Ostry zapach detergentów, pasty do podłogi i czegoś mdławego, o delikatnej migdałowej woni, przemieszanego ze stearyną.
Zawsze było tak samo. Wtedy, gdy Heinz krótko mieszkał w internacie przy liceum katolickim, ten zapach wgryzł się w jego ubranie. Pewnie czuł podobny już wcześniej, kiedy był ministrantem.
Niektóre zapachy są stałe jak refren bluesa. Nie zmieniają się mimo upływu lat.
Biały opel dojechał do Placu Wilsona i skręcił w ulicę Krasińskiego. Seminarium powinno być gdzieś tu po prawej stronie. Mniej więcej na wysokości kościoła, w którym ksiądz Popiełuszko odprawiał w stanie wojennym msze za ojczyznę. Pamiętał, że w jednej z bocznych uliczek znajdował się kiedyś klub, w którym w latach osiemdziesiątych był na kilku koncertach rockowych. Zapamiętał, że raz słyszał tam zespół ze Szwajcarii grający industrialnego rocka. Szwajcarzy nie mieli umiaru. Widocznie tam, skąd pochodzili, nikt nie chciał już ich słuchać. Dwie i pół godziny męczarni w towarzystwie dziewczyny, która obiecywała więcej, niż dała. Tyle o tym.
Budynek seminarium odnalazł bez trudu. Niezgrabna szara bryła, gdzieniegdzie tylko poprzetykana małymi okienkami z witrażami w stylu Wyspiańskiego. Heinz zastanawia! się, czy te okienka, będące czymś w rodzaju kaprysu architekta, zaprojektowano tak, by jasno dać wszystkim do zrozumienia, że wkraczając w te mury, odcinamy się od świata. Jeśli nawet tak miało być, to – Heinz przypomniał sobie Rakowieckiego i Leskiego i ich markowe ubrania – praktyka zaprzeczyła teorii.
Szara fasada. Budynek nie rzucający się w oczy. Sama dyskrecja. No, zobaczymy.
Z trudem otworzył masywne drewniane drzwi. Odgłos przeraźliwie skrzypiących zawiasów nie wzbudził niczyjego zainteresowania. Ciekawe, czy celowo tych drzwi nie oliwią? Aby było słychać każde wejście i wyjście. W niewielkim oszklonym pudełku, które w niezmienionej formie służy od niepamiętnych czasów wszystkim portierom we wszystkich szkołach i uczelniach, nikogo nie było. Pustka. Grobowa cisza i pustka. Na półpiętrze natknął się na witraż przedstawiający najpewniej scenę walki świętego Jerzego. Wspiął się po schodach i wyszedł na nadspodziewanie szeroki korytarz. Drzwi sal lekcyjnych i pokoje wykładowców znajdowały się po lewej stronie, przeciwną zajmowały przestronne okna, których by się tu nie spodziewał. Całość przypominała szkołę molocha. Jedną z tych podstawówek budowanych w rozrzutnych latach siedemdziesiątych, gdy liczył się socjalistyczny rozmach i przezwyciężono minimalizm z poprzedniej dekady, gdy na tysiąclecie państwa polskiego powstawały szkoły, w których upychano tysiące uczniów. Podszedł do okna. Ku swojemu zdumieniu zobaczył wewnętrzny dziedziniec, zieleniące się krzewy, bluszcz na szarym murze i kilka młodych, prostych, pnących się do nieba brzózek. Tutaj tych drzew nie spotka nic złego. Nie pokrzywi ich wiatr. Tak samo powinno być z klerykami. A przecież było inaczej. W północnym narożniku dojrzał kapliczkę Matki
Boskiej, bliźniaczo podobną do tej, którą zapamiętał z ulicy Ząbkowskiej. Zdziwiło go, że na patio jest tylko jedna ławeczka, najwyżej dla trzech osób.
