26

Zanim wyszli, Heinz rozdzielił zadania. Chlaściak miał jeszcze raz przeczesać seminarium i dowiedzieć się jak najwięcej o czterech klerykach, którzy bądź tajemniczo znikli, bądź zostali zamordowani. Musiała przecież zostać jakaś korespondencja. Ludzie ot, tak po prostu nie znikają. Zwłaszcza przypadek Kotlarczyka wydawał się zagadkowy. Żaden natchniony geniusz nie opuszcza seminarium dobrowolnie. Zwłaszcza tydzień po rozpoczęciu nowego roku. A już z pewnością nie zrobi tego bez wiedzy mentora. Bez wiedzy profesora, który otoczył go opieką. Opieką – tu Heinz się zastanowił – pojętą może zbyt dosłownie.

Umówili się, że gotycka Jolka sprawdzi w Zintegrowanym Systemie Informacji Policyjnej, czy odnotowano w nim nowych bohaterów. Dopóki chodziło o Rakowieckiego i Leskiego, poruszali się po omacku. Teraz do sprawy wkroczyli dwaj nowi klerycy oraz Stanisław Bator. Człowiek, o którym krążą legendy.

Heinz postanowił, że rano zajrzy z Chlaściakiem do seminarium. Nie ufał umiejętnościom policjanta o pożółkłych zębach. Nawet dziś się nie wykazał. Nie zapytał o to, dlaczego dwaj wścibscy klerycy, Roszkowski i Szczur, zdecydowali się porozmawiać z policją. Inna sprawa, że odpowiedź nie należałaby do najmądrzejszych. Przypomniał sobie zmieszane spojrzenie Roszkowskiego, gdy sam zadał mu to pytanie.

– Lepiej ty powiedz – Roszkowski zwrócił się do Szczura.

Wymoczek wziął do ręki zdjęcie.

– Tu jest naszych czterech kolegów. I nasz wykładowca. A on – Szczur popatrzył na Roszkowskiego – zrobił im to zdjęcie. Więc sami rozumiecie…

– Że niby co? – nie wytrzymał Karloff. – Wydaje się wam, że wszyscy, którzy mają coś wspólnego z tym zdjęciem, giną? – Blizna na twarzy wydłużyła się. – Że to jak w tym filmie o kasecie wideo, która zabija? Zapomniałem tytułu…

– Ring… - podpowiedział Heinz.

– No właśnie, Ring. Lecz się, chłopie. – Karloff popatrzył na Roszkowskiego. – Jeden z drugim, leczcie się. I jeszcze jedno – zniżył głos. – Doceniamy wasze informacje, ale od tej pory koniec z harcerstwem i prywatnym dochodzeniem. Zrozumiano?

Zatem Chlaściak nie zadał oczywistego pytania. Inna sprawa, że gotycka Jolka też o to nie zapytała, ale policjantkę o wyglądzie mrocznej wokalistki Heinz traktował jakoś inaczej. Pojadą więc do seminarium we dwóch. Może coś zauważy, może natknie się na coś niezwykłego. Albo przynajmniej znowu trafi na seans biczowania.

Rano seminarium, a po południu wielki świat. High life. Ustalił, że wtedy, razem z Karloffem, odwiedzą biznesmena Jana Kunickiego, który – o ile właśnie nie załatwiał czegoś na drugim końcu świata – wydawał obiady wtorkowe dla przyjaciół. W tej grupie mieścili się ci wszyscy, z którymi Kunicki prowadził rozmaite interesy. W tej grupie – powiedział mu to już Karloff – nie przewidywano czwartorzędnych policjantów.

Heinz wrócił do hotelu na Sierakowskiego, do pokoju, który nie wywoływał już w nim żadnych negatywnych skojarzeń. Właściwie czuł się tu teraz tak samo jak we własnym mieszkaniu. Czuł się nijako. Na biurku poznaczonym śladami niedopałków położył zdjęcie. Zachciało mu się palić, tymczasem Jolka i Chlaściak skutecznie podzielili się jego sianowatymi chesterfieldami.

