– To jak zrobimy? – zapytał Lambros Kastoriadis, wiercąc się w samochodowym fotelu. – Po mojemu czy po twojemu?
– Po twojemu – mruknął Heinz.
Biały opel od pół godziny stał nieopodal baru Rio na Giszowcu. Wizjonerzy architektury, bracia Zillmanowie, projektując to osiedle, nie mogli przypuszczać, że wyrośnie na nim taki wrzód jak ta mordownia o latynoskiej nazwie. Rio cieszyło się złą sławą. Trzy lata temu w przepastnych wnętrzach barowej zamrażarki znaleziono poćwiartowane zwłoki jednego z właścicieli. Teraz nie było lepiej. Lokal uchodził za przystań kiboli „gieksy” Katowice, wszczynających podczas sezonu piłkarskiego regularne burdy.
– Jesteś pewien? – upewnił się Kastoriadis.
– Tyle o tym – potwierdził Heinz.
Lambros Kastoriadis podzielił los wielu greckich rodzin, które przybyły do Polski, gdy skończyła się druga wojna światowa, a zaczęła krwawa wojna domowa między rojalistami i komunistami. Syn profesora politologii, subtelnego badacza myśli Karola Marksa, oraz znanej rzeźbiarki dzieciństwo i młodość spędził w Polsce. W drugiej połowie lat sześćdziesiątych, gdy skończył dwadzieścia lat, wyjechał do Kalifornii. W przeciwieństwie do wielu rówieśników nie trafił na farmę Woodstock i nie przyłączył się do bukietu dzieci kwiatów. Zakotwiczył się w dojo japońskiego mistrza karate.
Gdy Kastoriadis wrócił do Polski, miał czarny pas i piąte dan, sytuujące go bardzo wysoko wśród mistrzów sztuk walki. Ożenił się z Polką i prowadził na Śląsku kursy karate. Jednym z jego uczniów był Heinz. Był nim aż do spotkania z Inkwizytorem.
Wtedy ich drogi się rozeszły. Sensei Kastoriadis i Rudolf Heinz spotkali się ponownie półtora roku temu przy okazji jednej ze spraw, w której profiler brał udział. Wiele wskazywało na to, że mistrz karate w niewłaściwy sposób wykorzystał swoje umiejętności. Po pierwsze, zamordowany był sąsiadem Kastoriadisa. Po drugie, wiarygodni świadkowie potwierdzali, że na trzy dni przed śmiercią doszło do awantury między posiadaczem czarnego pasa i ofiarą. Po trzecie – drobnostka – w ciele zamordowanego tkwiło shuriken - śmiercionośna metalowa gwiazdka, jakiej używali legendarni wojownicy Ninja oraz współcześni mistrzowie sztuk walki. Shuriken, rzucone z nieprawdopodobną precyzją i siłą, wbiło się w oczodół dobrze znanego policji Tadeusza Hibnera, miażdżąc mu czaszkę. Widmo dożywocia, na które mógł zostać skazany sensei Kastoriadis, stało się całkiem realne, i kto wie, jak zakończyłaby się ta sprawa, gdyby nie udział Heinza, który wskazał mordercę. Po czwarte – jakiś czas później, gdy sprawa przycichła i Kastoriadisem nikt już się nie interesował, na działce należącej do Hibnera znaleziono ciało zamordowanej nastolatki. Dziewczyna była w ciąży.
– Uratowałeś mnie od stryczka – zwykł mawiać Kastoriadis od tamtego czasu. – Prawdziwy Grek nie zniesie więzienia. Pewnie bym się powiesił.
Teraz sześćdziesięcioletni karateka wiercił się w fotelu samochodowym i drapał w siwą czuprynę.
Była osiemnasta. Trzy godziny wcześniej biały opel zajechał pod „kukurydzę” na Osiedlu Tysiąclecia. Heinz wbiegł do klatki, potrącając w drzwiach Gumowe Ucho. Staruszka wyprowadzała na spacer psa. Heinz chwilę szarpał się z zamkiem, wreszcie drzwi ustąpiły.
W progu swojego mieszkania zderzył się z przerażoną dziewczyną.
– To tak się uczycie do matury, gratuluję – wycedził.
– Gdzie on jest? – Nie czekając na odpowiedź, wbiegł do pokoju syna.
W pierwszej chwili go nie rozpoznał. Prawe oko chłopaka otaczał fioletowy krąg, lewe skryła opuchlizna. Obie wargi były nienaturalnie wydęte.
– Co tu się dzieje? – Heinz patrzył na przemian na syna i na dziewczynę.
– Nic mu nie mów! Nie jego sprawa! – wyseplenił chłopak.
Najpewniej wybili mu przednie zęby.
