9

Gdy się obudził, poczuł, że palce u rąk ma zimne jak lód. Próbował je na przemian to zginać, to prostować, ale każdy ruch sprawiał mu ból. Patrzył na blade palce i wiedział, co się stanie: niedługo przybiorą kolor sinoniebieski, a na koniec sczerwienieją. Zimno wtedy ustępuje, pojawia się obrzęk. Palce wyglądają jak ugotowane kiełbaski.

Objaw Raynauda. Pierwsze symptomy tej choroby o tajemniczym podłożu pojawiły się u Heinza przed trzema laty. Razem z zespołem grał koncert w niewielkim klubie w Sosnowcu. Pamiętał, że grali własną wersję Black Magie Woman i miał zacząć gitarowe solo, gdy poczuł, że nie jest w stanie ruszyć palcami lewej ręki. Zupełnie jakby ktoś przykleił je do gryfu gitary. Potem, już w trakcie leczenia, dowiedział się, że przyczyną objawu Raynauda może być silny stres. Medyk sądowy z Katowic załatwił mu po znajomości konsultacje w Instytucie Reumatologii w Warszawie i przez kilka miesięcy Heinz pojawiał się regularnie w szarym budynku przy Spartańskiej. Przyzwyczaił się wtedy do widoku ludzi powyginanych przez ból na tak wyrafinowane sposoby, jakich nie ogarnęłaby wyobraźnia genialnego rzeźbiarza. Przyzwyczaił się też do osób korzystających z umieszczonego koło Instytutu ujęcia wody oligoceńskiej i proponujących niekiedy swoje sposoby leczenia wszelkich schorzeń. Oswoił się z widokiem ubrań rozwieszonych na parkanie Instytutu i sprzedawanych za grosze. By skrócić czas oczekiwania na wizytę, zaczął się uczyć rozkładu jazdy autobusów, które miały pętlę przy ulicy Spartańskiej, od czasu do czasu chodził oglądać rośliny przez pordzewiałe szkielety szklarni z podziurawionymi dachami. Nie pogodził się tylko z jednym. Z diagnozą.

– Musiał pan sporo przejść – powiedział mu kiedyś doktor Piotr Poraj, lekarz, który zajmował się nim w Instytucie.- Objaw Raynauda może się nasilać przy stresie, a w pańskiej pracy… Poza tym objaw Raynauda może sygnalizować coś znacznie gorszego… Coś, co ujawni się za kilka, może kilkanaście lat. Myślę o reumatoidalnym zapaleniu stawów.

Heinz wolał nie wiedzieć, co to jest. Nie znosił swojej słabości. Znienawidził ją, gdy przyśnił mu się sen. Było to dwa lata temu. Śniło mu się, że ma strzelać do mordercy, sięga po broń, celuje… I czuje, że sztywnieją mu palce. Nie może nacisnąć spustu. Morderca ucieka.

Następnego dnia przestał nosić służbowego glocka.

Teraz też coś musiało być nie tak. Coś, czego Heinz nie umiał nazwać, ale co już intuicyjnie wyczuwał.

Myślał o tym jeszcze wtedy, gdy milczący policjant z komendy stołecznej wiózł go na ulicę Oczki na sekcję zwłok. Heinz w czasie studiów wynajmował kawalerkę na peryferyjnym wtedy Targówku, a Śródmieście uważał za siedlisko psycholi. Troje z nich wspominał nawet dobrze. Pamiętał obłąkaną staruszkę, która stała na skrzyżowaniu w Alejach Ujazdowskich, przy ambasadzie Stanów Zjednoczonych, i samozwańczo kierowała ruchem drogowym, wyposażona w milicyjny lizak i biały kask, jakich pełno było na budowach.

Gdy dwóch chłopaków chciało umyć szyby samochodu, milczący policjant odezwał się po raz pierwszy.

– Spierdalać! – krzyknął. – Bo wezwę straż miejską.

Heinz zdążył jeszcze zobaczyć, jak zbliża się do nich kolejny mężczyzna. Nogi kończyły mu się na wysokości kolan.

