11

W komendzie Heinz przejrzał rzeczy ofiar. Ze zdumieniem patrzył na markowe spodnie, na Diesle i Levisy, koszulki polo i sportowe buty. Nie tak wyobrażał sobie strój kleryków. Nie trzeba było być wytrawnym stylistą ani czytelnikiem pism o modzie, aby zrozumieć, że ubrania, w jakich zostali znalezieni klerycy, bardziej pasowały do bywalców klubów przechodzących na bramce obrzęd selekcji, niż do ascezy panującej w seminarium duchownym. Wprawdzie czasy się zmieniły, księża jeżdżą maybachami, jaguarami, ich twarze zdobią etykiety win, a oni sami nierzadko stają się kimś w rodzaju menedżerów Kościoła, ale żeby zaczynało się to już na etapie studiów? Karloff patrzył ze zdziwieniem, jak milczący przez cały czas Heinz zapisuje nazwy marek odzieżowych. W którymś z tych ubrań morderca pozostawił kartkę z numerem telefonu do tego profesora z seminarium. Pozostawił czy nie zauważył? A może chciał wskazać na coś lub na kogoś?

– U którego znaleźliście tę kartkę z zapisanym numerem? – odezwał się po raz pierwszy od dłuższej chwili.

– U Rakowieckiego. To ten – Karloff wskazał na rozrzucone rzeczy – co był w jasnej skórzanej kurtce.

Jasna skórzana kurtka. Lekko wpadająca w beż. Swoją drogą ciekawe – pomyślał Heinz – czy Dziewica oddał już swoją skórę do pralni. I co powiedziała Jolka?

Przeszukał kieszenie w drugiej, grubszej szarej kurtce przypominającej polar.

– Szukania nigdy dość – mruknął, widząc pełne urazy spojrzenie Karloffa.

Obejrzał podeszwy butów. Odłożył jedną parę i uważnie przyglądał się drugiej. Zmrużył oczy, włożył dłoń do biało-czerwonej Pumy i podszedł do okna. Wolną dłonią przywołał Karloffa.

– Widzisz? – wskazał na niezniszczony protektor. – Co to jest?

Jasny spód buta był w stanie niemal idealnym. Chłopak albo dopiero co kupił te Pumy, albo w nich jeszcze nie chodził. Podeszwa, z dziesiątkami niewielkich wybrzuszeń i wyżłobionymi paskami, skojarzyła się Heinzowi z powierzchnią księżyca. Przypomniał sobie reklamy telewizyjne. Kosmiczna technologia. „Komfort za życia, wygoda w chwili śmierci” – bezwiednie ułożył mu się w głowie własny slogan reklamowy. Na wysokości śródstopia, między dwoma wybrzuszonymi punktami utkwiło coś, co wyglądało jak kamyk. Heinz wyjął długopis z kieszeni marynarki i podłubał w bucie. Nie. Z pewnością nie był to kamień.

– Co to jest? – powtórzył.

Karloff wzruszył ramionami.

– Nie mam pojęcia.

– Skąd to się mogło wziąć? Czy pasuje do podłoża, na którym znaleźliście ofiary? To kolec jakiś czy owad? – Heinz zasypywał Karloffa pytaniami.

Blizna na twarzy policjanta wydłużyła się. Tym razem jednak podkomisarz się nie uśmiechał.

– Posłuchaj uważnie… Mamy dwa trupy, głowy w torbach foliowych, wymalowane trójkąty i wreszcie godzinę śmierci papieża… A ty… – wskazał na but – ty wyjeżdżasz z jakimś gównem w bucie. Co tobie się wydaje? – Karloff stracił panowanie nad sobą. – Że jesteś jakąś Jodie Foster, a my gramy w Milczeniu owiec? Taaa… – teatralnie rozłożył ręce i przeciągnął samogłoskę, ujawniając sceniczne zdolności – mniemam, panie komisarzu, że to kokon ćmy Erebus odora, znanej także jako czarna wiedźma. Zapamiętałem, bo tak nazywałem narzeczoną…

Faktycznie, uroczy jesteś, Karloff.