Nagle w polu widzenia pojawiły się trzy sylwetki. Odruchowo cofnął się o krok, by nie zostać zauważonym. Mężczyzna szedł żwirową ścieżką szybkim, sprężystym krokiem, żywo gestykulując. Łysa głowa osadzona na masywnym karku kojarzyła się z zapaśnikiem, rugbistą lub ochroniarzem. Policzki zdobił kilkudniowy siwy zarost. Mężczyzna kontrastował wyglądem ze z trudem dotrzymującymi mu kroku rumianymi młodzieńcami w sutannach. Jeden z nich trzymał w dłoni kraciastą chustkę, którą wycierał pot z szyi i czoła. Co pięć, siedem metrów starszy mężczyzna przystawał, czekał na współtowarzyszy i coś im tłumaczył. Heinz zmrużył oczy. Zapaśnik miał czarną marynarkę i koloratkę, a ci dwaj byli chyba za młodzi, by być księżmi.
Odwrócił się od okna, gdy usłyszał odgłos zbliżających się kroków. Stał przed nim młody brunet w sutannie.
– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
Heinz nie odpowiedział.
– Pan w jakiej sprawie? – niepewnie zapytał młodzieniec.
– Jestem umówiony z księdzem rektorem – szepnął Heinz niczym na spowiedzi.
Brunet wykonał zapraszający gest ręką i ruszył przed siebie, a Heinz podążył za szeleszczącą sutanną. Gdy byli kilka metrów od pokoju rektora, młodzieniec odwrócił się, znów bez słowa wskazał ręką drzwi i odszedł. Gabinet znajdował się przy bocznych schodach, obok sali, z której dobywały się zawodzenia jak na kiepskim filmie grozy. Heinz upewnił się, że na korytarzu jest pusto, i przystawił ucho do drzwi. Galia est omnis divisa in partes tres… Ciekawe, że w seminarium duchownym czytają Juliusza Cezara. Jeszcze raz się rozejrzał. Pośrodku korytarza stał ogromny krzyż, obok naś cianie umieszczono obraz z podobizną Jana Pawła II na głównym planie. Zawrócił spod drzwi i podszedł do malowidła. Zdawało mu się, że ogromna postać papieża rozsadzi ramy inkrustowane jakimiś pozłacanymi purchlami. Ojciec święty gładził po głowie małą dziewczynkę, w tle widniał jakiś rynek, w oddali jaśniały zaśnieżone górskie szczyty, a na błękitnym niebie wzlatywały gołębie. „Bogu dziękujcie, Ducha nie gaście” – Heinz przypomniał sobie hasło jednej z pielgrzymek Jana Pawła II do Polski, uwiecznione nad obrazem.
Jak w podstawówce. Zupełnie jak w molochu, do którego chodził. Tyle że tam, na obrazie podobnych rozmiarów, widniał socjalista Ludwik Waryński dzierżący w ogromnej dłoni, jakiej nie powstydziłby się bokser wagi ciężkiej, pismo „Proletaryat”.
Wrócił pod drzwi rektora i już miał zapukać, ale powstrzymał ten grzecznościowy odruch. Nie będzie pukał ani o nic prosił. Przyszedł uzyskać informacje niezbędne do odnalezienia sprawcy przestępstwa. Nacisnął klamkę i tym razem drzwi otworzyły się bezgłośnie. Wszedł do środka. Usłyszał jakąś pieśń religijną dobiegającą z radia, zdezorientowany stanął przy kredensie, na którym stała pokryta kurzem paprotka, i czekał. Zobaczył drzwi prowadzące do przyległego pokoju i usłyszał szelest. Odruchowo przywarł do ściany kredensu.
– Powtórz jeszcze raz – rozległ się niski głos.
– Było tak, jak mówię. Wczoraj i dziś Antek ostatni wychodził po mszy świętej.
– To mógł być przypadek…
– To nie przypadek. Tydzień temu, gdy odbywaliśmy jałmużnę duchową i wymienialiśmy złe cechy Mateusza…
– A ma on ich bez liku – zawtórował bas.
– A ma on ich bez liku, dobrze ksiądz to ujął – Heinz usłyszał nerwowy szept. – Więc wtedy Antek jako jedyny nie wymienił żadnej złej cechy…
Zapadła cisza. Heinzowi zdawało się, że rozmówcy stanęli w drzwiach dzielących pokoik od gabinetu.
– Miałbym do mistrza jedną sprawą…
– Mów, chłopcze.