Zszedł na dół do baru, kupił paczkę marlboro i cztero-pak źle schłodzonego Lecha. W laptopie włączył bostoński koncert zespołu Fleetwood Mac, z czasów gdy Peter Green nie popadł jeszcze w obłęd i był geniuszem gitary. Wypił duszkiem jedno piwo i wrócił do zdjęcia, które otrzymał w „Eurociuchach”.

Czterech kleryków ufnie patrzących w obiektyw i człowiek o zmrużonych oczach. Wpatrywał się w fotografię, wykonaną chyba na patio seminarium, i zaczął dostrzegać szczegóły, których nie widział wcześniej. Rakowiecki i Leski. Dwaj blondyni. Skarga i Kotlarczyk, bruneci o podobnej, średniej budowie ciała, jak podawano w rysopisach. Z daleka można by ich pomylić. Po lewej stronie geniusz i leser. Po prawej – przywódca i ten, który zawsze był w cieniu. Dzielili pokoje. O dwóch wiemy, że byli gejami. A co wiemy o Skardze i Kotlarczyku? Na razie nic. Zobaczymy, co ustali Jolka.

Wypił kolejne piwo i poczuł, że lekko wiruje mu w głowie.

Black Magie Woman i Oh Weil, popisowe utwory Greena, skończyły się, zagłuszone oklaskami publiczności.

Pozostaje Stanisław Bator. Heinz wpisał w przeglądarce internetowej cztery słowa: Stanisław Bator sztuki walki. Najwyżej wyskoczyła strona klubu „21:37”. W notce o Batorze nie znalazł nic ponad to, co usłyszał w barze na Woli, wśród odgłosów gryzionego szkła. Przejrzał galerię klubowych zdjęć. Fotografie ćwiczących adeptów w różnym wieku. Od przedszkola do Opola. Zawodnicy na fotografiach mniej lub bardziej udolnie wykonywali dobrze znane Heinzowi bloki i kopnięcia. Poczuł piekącą zazdrość. Przypomniał sobie senseia Kastoriadisa i zaproszenie na trening.

Gdy to wszystko się skończy, spróbuje jeszcze raz.

Przy jednej fotografii, przedstawiającej Batora oraz mężczyznę o zmrużonych oczach, Heinz zatrzymał się dłużej. Podpis pod zdjęciem brzmiał: „Sensei Bator i mistrz duchowy, profesor Rutger”.

Heinz przeczytał informacje zamieszczone na stronie klubu. Gdy czytał posty zawodników trenujących u Batora, zrozumiał, co nie dawało mu spokoju. Bluesowa maszyna w Bostonie grała bez zarzutu, za to on sam odnalazł wreszcie fałszywą nutę, która z uporem do niego powracała.

Otworzył trzecią puszkę i powrócił do zakładki „O nas”.

Powoli składając litery, niczym dziecko, by nie popełnić błędu, przeczytał: „Klub istnieje pod tą nazwą od marca 2005 roku”.

Przecież papież zmarł w kwietniu tamtego roku. Nazwa klubu nie może nawiązywać do godziny śmierci najdostojniejszego z Polaków dwudziestego wieku, którego szybko nazwano JP2. Niczym jakiegoś podrzędnego rapera. „Klub istnieje pod tą nazwą od marca 2005 roku” – przeczytał jeszcze raz. Nie jest więc tak, że nazwę nadano później. Cyfry dwadzieścia jeden i trzydzieści siedem nie odnoszą się do śmierci papieża. Chyba żeby” przyjąć, że Stanisław Bator posiadł również zdolności profetyczne.

