32

Porażka. A jednak nic mu nie powiedziała. Nerwowo popatrzyła na ojca, a potem zaczęła wciskać bajeczkę o esemesie z Anglii. Oczywiście już wykasowanym. Brat twierdził, że lepiej nie utrzymywać kontaktów. Tak będzie lepiej dla wszystkich. A co z jego dziewczyną? Rzuciła go i wzięła urlop dziekański. Zachowała się podle. To nie była żadna zarozumiała dziwka, ale zrobiła to bez klasy.

Heinz siedział w samochodzie. Zza drzew prześwitywał otynkowany na biało parterowy dom. Furtka, z której odchodziła zielona farba, była uchylona. Albo dzwonek był zepsuty, albo właściciel zapomniał zamknąć.

Przez trzy godziny próbował się dodzwonić do profesora Rutgera. Komórka cały czas była wyłączona. Zadzwonił do komendy i poprosił o adres. Profesor mieszkał w Radości, na obrzeżach Warszawy, niedaleko Centrum Zdrowia Dziecka w Międzylesiu. Tym razem mężczyzna o zmrużonych oczach będzie musiał spojrzeć mu prosto w twarz. Heinz zgasił silnik i podszedł do furtki. Czekał, aż podbiegnie wściekle ujadający pies. Nic takiego jednak nie nastąpiło.

Heinz wszedł na podwórko i rozejrzał się. Zobaczył sporych rozmiarów garaż zabezpieczony masywną sztabą. Podszedł do drzwi i zadzwonił.

– Wejdź, proszę! – usłyszał donośny głos.

Rutger siedział przy masywnym biurku. Po jego lewej ręce stał posążek Buddy. Po prawej – butelka Finlandii. Zobaczył Heinza i drgnął.

– Pewnie spodziewał się pan mistrza karate, Batora?

Atak. Tylko atak.

Rutger zamknął oczy i odchylił głowę.

– Nie spodziewałem się pana, istotnie…

Mówienie sprawiało mu kłopot. Ciekawe, ile zdążył już wypić.

– A z senseiem Batorem już rozmawialiśmy. Zresztą… – otworzył oczy i rozłożył ręce – lubię wiedzieć, z kim mam do czynienia. Witam sławnego profilera, komisarza Heinza z Katowic, w moich skromnych progach. Zaintrygował mnie pan wtedy. W seminarium…

Spryciarz z niego. Zasięgnął informacji. Widocznie miał u kogo. Najważniejsze teraz to nie pozwolić, by przejął inicjatywę. Nie dać się zaskoczyć.

– Znał pan księdza Kowalskiego? Uczył w waszym seminarium…

– Znałem – Rutger rozciągał samogłoski. – Osobiście doprowadziłem do tego, że wyleciał z seminarium.

– Dlaczego?

– Za bardzo lubił chłopców. – Rutger zamilkł. – Ale przecież nie przyszedł pan rozmawiać o Kowalskim?

– Nie. Nie po to przyszedłem – odparł ostro. – Ładnie pan mieszka… Jak na księdza…

Ten cios powinien go zaskoczyć.

Rutger rozejrzał się po pokoju zastawionym regałami uginającymi się od książek, odbitek kserograficznych i brulionów.

– Pojęcia pan nie ma, jak mieszkają księża. Nasz spowiednik, rektor, nawet ten jego halabardnik Jurek, który dostał dom i samochód od rodziców zaraz po prymicji… Zarobiłem na to – zatoczył łuk dłonią – pisząc książki i sprzedając je za granicą. Naprawdę nie zna pan bogatych księży…

– Skoro już jesteśmy przy pańskich książkach… Rektor Majda mówił mi, że jest pan specjalistą od cyfr – rzucił Heinz od niechcenia.

– Rektor mówi różne rzeczy.

– Ale na przykład sześć i dziewięć. Z czym one się panu kojarzą?

Rutger wstał od biurka i podszedł do jednego z regałów. Wyjął Biblię i położył ją przed Heinzem.

– Pierwszy List do Koryntian. Proszę szukać pod koniec tomu – dodał drwiącym tonem. – Czyż nie wiecie - zaczął recytować – że niesprawiedliwi nie posiądą królestwa Bożego? Nie łudźcie się! Ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy, ani rozwieźli, ani mężczyźni współżyjący z sobą, ani złodzieje, ani chciwi, ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy nie odziedziczą królestwa Bożego*. Święty Paweł, rozdział szósty, werset dziewiąty.

Rutger podniósł szklankę i szybkim ruchem wlał jej zawartość do ust.

– A poza tym sześć i dziewięć kojarzy mi się z dobrym rockiem. Z piosenką Hendricksa. Sam w latach osiemdziesiątych jako duszpasterz jeździłem na festiwale w Jarocinie.

Oczywiście! Rutger. Teraz Heinz już wiedział, skąd go zapamiętał. Musieli się zetknąć na festiwalu wśród tłumów tańczących pogo. W innych szczęśliwszych czasach i okolicznościach.