– Mam w tym semestrze kłopoty z łaciną i czy mistrz…
Heinz chrząknął i wyszedł zza kredensu. Starszy mężczyzna drgnął i szybko usiadł przy masywnym mahoniowym biurku.
– Przepraszam – powiedział Heinz. – Byłem umówiony z księdzem rektorem.
Mężczyzna wykonał ruch nadgarstkiem i skierował palce w stronę drzwi. Towarzyszący mu chłopak ruszył do wyjścia. Poruszał się szybko i niemal bezszelestnie. Prawie jak cień. Albo jak szczur, do którego upodabniały go zapadnięte policzki.
Zupełnie jakby posiadł umiejętność przenikania przez drzwi – pomyślał Heinz.
Z małego głośnika dobiegło solo instrumentów klawiszowych.
– To ksiądz Majda śpiewa. Nasz rektor. – Czterdziestolatek o gęstych, kręconych włosach przywodzących na myśl Krzysztofa Krawczyka sprzed lat, tyle że bez wąsów, wskazał na radio, najwidoczniej połączone z odtwarzaczem płyt kompaktowych. – Płyta – dodał z dumą – nosi tytuł Rozmyślania o Bogu i Ojczyźnie. Pan przyszedł po te zamówione dwadzieścia egzemplarzy?
– Niezupełnie. Jestem z policji – pokazał legitymację. – Nazywam się Heinz. Pisze się tak samo jak ten ketchup.
Brunet wpatrywał się w Heinza, jakby się zastanawiał, jak ma zareagować, po czym nagle klasnął w dłonie.
– A ja nazywam się Jerzy Jurek. Przyjaciele mówią, że jestem człowiekiem o dwóch imionach. Inni powiadają, że jestem facetem bez nazwiska – roześmiał się. – Tak czy inaczej nie jestem rektorem.
– Więc kim ksiądz jest?
– Niektórzy nazywają mnie mistrzem duchowym – Jerzy Jurek popatrzył uważnie na Heinza – inni ojcem duchowym…
– Ksiądz wybaczy, ale nie bardzo się orientuję w tutejszej hierarchii… – Heinz podrapał się w policzek.
– To zrozumiałe, jest pan policjantem. Otóż – rozłożył ręce – jestem po trosze psychologiem, po trosze przewodnikiem. Takim kompasem, który ma dopomóc w kształtowaniu formacji duchowej naszych studentów i ostatecznie doprowadzić ich do święceń kapłańskich. Po prostu przez sześć lat studiów w seminarium rozmawiam z tymi młodymi ludźmi. Rozmawiam, rozmawiam, rozmawiam…
– To zupełnie jak ja. – Heinz przygładził włosy na skroniach.
Przewodnik duchowy drgnął, jakby użądlił go jakiś złośliwy owad.
Z trzeszczącego głośnika dobiegała kolejna piosenka w stylu przebojów Piotra Szczepanika i podobnych wykonawców z lat sześćdziesiątych. „Bez Boga usycha drzewo ojczyzny, bo kto nie wierzy w Jezusa blizny”… – dotarł do Heinza pełen patosu śpiew nadużywający efektu wibrata.
– Czyli dużo ksiądz wie o swoich podopiecznych… – zapytał na tyle głośno, by zagłuszyć śpiewającego rektora.
– Można powiedzieć, że wiem wszystko… – Jurek zamilkł, po czym roześmiał się. – Żartuję oczywiście. Tak naprawdę im więcej od nich słyszę, tym bardziej się upewniam, że znam ich bardzo, bardzo słabo… – Pokiwał głową i wziął do ręki okładkę płyty leżącą na stole. Heinz dostrzegł fioletowe tło i mężczyznę w szatach liturgicznych z mikrofonem w ręku.
– Porozmawiajmy o Rakowieckim i Leskim. Co ksiądz może o nich powiedzieć?
Jurek spojrzał na Heinza.
– Jestem do głębi wstrząśnięty…
– A poza tym?
– Wszystko, co mogłem powiedzieć, opowiedziałem już pańskim kolegom… Poza tym rektor żądał, aby każde przesłuchanie odbywało się w jego obecności.
Heinz zmrużył oczy.