Kikuty stały na białej desce z przymocowanymi kółkami. Na rękach miał rękawice, jakich używa się na budowie. Kaleka odepchnął się energicznie od ziemi i minął stojącego przed nimi land cruisera. Był na wysokości drzwi kierowcy, gdy zapaliło się zielone światło. Kierowca parsknął śmiechem.

– Wie pan co? Wie pan, z kim mi się oni kojarzą?

Heinz milczał. Widział oczy wpatrzone we wsteczne lusterko. Pokręcił przecząco głową.

– Z lalkami. Z lalkami w wózku. A zauważył pan jego dłonie?

Heinz powtórzył swój gest.

– Grube budowlane rękawice. Żeby nie poobcierać pięści. Tyle że z poobcinanymi palcami, żeby lepiej chwytać kasę. Zawodowcy. Rozumie pan?

Heinz trzeci raz kiwnął głową. Zrobił znak, że rozumie. Był wściekły. Mieli mu dać służbowy samochód. I miał dosyć kierowcy. Chciał być jak najszybciej przy sekcyjnym stole. W prosektorium na ulicy Oczki, nazwanej tak na cześć nadwornego lekarza dwóch polskich królów, czekał na niego prawdziwy komitet powitalny. Obok Karloffa stał dwudziestokilkuletni zadbany brunet w beżowej skórzanej kurtce. Wyglądał, jakby właśnie wyszedł z salonu kosmetycznego. Heinz raz jeszcze spojrzał na jego kurtkę i aż pokręcił głową. Model stał między Karloffem, a niskim łysym mężczyzną. Jego łysina jaśniała, czego nie można było powiedzieć o fartuchu. Mężczyzna miał blade policzki pozbawione cienia zarostu i Heinz zrozumiał, dlaczego nazywany był Sierściuchem. Komitet powitalny uzupełniały dwa nieruchome ciała rozłożone na stołach.

– Doktor Jan Talar, nasz geniusz medycyny sądowej -

Karloff wskazał na Sierściucha. – A to podkomisarz Leszek Baryka, świeżo upieczony absolwent szkoły oficerskiej.

Widząc, że Heinz wpatruje się w kurtkę Baryki, dodał: – Debiutuje tu na Oczki i tym można tłumaczyć ten odświętny strój.

– Jak tracić dziewictwo, to w dobrym towarzystwie. -Sierściuch zaśmiał się. – A tu – teatralnym gestem wskazał na stoły – coś specjalnego…

– Super truper. – Podkomisarz nazwany Dziewicą starał się być zabawny.

– Dla porządku, nazywam się Heinz. Pisze się tak samo jak nazwę ketchupu. Wybiera się do nas prokurator?

– Dzwoniłem do niego – szybko odparł Baryka. – Powiedział, że się spóźni i żeby na niego nie czekać.

Karloff popatrzył przeciągle na Heinza.

– To nie ma znaczenia – powiedział Sierściuch. – Ciała są i tak otwarte. Zresztą zobaczcie… – Szybkim ruchem zdarł prześcieradła.

Heinz spojrzał uważnie na twarze, które jeszcze niedawno mogły się podobać. Jak lalki – przypomniał sobie, co mówił niedawno jego kierowca. Ktoś ich posadził jak lalki i naznaczył szminką. Jak w jakimś teatrzyku dla dzieci.

– Znaleziono ich – medyk zajrzał do dokumentacji – o czwartej nad ranem. Biorąc pod uwagę miejsce znalezienia zwłok i warunki atmosferyczne, możemy przyjąć, że śmierć nastąpiła jedenastego kwietnia między szesnastą a dwudziestą, a więc jakieś osiem do dwunastu godzin wcześniej.

– Co spowodowało zgon? Czy ma to związek z torbami foliowymi, które mieli na głowach? – Heinz wpatrywał się w martwą twarz leżącą bliżej niego.

