Rozłożyste lipy dawały zbawienny cień.
Upał w „kukurydzy” był trudny do zniesienia, a przecież to dopiero początek maja. Heinz i Kornak szli szeroką aleją, wsłuchując się w rytmiczne chrupnięcia żwiru. Spotkali się przy bramie pięć minut wcześniej. Jeden wyjął służbową legitymację, a drugi przepustkę i zostali wpuszczeni na teren zakładu.
– Szybko to załatwiłeś – Heinz przerwał ciszę.
– Mówiłem ci, że dyrektor jest moim przyjacielem. Poza tym jest długi weekend. Mniejszy ruch, mniej personelu. Łatwiej zrobić coś… – szukał odpowiedniego słowa – nieformalnie.
Byłoby tu całkiem przyjemnie. Całkiem przyjemnie, gdyby nie znieruchomiałe twarze katatoników, konfabulacje pacjentów cierpiących na zespół Korsakowa przerywane stanami otępienia, jęki i wrzaski chorych z zaburzeniami afektywnymi dwubiegunowymi. Nawet budynek o bielonych ścianach i dachówkach w kolorze ciemnej zieleni wydawałby się przyjazny, gdyby nie masywne kraty w oknach.
Heinz ubrany był w koszulę z krótkim rękawem. Tutaj nie musiał kryć blizn pooparzeniowych. Chciał, aby Inkwizytor poczuł satysfakcję, patrząc na spalone ciało. Satysfakcja usypia. Sprawia, że traci się czujność. Na to właśnie liczył. O ile Inkwizytor miał coś do powiedzenia. Usiedli w gabinecie dyrektora.
– Zaraz go przyprowadzą. – Kornak otarł pot z czoła. -Jest tu takie specjalne miejsce widzeń, przedzielone pleksi.
– Myślałem…
– Nie. – Kornak zdecydowanie pokręcił głową. – Dyrektor nie chce żadnych kłopotów. Nie chce, żebyś się na niego rzucił. Albo – spojrzał na Heinza – żeby on rzucił się na ciebie. Pokój widzeń z pleksi. To warunek dyrekcji.
Nic mi wcześniej nie powiedział – pomyślał Heinz, patrząc ze złością na Kornaka.
– To jak? – zapytał doktor. – Idziemy?
Usiadł na lekko chyboczącym się krześle i czekał.
Usłyszał, jak otwierają się drzwi. Do pokoju po drugiej stronie wszedł gładko ogolony, siwy mężczyzna. Postarzał się. Tylko oczy pozostały te same. Szare oczy spojrzały na Heinza i znieruchomiały. Wydawało mu się, że siateczka zmarszczek na twarzy Inkwizytora zadrgała. Mężczyzna powoli uniósł dłoń w geście powitania.
Heinz siedział nieruchomo.
– Gdzie się podziały pańskie maniery? – Inkwizytor uśmiechnął się. – Podczas naszego spotkania… w sumie jedynego spotkania… przepuściłem pana przodem. Zapewne pamięta pan…
– Nie będziemy rozmawiać o manierach, bydlaku – wycedził Heinz.
– Za chwilę w ogóle nie będziemy rozmawiać. – Oczy koloru zimnej stali śledziły każdy jego ruch.
– Jak tam twoje lektury? Przeczytałeś coś nowego? Coś poza Beckettem? Czego chcesz?
Uśmiechnął się i przekrzywił głowę, jak zwierzę, które ujrzało przed sobą jakieś dziwne zjawisko. Dopiero po chwili Heinz zrozumiał, że Urbaniak łowi wzrokiem blizny pokrywające jego rękę.
– Kto pana tak urządził? To – wykonał nieznaczny ruch głową – musiało boleć.
Dobrze, że między nami jest pleksi. Wiedzieli, co robią.
– Nie dokończyliśmy wtedy rozmowy – Inkwizytor przeciągał sylaby – więc dobrze, że jesteś.
– Nie paliło mi się.
– Nie paliło ci… – Urbaniak wybuchnął histerycznym śmiechem. – Nie paliło ci się, a to dobre… Masz poczucie humoru, Heinz.
Stracił pewność siebie. Po raz pierwszy podczas tej rozmowy stracił grunt pod nogami. Nagle Inkwizytor spoważniał.
– Nie wyspowiadałeś się wtedy. Miałem takie przeczucie… I potwierdziło się… – Jego głos przeszedł w szept. – W takich miejscach – zatoczył koło ręką – spotyka się różnych ludzi. Rok temu spotkałem tu kogoś, kto cię dobrze pamiętał. – Wpatrywał się w Heinza. – Pamiętał rok dziewięćdziesiąty pierwszy i straszny wypadek koło Bogusławie.