Otworzył czwarte piwo. Czuł, że brak snu i jedzenia oraz stres zrobiły swoje. Był pijany. Z trudem wybrał w komórce numer kolegi z zespołu. Numer doktora Ryszarda Burdyny, gitarzysty z powołania, a z zawodu antropologa kultury. Burdyna nie miał w lewej dłoni palca, którym pokazuje się serdeczność nieprzyjaciołom, ale nie przeszkadzało mu to w graniu karkołomnych pochodów na czterech nisko brzmiących strunach.

– Chryste, Hipis, albo wybili ci zęby, albo się totalnie uspawałeś – powiedział basista, gdy Heinz próbował wyjaśnić, w jakiej sprawie dzwoni.

– Chryste… ten Chrystus… to dobre… I uspawałeś też -bełkotał Heinz.

Przez piętnaście minut wyjaśniał, o co mu chodzi.

– O ile cię rozumiem, chodzi ci o to – przemówił Burdy na – że masz klub sportowy i cyfry. I religię w tle. Ale chodzi ci o te cyfry. O to, co one znaczą. Mogą znaczyć wszystko. Pamiętasz modę wśród kibiców piłkarskich, którzy wieszali na trybunach transparenty z cytatami z Biblii?

Heinz pokręcił głową.

– Jesteś tam, Hipis? – zaniepokoił się basista. – To jest na bank jakiś cytat z Biblii. Szukaj, a znajdziesz… – Usłyszał beknięcie w słuchawce.

Tej nocy Heinzowi przyśnił się koszmar. Była noc, a on szedł ulicą. Usłyszał, że nadjeżdża samochód, wydając zgrzyt charakterystyczny dla wiszącego na jednym zawiasie zderzaka. Heinz poczuł przeszywający ból w lędźwiach. Samochód zahaczył go i odrzucił na klika metrów, tuż pod ogrodzenie z prymitywnej siatki. Z samochodu wysiadł kierowca. Kapelusz zakrywał twarz naznaczoną dziobami po ospie. Latarnia rzucała na mężczyznę cień, który stykał się z ciałem bezradnego Heinza. Słyszał szelest butów, potem kroki ucichły. „Jestem trociną, Heinz. Cały jestem z trocin.” Szuranie butów stało się głośniejsze. Mężczyzna pochylił się, zdjął kapelusz i przycisnął go Heinzowi do twarzy. Heinz otworzył usta i poczuł dławiącą gulę filcu zatykającego mu gardło.

Była trzecia trzydzieści rano, gdy Rudolf Heinz obudził się gwałtownie w hotelu policyjnym przy ulicy Sierakowskiego. Przez otwarte okno wdarło się świeże powietrze, a Heinz zrozumiał, że obudził go jego własny krzyk.

Obudził się we właściwym momencie. Jeszcze chwila i eksplodowałby mu pęcherz. Poszedł do łazienki, wysikał się i spojrzał w lustro. Dobrą minutę wpatrywał się w nabrzmiałą twarz i podpuchnięte oczy, jakby właśnie odbył dwunastorundową walkę bokserską. Wiedział, że nie pomogą mu żadne wynalazki. Ani aspiryna, ani nowoczesne wspomagacze w rodzaju 2KC, którymi szprycują się na kacu policyjni małolaci, tacy jak Baryka.

Lekarstwo było jedno. Heinz wiedział, co ma zrobić, i na samą myśl o tym cierpła mu skóra. Wszedł pod prysznic i wychłostał się lodowatą wodą. Mokry wybiegł do pokoju i zrobił dwadzieścia pompek. Kolejna porcja biczów i znów pompki. Bicze i pompki. Powtórzył te czynności pięć razy i poczuł pięć razy, że umiera.

Zrobił pompki po raz szósty i padł na dywan.

Podniósł się, strzepał z ciała popiół z papierosów i grudki błota. Jego głowa wreszcie pracowała na pełnych obrotach.

Niczym komputer Deep Blue, który dziesięć lat wcześniej wygrał mecz szachowy z Garrim Kasparowem.

