowił się wyłączyć. Wyjął zabrudzoną pożółkłą teczkę zawiązaną czarnym brudnym sznurkiem. Mięsień na twarzy Tygrysicy drgnął i na nienagannej fasadzie z pudru pojawiło się pęknięcie.
Znał dobrze Lasek Aniołowski. Kilka lat temu skinheadzi napadli tam na bezdomnych. Zakatowali starszego mężczyznę, ciężko ranili dwie kobiety. Teraz Lasek znów będzie omijany szerokim łukiem. Wprawdzie miejsce zabójstwa podlegało komendzie miejskiej w Częstochowie i to tam prowadzono sprawę, jednak – jak często bywało – Heinz został poproszony o konsultację.
Ofiarą była czterdziestopięcioletnia kobieta, od czterech lat wdowa, mieszkanka Interioru, jak często nazywano miasto, nad którym górował klasztor na Jasnej Górze. Samotna, spokojna. Jak takiej spokojnej kobiecie można zadać czterdzieści ciosów nożem? Heinz przekładał zdjęcia niczym karty do gry. Zryty teren. Tylko czy na pewno w trakcie walki? Istniało przecież ogromne ryzyko, że na miejscu pozostaną ślady umożliwiające identyfikację ofiary. Tymczasem pod paznokciami zabitej nie było – jak to określił technik policyjny – „interesującego materiału''. Analiza mikrośladów na ubraniu też nic nie dała. Morderca – niemal na pewno mężczyzna – działał starannie. Metodycznie. Heinz znów spojrzał na zdjęcie. Przeczesał włosy na skroni. Nie, to się nie zgadza. Teren zniekształcono już po zabójstwie. Może po to, by stworzyć pozory, że zbrodnię popełniono po gwałtownej kłótni.
Heinz wyjął kolejną fotografię. Przedstawiała kobiecą dłoń pokrytą zlepionymi grudkami ziemi i zaschniętymi plamkami krwi. Między kciukiem i palcem wskazującym trzymała ptasie pióro. Pióro gołębia. To z pewnością nie mógł być przypadek. Heinz przypomniał sobie wczorajszą rozmowę z Krygierem. Zapytał wówczas o Johna Jouberta.
Znów powróciła przeszłość. Pierwszy staż w Quantico, w Jednostce Nauk Behawioralnych FBI. Wtedy, wśród wielu przypadków analizowanych podczas ćwiczeń, zetknął się z historią mężczyzny, który zginął od ciosów ołówkiem. Narzędzie zbrodni wskazywało na byłego więźnia, wymierzanie sprawiedliwości za pomocą ołówka należy bowiem do więziennej klasyki. Ówczesny guru amerykańskich pro-filerów uznał, że jest inaczej: ołówek wskazuje na żółtodzioba, na kogoś, kto zabija pierwszy raz tym, co akurat ma pod ręką. Tak czy siak, ołówek okazał się kluczem do całej sprawy.
W jego sprawie pióro jest tak samo ważne, jak w tamtej ważny był ołówek. Metodyczność zbrodni w Lasku Aniołowskim wykluczała możliwość przypadku. Pióro włożone w dłoń kobiety było wizytówką mordercy. Jego podpisem, wciąż dla Heinza nieczytelnym. Rozkopana ziemia to element inscenizacji. Najbardziej przerażała go liczba ciosów. Czterdzieści uderzeń, z których pewnie połowa to pchnięcia śmiertelne. Dlaczego więc dźgał kobietę bez opamiętania? Bo jej śmierć mu nie wystarczała. Śmierć nie zaspokoiła jego potrzeb. Chciał czegoś więcej. Kogoś więcej.
Teraz skurwiel siedzi w pracy. Albo je obfite śniadanie w domu i ogląda telewizję. Przechodzi fazę wyciszenia. Fazę maskowania się, jak mawiają koledzy z Ameryki. Jednak faza normalności kiedyś się skończy. Znów uderzy. Może się to zdarzyć za tydzień albo za pół roku. Ale się zdarzy. Zamknął oczy. Położył teczkę na kolanach. Był zmęczony po źle przespanej nocy. Chyba przez kilka minut spał.