Heinz drgnął.
– To był twój kolega po fachu. Pracował wtedy w drogówce… – Inkwizytor zamyślił się. – Nie wyspowiadałeś się, Heinz. Ani wtedy, ani później…
– Co chcesz mi powiedzieć? – Głos Heinza łamał się. – Co chcesz powiedzieć, skurwysynu! – Przestał panować nad sobą. – Kiedyś cię jeszcze dorwę i wtedy zobaczysz, że śmierć bywa wybawieniem! Zgotuję ci piekło, skurwielu. Słyszysz?! – Walnął pięściami w pleksi.
Inkwizytor wstał.
– Grozisz niepoczytalnemu. Nieładnie. – Zdegustowany pokręcił głową. – Naprawdę brzydko.
Heinz drżał. Na ramionach poczuł dłonie doktora Kornaka i pielęgniarza, którzy odsuwali go od plastikowej szyby.
– Pomyśl, gdzie jest twoja szubienica – powiedział Inkwizytor i wyszedł, wyprowadzony przez innego pielęgniarza.
Rozmowę z Inkwizytorem odtwarzał w głowie przez resztę soboty i niedzielę, tak jak odtwarza się nagranie z płyty. Zdanie po zdaniu, sekwencja po sekwencji. Dźwięk. Pauza. Dźwięk, pauza. Niepotrzebnie dał się ponieść emocjom. Więcej stracił, niż zyskał. Co właściwie ten pojeb chciał mu powiedzieć? Nie, to nie pojeb. Od początku do końca wiedział, co robi. Trzymał się reguł, które sam ustalił.
Zadzwonił do Kornaka i przeprosił go za swoje zachowanie.
– Mam do ciebie jeszcze jedną prośbę.
Kornak milczał.
– Czy mógłbyś zdobyć dla mnie listę pacjentów, którzy przewinęli się przez szpital w ostatnich, powiedzmy, dwóch latach?
– Zobaczę, co da się zrobić – powiedział z wahaniem doktor – ale za wiele sobie nie obiecuj. Jeśli… jeśli to się rozejdzie, co tam wczoraj wykrzykiwałeś, będą kłopoty.
Wszystko zmieniło się w poniedziałek trzydziestego kwietnia.
O dziesiątej rano niespodziewanie zadzwoniła gotycka Jolka. Przez kilka minut rozmawiali o śledztwie, które ugrzęzło w miejscu. Jedyne, co się udało, to sprawdzić podróże Kunickiego. Na szczęście odbywa ich mniej niż Brad Pitt i ta jego laska.
– Co robił jedenastego i dwunastego?
– Kunicki i Kruk polecieli do Francji. Mam to odnotowane podczas odprawy. Zdobyłam nawet zdjęcie z kongresu w Lille, na którym Kunicki wita się z jakimś ważniakiem.
– No dobra, a co z drugą datą?
– Z tym gorzej. Nasz oligarcha był w Polsce. W Poznaniu i Wrocławiu. Gorzej z jego gorylem, Krukiem. Nie wiemy, czy towarzyszył Kunickiemu. Mówiłam ci – w jej głosie usłyszał zniecierpliwienie – to jest vip, a takiego traktują lepiej niż ministra. Leci swoim samolotem i gówno komu do tego w czyim towarzystwie.
Mało – pomyślał, ale nic nie powiedział. – Wciąż za mało wiemy.
– Nie martw się – powiedziała Jolka, jakby czytając w jego myślach. – Skończy się ten cholerny weekend i raz jeszcze wezmę w obroty rodziny tych kleryków. Ziarnko do ziarnka i wreszcie na coś trafimy. Jestem pewna, że musieliśmy coś przeoczyć.
Heinz głównie milczał. Jedynie od czasu do czasu chrząknięciami i monosylabami dawał znać, że się nie rozłączył.
– A tak w ogóle co robisz?
– Nic.
– Aha. Cholernie cieplutki jesteś.
– Pewnie. Zimą można zrobić ze mnie termofor i ogrzewać nim nerki.
Gdy jadł obiad, przypomniał sobie rozmowę z czarną wiedźmą. Erebus odora. Musieliśmy coś przeoczyć. Czegoś nie dostrzegliśmy w porę. Erebus odora. Milczenie owiec. Ziarnko do ziarnka i…
Wreszcie zrozumiał. Zerwał się od stołu, rozlewając zupę brokułową. Bez powodzenia próbował się dodzwonić do Karloffa. Chlaściak miał wyłączoną komórkę. Po kolejnych dwóch godzinach udało mu się złapać Jolkę.
– Gdzie ekspertyza? – zapytał bez wstępów.
– Jaka ekspertyza? – nie zrozumiała.
