– Jaki zeszyt?
Heinz po raz trzeci słyszał pełne zdziwienia pytanie z ust kolejnego rozmówcy i czuł narastającą wściekłość.
Ani Karloff, ani Baryka, ani diwa gotyckiego rocka w ciężkich wojskowych butach, słowem nikt z tej trójki nie słyszał o zeszycie wyjść zabranym z seminarium.
– Co się martwisz, znajdzie się za jakiś czas gdzieś w papierach. – Karloff wzruszył ramionami. – Może włożył go gdzieś Poremba? – No wiesz… ten z rozbitym nosem. – Na początku też nam trochę pomagał.
Poremba. Aha. Więc tak się nazywamy.
Przyczepił się do tego zeszytu wyjść, choć nie spodziewał się znaleźć w nim żadnych rewelacji. Z pewnością nie byłoby tam nic, co dotyczyłoby Rakowieckiego i Leskiego i ich ostatniej drogi. Był pewien, że wyprawa, którą zorganizowali w środę jedenastego kwietnia, nie została odnotowana. Jak często organizowali takie wypady? Czy tylko oni brali w nich udział? Może z zeszytu dowiedziałby się o kimś jeszcze, kto często wypuszczał się poza ponure mury seminarium? Może ten ktoś wiedziałby, dokąd Rakowiecki z Leskim się wybierali. Może przypadkiem ich gdzieś widział? A może wszystkie te pytania nie mają sensu. Może należy po prostu zapytać: jak często organizowano im takie wycieczki? Ten, kto takie spotkania zwoływał, z pewnością nie figurował w żadnej księdze wejść i wyjść.
Postanowił poszukać informacji w „zsypie”. ZSIP. Zintegrowany system informacji policyjnej. Drzewo wiadomości dobrego i złego. Zwłaszcza złego. Najdokładniejszy i najobszerniejszy katalog grzechów i grzeszków tego świata, którego przewaga nad innymi zbiorami danych polega na tym, że gromadzi wiedzę operacyjną. Taką, która nigdy nie trafia do prokuratora, a tym bardziej na salę sądową.
Wpisał dane Rakowieckiego. Nic. Wstukał Leskiego. Taka sama odpowiedź. Wpatrywał się w monitor i wprowadził dane rektora Majdy i ojca duchowego, Jerzego Jurka. Brak informacji.
Pomyślał o czekającym go spotkaniu. Jeszcze kilka uderzeń w klawisze. Tadeusz Rutger. Wynik podobny jak poprzednio. W przypadku Rutgera coś go zaniepokoiło, tak jakby delikatnie trącona struna gitary wydała fałszywy ton. Coś pobrzmiewa, dzwonią w którymś kościele, przypomniał sobie przysłowie. Adekwatne do sytuacji.
Postanowił, że przejrzy inny rejestr. Dla urozmaicenia. Przestępstwa popełniane z udziałem przedstawicieli różnych wyznań. Ostatni rok. Na pierwszym miejscu sprawa Chrześcijańskiego Kościoła Głosicieli Dobrej Nowiny, założonego przez gangsterów. Ludzie z miasta sprowadzili bez cła, korzystając z ulg przyznanych organizacjom wyznaniowym, samochody i elektronikę wartą kilkanaście milionów złotych. Następny w kolejności był proboszcz z Dolnego Śląska. Od lat współżył z rodzoną siostrą, pracującą na plebanii. W końcu po kolejnej z libacji alkoholowych przebił ją widłami. Tłumaczył potem, że zrobił to z zazdrości.
Miłość ci wszystko wybaczy – przypomniał sobie stary przebój, który niespodziewanie, po kilku taktach, zamienił się w posępnego bluesa Zeppelinów. Obraz na ekranie stawał się niewyraźny. Nie pora na wspomnienia. Wstał od biurka i wziął głęboki oddech. Tyle o tym.
W jednym z pokojów grał telewizor. TVN24 do znudzenia powtarzała scenę, gdy Michel Platini, sam nie do końca wierząc w to, co robi, wyjmuje z wielkiej koperty kartkę z napisem: Polska i Ukraina.
Kobieta zaśmiała się ponownie i jeszcze raz odwróciła głowę.
– Naprawdę nigdy nic nie gubię. Nie zgubiłam też swojej wnuczki. O… proszę!
Zza zarośli wyszła pięcioletnia dziewczynka.
– Już, babciu. Zrobiłam.
Popatrzyła na nieznajomego mężczyznę. Wydał się jej zabawny z tymi piegami na twarzy i z reklamówką.
– Dzień dobry. Zbiera pan grzyby?
Zawahał się. Nie wiedział, co odpowiedzieć. Na szczęście wyręczyła go kobieta, która znów się roześmiała.
– Nie skarbie, to nie pora na grzyby. Ten pan myślał, że zgubiłam torbę.
Słyszał, że dziewczynka mówi coś do babci, a ta jej odpowiada. Po chwili ich głosy ucichły za zakrętem.
Ból brzucha nasilił się. Nie wiedział, co ma robić. Prawą dłoń zacisnął z całej siły na rękojeści. I wtedy ją zobaczył.
Szła niepewnym krokiem. Tak jakby za dużo wypiła i straciła orientację w terenie. Pewnie nie jest sama. Za chwilę ktoś zacznie jej szukać. Rozejrzał się. W najlepszym razie miał kilka minut.
Podjął decyzję.
– Z-zgubiła pani torbę – powiedział.
– Co tam jest? – kobieta chciwie chwyciła za reklamówkę.
Zajrzała do środka i odchyliła głowę.
– Co ty, koleś, pogięło cię? Pojebany jesteś?
Chciała coś jeszcze powiedzieć, lecz nie zdążyła.
Biały plastik przylgnął do jej brzucha. Mężczyzna cofnął dłoń, ale, dziwna rzecz, torba pozostała na miejscu, jakby się przykleiła. Biała powierzchnia reklamówki zabarwiła się na czerwono.
Teraz, już bez pośpiechu, pociągnął za rękojeść. Kobieta zachwiała się i odruchowo oparła o drzewo. Drugi cios przebił jej płuco, trzeci trafił w krocze. Przy kolejnym uderzeniu krew wypłynęła z ust.
Gdy skończył, otarł pot z czoła. Szybkimi, wprawnymi ruchami zdejmował ubranie z zakrwawionego ciała. Kawałek przeciętego materiału bluzki przysechł do skóry i musiał pociągnąć mocniej. Ściągnął z niej spodnie i powąchał je. Tak jak się spodziewał, cuchnęły uryną. Starannie złożył je w kostkę.
To wszystko.
Nie. To prawie wszystko.
Jeszcze raz sięgnął do torby.