– Profesorze – powiedział łagodniej. – Proszę posłuchać.

Skoro już pan powiedział o mężczyznach współżyjących ze sobą… Jeden z tych chłopaków miał pański numer telefonu. Nowy numer telefonu… – Wpatrywał się w Rutgera, oczekując reakcji. – A podobno kilka miesięcy wcześniej wyrzucił ich pan z prywatnych zajęć, prowadzonych po godzinach obowiązkowych…

Biblista sięgnął po butelkę. Już miał sobie nalać, gdy spojrzał na rozmówcę.

– Napije się pan? Przepraszam, że dotychczas nie proponowałem…

Powoli wstał, przytrzymując się blatu stołu. Zrobił krok do przodu i zachwiał się. Heinz odruchowo wyciągnął ręce, by go uchronić przed upadkiem.

– Proszę dać spokój, profesorze. – Posadził Rutgera w fotelu. – Nie napiję się z panem…

* Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu. Opracował Zespół Biblistów Polskich z inicjatywy Benedyktynów Tynieckich, Wydawnictwo Pallottinum, Poznań – Warszawa 1990.


– Nie? – Zdawało się, że profesor w jednej chwili odzyskał kontakt z rzeczywistością. – Przecież lubi się pan napić… Zresztą… to, co usłyszałem o panu, potwierdza moje przypuszczenia, że jesteśmy do siebie podobni.

Heinz milczał. Ciekawe, czy jest aż tak pijany, czy tylko się zgrywa?

– Psycholodzy nazwaliby to typem osobowości borderline - ciągnął Rutger. – Skłonność do skrajnych reakcji i emocji, stanów depresyjnych…

– A za chwilę wyjedzie mi pan z dojmującym uczuciem samotności – przerwał Heinz. – Zaraz usłyszę, że jesteśmy na siebie skazani. Jak Flip i Flap. Jak Lennon i McCartney. Jak… Sacco i Vanzetti – przypomniał sobie nazwiska dwóch włoskich anarchistów skazanych przed wojną w Ameryce na krzesło elektryczne.

– Sacco i Vanzetti, proszę, proszę… – Teraz Rutger patrzył z zainteresowaniem na rozmówcę. – Ale z pana erudyta…

– Znajomi mówią o mnie kosiarz umysłów, panie profesorze – wycedził Heinz.

– Pokazał pan prawdziwe oblicze wtedy na korytarzu seminarium – Rutger podniósł głos. – Pod maską subtelnego policyjnego analityka, profilera, kryje się pańska wściekłość i nienawiść do świata.

– A co z pańską frustracją, wściekłością i nienawiścią?! -krzyknął Heinz. – Ukrywała się przez lata pod sutanną?! -Nie wytrzymał i walnął pięścią w stół. – A potem dał jej pan upust, mordując tych chłopaków, tak? Co pan robił jedenastego kwietnia od godziny szesnastej? – zapytał już cicho.

Patrzył Rutgerowi prosto w oczy. Profesor kiwał się w fotelu do przodu i do tyłu. Drżącą rękę wyciągnął w kierunku butelki z wódką. Dłoń drgała, jakby tkwił w niej uruchomiony nagle młot pneumatyczny. Widocznie wciąż wypił za mało, by opanować drżenie. Palcami drugiej ręki przytrzymał nadgarstek. Heinz szybkim ruchem wziął butelkę ze stołu. Rutger popatrzył na niego nienawistnym wzrokiem.

– Sam panu naleję – powiedział Heinz. – Co pan robił jedenastego?

Rutger odchylił głowę i zmrużył oczy.

– Jedenastego… Nie pamiętam… Skąd mogę wiedzieć?

Może piłem… Jak dziś… Moje problemy, by tak rzec… powróciły. – Skupił wzrok na dłoni Heinza zaciskającej się na butelce. – Nie jest tajemnicą, że leczyłem się w Nałęczowie, mamy tam specjalny ośrodek odwykowy dla księży. Pan wie – powiódł po pokoju nieprzytomnym wzrokiem – że w Nałęczowie wyszkolili psy, by były wyczulone na zapach alkoholu? Proszę mi nalać – wskazał na szklankę.

Heinz spełnił jego życzenie.

– Teraz to i tak nie to, co wtedy, gdy nie mogłem sobie nalać z butelki, bo ręce latały mi o wiele bardziej niż dziś.

Wlewałem wódkę do garnka, a potem odsączałem w plastikową buteleczkę po płynie do czyszczenia soczewek.

Sięgnął po szklankę i wypił duży łyk.

– Nie odpowiedział pan na pytanie, do czego studentom, których pan wyrzucił kilka miesięcy wcześniej, potrzebny był pański numer telefonu. Pan kłamie – powiedział cicho – kiedy opowiada mi, że nie utrzymywaliście kontaktów, prawda?