– But jednego z chłopaków – mówił gorączkowo i nieskładnie. – Tych zamordowanych… Biało-czerwona Puma. Nowy but, a w protektorze utkwiło coś dziwnego… Ziarno czy nie wiadomo co… Wyniki miały być na cito.
– Człowieku, jest długi weekend. Poczekaj do poniedziałku za tydzień.
– Zdobądź te wyniki. Muszę wiedzieć, co to było. To jest… – zawahał się – to jest to, o czym mówiłaś. Właśnie to przeoczyliśmy… Postaw na nogi Karloffa, on dał zlecenie, może coś wie.
– Nie wydaje mi się – w jej głosie usłyszał powątpiewa nie. – Poza tym to nie będzie proste, Heinz. Cała Polska świętuje.
Nie wytrzymał. Ostatnio ciągle słyszy, że coś jest niemożliwe.
– Chcesz zakończyć tę cholerną sprawę? – wybuchnął. -
To znajdź te wyniki!
W poniedziałek i wtorek telefon Heinza milczał. W środę poczuł dreszcz, gdy zobaczył na wyświetlaczu, że dzwoni Karloff.
– Mam to dla ciebie, Heinz. Nasi chłopcy z laboratorium przekazali sprawę do SGGW. Dlatego trochę to trwało. Zdziwisz się, jak usłyszysz, co tkwiło w bucie tego świętoszkowatego pedałka. Tym razem mamy go, skurwysyna – zamiast zblazowanego głosu Heinz wyczuł niespotykaną u Karloffa ekscytację.
– O czym ty mówisz?
Karloff zrobił efektowną pauzę.
– Przeczytam ci. Słuchaj uważnie. Najpierw jakieś łacińskie pieprzenie, ale potem konkrety. Słuchaj.
Heinz słuchał.
– „Amarantus znano już około pięciu tysięcy lat temu.
Znany był Majom, był także podstawowym zbożem, oprócz kukurydzy i fasoli, Inków i Azteków. Nasiona mielono i przyrządzano z nich papkę, tortille oraz napoje. Młode liście i pędy stosowano jako warzywo i przyprawę.”
Heinz poczuł, że burczy mu w brzuchu.
– Słuchaj teraz: „Amarantus miał także magiczne znaczenie podczas obrzędów religijnych Indian. Z ciasta amarantusowego z dodatkiem krwi ludzkiej wykonywano figurki bogów i składano je w ofierze, a także wypiekano placki, które dodawały siły wojownikom.
Przez Indian amarantus uznawany był za roślinę świętą i nazywany»nieśmiertelnym«. Dopiero konkwistadorzy zakazali siać»diabelskie ziele«, a za jego uprawę obcinali ręce.
W ten sposób amarantus, za zakonników, stal się zielem zakazanym i symbolem pogaństwa. Według legend pierwsi konkwistadorzy, mszcząc się za zabójstwo mnicha bliskiego papieżowi i wypieczenie rytualnych placków z jego krwi zmieszanej z amarantusem, zniszczyli tę roślinę niemal całkowicie. Dziś amarantus uprawia się w obu Amerykach, Afryce oraz – uważaj, Heinz – w południowo-wschodniej Azji: Indiach, Nepalu, w Himalajach, Chinach, na Sri Lance. Od kilkunastu lat amarantus z powodzeniem uprawia się także w Polsce”. Rozumiesz? – zapytał Karloff. Heinz nie odpowiedział.
– A teraz najlepsze. Przeczytam ci dalej. „Ze względu na swoje właściwości amarantus jest dziś stosowany w diecie jednostek specjalnych. Wśród komandosów…”
– Bator – cicho powiedział Heinz.
– Tak. Bator. Nasi chłopcy pojechali zatrzymać go na cztery osiem. A tak pomijając to wszystko, wiesz, że spieprzyłeś mi długi weekend?
Amarantus. Diabelskie ziele.
Heinz przebiegał wzrokiem notatki, które sporządził, gdy słuchał Karloffa. Zgadza się. Ziarno, które kojarzy się z grzechem, przytwierdzono do buta grzesznika. W dodatku grzesznika, który popełnił ciężkie wykroczenie. Dwadzieścia jeden trzydzieści siedem. Miecz Pański, który obcina ręce. Za uprawę amarantusa obcinano ręce. Cięcie mieczem. I tu, i tu.
Rakowiecki i Leski wykroczyli przeciwko świętemu prawu i zostali ukarani. Dla takich jak on w świecie żołnierzy wiary nie ma miejsca – przypomniał sobie, co mówił Bator. Amarantus uprawiano w Azji. Może tam, gdzieś przy granicach Kambodży, Bator zetknął się z tą rośliną. A może poznał ją wcześniej? Gdy był komandosem.