– Proszę spojrzeć. Szyja – medyk odwrócił się. – U drugiego to samo. Widać ślady po taśmie samoprzylepnej albo jakimś materiale zaciskającym dolną część torby. Zostali w ten sposób uduszeni. Co do tego nie mam wątpliwości. Są też inne ślady w postaci otarć naskórka na szyi i twarzy, a także krwawe podbiegnięcia w śluzówce warg, trochę wybroczynek w spojówkach oczu…

– A zaczerwienienie przy ustach? U obu… – przerwał Heinz.

– To rzeczywiście jest ciekawe – przytaknął Talar. – Wygląda tak, jakby mieli usta zaklejone taśmą.

– Bez sensu – model w beżowej skórze postanowił coś powiedzieć. – Skoro duszono ich torbą, to po co zaklejano usta?

– I mamy jeszcze otarcia skóry na przegubach i na nogach, przy kostkach. – Medyk sądowy zignorował pytanie Baryki. – Oni byli do czegoś przywiązani… Szarpali się… Aha, i w jednym przypadku, u Leskiego, ślady defekacji na ciele i na bieliźnie. Najpewniej skutek duszenia lub stresu.

– Czy takie duszenie torbą… – Baryka przełknął ślinę. – Czy takie duszenie… boli?

– Czy boli? – Sierściuch oderwał wzrok od ciał i popatrzył na Dziewicę. – Mój profesor cytował Franza Kafkę, który mawiał, że śmierć to pozorny koniec, który powoduje realny ból. Powiem ci tak, młody przyjacielu: takie duszenie jest jedną z najgorszych tortur. W torbie założonej na głowę jest po prostu bardzo mało tlenu i szybko zaczynasz się dusić. Ale nie to jest najgorsze. Niby nie czujesz fizycznego bólu, ale wiesz, że umierasz, i to wywołuje nie dający się z niczym porównać strach. To ten strach boli cię, by tak rzec, naprawdę. Oczywiście znamy rozmaite wariacje tego sposobu – od prymitywnej metody umywalkowej, gdy podtapiamy ofiarę, do bardziej wyrafinowanych. Widzieliście film Bitwa o Algier?

Wszyscy trzej pokręcili przecząco głowami.

– W zasadzie niepotrzebnie pytałem. – Sierściuch był zdegustowany. – Przecież tylko ja pamiętam takie stare filmy. Była tam taka scena, jak Francuzi przywiązują faceta do deski i zanurzają w wodzie. Trzymają nieszczęśnika pod powierzchnią tak długo, aż zaczyna się na dobre dusić. Wyciągają i po chwili znowu powtarzają manewr. A Pola śmierci widzieliście?

– Widziałem – Karloff i Heinz odpowiedzieli niemal równocześnie.

– Nie wierzę wam – medyk uśmiechnął się. – Warto wiedzieć, że również ludzie Pol Pota w Kambodży przy pomocy toreb uśmiercili tysiące ludzi. Był to widowiskowy – i tani – sposób zabijania… Tak to z grubsza wygląda. Pan się nie najlepiej czuje? – Popatrzył na Barykę.

Podkomisarz pobladł.

– Nie… wszystko w porządku – wydusił.

– W jaki sposób pana zdaniem ci tutaj zostali obezwładnieni? – zapytał Karloff. – Dwóch młodych, sprawnych fizycznie chłopaków… To przecież nie jest łatwe. Nawet jeśli ma się broń… Przecież ich nie ogłuszył…

– Teoretycznie mógł. Sami wiecie… Wystarczy skarpetka wypełniona piaskiem albo pałka owinięta materiałem… Może się zdarzyć, że po takim uderzeniu nie będzie śladu na ciele. Ale chłopaków było dwóch, poza tym brak śladów walki. Poza tym po co się męczyć, mamy farmakologię…

Medykowi przerwał niespodziewany odgłos. Wszyscy spojrzeli w stronę starego żeliwnego zlewu. Podkomisarz trzymał się jego brzegów, pochylił głowę. Wstrząsnął nim skurcz.

– Rzygaj, chłopczyku, rzygaj. Najlepiej na podłogę, bo mi zlew zapchasz – powiedział Karloff, po czym odwrócił się do medyka sądowego. – Czyli przypuszcza pan, że ofiarom zaaplikowano coś w rodzaju kwasu gamma-hydroksymasłowego?