Heinz złapał dziewczynę za łokieć i wyprowadził do kuchni. Oparł o lodówkę wciąż upstrzoną żółtymi kartkami. Z lodówki spadł słoik z ogórkami w occie i rozprysł się na kawałki. Heinz stał w kałuży i czuł, że przesiąkają mu buty.
Po kwadransie wiedział, co się stało.
Banalna historia. Grupka skinheadów skupionych w White Point miała zrobić „akcję”. Akcja miała polegać na tym, że poczekają przed akademikiem na „asfaltów” czarnoskórych studentów, a następnie, – jak zwykli mawiać, – wypiorą skórę do białego. Heinz junior zawahał się i wycofał z udziału w tej awanturze. W oczach kolegów okazał się mięczakiem. A jak ktoś jest mięczakiem, dostaje nauczkę od szefa, niejakiego Tyki.
Heinz otworzył szafę, mało nie wyrywając drzwi. Kij bejsbolowy, pamiątka ze Stanów Zjednoczonych, znów stał na miejscu.
A potem w spisie numerów wybrał opis „5 Dan” i nacisnął przycisk połączenia.
Zaparkowali trzydzieści metrów od metalowych drzwi baru. Lambros Kastoriadis i Heinz podeszli do dwumetrowego ogolonego na łyso chłopaka ze znudzoną miną żującego gumę.
– Bardzo przepraszam – powiedział Kastoriadis, zadzierając głowę – czy moglibyśmy wejść do środka?
Łysol popatrzył na dwóch mężczyzn i wypluł gumę pod ich nogi.
– Spadać, dziadki. Pomyliliście miejsca. Poza tym – zwrócił się do Heinza – Halloween dopiero za pół roku. Zabieraj stąd trolla! – wskazał ręką na Kastoriadisa, któremu natura poskąpiła wzrostu. – No, co mówiłem? Spierdalać! – Chłopak nadął się jak ropucha. Rozłożył ręce na boki, jakby dźwigał z hipermarketu siatki z zakupami.
Błąd, chłopie – pomyślał Heinz niemal ze współczuciem. Nigdy nie zwiększaj powierzchni, w którą możesz być trafiony.
Łysol zrobił krok do przodu i w tym samym momencie stopa Kastoriadisa zetknęła się z jego mostkiem. Skinhead z ogromną siłą rąbnął plecami o ścianę i osunął się na ziemię.
Heinz otworzył drzwi i poczuł, jak zapach piwnicznej stęchlizny miesza się ze świeżym powietrzem. Z głośników wydobywała się dźwiękowa melasa. „Wyparłem się Jezusa Chrystusa, starej żydowskiej świni” – Heinz z trudem zrozumiał słowa piosenki.
– Co jest, Pala? – ktoś krzyknął z dołu, zagłuszając tekst. – Miałeś stać przed drzwiami, a nie w drzwiach!
Kastoriadis zrzucił ciało nieprzytomnego Pały na dół i zszedł schodkami. Gdy był na przedostatnim stopniu, drogę zagrodził mu chłopak, który wyglądał jak brat Pały. Kastoriadis wykonał nieznaczny ruch przedramieniem i grzbiet pięści wylądował na łysej czaszce. Urakenuchi - z uznaniem pomyślał Heinz, przypominając sobie firmowy cios mistrza.
– Pod ścianę, szmaciarze! – Heinz wrzasnął do trzech pozostałych i strącił ze stolika puszki z piwem i rzężący magnetofon. – Chyba że chcecie wyglądać jak Pała i ten drugi – czubkiem buta kopnął w brzuch leżącego. W piwnicznych pomieszczeniach rozległ się jęk.
– Niezła tu akustyka, co? – Heinz zwrócił się do Kastoriadisa. – I smród tu potworny – pociągnął nosem i skrzywił się. – Powinniście dostawać dodatek za przebywanie w szkodliwych warunkach. – Popatrzył na trzy przestraszone twarze. – Którego z was nazywają Tyka?
Dwa odruchowe spojrzenia skierowały się w stronę muskularnego chłopaka ubranego w t-shirt ozdobiony zaciśniętą pięścią i wieńcem laurowym.
– Nazywam się Gajda, a nie żaden Tyka! – krzyknął chłopak.
Heinz skrzywił się i syknął.
– No to, chłopie, masz przesrane. – Znienacka uderzył
Tykę w brzuch. Chłopak zgiął się i padł na kolana. – I nawet nie wiesz, dlaczego. Ale wyjaśnię ci – ukucnął i chwycił chłopaka za podbródek. – Nazwisko Gajda kojarzy mi się z obrońcą Odry Opole z lat sześćdziesiątych. A ja nie cierpię piłki nożnej, a piłkarzy Odry z lat sześćdziesiątych szczególnie. Po drugie – kopnął w magnetofon – słuchacie strasznego gówna, a ja lubię dobrą muzykę. I to by starczyło. Ale, Tyka, jest jeszcze najważniejszy powód.