– I tak myślę sobie, że mogłabym być PR Count Manager
– wyrzuciła z siebie Tygrysica z szybkością kałasznikowa.
– Ale to ślepa uliczka. Bo PR Count Manager to funkcja, nad którą nie ma innego stanowiska. Więc nie mogłabym awansować. Chyba że na prezesa…
Zobaczyła, że mężczyzna siedzący naprzeciwko patrzy na nią.
– O, już nie śpimy – niemal zaśpiewała, najwyraźniej znudzona rozmową z Biegaczem. – A pan, jeśli wolno zapytać, czym się zajmuje?
– Kiedyś powiedzieliby, że jestem alienistą – przypomniał sobie tytuł jednego z kryminałów, który czytał dawno temu.
– Słucham? – nie zrozumiała.
– Nieważne. Jestem konsultantem.
Chłopak, który wciąż wachlował się egzemplarzem czasopisma dla biegaczy, skinął głową z uznaniem.
– Konsultantem? – zapytał.
– Z angielska mówiąc, jestem profilerem. Oceniam, czy ktoś się do czegoś nadaje, czy nie. Czy mógłby zrobić coś, czego nie mogą inni.
Poczuł, że dwie kawy wypite w warsie bezlitośnie atakują pęcherz.
– Przepraszam państwa. – Wstał. Z teczki wysunęło się kilka zdjęć.
Chłopak podniósł je z rudawego dywanika i zbladł. Zdjęcia przedstawiały trupa kobiety. Krwi było tak dużo, że zdawało się, iż zaraz zacznie skapywać z fotografii.
– Przepraszam – mruknął Heinz. – Te zdjęcia nie są, by tak rzec, zestandaryzowalne. Tej kobiecie – pstryknął palca mi w zdjęcie – supporting nie jest już potrzebny.
Spojrzał na Tygrysicę, która nagle zamilkła. Na półce przy oknie leżał kolorowy magazyn. Na okładce Heinz zobaczył znaną piosenkarkę i bijący po oczach tytuł: „Dlaczego odwołała ślub?!”.
– Jak pani myśli – zwrócił się do milczącej Tygrysicy – dlaczego odwołała ślub? – Pokazał na okładkę.
– Pewnie się rozmyśliła… – Ledwie dosłyszał odpowiedź.
– E tam, rozmyśliła… Umówili się z narzeczonym, że przesuną termin o miesiąc, by gazety znów mogły o nich napisać. Tyle o tym.
Schował pobrudzoną pożółkłą teczkę i wyszedł na korytarz.
Doszedł do toalety, ale ktoś zdążył go uprzedzić. Do odrapanych drzwi we przymocowane były dwie plastikowe przegródki. Obie wypchane tą samą broszurą. Heinz otworzył na chybił trafił i przeczytał: „Z budowaniem zespołów ściśle związany jest temat coachingu. Raz zbudowanego zespołu nie można pozostawić bez pomocy”. Coaching. Jak customizacja i supporting. Na dole jeszcze wyczytał, że tematem broszury są „letnie rozważania na temat zarządzania”.
To zupełnie jak jakieś cholerne rekolekcje dla menedżerów.
Toaleta zwolniła się i Heinz niepewnie wszedł do środka. W pociągowym kiblu, nawet w InterCity, czekają niespodzianki, i tu żaden coaching nie pomoże. Ostatnio, gdy jechał na wykład do Poznania, na zgniłozielonej pokrywie muszli klozetowej zobaczył smugę białego proszku, który każdemu średnio rozgarniętemu policjantowi skojarzyć się może tylko z jednym. Heinz wysikał się i spuścił wodę. Rekolekcje dla menedżerów, stawiając opór wodzie, znikły w kloacznej rurze.
Pociąg zbliżał się do Warszawy Centralnej. Heinz bez słowa pożegnania wyszedł z przedziału. Na peronie przy ruchomych schodach stały dwie staruszki z gazetkami w ręku. Okładkę wypełniały różne odcienie błyskawic i groźna brodata twarz wyglądająca zza chmur. „Kiedy Armagedon?” – głosił napis wybity czerwoną czcionką.
– Może pan kupi? – zapytał jedna z kobiet. – Bardzo ciekawa gazeta.