Medyk przytaknął.

– Tak, stawiam na którąś z odmian pigułek gwałtu. Na coś subtelniejszego niż na przykład popularny clonazepam.

– Dlaczego? – Karloff był wyjątkowo dociekliwy.

– Bo clonazepam można łatwo wykryć w czasie sekcji, a także u żyjących. Wystarczą badania toksykologiczne krwi i moczu. W naszym przypadku sprawca czy też sprawcy – medyk poprawił się – mogli się posłużyć choćby rohypnolem, środkiem, który szybko obezwładnia ofiarę. Przyjmujesz dawkę i za chwilę nie wiesz, co się z tobą dzieje, dajesz się bezwolnie wyprowadzić z restauracji życzliwym znajomym, i tak dalej… Na dodatek rohypnol, i podobne środki, powoduje niepamięć wsteczną, bardzo szybko rozkłada się i wydala z organizmu, co utrudnia późniejszą diagnostykę. Takie cudeńka najlepiej podawać z alkoholem, ale można też w kanapce o jakimś zdecydowanym, wyrazistym smaku.

Z okolic zlewu znów dobiegł odgłos uświetniający debiut podkomisarza Baryki na ulicy Oczki.

Heinz milczał. Uważnie oglądał dłonie zmarłych i patrzył na ślady na nadgarstkach. Ślady walki o życie.

– Gdzie są ubrania ofiar? – zapytał Karloffa.

– Powinny być w magazynie depozytów, ale sam wiesz, jak jest…

Heinz wiedział. Nawet ubrania zatrzymane w celu zabezpieczania śladów zwyczajowo przechowywano w policyjnych pokojach, zapakowane w czarne worki foliowe.

– Będę chciał na nie rzucić okiem. I wyprowadźmy go stąd – wskazał w stronę zataczającego się Baryki. – Bo wszystko doktorowi zachlapie.

– Byłbym zobowiązany – medyk uśmiechnął się. – A w wolnej chwili polecam Bitwę o Algier.

We trzech stanęli na ulicy. Baryka wdychał spaliny samochodów z taką lubością, jakby znalazł się w barze tlenowym.

– Coś ci powiem, Karloff – najwyraźniej odzyskiwał siły. – Nigdy więcej nie nazywaj mnie chłopczykiem.

– To ja ci coś powiem – Karloff zmrużył oczy. – Ty to na razie możesz mi wieśmaka przynieść. W najlepszym razie…

Heinz odciągnął Karloffa. Patrzył na pozieleniałą twarz Baryki.

– Pozwól, że ci coś wyjaśnię – zachrypiał, przekrzykując przejeżdżającą na sygnale karetkę. Najpierw uzupełnię to, co mówił zimny doktor. Jest jeszcze taka wariacja duszenia torbą foliową, jaką stosują nasze służby specjalne… Zresztą tak robią specsłużby na całym świecie. Wyobraź sobie nowoczesną, dobrze wyposażoną salę operacyjną.

Leżysz przywiązany do stołu jak w czasie operacji. Jesteś zaintubowany jak do zabiegu. Facet w białym fartuchu i masce chirurgicznej robi ci zastrzyk. Podaje środek zwiotczający mięśnie oddechowe. Choćby osławiony pavulon. „Łowców skór” z Łodzi pamiętasz? Nie czekał, aż Baryka odpowie.

– Zaczynasz się dusić – chrypiał Heinz. – Czujesz zwierzęcy strach przed śmiercią, przy pełnej świadomości zaczynasz umierać. Wtedy podają antidotum i zaczynasz znowu oddychać. I to się powtarza. Pavulon. Antidotum. – Palce Heinza wbiły się niczym ostrza noży w okolice ramion podkomisarza. Punkty atemialne. Szczególnie czułe punkty na ciele człowieka, przy których, jak mawiał sensei Kastoriadis, pięta Achillesa to mały pikuś. Mały pikuś. Swoją drogą ciekawe, gdzie Lambros nauczył się tego wyrażenia. – Pavulon. Antidotum. Pavulon. Antidotum… – Heinz powtarzał jak w transie, dźgając Barykę w okolicach pach. – Ile razy jesteś gotów tak umierać?

