Jerzy Jurek spakował podręczny bagaż. Rano poszedł do banku i podjął pieniądze z konta. Razem z tym, co przechowywał w domu, powinno wystarczyć na dłuższy czas. Odłożone pieniądze ukrywał w gabinecie. Na wszelki wypadek. Gdyby pojawił się kłopot. A kłopot pojawił się, gdy do sprawy wkroczył ten wścibski policjant z siwawym zarostem na twarzy.
Trzeba działać szybko. Najważniejsze to wydostać się z Warszawy. Potem samolot. Z każdą godziną będzie trudniej, jeśli ten Heinz dotrzyma słowa.
Jurek lubił planować. Pomyślał o Rakowieckim i Leskim. Dali się podejść. A pigułki gwałtu zadziałały bezbłędnie. Jedynym błędem było to, że przycisnąłem ich za bardzo. Leski nie powiedział mi nic o tym, że przekazał materiały Rutgerowi. Trudno, stało się.
Przypomniał sobie, jak ostatni raz zacisnął folię na głowie Leskiego. Błąd. Chłopak za szybko skonał. A przed śmiercią jeszcze narobił w gacie. Klika minut później umarł Rakowiecki.
Jurek pamiętał, jak po raz ostatni żyły nabrzmiały mu na przegubach, gdy zaciskał torbę na głowie i szeptał do ucha chłopaka:
– Jak to mawiał ten wasz guru? Jak brzmi jego ulubione przysłowie? Lis wie o wielu sprawach, natomiast jeż zna jedną najważniejszą. Sądziłem, że twój kolega mi powie. Ale nie chciał. Więc ty powiedz. Powiedz wszystko, co wiesz! Kto jeszcze wie?
Rakowieckiemu opadła głowa. To był koniec.
Jerzy Jurek odsłonił firankę w kuchni. Senny majowy poranek w zapadłej dziurze koło Piaseczna. Wścibscy sąsiedzi wyjechali już do swojej firmy, by nadzorować niesolidnych pracowników. Otworzył drzwi i zniósł ze schodów czarną walizeczkę na kółkach. Zaraz wróci po drugi bagaż i zamknie drzwi.
Popatrzył w głąb ogrodu, w stronę płotu, który oddzielał go od sąsiadów, i zrozumiał, że się pomylił. Czerwony sportowy samochód wciąż stał na podjeździe. Jeszcze nie wyjechali do pracy. A zatem…
– Ksiądz gdzieś wyjeżdża? – usłyszał za sobą uprzejmy głos.
Odwrócił się.
W pierwszej chwili nie rozpoznał twarzy, którą zobaczył. Gdy wreszcie ją skojarzył, chciał krzyknąć.
Nie zdążył.
Potężny cios zmiażdżył mu grdykę. Jurek osunął się na ziemię. Z jego gardła wydobył się charkot, który był wołaniem o litość.
– Jakaś klątwa zawisła nad tym seminarium. – Karloff nerwowym ruchem zdzierał etykietę z piwa Żywiec. – Wiesz, że znaleźli tego całego Jurka, ojca duchowego, martwego w jego domu pod Piasecznem? Splądrowane mieszkanie. Morderstwo na tle rabunkowym.
Heinz wypił solidny łyk z kufla.
– Wiesz, co mnie intryguje? – Karloff uśmiechnął się krzywo. – Księżulo miał zmiażdżoną grdykę. A potem ktoś go posadził w fotelu i… – ciężko westchnął – i wbił mu kijek narciarski w prawe oko.
– Sezon się skończył – mruknął Heinz. – Trzymanie sprzętu narciarskiego w domu może się okazać niebezpieczne.
– Przypomniałem sobie tego twojego mistrza karate, co to kiedyś tam rzucił komuś w oko metalową gwiazdką. A teraz Jurek z drągiem w oczodole… Zastanawiające podobieństwo. Powiedz – chwycił Heinza za rękę – gadałeś z Batorem? Opowiedziałeś mu o Jurku? Wystawiłeś księżulka do odstrzału? Rozmawiałem o tym z Jolką. Uważa tak samo…
– Z Jolką? Dawno jej nie widziałem…
– Była na urlopie. Ale nie zmieniaj tematu. Więc tak to się odbyło?
– Powiedziałem ci, żebyś przeczesał ogród tego… w poszukiwaniu zwłok Kotlarczyka – Heinz podniósł głowę. – Pamiętasz, jak widzieliśmy się u ciebie po śmierci Poremby? – zapytał niespodziewanie.
– Pamiętam. A co? – W pytaniu Karloffa wyczul napięcie.
– Wybiegłeś wtedy z domu. Pojechałem za tobą. Podjechałeś pod Mauzoleum Żołnierzy Radzieckich. A później ja pogadałem z kolesiem, od którego kupujesz… – zawiesił głos.
– Mam z nim układ – wysapał Karloff. – A tobie nic do tego! Musiałem wciągnąć – dodał, nerwowo rozglądając się na boki. – Czasami muszę, bo inaczej bym oszalał!
Heinz wiedział, że teraz on i Karloff zawierają ze sobą inny układ. Układ polegający na tym, że żaden z nich więcej nie zada niewygodnych pytań.
– Uwierz mi – Heinz chciał, by jego głos zabrzmiał pojednawczo. – Jerzy Jurek to prawdziwy skurwysyn.
– Wciąż nie rozumiem, dlaczego to on miałby zabijać.
– Efekt Rosenthala – odparł Heinz w zamyśleniu.
– Że co?
– Pamiętasz? Gdy byliśmy u Kunickiego, była o tym mowa. Jurek bez Majdy czuł się nikim. Zresztą miał rację.
Był nikim. Zabił, by ratować rektora przed kompromitacją i upokorzeniem. I by ratować twarz. Własną. Ale przede wszystkim jemu starał się sprawić przyjemność. Tak jak pies treserowi. Jak niewolnik panu… Tak czy inaczej uznał, że należy to zrobić za wszelką cenę.
– Ale nie za taką! – obruszył się Karloff. – Chłopie, zlituj się!
Karloff wstał od stołu.
– Powiem ci coś – Heinz pochylił się w stronę rozmówcy, gdy ten wrócił z toalety. – Znasz takie powiedzenie Conrada, że trzeba wymierzać sprawiedliwość widzialnemu światu? Otóż ja…
– Konrada? – przerwał Karloff. – Konrada Osucha? Nie wiedziałem, że przeszliście na ty!
Heinz ciężko westchnął i dopił piwo. Wreszcie mógł się napić. I nie musiał pić za dobrą formę sędziego.
Wyszedł z baru, który zapełnił się w ciągu ostatniej godziny. W piątkowe popołudnie zaczynał się kolejny weekend. Heinz nie miał w Warszawie już nic do roboty. Podszedł do samochodu. Jeszcze dziś odstawi go do komendy. Zza wycieraczki wyjął ulotkę agencji towarzyskiej. Dziewczyna na zdjęciu miała biało-czerwony szalik. Piersi przysłonięte były dwiema futbolówkami. „Zapraszamy wszystkich kibiców – przeczytał. – Przygotowania czas zacząć. Zadbamy o waszą kondycję.”
Jeszcze kilka lat i trzeba będzie się wynosić z tego kraju.