Obudził go ból. Czuł się tak, jakby leżał w ciemnej bramie praskiego Trójkąta Bermudzkiego, kopany po głowie przez kilku nastolatków znudzonych już tą monotonną rozrywką. Nie pomógł środek przeciwbólowy reklamowany jako lek najnowszej generacji, uśmierzający ból punktowo.
Reklamowe sranie w banię.
Heinz włożył głowę do umywalki i odczuł ulgę, gdy kaskady lodowatej wody ściekały mu po brwiach, uszach i policzkach.
Wykonał kilka telefonów. Zadzwonił do Instytutu Reumatologii. Potem poprosił, by policjanci z komendy stołecznej umówili go na spotkanie w seminarium. Gdy załatwił wszystkie służbowe sprawy, wybrał jeszcze jeden numer.
– Odbierz, sukinsynu.
Odczekał, aż włączy się automatyczna sekretarka, i nacisnął przycisk z czerwoną słuchawką. Syn nie oddzwonił ani nie odpisał na żaden z esemesów. Pozostawianie kolejnej wiadomości nie miało sensu.
Przed południem był w Pałacu Mostowskich. Gdy wszedł na pierwsze piętro, usłyszał krzyk dobywający się z męskich gardeł oraz gromkie oklaski. Rozentuzjazmowani policjanci wypadali na korytarz i obściskiwali się.
– Wygraliśmy! Rany boskie, wygraliśmy! Słyszysz? – Chlaściak potrząsał ramionami Baryki.
– Co jest? – kwaśno zapytał Heinz. – Trafiłem na Dzień Uśmiechniętego Policjanta?
– Lepiej! – wrzasnął Chlaściak. – Przyznali nam organizację Euro 2012. Rozumiesz?
Chlaściak popatrzył na Barykę nieprzytomnym wzrokiem. Wyglądało jakby jeszcze nie wytrzeźwiał po nocnym pijaństwie.
– Młody, zorganizuj flaszkę, rozpijemy. Jest przecież co świętować. Przyłączysz się, Heinz?
– Nie. Ale pewnie będę miał dziś okazję, żeby się pomodlić. Zresztą – dodał, łapiąc zdumione spojrzenie Chlaściaka, który nie wiedział przecież o czekającej Heinza wizycie w seminarium – nieważne…
Bardziej wyczuł niż usłyszał, że ktoś za nim stoi.
– Szczęśliwy dzień, prawda Heinz? – Wydało mu się, że w głosie inspektora Osucha słyszy źle skrywaną złośliwość.
– Pozwól ze mną na chwilę.
Usiedli w pokoiku wielkości windy towarowej w starym bloku. Zza drzwi cały czas dobiegały ożywione głosy i dało się wyczuć wzmożony ruch na korytarzu. Jedynym źródłem światła była lampka na stoliku umocowanym przy narożnych ścianach.
– Nazywamy to miejsce Jaskinią Klaustrofoba. – Osuch wykonał ruch ręką jak przewodnik oprowadzający turystów.
– U mnie w gabinecie jest remont, a w pokoju zebrań narada, co zrobić, żeby poprawić wizerunek policji.
– Ja bym po prostu złapał tego skurwysyna, który zabił tych dwóch chłopaków. Wtedy o wizerunek nie mamy się co martwić.
Twarz Osucha nie zdradzała żadnych emocji. Mogło się zdawać, że obaj wsłuchują się w ożywione głosy za drzwiami, jakby stamtąd dochodziły najpiękniejsze dźwięki rodem z filharmonii.
Chlaściak nie jest jedyny. Widocznie inni też kołują flaszkę – pomyślał Heinz.
– Szczęśliwy dzień mamy – inspektor w końcu przemówił.
– Wezwał mnie pan specjalnie do tej waszej Jaskini Klaustrofoba, by podzielić się swoim szczęściem? – Heinz czuł, że wzbiera w nim irytacja. – Wybaczy pan, ale…
– Szczęśliwy dzień, Heinz, bo wreszcie mamy ślad. Mocny trop w naszej sprawie.
Tym razem Heinz uważał, by nie zdradził go żaden odruch.
– Namierzyliśmy – ciągnął Osuch – grupę neofaszystów, którzy na swojej stronie internetowej grożą, że wytępią czarnych, Żydów i – uwaga! – inspektor podniósł palec – gejów. Potraktowaliśmy rzecz poważnie i połączyliśmy te groźby z informacją, że pod jednym z klubów dla homoseksualistów trzy tygodnie temu pobito, wyobraź sobie, księdza…
– Sam złożył zawiadomienie o pobiciu? – z powątpiewaniem zapytał Heinz.
– Sam nie mógł. Pobili go tak, że szczękę miał drutowaną. Pewnie sam by zawiadomienia nie złożył. W końcu to ksiądz. Ale są tacy, którzy dbają, by wokół klubu było bezpiecznie, rozumiesz? Aby nie odstraszyć bogatych klientów. Tak czy inaczej – Osuch popatrzył na Heinza – wiele wskazuje na to, że księżulka pobili wielbiciele rasy panów i podobnych bzdur. Tak więc – inspektor klepnął dłonią w obudowę lampy – ślad jest mocny. I w dodatku – tu popatrzył z triumfem – bez profilerskich sztuczek.
Światło lampy falowało, na przemian powiększając i zmniejszając cień wokół głowy inspektora.
– A teraz – Osuch uniósł palec wskazujący – gwóźdź programu.
Czekał na reakcję. Bez powodzenia.
– Ten pobity ksiądz trzy lata temu prowadził zajęcia w pewnym seminarium duchownym. Zgadnij w którym?
Sztruksowa marynarka nagle zaczęła uwierać Heinza.
– Gratuluję, inspektorze – powiedział. – To rzeczywiście jest coś. Jak się ten ksiądz nazywa?
– Kowalski.
Heinz rozłożył ręce.
– Nikt, kto występuje w policyjnych papierach, nie może się tak nazywać.
– Poza Kowalskim. – Heinzowi zdawało się, że usłyszał szyderczy ton.
– Myślę, że tych neofaszystów przyciśniemy i będą śpiewać cienko – mówił dalej inspektor. – Ale mam też dobrą wiadomość dla ciebie. Masz ten służbowy samochód, który chciałeś. Jeden z moich chłopaków – popatrzył uważnie na Heinza – dość nieszczęśliwie rozkwasił sobie nos i teraz nie będzie potrzebował bryki.
Później, gdy stał na korytarzu, odtwarzał w myślach rozmowę z Osuchem. Usłyszał brzęk kluczyków i odwrócił się. Stał przed nim Freddie Kruger. Z opatrunkiem przysłaniającym prawie całą twarz wyglądał jak Michael Jackson po kolejnej operacji.
– Wyglądasz jak Michael Jackson po kolejnej operacji.
Rany, człowieku, co ci się stało?
Freddie podał kluczyki.
– Tylko dbaj o higienę – Heinz usłyszał seplenienie stłumione gazą. – Nie pobrudź siedzenia, myj się codziennie i zmieniaj ubranie, bo jak zobaczę, że jest brudno, będziesz musiał czyścić.
W milczeniu patrzyli sobie w oczy.
– Trochę radości, stary. Wyluzuj. Mamy dziś Dzień Uśmiechniętego Policjanta – powiedział Heinz. – Uśmiechnij się. Jeśli możesz – szepnął, wpatrując się we Freddie'ego oczami zimnymi jak dwie bryłki lodu.