– A za chwilę w dupie jednego z tych pedałów też znajdziemy ćmę, która żywi się ludzkimi łzami!

Bitwy o Algier Karloff nie oglądał. Ale z fabułą Milczenia owiec radzi sobie nadzwyczaj dobrze. Pomijając, rzecz jasna, ćmę w odbycie.

– Nic mi się nie wydaje. – Heinz starał się zachować spokój. – Po prostu sprawdźmy, co to jest. Pewnie nie ma to żadnego znaczenia, ale zróbmy to na wszelki wypadek. W porządku? – położył dłoń na ramieniu Karloffa.

– Jak chcesz. Dam to chłopakom z laboratorium kryminalistyki. Powinni sobie poradzić.

– Nie chciałbym ich poganiać – Heinz starał się mówić jak najbardziej pojednawczym tonem. – Ale powiedz, żeby zrobili to na cito.

Zapakowali ubrania z powrotem w czarne foliowe worki i wyszli. Heinz dowiedział się, że służbowy samochód dostanie dopiero jutro. Znów musiał prosić, by ktoś go zawiózł do Centrum Olimpijskiego.

Gdy szedł do windy, zobaczył, że z jednego z pokojów wychodzi policjantka, którą widział wczoraj na zebraniu zespołu. Czarne wojskowe buty, krótkie włosy barwy smoły, reszta w tym samym pogrzebowym stylu. Czarna wiedźma – skojarzyło mu się. Posępna wokalistka z festiwalu rocka gotyckiego. Podszedł do policjantki.

– Przepraszam, mam jedno pytanie… Poznaliśmy się wczoraj… – czuł się coraz bardziej zażenowany.

– Komisarz Heinz, pamiętam. Zwany gdzieniegdzie „przyjemniaczkiem”…

– Miło mi to słyszeć – odparł na odczepnego. Swoją drogą wyrobili sobie o nim niezłą opinię. – Mam do pani pytanie, jako do kobiety…

Czarna wiedźma znieruchomiała.

– Chodzi mi o paznokcie. Jak to się nazywa, gdy modeluje się je tak, by miały prostokątny kształt i kończyły się takim białym, dwu-, trzymilimetrowym paskiem?

Policjantka milczała. Trochę dłużej niż powinna.

– To french. Poza tym też jestem komisarzem. Jolanta Biedrzycka. Ale mów mi Jolka. Czy zamierzasz sobie coś takiego zrobić?

Jolka. Co Jolka powie? – przemknęło przez głowę Heinza. Czyżby chodziło o tę właśnie Jolkę? Słowa rozdziewiczonego dziś na Oczki podkomisarza Baryki wracały jak echo.

– Halo! Nie odpowiedział mi pan na pytanie… – Erebus odora wpatrywała się w profilera oczami, które ze względu na podkrążenia wydawały się jeszcze większe.

– Przepraszam… Czy może pani… Czy możesz…

– Mogę – weszła w słowo. – Pytałam, czy zamierzasz strzelić sobie frencha. Do dziś dość modny wśród facetów. Pamiętasz pierwszą czy drugą edycję Big Brothera? Był tam taki chłopak, co bzykał się na oczach widzów z taką lalką w jacuzzi, tylko bąbelki w obiektyw leciały… No więc on robił sobie frencha…

Rozmawiali jeszcze kilka minut. W tym czasie winda zatrzymywała się kilka razy na ich piętrze i zjeżdżała na dół. W końcu komisarz Biedrzycka spojrzała na zegarek z dużą tarczą, bardziej pasującą na nadgarstek mężczyzny. Pożegnali się.

Heinz słyszał, jak ciężkie buty wybijają równy, zdecydowany rytm na stopniach schodów.

