34

Po dwóch godzinach jazdy przednia szyba opla pokryła się czerwonymi i czarnymi punkcikami. Owady rozpryskiwały się na szkle, pozostawiając na niej skrzydełka i odwłoki. Wycieraczki tylko pogarszały sytuację. Heinz zatrzymał się na stacji benzynowej, przetarł szyby i zjadł hot doga. Wycierał usta serwetką z napisem „Tankuj tylko u nas”, gdy zadzwonił telefon z komendy w Katowicach.

– Mamy tego Marciniaka – usłyszał podniecony głos Krzysztofa Kobuza, policjanta, z którym dzielił pokój.

– Marciniak to nasz przyjemniaczek z Lasku?

– A prawda, skąd masz wiedzieć. Tak, to on. Dobrze znasz Miasto Świętej Wieży?

Miasto Świętej Wieży. Przypomniał sobie piosenkę T.Love'u. Częstochowa nigdy nie budziła w nim dobrych skojarzeń. Może ze względu na pielgrzymów przybywających masowo do klasztoru.

– Tak sobie – mruknął.

– To kieruj się na wjazd do miasta. Spotkamy się przy McDrivie. Tam, gdzie zwykle stacjonuje Kobra. Wiesz gdzie?

– Wiem.

Kobra. Dawno o niej nie słyszał. Legendarna królowa częstochowskich tirówek z blond grzywą i olbrzymimi przeciwsłonecznymi okularami stała zawsze w tym samym miejscu i była dogodnym punktem orientacyjnym dla kierowców ciężarówek, którzy za pomocą CB radia informowali się, by kierować się na Kobrę.

– Jak się pospieszysz, zdążysz jeszcze na przedstawienie – powiedział Kobuz.

– Co się stało?

– Namierzyliśmy go w cudzym mieszkaniu. Chyba u jego kobiety. Skurwiel musiał się zorientować i zabarykadował się w środku. Słowem niezły cyrk.

Gdy się rozłączyli, przez głowę Heinza przetoczyły się dwie myśli. Pierwsza, że musi zdążyć. Druga, że nie chciałby być w skórze kobiety, która natrafiła na swojej drodze na przyjemniaczka z Lasku Aniołowskiego.


***

– Zdążyłem? – zapytał Kobuza, który nerwowo wycierał z ust resztki ketchupu i majonezu.

– Zostaw tu tego rupiecia i jedziemy tym – wskazał na radiowóz. – Antyterroryści tylko przebierają nogami, by gościa rozwalić.

Nic dziwnego – pomyślał Heinz.

– Mieszkałem tu do dwutysięcznego drugiego – Kobuz postanowił umilić czas opowieściami z przeszłości. Koło kina Relax. Byłem na ostatnim seansie, zanim kino zamknęli. Pamiętam, że to było w grudniu.

– Pamiętasz, na jakim filmie byłeś?

– Kosmiczni kowboje. Z Clintem Eastwoodem. Ja jeden wykupiłem bilet. I seans odwołali. Ale to ja byłem ostatni.

Obyśmy dojechali jak najszybciej – westchnął Heinz. Inaczej zabije mnie swoimi historyjkami bez puenty. Radiowóz mkną! Aleją Pokoju. Wjechali w blokowiska Rakowa. Z oddali widział, że są na miejscu. Teren blokowały samochody policyjne, karetka pogotowia i wóz straży pożarnej. Tłum gapiów uformował się w trzy grupy.

Pierwszą tworzyli starsi mieszkańcy, drugą dresiarze. Trzecią cała reszta. Wszyscy wpatrywali się w jeden punkt.

– Czwarte piętro. Tam – wskazał Kobuz.

Heinz dostrzegł naczelnika Krygiera, który nerwowo tłumaczył coś swojemu rozmówcy. Heinz widział już kiedyś tego człowieka. Policyjny negocjator. Mężczyzna ze słuchawką w uchu wyglądał jak trener futbolu amerykańskiego wydający polecenia swoim zawodnikom.

– Sytuacja patowa – powiedział Krygier, gdy Heinz podszedł do nich. – Facet grozi, że ją zabije, a nasi ludzie są coraz bardziej podkurwieni.