– To nie jest formalne przesłuchanie. Na razie nie jest to przesłuchanie. – Chciał, by Jurek wyczuł w jego słowach groźbę. – Proszę zapomnieć przez chwilę, że byli tu już moi koledzy, i opowiedzieć wszystko jeszcze raz.
Ojciec duchowy zacisnął wargi.
– Co to znaczy, że powiedział ksiądz wszystko, co mógł? – Heinz czuł, że traci cierpliwość.
Był zły na siebie. Przyszedł porozmawiać o ofiarach. Ale tutaj żaden z jego rozmówców nie straci pewności siebie. Są na swoim terenie i każdy z nich w tych murach czuje się jak ryba w wodzie. Nie można tego dodatkowo ułatwiać. Nie można tytułować tego faceta księdzem. Błąd. Głupi błąd.
– To znaczy, że nie mogę powiedzieć tego, co wiem od moich studentów. Ojca duchowego także obowiązuje tajemnica spowiedzi.
– Nawet wtedy, gdy chodzi o podwójne morderstwo popełnione przez sadystę?
– Nawet wtedy.
Heinz westchnął i nagle gwałtownie się pochylił.
– Wie pan, że Rakowiecki i Leski byli gejami? Jurek drgnął.
– Odmawiam odpowiedzi.
– Czyli wiedział ksiądz, a mimo to tolerował ich pobyt w seminarium? – Heinz naciskał. Celowo znów zmienił formę i nazwał go księdzem. Niech poczuje wyrzuty sumienia, że jako duchowny nic w tej sprawie nie zrobił.
– Odmawiam odpowiedzi – skulił się mężczyzna.
– Wiedział ksiądz, że są męskimi dziwkami i puszczają się za niemałe pieniądze. A mimo to…
– Proszę posłuchać! – Jurek krzyknął. – Nie mogę odpowiedzieć na te pytania. Obowiązuje mnie – zaakcentował – tajemnica spowiedzi. Mogę natomiast powiedzieć panu coś innego: obaj byli dobrymi kandydatami na księży. Leski interesował się teologią i był prymusem, Rakowiecki wyróżniał się przebojowością, może nieco zbyt spektakularną jak na seminarium, ale z pewnością obdarzony był cechami, które, gdyby zostały dobrze ukierunkowane, mogłyby po latach przerodzić się w charyzmę, rozumie pan?
Heinz czekał, co jeszcze powie.
– Mogę też dodać, że w piątym semestrze Leski opuścił się w nauce, stał się jakiś nerwowy. Rozmawiałem z nim o tym…
– I co?
Jurek popatrzył Heinzowi w oczy.
– Obowiązuje mnie tajemnica spowiedzi.
– Gratuluję dyskrecji – warknął Heinz. – Niech was diabli z tą całą poufnością!
Dopiero teraz dostrzegł, że ktoś przysłuchuje się ich rozmowie.
– Diabła bym w to nie mieszał – odezwał się cicho. -
Wszak jesteśmy w seminarium.
Głębokie zmarszczki wokół oczu i plamy na grzbietach dłoni świadczyły o tym, że był zapewne dużo starszy od księdza Jurka. Krótko przystrzyżone włosy i opalenizna sprawiały jednak, że wyglądał o wiele młodziej. Heinz dostrzegł świetnie skrojony czarny garnitur i nienaganną biel koloratki oraz wyglansowane eleganckie buty.
– Dobrze, że ksiądz rektor przyszedł – wyszeptał Jurek.
Heinz raz jeszcze spojrzał na twarz mężczyzny, a następnie na zdjęcie zdobiące okładkę płyty, która wciąż leżała na stole. Nie mogło być wątpliwości, że ma do czynienia z tym samym człowiekiem, choć na fotografii wyglądał na jeszcze młodszego.
Pewnie dał zdjęcie sprzed kilku lat i jeszcze je komputerowo obrobił.
– Też się cieszę, że ksiądz rektor przyszedł – postarał się, co nie było łatwe, aby jego głos zabrzmiał ciepło. – Nazywam się Heinz, byliśmy umówieni.
Popatrzył na głośnik. Dyskretny, ale dobrej klasy. W sam raz dla eleganckiego rektora.
– A skoro już poznaliśmy się osobiście, to czy możemy wyłączyć tę muzykę?