Odtworzył sobie sekwencję myśli, które przetoczyły mu się przez głowę, nim zapadł w pijacki letarg. Zanim padł uspawany. Klub sztuk walki. Zdjęcie Batora i Rutgera. Przypomniał sobie spotkanie ze sławnym biblistą w seminarium.

Już wiedział, czego ma szukać.

Ubrał się, zbiegł na dół i obudził zaspanego portiera.

– Czy jest jakiś kościół w pobliżu?

Recepcjonista patrzył na Heinza, jakby ujrzał przed sobą co najmniej mutanta z serialu Archiwum X.

– Kościół Świętego Floriana – wybełkotał. – Ale o tej godzinie… o tej godzinie raczej zamknięty. Moja żona, nieboszczka, świętej pamięci, lubiła chodzić na msze poranne…

Heinz nie chciał słuchać wspomnień z czasów pożycia małżeńskiego recepcjonisty. Faktycznie. Strzelisty, a zarazem szlachetny pseudogotyk – Heinz przywołał w pamięci obraz ceglastych kościelnych wież. O tej godzinie – wyświetlacz w telefonie wskazywał piątą rano – nie dobijają się do plebanii nawet staruszki nadające na tej samej częstotliwości co Radio Maryja.

Heinz nie mógł czekać. Był pewien swego jak drapieżnik trzymający ofiarę za gardło.

Nie mógł się mylić. Tylko jak zweryfikować przypuszczenia? Zastanawiał się, do kogo mógłby zadzwonić. W domu Biblii nie miał, zresztą syn o tej godzinie pewnie nie odbierze. Burdyna śpi w najlepsze. Komórkę włącza najwcześniej o dziesiątej rano, a telefon stacjonarny ostatnio odłączył. Ale przecież… Tak, to oczywiste… Od razu mógł o tym pomyśleć. Spojrzał na wyświetlacz. Piąta dwadzieścia. No trudno. Zaryzykuje.

Wybrał numer.

– Co jest, Heinz? – usłyszał zachrypnięty a zarazem czujny głos naczelnika wydziału kryminalnego, Krygiera. Głos, w którym napięcie mieszało się z nadzieją. – Masz coś w sprawie naszego gówna w Lasku?

Szef spodziewał się telefonu w tamtej sprawie. Zbawiennego telefonu. Zanim morderca zabije po raz trzeci.

– Nie dostałem jeszcze dokumentacji z ostatniego zdarzenia – zaczął Heinz. – Tak naprawdę, szefie, dzwonię w innej sprawie. Czy ma szef pod ręką Biblię? Muszę koniecznie coś sprawdzić.

Zapadło milczenie. Heinz usłyszał w słuchawce przyspieszony oddech.

– Pojebało cię, Hipis? Po co ci Biblia? – Krygier ciężko westchnął. – Ja Biblii nie używam, ale moja stara, jak wiesz, i owszem.

Heinz wyjaśnił krótko, o co mu chodzi.

– Poczekaj chwilę, zaraz wrócę.

Kilka minut wcześniej Heinz przypomniał sobie wzrok Krygiera w niedzielne popołudnie, gdy wydał polecenie, które wcześniej ktoś wydał jemu. Polecenie służbowe, by to właśnie Heinz zajął się sprawą zamordowanych kleryków. Pełne udręki spojrzenie naczelnika brało się nie tylko stąd, że niespodziewana sprawa zakłóciła rytm jego niedzielnych obiadów. W równym stopniu naczelnik martwił się o to, że polecenie z CBŚ wywróciło do góry nogami harmonogram dnia jego małżonki, anorektycznej, gadatliwej pani Krygier, która po niedzielnym obiedzie zwykła znikać na kilka godzin za murami kościoła, by z podobnymi do niej kobietami udzielać pomocy potrzebującym.