– Ona nie żyje – cicho powiedział Heinz.

– Skąd pan wie? – ostrym głosem zapytał negocjator. -Jest pan jakimś jasnowidzem?

– Nie jestem jasnowidzem. Mówię tylko, że on ją zabije… Jeśli jeszcze tego nie zrobił. A panu… – popatrzył zimno na negocjatora – panu samemu przydałby się psycholog.

Wśród gapiów zapanowało poruszenie. Jakby gwiazda rocka po godzinach przetrzymywania publiczności wreszcie wyszła na scenę, by zacząć koncert. W oknie poruszyły się zasłony i na sekundę ukazała się czyjaś głowa.

A potem wszystko potoczyło się błyskawiczne. Drzwi balkonu otworzyły się z impetem. Mężczyzna wspiął się na barierkę, rozłożył ręce i runął w dół. Krzyki obserwatorów zagłuszyły odgłos upadku. Jakaś kobieta trzymająca za rękę kilkuletnie dziecko osunęła się na ziemię. Chłopczyk zaczął przeraźliwie płakać.

Zawsze jest tak samo.

– Widziałeś jego spodnie? – Krygier nie ruszył się z miejsca.

– Całe we krwi…

– Cholera. Chcesz tam podejść? Albo pojechać na górę?

– Nie.

Heinz patrzył na strażaków leniwie zbierających się do odjazdu. Nawet nie rozłożyli pod blokiem trampoliny dla samobójców. Teren stopniowo pustoszał. Koniec przedstawienia. Na miejscu pozostali jedynie najdociekliwsi widzowie. Godzinę później podszedł do niego Kozub.

– Mam trzy wiadomości. Wszystkie są złe. Od której zacząć?

– Od najgorszej.

– Ta babka na górze nie żyje. Podziurawił ją nożem, jak te poprzednie. Facet musiał całkowicie zbzikować… Wiesz, co zrobił? Zabił ją, a potem wsadził do wersalki.

– A pozostałe wiadomości?

– Skurwiel przeżył upadek.

Heinz domyślał się, jaka będzie kolejna rewelacja.

– I najpewniej uszkodził sobie rdzeń kręgowy. Będzie kaleką do końca życia, a my będziemy go utrzymywać. Szef mówił, że przewidziałeś, że ją zabije. Skąd wiedziałeś?

– Pióro, latawiec, skok z okna – wyliczał Heinz. – Nie przewidziałem tego ostatniego rozwiązania. Przyszło mi do głowy dopiero tu, gdy popatrzyłem na balkon.

– Pióro, latawiec, skok z okna? Nic nie rozumiem…

– Nieważne. – Heinz machnął ręką. – A wieści przyniosłeś fatalne – spojrzał w górę. Na balkonie wciąż pracowała ekipa policyjna. – Podrzuć mnie do tego McDrive'a.

W piątkowe popołudnie dwudziestego siódmego kwietnia prawie wszyscy zaczynali myśleć o długim majowym weekendzie. Heinz nie miał żadnych planów. Do Warszawy mu się nie spieszyło. Siódmego maja miał umówioną wizytę w Instytucie Reumatologii. W sprawie morderstwa kleryków nie zdarzyło się nic, co mogłoby pchnąć śledztwo na nowe, szybsze tory. Dużo tropów, mało konkretów. Z doświadczenia wiedział jednak, że prędzej czy później pojawi się ogień, który podpali lont. W sumie wolałby prędzej. A tak czekał go długi weekend bez piwa. Postanowił, że zostanie w Katowicach. Poćwiczy na gitarze ku rozpaczy sąsiada z pierwszego piętra. Nie liczył na to, że uda się zorganizować jakieś wspólne granie. Koledzy z zespołu pewnie już pakują torby nad morze lub na

Mazury. Może umówi się z Lambrosem Kastoriadisem na trening. To byłoby coś. Powrót do starych czasów.

Stare czasy. Heinz nie miał nic do roboty. Nic poza jedną sprawa do załatwienia.

Wyjął telefon i zadzwonił do doktora Kornaka.

Загрузка...