Trzymał teraz Gajdę za szczękę, wbijając kciuk i palec wskazujący w jego policzki. Z otwartymi ustami i wybału- szonymi oczami Gajda przypominał rybę gigantycznych rozmiarów.
– Nazywam się Heinz, a ty skatowałeś mojego syna. Powinienem cię zabić, ale nie zrobię tego. Powiem ci, co się stanie, gdy mojemu chłopakowi spadnie włos z głowy. – Cisnął Tykę na ścianę. – Jeśli coś mu się stanie, wsadzę cię na czterdzieści osiem pod byle pretekstem, a potem moi koledzy zrobią to jeszcze raz. I tak będzie na okrągło. A w areszcie nagle się dowiedzą, że siedzi z nimi taki jeden, co za bardzo lubi małe dzieci, rozumiesz? – Tyka drgnął. – Nie chciałbym być wtedy w twojej skórze, gnoju. Na twoim miejscu już bym kopał grób. Albo wypierdalał do Irlandii. Tyle o tym.
Kastoriadis podszedł do Heinza. Położył dawnemu uczniowi rękę na ramieniu.
– Nie wiem, czy pamiętasz – powiedział Grek – ale, jak mawiał sensei Funakoshi, karate zaczyna się i kończy uprzejmością. Ja muszę być uprzejmy, ale ty… Ty nie musisz…
Heinzowi nie trzeba było powtarzać. Wykonał półobrót i z całej siły uderzył łokciem w ciało Tyki. Trafił w żołądek. Skinhead padł na ziemię i zaczął charczeć.
Wracali w milczeniu. Heinz nerwowo przerzucał stacje z banalnymi piosenkami, wreszcie zdenerwowany wyłączył radio. Dopiero gdy się zatrzymali przed domem Kastoriadisa, mistrz karate powiedział:
– To nie był dobry cios. Ten łokciem. Za dużo siły, za mało techniki. Kiedyś lepiej wykonywałeś empiuchi. Powinieneś poćwiczyć.
Heinz nie odezwał się. Popatrzył na wysiadającego Lambrosa Kastoriadisa, pokiwał głową na pożegnanie i odjechał w stronę Osiedla Tysiąclecia.
Przez trzy kolejne dni Heinz nie opuszczał syna. Okazało się, że obrażenia nie były tak groźne, jak się wydawało na pierwszy rzut oka. Najważniejsze, że chłopak uniknął wstrząśnienia mózgu. Zęby naruszone, ale całe. To opuchnięte usta były powodem seplenienia. Opuchlizna i siniaki na twarzy oraz lekkie rozcięcia skóry na głowie to i tak niewielka cena za totalną głupotę. Najbardziej martwił się tym, że do matury było coraz mniej czasu.
Przez te trzy dni nie chciało mu się z nikim rozmawiać. Z nikim z wyjątkiem syna i jego dziewczyny. Heinz mówił nieustannie, jakby chciał nadrobić zaległości z wielu lat. Może z całego życia. Pierwszego dnia syn leżał odwrócony do ściany, drugiego – potakiwał głową, trzeciego – zaczął mówić.
W komórce Heinza nagromadziło się kilkadziesiąt nieodebranych połączeń, głównie od Karloffa, ale także – co go zdziwiło – z komendy w Katowicach. Wykasowywał wszystkie wiadomości bez odsłuchiwania. Podobnie zrobił z esemesami.
Czwartego dnia telefon zadzwonił o szóstej rano. Znowu Karloff. Był poniedziałek. Czego on chce o tej porze? Tym razem jednak zdecydował się odebrać.
Nie dając Karloffowi dojść do słowa, wyjaśnił, co się stało.
Gdy skończył, usłyszał wściekły świst. Jego rozmówca sapał do słuchawki.
– Teraz ty słuchaj, Heinz. Nie urzekła mnie twoja historia. Zresztą to już kolejny raz. Powiem ci tylko, że odebrałem wiadomość skierowaną do ciebie.
– Do mnie? – Heinz pomyślał, że się przesłyszał.
– Do ciebie – sapał Karloff. – Brzmiała mniej więcej tak: „Jeśli interesuje pana los Rakowieckiego i Leskiego, proszę o kontakt. Jana Pawła II, pawilon 65. Eurociuchy”. Masz być tam dziś, Heinz, tylko dziś, o dwunastej.
– Cholera! – zaklął Heinz i wbiegł do pokoju syna.
Godzinę później był już w drodze do Warszawy.