Poczuł ulgę, gdy zobaczył, że przydzielili mu nowego kierowcę. Gdy znalazł się na Wybrzeżu Gdyńskim, od razu zrozumiał, dlaczego budynek Polskiego Komitetu Olimpijskiego nazywany jest ironicznie Pałacem. Gmach powalający luksusem miał się nijak do mizernych osiągnięć polskich sportowców zdobywających medale najczęściej w dziwnych konkurencjach. Latanie precyzyjne, brydż sportowy, zawody strongmenów. W tym jesteśmy dobrzy. I jeszcze – przypomniał sobie wątpliwej jakości dowcip – saneczkarstwo dwójkowe mężczyzn na torach naturalnych.

Minęli parking dla vipów, na którym stało kilkanaście samochodów, głównie terenowych.

– Rozejrzę się. To nie potrwa długo – rzucił do kierowcy, który bez słowa sięgnął do schowka i wyjął „Naszą Legię”.

Zabrał teczkę z dokumentacją fotograficzną i szkicem terenu. Popatrzył na zieleniące się zarośla i kilka potężnych drzew. Zobaczył, że ktoś mu się przygląda z budki ochroniarskiej. Drzwi otworzyły się i stanął w nich niski sześćdziesięciolatek. Heinz podszedł bliżej.

– To tam, proszę pana – ochroniarz wskazał ręką. – Tak jak kończy się główna ścieżka i zaczynają krzaki. Pod tamtym drzewem. Chodzi panu o tych dwóch? Nie mogę z panem podejść, bo zaraz, ktoś będzie chciał wyjechać z parkingu. Człowiek pójdzie się odlać w krzaki, zabawi tam pół minuty, a potem tu – skinął w stronę terenówki

– robi się siwy dym. Tak jakby ich tych kilka sekund miało zbawić.

Heinz milczał. Milczenie przeciągało się, a mężczyzna, który przytrzymywał ręką drzwi budki ochroniarskiej, tracił pewność siebie.

– Chyba że pan w jakiejś zupełnie innej sprawie…

– Nie. Skąd pan wie, że chodzi mi o tych dwóch?

Mężczyzna wyprostował się.

– Znam się na ludziach, proszę pana.

Zna się na ludziach. Zobaczymy.

– No i co podpowiedziało panu doświadczenie? – Heinz podszedł do ochroniarza, który na czarnej bluzie miał naszywkę „Zubrzycki”.

– Mężczyzna z szoferem. Sam. Aktówka w ręku. Nie jest pan dziennikarzem. Za staryś pan, teraz tylko takich szczawi przysyłają. No to skąd pan może być? Ze służb. To proste… No, a co tam jest? Ma pan ich zdjęcia? – Zerknął na szarą teczkę.

– Rozumiem, że nie było tu pana wtedy, gdy ich znaleźli…

– I chwała Bogu! Noc można spędzić przyjemniej – zarechotał strażnik.

– Ale pewnie ma pan dyżury o różnych porach – Heinz nie ustępował. – Może zauważył pan coś niezwykłego w ostatnim czasie… Jacyś niespodziewani goście… Może ktoś się tu rozglądał?

– A co miałoby być niezwykłego? Mamy piękny kwiecień, ciepło jest. Wieczorem co chwila ktoś tu podjeżdża i wie pan…

– Nie wiem – szybko przerwał Heinz.

– Sodomici, proszę pana – wyszeptał mężczyzna. – A w ogóle to dokąd ten kraj zmierza? Albo pedały, albo Żydzi, albo Niemcy – wskazał budynek w głębi Centrum Olimpijskiego. – Widzisz pan szyld? Deutsche coś tam… I jak ma tu być dobrze? Poza tym – ochroniarzowi nie zamykały się usta – to był środek tygodnia. Największy ruch jest w weekend. Pan patrzy – wyciągnął rękę w stronę Wisłostrady – tam szkolenie psów, tam – obrócił się w prawo – jazdy konne. Zwariować można. Ale tak jest w weekend. A w tygodniu tylko pedały…

Heinz pogrzebał w kieszeniach, jak zwykle ponapychanych niepotrzebnymi kartkami. Portfel. Telefon komórkowy. Jak zwykle niczego nie mógł znaleźć. W końcu wydobył jakiś czysty skrawek i długopis.