W odłożonej słuchawce Heinz usłyszał szuranie kapci, a następnie głos naczelnika:

– No to, Hipis, który fragment mam ci znaleźć?

„Ezechiel. Mój ulubiony prorok. Mówi się o nim, że nieco odbiegał od normy” – przypomniał sobie słowa Rutgera. Przed oczyma widział zdjęcie, na którym uwieczniono biblistę i Stanisława Batora.

– Księga Ezechiela. Rozdział dwudziesty pierwszy, werset trzydziesty siódmy.

Krygier szukał odpowiedniego fragmentu, a Heinz czuł, jak jego dłoń miażdży zaciśnięty w pięści długopis.

– Połapać się w tym trudno… – wymruczał Krygier. – Dobra, mam. Brzmi to tak: Staniesz się strawą dla ognia, krew twoja będzie płynąć w środku kraju i nie pozostawisz po sobie wspomnienia – ponieważ Ja, Pan, tak powiedziałem*.

Heinz poprosił o powtórzenie i dokładnie zanotował fragment.

– W ogóle – dodał Krygier – rozdział dwudziesty pierwszy zatytułowany jest „Miecz Pański”. I wiesz co, jak dobrze popatrzeć, są tu niezłe fragmenty, takie w sam raz dla nas. Na przykład werset czternasty: Miecz, miecz! / Wyostrzono go i wyczyszczono. A dalej jest o tym, że miecz wyczyszczono i wyostrzono, / aby go podać w rękę tego, co zabija.

– Może na początku księgi jest jakiś komentarz? Coś o tym Ezechielu?

– Zaraz sprawdzę – Krygier zamilkł. – O, jest! Posłuchaj: „Wbrew poglądom niektórych krytyków, że Ezechiel był chorobliwym fantastą, wizjonerem cierpiącym na urojenia, a nawet epileptykiem – sama treść dzieła i zgodność jego wypowiedzi z faktami historycznymi wykazują dobitnie, że posiadał on niezwykły zmysł rzeczywistości”.

„W dzisiejszych czasach byłby gwiazdą popkultury.” To także słowa Rutgera.

– Chcesz powiedzieć – spytał Krygier – że morderstwo kleryków ma coś wspólnego z tym Ezechielem? Że ktoś realizuje jego proroctwo?

Heinz włożył papierosa do ust. Drżały mu ręce. Z trudem udało mu się zbliżyć zapalniczkę.

* Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu. Opracował Zespół Biblistów Polskich z inicjatywy Benedyktynów Tynieckich, Wydawnictwo Pallottinum, Poznań-Warszawa 1990.


– Mam nadzieję, że nie. Ze morderstwo nie ma z tym nic wspólnego – wypuścił dym. – Mam nadzieję, że to fałszywy trop.

Spod pach strużkami spływał mu pot. Kolejny raz tego poranka wszedł pod prysznic. Miecz Pański. Stanisław Bator. Duchowny, misjonarz i komandos w jednej osobie, który nazwał swój klub tak, by był aluzją do księgi Ezechiela. A w tle jego mentor i być może przyjaciel, profesor Rutger, wielbiciel proroka, zdaniem niektórych krytyków: chorobliwego fantasty i wizjonera.

Przypomniał sobie, że zostawił ubranie przy kabinie prysznicowej. Czuł w mięśniach ból zwiastujący zakwasy. A na zakwasy dobre jest piwo i zawarta w nim witamina B6. Powstrzymało go lenistwo i myśl, że wyprawa po piwo o tej godzinie jest czymś równie okrutnym, jak zrywanie ze snu naczelnika Krygiera po to, by odczytywał biblijne wersety.

O szóstej trzydzieści Heinz przyrzekł sobie, że następne piwo wypije dopiero wtedy, gdy skończy z tym skurwysynem, który zabił Rakowieckiego i Leskiego.

Wtedy wypije za zdrowie i dobrą formę sędziego, który będzie się zajmował tym bydlakiem.

Загрузка...