Trójkąty namalowane szminką stanowiły oznakę grzechu popełnionego przez kleryków i dopełniały się z dwoma pozostałymi znakami. Z liczbami na torbach i rośliną w bucie.
Czekał teraz na telefon od Karloffa i jego triumfalny głos, który poinformuje, że były komandos, potem misjonarz, a teraz mistrz karate przyznał się do podwójnego morderstwa. Ale telefon milczał.
Raz jeszcze popatrzył na notatki i postanowił je uporządkować.
Nie. Nie zgadza się. Ziarno amarantusa znaleziono w jednym bucie, chociaż zamordowano obu kleryków. Obaj mieli wymalowane trójkąty i cyfry, ale ziarno było jedno. Poza tym łatwo je przeoczyć lub zignorować. Mało brakowało, a sami by tak postąpili, prowadząc tę sprawę. Poza tym takie ziarno mogło łatwo wypaść z protektora, a wtedy wszelkie zamierzenia biorą w łeb. Nie ma inscenizacji. Nie ma przekazu.
Zaraz. Co ten Karloff powiedział? Jakieś łacińskie pieprzenie, ale potem konkrety? Czyżby przeczytał ekspertyzę wybiórczo?
Wybrał numer.
– Nie. Jeszcze go nie mamy – powiedział Karloff nie pytany. – Ale spodziewam się, że lada moment…
– W jakiej postaci masz ten raport? – przerwał mu Heinz. – W elektronicznej?
– Tak. A co? Podesłać ci go?
– Podeślij. I daj znać, jak złapiecie Batora.
Kwadrans później odebrał maila. Przebiegł wzrokiem tekst i zaklął. Było tak, jak myślał. Karloff odczytał te fragmenty ekspertyzy, które sam uznał za ciekawe.
Przeczytał ekspertyzę ponownie. Przy kolejnej lekturze skupił się już tylko na podrozdziale zatytułowanym „Wskazania medyczne”.
„Ziarno amarantusa – czytał Heinz – zawiera ważne bio-pierwiastki: żelazo, wapń, magnez, fosfor, potas. Ich ilość jest wielokrotnie większa niż w ziarnach zbóż. Amarantus zawiera witaminy A oraz E, a także B i C. Nie zawiera natomiast glutenu. Zalecany jest przez lekarzy i dietetyków jako środek wzmacniający. Lecznicze podawanie amarantusa wzmacnia pamięć i system nerwowy, hamuje rozwój wrzodów żołądka. Amarantus ma także pięciokrotnie więcej żelaza od szpinaku.”
Przeczytał całą ekspertyzę jeszcze raz.
„Wrzody żołądka i bóle w stawach to pozostałość stanu wojennego i zimnych cel. I kiepski wzrok, bo dostałem pałką po głowie. Dlatego nie lubię policjantów, ale muszę lubić lekarzy spowiadających moje ciało z chorób” – przypomniał sobie, co Rutger mówił mu w seminarium o swoich schorzeniach.
Doświadczenia z Azji i wrzody żołądka.
Kartka z nowym numerem telefonu do Rutgera w kieszeni jednego z zamordowanych kleryków. Kuchenne szafki pełne ziół i ziaren.
Rutger rozsypał ziarna na podłodze i nie zauważył ich. „Kiepski wzrok, bo dostałem pałką po głowie.” Jeden z chłopaków nadepnął na takie ziarno.
To nieprawda, że Rakowiecki i Leski próbowali się umówić z profesorem. Oni się z nim spotkali. Rutger widział ich żywych, jako ostatni.
Raz jeszcze zadzwonił do Karloffa. Wyjaśnił, w jakiej sprawie dzwoni.
W słuchawce zapadła głucha cisza.
– Chcesz, bym zrezygnował z Batora? – zapytał w końcu Karloff. – Nie zrobię tego!
– Ale weź równocześnie w obroty Rutgera. On kłamie. Widział się z tymi chłopakami tuż przed ich śmiercią.
– A może działali razem? Dusza i ciało. Sędzia i kat. Jak myślisz?
– Znajdź ich. A potem zobaczymy.
Była druga w nocy, gdy odebrał informację od Karloffa. „Obaj znikli. Nie ma po nich śladu. Postawię na nogi, kogo się da. Prokuraturę, sędziów, komendantów wojewódzkich i straż graniczną. Zobaczysz! Jest pierdolony długi weekend, ale nie wymkną mi się. Kurwa!”
Heinz przeczytał esemesa i odłożył telefon. Karloff był z pewnością zdesperowany. A to ludziom, których ścigał, nie wróżyło nic dobrego.