– Faktycznie zna się pan na ludziach – powiedział. – Zapiszę mój telefon. Gdyby pan sobie coś przypomniał, proszę dzwonić, o każdej porze…

– A kogo mam prosić? – W oczach mężczyzny pojawiła się czujność.

– Komisarz… – zawahał się. – Komisarz Krakowiak – dopisał na kartce.

Gdy chował długopis, namacał w kieszeni plik wizytówek.

Kontrola. Panować nad sobą. Odruchowo daje się zawsze wizytówkę. Nigdy nie wiadomo, kiedy ludzie przypomną sobie coś, wydawałoby się, całkiem nieistotnego. Tym razem jednak postąpił inaczej. „Albo pedały, albo Żydzi, albo Niemcy.” Wyobraził sobie minę tego ochroniarza, gdy odczytuje na wizytówce brzmiące z niemiecka nazwisko: Heinz. Albo imię Rudolf.

Poszedł w stronę, gdzie znaleziono zwłoki.

Otworzył teczkę i popatrzył na zdjęcia. Tak, to musiało być tu. Był na miejscu. Poczuł suchość w ustach. Zamknął oczy.

Ofiary zostawiono przy głównej ścieżce. Na środku sceny. Jeśli mamy do czynienia ze sceną. Wystarczyło postawić samochód w poprzek drogi, a następnie wynieść ciała i położyć przy drzewie. Heinz przeszedł kilkadziesiąt metrów w prawo, tam, gdzie mniej wydeptana ścieżka opadała w dół, aż do zwalonej brzozy. Ślady prowadzące za drzewem do Wisły stawały się coraz mniej wyraźne. Odwrócił się i kilka metrów od siebie zobaczył narożnik siatki okalającej Centrum Olimpijskie. Nie wiedzieć czemu przypomniał sobie posąg Ikara z urwanym skrzydłem autorstwa Igora Mitoraja, stojący przed Pałacem. Ikar – symbol szlachetnej naiwności i klęski – jakoś dziwnie komponował się z ciałami kleryków. Kto wie? Będzie pamiętał o tym skojarzeniu.

Ziemia była coraz bardziej grząska. Postanowił się wycofać. Wrócił do miejsca, gdzie znaleziono ciała kleryków. Znowu zamknął oczy.

Wyobraził sobie, że jest noc. Zobaczył podjeżdżający samochód. Na dziewięćdziesiąt procent miał do czynienia z jednym sprawcą. Dlaczego? Bo praktyka wskazuje, że mordercy, jeśli działają w grupie, na ogół unikają inscenizacji takich jak ta. Rajcuje już samo współdziałanie, współuczestnictwo innych. Gdy zabójców jest dwóch – albo więcej – ukrywają ciało. Ryzyko, że któryś ze wspólników się wygada albo że policja przypadkiem wpadnie na ślad, jest statystycznie większe. Poza tym jeszcze kilka mniej oczywistych drobiazgów świadczyło o tym, że morderca działał sam. Na przykład taki, że podjechał w miejsce, gdzie jednemu człowiekowi łatwo było położyć dwa ciężkie, bezwładne ciała.

Nie. Nie położyć. Ułożyć.

Dlaczego jednak podjął ryzyko, by pozostawić je na głównej ścieżce? Dlaczego nie pojechał tam, gdzie byłoby bezpieczniej, w stronę powalonej brzozy?

Wyobraźnia Heinza pracowała na pełnych obrotach.