– Chcesz powiedzieć… – Oficer, który kilka minut temu przestał być dziewicą, odzyskał głos. – Chcesz powiedzieć, że służby specjalne mają coś wspólnego z tym zabójstwem?

– Nic nie rozumiesz. – Heinz odsunął się od swojej ofiary. – Ale może się jeszcze wyrobisz… Może… To była lekcja. Czas na podsumowanie. Po pierwsze, nigdy nie dzwoń do prokuratora z pytaniem, czy przyjdzie na sekcję zwłok. W dziewięciu przypadkach na dziesięć i tak nie przychodzą. Unikają nieprzyjemnych wrażeń. Poza tym zapamięta twoje nazwisko. I gdy następnym razem będziesz do niego dzwonił z naprawdę ważną sprawą, posłuży się byle pretekstem, żeby cię spuścić na drzewo.

– Dobrze gada – zaśmiał się Karloff.

– Teraz nauka druga. Ci dwaj na stole wyglądali tak niepozornie, prawda? Nie widać po nich, co przeszli, zanim umarli. Ale możesz być pewien, że cierpieli. Cierpieli jak skurwysyn. Twoje rzyganie to przy tym niewinne pieszczoty. Dlatego nigdy nie mów o ofiarach z lekceważeniem. Nawet wtedy, gdy chcesz stłumić własną niepewność albo tylko odruch wymiotny. Nie wyśmiewaj się z nich. To nie są żadni „super truper”, rozumiesz? I wreszcie – Heinz zawiesił głos – nauka trzecia. Masz wydatek w pralni chemicznej czy ekologicznej. Zarzygałeś sobie kurtkę.

Baryka spojrzał w dół. Przy kieszeni po prawej stronie i na rękawie widniały plamy, które odcinały się barwą od beżu.

– Kurwa… O kurwa… – Podkomisarz gwałtownymi ruchami zaczął rozcierać plamy. – Co Jolka powie? Ona tak lubi tę skórę…

– Powiem ci jeszcze coś – przerwał mu Heinz. – Gdy odbierzesz kurtkę z pralni, wciąż będziesz czuł, że coś jest nie tak. A wiesz, dlaczego? Bo zapach trupa wsiąka w skórę jak jasna cholera. Nigdy nie przychodź tu – ruchem głowy wskazał wejście do zakładu medycyny sądowej – tak ubrany. Ani na miejsce zdarzenia, jeśli możesz tam zastać rozkładające się ciało. To nauka numer cztery. Tyle o tym. – Przeczesał siwe włosy na skroniach.

Do Pałacu Mostowskich pojechał razem z Karloffem. Baryka poszedł szukać pralni. Całą drogę milczeli.

– Dlaczego tak go potraktowałeś? – zapytał Karloff, gdy wjeżdżali na dziedziniec. – Po co to całe kazanie o szacunku dla ofiar? Przecież nie żyją, a chłopczyk niech jakoś sobie radzi, by jak najszybciej przestał być chłopczykiem…

– Powinieneś jeszcze dodać – cierpko zauważył Heinz – że przyszłość należy do takich jak on. Młodych i ambitnych… Ty wciąż będziesz podkomisarzem, a on będzie się piął. I może zacząć się odgrywać…

– Nie odpowiedziałeś mi. Poza tym skąd w tobie tyle agresji, Heinz?

– Dlaczego tak go potraktowałem? – Heinz wpatrywał się tępym spojrzeniem w przednią szybę samochodu. – Kiedyś ci opowiem.

– Opowiedz teraz! – Karloff nie panował nad sobą. Heinz popatrzył mu w oczy.

– Okej. Może urzeknie cię moja historia.

Karloff zawrócił z piskiem opon. Heinz zdążył zauważyć, że posterunkowy stojący przed komendą spojrzał uważnie na ich samochód. Pięć minut później siedzieli w pubie przy Placu Bankowym.

Загрузка...