Wszystko zaczęło się w pochmurny wrześniowy dzień 2001 roku w Mysłowicach, gdy do spalonego domu wkroczyli policjanci. W ogrodzie na tyłach posesji znaleźli zwęglone zwłoki młodej kobiety. Nikt nie miał wątpliwości, w jaki sposób zginęła. Morderca posadził ją na krześle i przywiązał ręce do oparcia. Potem oblał benzyną i podpalił. Żaden z sąsiadów mieszkających w tej spokojnej okolicy nie słyszał krzyku płonącej żywcem ofiary.
Wtedy do sprawy wkroczył Rudolf Heinz. Voodoo Child. Prawdziwe dziecko czarnoksiężnika. Profiler po stażach w Quantico i Liverpoolu, policjant, o którym mówiło się, że potrafi przestępcę wyczarować, gdy inni w nieskończoność analizują zabezpieczone ślady i po raz setny czytają przesłuchania. Ale dziecko czarnoksiężnika ma także swoje mroczne oblicze, i Heinz też je miał. Pobyt na oddziale odwykowym po rodzinnej tragedii, a później głęboka depresja zatrzymały wspinaczkę po szczeblach policyjnej kariery. Koledzy pięli się w górę, on należał do grupy wiecznych podkomisarzy. Doszło do tego, że chciał odejść z policji i wpadł na szalony pomysł, że zrealizuje marzenie swojego życia – zacznie grać w pubach rockowe przeboje. Już miał cisnąć papierami, gdy zdarzyła się ta historia.
Na posesji w Mysłowicach znaleziono ślady. Cztery niewielkie wgłębienia w ziemi. W zasadzie to Heinz zasugerował, by ich szukać. Godzinami myślał o tym, co zrobił morderca. Bo nie zabił ot, tak, po prostu. Dokonał egzekucji. Spalił na stosie. Jak inkwizytor. Heinz utwierdził się w tym przekonaniu, gdy prześwietlono życie ofiary. Kobieta, oficjalnie zarejestrowana jako bezrobotna, trudniła się najstarszym zawodem świata i radziła sobie całkiem nieźle wśród licznej konkurencji. Ale mordercy spalenie żywcem nie wystarczało. Było zaledwie jak poranna kąpiel. Jak oczyszczenie ciała. Musiał wymierzyć karę jeszcze jakoś inaczej. Co robił, zanim podpalił szmatę, której użył jako lontu? Heinz domyślił się. Morderca mówił. Mówił do kobiety. Opowiadał jej, dlaczego ją zabije i jak to zrobi. Jak będzie cierpieć. Wyniósł do ogrodu drugie krzesło i usiadł naprzeciwko niej. Nie za blisko, bo bliskość może sprawić, że w ostatniej chwili niespodziewanie litość weźmie górę. I nie za daleko, żeby nie tracić kontaktu. Usiadł tak, by sycić się jej przerażeniem, by patrzeć, jak płonie. Cztery ślady po nogach krzesła znaleziono w odległości trzech metrów od spalonego ciała. Heinz wiedział już, jak on to robi, nie wiedział, gdzie szukać sprawcy.
Seksualne tło zbrodni nie ułatwiało typowania mordercy. Inkwizytor uderzył dwa tygodnie później w Tarnowskich Górach. Wszystko odbyło się według podobnego scenariusza. Posesja na skraju ulicy, brak świadków, środek dnia. Ofiara skrępowana kablem elektrycznym i przywiązana do krzesła. I cztery wgłębienia w ziemi w niewielkiej odległości od zwłok. Różnice były dwie. Inkwizytor zabił tym razem mężczyznę, dobrze zresztą znanego policji. Facet był „opiekunem” katowickich prostytutek.
– Jednego alfonsa mniej. I dobrze – mówili policjanci z Tarnowskich Gór. – Ale żeby komuś zrobić coś takiego?
Ze środka uszu zwisały dwa kable. W pewnej chwili morderca zamknął obwód elektryczny. T-shirt zalany był na brzuchu krwią. Gdy mężczyzna umierał rażony prądem, odgryzł sobie język, co doprowadziło do obfitego krwawienia. Za pierwszym razem śmierć na stosie, teraz krzesło elektryczne. I, nieodmiennie, przemowa kata przed wykonaniem wyroku. Mowa kata, który przemienia się w świadka egzekucji i rozgrzesza samego siebie.
Heinz wpadł wówczas na pomysł, który zatrząsł komendą wojewódzką w Katowicach. Naczelnik Krygier z pewnością pamiętał tę naradę.