Samotny morderca nie dałby rady przenieść tam ciał. Za duży wysiłek dla jednego człowieka. Człowieka zbyt słabego, niewysportowanego albo po prostu za starego na takie wyczyny. A może bał się, że na nadwiślańskich wertepach wysiądzie mu samochód? Może ma kiepski samochód. Może być i tak. Tak czy inaczej nie każdego stać na to, by przewieźć ciało z miejsca zbrodni w inne, starannie wybrane miejsce.

Wieziesz trupa. W tym przypadku – wieziesz dwa trupy. Najpewniej w bagażniku. W popiełuszce – przypomniał sobie rozmowę w hotelowym barze. Wieziesz dwa trupy i musisz mieć nerwy ze stali. Wystarczy, że zwyczajnie zatrzyma cię drogówka. Jakiś znudzony wąsaty sierżant. Albo złapiesz gumę. Ktoś postanawia ci pomóc. I wszelkie twoje zamierzenia nagle biorą w łeb.

Heinz rozejrzał się jeszcze raz. Kilkaset metrów na lewo znajdowała się stacja benzynowa. Był pewien, że policjanci uważnie przejrzeli nagrania zarejestrowane przez kamery jedenastego i dwunastego kwietnia. Odwrócił się. Szeroka nić Wisłostrady przecinała gigantyczne, zieleniące się połacie. Po drugiej stronie jezdni dostrzegł pub należący do nadwiślańskiego szlaku barów, z którego dziś pozostały tylko relikty. Pewnie tam też ci z komendy stołecznej już zajrzeli.

Usłyszał głosy ptaków znad Wisły.

Mam do czynienia albo z osobnikiem niepoczytalnym, który nie jest świadomy ryzyka, albo z totalnym desperatem. Z desperatem, który przemyślał wszystko w najdrobniejszych szczegółach. Morderca wiedział, co robi. Tu nie było źdźbła improwizacji. Morderca miał czas, by wymalować szminką trójkąty i wypisać cyfry z godziną śmierci papieża. Chyba że zrobił to już wcześniej, tam, gdzie zabił chłopaków. Tak czy inaczej – i to zaplanował. Wiedział, że klerycy są gejami. Stąd trójkąty. Stąd miejsce schadzek homoseksualistów.

Czytaj ślady, nawet te nikłe – Heinz mówił do siebie – to wszystko ma znaczenie. Skłonności seksualne są tu kluczem. Oraz to, że ofiary były w tym samym seminarium. Nic innego nie wchodzi w grę.

Myślał teraz o ofiarach. Morderca odstawił przedstawienie. Ale i oni odegrali przed śmiercią swoją scenkę. Nowe firmowe ubrania. Buty. Każdy włożył na siebie z tysiąc złotych albo więcej. Chłopak, który chodzi do manikiurzystki i ma zrobionego frencha. To nie jest szary świat zamkniętych w celach zakonników. Oni szli na występ. Na podryw. Na umówione spotkanie. Jak męskie kurwy. – Heinz myślał gorączkowo. – Sądzili, że wrócą późno w nocy. Stąd te ciepłe kurtki. Jedenastego kwietnia w Warszawie – sprawdził to w dokumentacji – było ciepło. Prawdziwie letnia pogoda. Ale noce w kwietniu, nawet takim jak ten, bywają chłodne. Przygotowali się starannie, lecz stało się coś niespodziewanego nawet dla nich. Ktoś, kto ich udusił, znał ich plany. Albo poznał je na tyle dobrze, by działać z zegarmistrzowską precyzją.

Obrazy w głowie Heinza przypominały teledysk zespołu Prodigy. Teraz widział dwa martwe ciała na zimnych stołach sekcyjnych. Otarcia naskórka na przegubach i kostkach stóp. Podobne ślady na ustach. Szarpali się. Krzyczeli. Dlaczego? Bo morderca przywiązał ich najpewniej do krzeseł i zalepił im usta taśmą. Bał się, że ktoś może usłyszeć krzyk. Dlaczego nie zabił ich od razu? Dlaczego zdzierał taśmę z ust? Jak to wszystko się odbyło?