– Mogę się oczywiście mylić – sugerował Heinz zebranym – ale to raczej nie jest maniak seksualny. To mściciel. Ktoś, kto morduje dla idei. Ktoś, kto wypala zło. Używa jedynej w pełni niszczycielskiej siły – ognia. Wiecie doskonale – referował fachowo – że każdy zawodowiec, jeśli nie chce narobić sobie kłopotów i pozostawić śladów, wybierze ogień. Ślady krwi mogą być wszędzie, czasem ich obecność zdaje się przeczyć prawom fizyki. A jednak są. W zasadzie nie da się ich ukryć ze stuprocentową skutecznością. Z jednym wyjątkiem…
– Można dokonać zabójstwa, a potem spalić budynek -powiedział wtedy ktoś z obecnych, Heinz już nie pamiętał kto. – O to ci chodzi?
– Tak. Ogień trawi wszystko. Jest receptą absolutną. Antybiotykiem antybiotyków w świecie zbrodni. Ogień trawi ciało. Opowieść o ogniu – a nasz sprawca lubi opowiadać
– trawi duszę. W Mysłowicach sfajczyło się ciało, bo ofiara pracowała ciałem i grzeszyła. W Tarnowskich Górach morderca zajął się samą głową, bo „opiekun” dziewczyn był mózgiem, organizatorem. No to trafił na „krzesło łaski”.
– Na co?
– Krzesło łaski. Mercy seat. Jest taka piosenka o facecie, który za chwilę ma być stracony na krześle elektrycznym…
– Chcesz powiedzieć, że twój Inkwizytor słucha rocka?
– Nie. Ale metodę karania wybiera z rozmysłem. Z precyzją. Planowanie go rajcuje, rozumiecie? Zresztą tak dzieje się często w przypadku seryjnych morderców.
– Chwileczkę. – Heinz zapamiętał uwagę obecnego na spotkaniu prokuratora nadzorującego sprawę. – W drugim przypadku mamy do czynienia nie z podpaleniem, lecz z porażeniem.
– Ale sprawca doskonale wie, jaka jest zasada działania krzesła elektrycznego – odparł. – Jestem pewien, że zna opisy, jak skazańcom płonęła głowa, paliły się włosy, w całym więzieniu czuć było swąd… – Wziął głęboki oddech. – I w związku z tym wszystkim mam pewien pomysł… -Wszyscy słuchali w napięciu. – Chcę powiedzieć, że sprawca traktuje karę dosłownie. Zawiniło ciało, niech spłonie ciało. Byłeś alfonsem i organizowałeś pracę dziwek, niech płonie twój mózg. Wydaje mi się, że równie literalnie powinniśmy potraktować nadaną mu przez nas nazwę Inkwizytor. Bo to jest inkwizytor.
– To znaczy? – Krygier przygryzł wargę.
– To znaczy, że to może być ksiądz… Były ksiądz… Może były zakonnik… Tyle o tym.
Heinz wielokrotnie zastanawiał się, jak brzmi cisza. Ta ze starej piosenki Simona i Garfunkela. Raz w życiu, właśnie wtedy, usłyszał jej prawdziwe brzmienie.
W końcu Krygier powiedział cicho: – No to, Hipis, pojechałeś po bandzie.
Potem wszyscy zaczęli się przekrzykiwać. Prokurator zrobił się czerwony na twarzy. Zaczęło się walenie pięścią w stół i rzucanie papierami. W końcu ktoś pobiegł po butelkę wódki.
– Komendant na to nie pójdzie – spokojniej, po dwóch głębszych, przekonywał Krygier. – Rządzący utrzymują dobre stosunki z naszym biskupem i dyplomacja jest najważniejsza.
Stanęło na tym, że Heinz miał się kontaktować z księżmi z diecezji śląskiej. Udało mu się w końcu sporządzić listę kapłanów, którzy porzucili stan duchowny. Szczególnie interesowali go księża, u których zdiagnozowano chorobę psychiczną. Może nie przypadkiem Inkwizytor raz był prokuratorem, raz katem, a zawsze świadkiem egzekucji. Kobieta z Mysłowic i mężczyzna z Tarnowskich Gór zostali skrępowani i przywiązani do krzeseł takim samym kablem elektrycznym o średnicy trzech milimetrów. Przy drugim morderstwie pozostały ślady kremu orzechowego na nadgarstkach ofiary.
Heinz wykonał kolejny telefon. Najpierw usłyszał śmiech, potem echo swojego zachrypniętego głosu.
– Stara sztuczka. Taka tajemnica zawodowa. – Rozmówca Heinza był elektrykiem z trzydziestoletnim doświadczeniem i uprawnieniami do montowania instalacji elektrycznych. – Tłusty krem. Orzechowy czy nie – znów usłyszał śmiech kojarzący się z kiepskim horrorem – wszystko jedno. Chodzi o to, że smaruje się kable, żeby lepiej wchodziły w aluminiowe rurki, w obudowę. Stosuje się to zwłaszcza przy starych instalacjach. A przy okazji, jak coś nawali, to wiesz, gdzie dzwonić?