Gdy powiał wiatr, Heinz poczuł, że wilgotna koszula lepi mu się do ciała. Przeszył go dreszcz.

Raz jeszcze zobaczył tę scenę. Morderca trzyma ich gdzieś w zamknięciu. Może w piwnicy. Może w domku letniskowym. Poddusza, a potem, gdy brakuje tlenu, znów daje nadzieję. Zrywa taśmę z ust. Chce słuchać.

Czego, skurwysynu, chciałeś posłuchać? Jak błagają o litość? Nie, to nie o to chodzi. Nie to cię kręciło.

Znów przeszył go dreszcz. Tym razem nie wywołał go wiosenny wiatr znad Wisły. Heinz przypomniał sobie, jak siedzi z rękami i nogami przywiązanymi do krzesła, a nad nim pochyla się uśmiechnięta twarz Inkwizytora.

– Wyznaj swoje grzechy – usłyszał wtedy w starym śląskim mieszkaniu.

Oni też mieli się wyspowiadać – pomyślał o klerykach. Morderca chciał, by klerycy się wyspowiadali. Cokolwiek to znaczy. Dusił ich i odpuszczał. Czekał. A oni umierali i zmartwychwstawali.

Nie – Heinz zapiął sztruksową marynarkę – w tym wszystkim nie było źdźbła improwizacji. Panowanie nad sobą. Pełna kontrola – przypomniał sobie, co myślał, gdy wręczał ochroniarzowi kartkę z numerem telefonu. To samo można powiedzieć o mordercy.

Długo wpatrywał się w miejsce, gdzie leżały ciała, jakby chciał wywołać ducha sprawcy. A najlepiej – nie tylko ducha.

Seks za pieniądze. Klerycy. Spowiedź. Spowiedź ostateczna. Wyznanie winy jako element krucjaty. Przypomniał sobie statystyki. Morderców zabijających z pobudek religijnych, pomijając niepoczytalnych i jednocześnie przekonanych, że są instrumentem w rękach Boga, było niewielu. Nawet w tak popieprzonym kraju jak Stany Zjednoczone, a co dopiero w Polsce. Wprawdzie – przypomniał sobie – sławni seryjni mordercy Henry Lee Lukas i Ottis Toole uważali, że należą do satanistycznej sekty „Ręce Śmierci”, a Richard Ramirez podczas procesu pokazywał pentagram wytatuowany na dłoni. Nie zmienia to faktu, że seryjni mordercy na tle religijnym należą do rzadkości. A tu mamy tę cholerną godzinę śmierci papieża, wymalowane różową szminką cyfry, które postawiły na nogi polską policję.

Richard Ramirez – przypomniał sobie mężczyznę, który w lustrzanych okularach wyglądał jak Jim Morrison z zespołu The Doors. Skurwiel miał ksywę Mroczny Łowca. Ciekawe – pomyślał Heinz – jak nazwą naszego specjalistę od kleryków. Jeśli znów da znać o sobie. Torebkowy Klecha? Syn Karola? A może – biorąc pod uwagę miejsce znalezienia zwłok – Krwawy Olimpijczyk?

Zmęczony, zapadł się w fotelu dla pasażera. Miał złą noc. Postanowił wrócić do hotelu i przespać się.

Gdy ruszyli, poczuł smród.

– Chodził pan, chodził, aż w coś pan wdepnął, komisarzu – usłyszał głos kierowcy. – Wiosna jest przecież. Psie kupy wybiło.

Zatrzymali się, by Heinz mógł wytrzeć podeszwę. Gdy oglądał wyczyszczony but, przypomniał sobie sportowe obuwie jednego z zamordowanych i dziwny ślad w protektorze.

Ani źdźbła improwizacji. Żadnego błędu. Czy aby na pewno żadnego?

Загрузка...