W końcu trafił. Jerzy Urbaniak, ksiądz z Katowic. Jeszcze gdy był kapłanem, uważano go za dziwaka. Gdy zrzucił sutannę, ponoć „pogłębiło mu się” – tak mówiła siostra, z którą Urbaniak mieszkał. Zawsze miał smykałkę do techniki. Od wielu lat pracował jako elektryk w Katowicach i Sosnowcu.
Wtedy Heinz zaczął popełniać błędy. Zgubiła go pewność siebie. Tak to już jest. Pomyłka prowokuje kolejną pomyłkę. Heinz zrobił coś, czego nie robią policjanci z dużo mniejszym doświadczeniem. Postanowił z Urbaniakiem porozmawiać sam, bez świadków, upewnić się przed ostateczną rozgrywką, czy miał rację. Dobrze, że przynajmniej zostawił notatkę służbową informującą, co zamierza robić. Był pewien, że siostra Urbaniaka nie zdradziła się z tym, że wypytywał ją policjant. Nie przewidział, że przypadkiem zobaczy go z okna podczas banalnej czynności podlewania kwiatów i że go pozna. I że powie bratu. Potem, gdy wchodził na drugie piętro sennego familoka na Nikiszowcu, jakby żywcem przeniesionego z filmów Kazimierza Kutza, zapomniał o tym, czego uczył mistrz wszystkich karateków Ginchin Funakoshi: „Przekraczając próg domu, stajesz twarzą w twarz z tysiącem wrogów”. Heinz nie przewidział, że zostanie zaatakowany przez byłego księdza. Jakoś… Jakoś nie mieściło mu się to w głowie. Potem Inkwizytor wyrzucił siostrę za drzwi. Ta pobiegła do sąsiadki, zadzwoniła na pogotowie i policję. Gdy Heinz odzyskał przytomność, siedział przywiązany do krzesła, odurzony zapachem benzyny.
Modlił się wtedy po raz pierwszy od wielu lat. I – był tego pewien – po raz ostatni w życiu. Tak jakby płomieniami, które ogarnęły jego ciało, ostatecznie wypalono w nim wiarę. Kocie łby na Nikiszowcu wypełniły się policją, karetkami i strażą pożarną. Ceglaste familoki, rdzawy płomień w oknie na drugim piętrze i zachód słońca u schyłku złotej polskiej jesieni tworzyły harmonię kolorów.
Nigdy, nawet po latach, Heinz nie zrozumiał dwóch rzeczy: nie wiedział, dlaczego tak szybko przyjechała policja, i dlaczego – skoro już przyjechali – nie skorzystali z procedury „dynamicznego zatrzymania”. Dlaczego po prostu skurwysyna nie zabili?
Specjalistyczny szpital w Siemianowicach Śląskich stoczył walkę z jeszcze jednym poparzonym, który nie chce żyć. Heinz przeszedł kilka przeszczepów. Nieprzytomny, całymi dniami majaczył. Gdy odzyskał przytomność, obsesyjnie myślał, że byłoby lepiej, gdyby go nie uratowali.
A Inkwizytor wywinął się od dożywocia. Sąd skierował go na obserwację psychiatryczną, a potem uznał, że Jerzy Urbaniak, niegdyś ksiądz, w chwili popełniania czynu był niepoczytalny. Ze względu na rehabilitację Heinz nie mógł stawić się przed sądem. Złożył wyjaśnienia, które spisano.
Sąd je zlekceważył, mimo że Heinz dowodził, iż Inkwizytor działał świadomie i metodycznie niczym Garri Kasparow rozgrywający partię szachów. Urbaniaka zamknięto w zakładzie psychiatrycznym na oddziale strzeżonym. Tyle o tym.
Był środek dnia i upał dawał się we znaki. Heinz zdjął marynarkę. Kelnerka drgnęła na widok blizn na przedramieniu mężczyzny z niechlujnym zarostem.
– To wszystko chuj – Heinz wskazał na rękę. – Idzie o to… Idzie, Karloff, o to, że…
Nie dokończył zdania. Chciał powiedzieć, że wtedy, gdy płonął na krześle i patrzył w oczy Inkwizytora, oczy błyszczące z podniecenia, wraz z ciałem wypalało się w nim życie. Wypalało się to, co w Heinzu było najlepsze.
To wszystko miał już na końcu języka, gdy uznał, że nie ma powodu, by zwierzać się Karloffowi. Dlaczego miałby mu ufać do tego stopnia? Tu przecież każdy grał w swoją grę.
Karloff milczał. Wstał, podszedł do baru i dopiero wtedy odzyskał głos. Złożył zamówienie i wypił trzy kieliszki wódki w tempie sprintera biegnącego na setkę. Gdy wrócił, oparł się o blat i zakołysał nad stolikiem, jakby tańczył salsę.
– Nie urzekła mnie twoja historia, Heinz… Nie urzekła.
Ale – popatrzył rybim spojrzeniem – możesz na mnie liczyć. Może jeszcze ze dwóch ludzi ci pomoże. Oczywiście – zawiesił głos – wszystko w granicach rozsądku.