– Zadzwonili do mnie i prosili o spotkanie. Mieli podobno jakąś ważną sprawę. Odmówiłem… Teraz tego żałuję. – Profesor zwiesił głowę.

– A nie żałuje pan, że zaraził pan swojego przyjaciela, mistrza Batora, tymi bredniami o naostrzonym mieczu Pańskim? Tym całym Ezechielem. Że podpowiedział mu pan rozdział dwudziesty pierwszy i werset trzydziesty siódmy. Nie żałuje pan? – powtórzył, potrząsając ciałem Rutgera. -Ten wasz miecz Pański skosił Rakowieckiego i Leskiego?

– Powinni zostać ukarani – szepnął Rutger. – Nie tak, ale miecz Pański słusznie zawisł nad ich głowami.

– Został pan wezwany, żeby zidentyfikować ciała. Gorliwi policjanci pewnie powiedzieli panu o torbach foliowych, o dwadzieścia jeden trzydzieści siedem. Skojarzył pan cyfry od razu, prawda? – Heinz zacisnął zęby i odsłonił je, jakby zaraz miał ugryźć Rutgera. Biblista nie odpowiedział.

– A potem pomyślał pan o Batorze, o jego obsesji prostowania ludzi… I teatralnie zemdlał pan. Taki pan niby wrażliwy, co? – Heinz z trudem panował nad sobą.

Zaraz się na niego rzucę – pomyślał.

– Dosyć – jęknął Rutger. – Mówi pan o mieczu Pańskim. Nade mną ten miecz też z pewnością wisi. Widział pan dzisiejsze wiadomości w Internecie?

– Chodzi o samobójstwo tego policjanta? – Heinz nie zrozumiał.

Rutger pokręcił głową.

– Chodzi o mnie. O moje oświadczenie przekazane Polskiej Agencji Prasowej. Napisałem, że występuję ze stanu duchownego. Rozumie pan? Jestem już na tamtym świecie… – Jego podbródek znów zetknął się z klatką piersiową. Uniósł głowę z najwyższym wysiłkiem. – Jest takie powiedzenie, że jeż wie o wielu sprawach, natomiast zna jedną najważniejszą – bełkotał. – Niestety okazałem się jeżem, nie lisem…

Po chwili Heinz usłyszał ciche pochrapywanie. Rutger spał.

Heinz podszedł do biurka i otworzył szuflady. Sam nie wiedział, czego szuka. Zobaczył stos papierów i faktury do zapłacenia. W dolnej szufladzie natknął się na piersiówkę. Potrząsnął nią. Była pusta. Poszedł do kuchni. Szafki wypełnione były jakimiś woreczkami i torebkami, w których upchano zioła. W lodówce na plastikowej tacce leżały kiełki soi i pędy bambusa. Skrzywił się. Usłyszał jakiś dźwięk i wyjrzał przez kuchenne okno. Pod dom Rutgera podjechał samochód. Kierowca wyłączył silnik, ale nie wysiadał. Tak jakby nad czymś się zastanawiał albo coś zauważył. Heinz cicho podszedł do drzwi. Pamiętał, że od ulicy wejście do domu zasłaniają stare drzewa.

Cicho wymknął się na zewnątrz i w trzech susach znalazł się za narożnikiem domu. Widział stąd furtkę oświetloną uliczną latarnią. Usłyszał szczęk otwieranego zamka i odgłos zatrzaskiwanych drzwi samochodu. W świetle latarni ujrzał siwą głowę spowiednika z seminarium. Starszy mężczyzna wszedł przez uchyloną furtkę i ruszył w stronę drzwi.

Korciło go, by podsłuchać rozmowę. Ale przecież rozmowy nie będzie. Rutger spał jak zabity. I minie nieco czasu, zanim wróci do żywych. Heinz trochę się na tym znał. Znał się aż za dobrze.

Minutę później siedział w oplu i przekręcał kluczyk w stacyjce.


***

Zjadł kebaba XXL, wrócił do hotelowego pokoju i połączył się z Internetem. Bez trudu odnalazł link zatytułowany: „Znany teolog porzuca stan duchowny”. Pod trzyzdaniową informacją znajdował się odsyłacz do pełnego tekstu oświadczenia profesora Rutgera. Heinz przeczytał:

Po długotrwałym namyśle postanowiłem poinformować moich zwierzchników, przyjaciół i ludzi mi bliskich o decyzji wystąpienia ze stanu duchownego. Do decyzji tej dojrzewałem stopniowo. Nie wdając się tu w szczegółowe uzasadnienia, przywołam trzy dramatyczne doświadczenia, które do głębi mną wstrząsnęły. Pierwszym była wiadomość o tym, że dekret Crimen sollicitationis, jeden z najbardziej haniebnych dokumentów w historii Kościoła, uchwalony przez Święte Oficjum w 1962 roku, obowiązywał za zgodą kolejnych papieży – w tym Jana Pawła II – do początków naszego, XXI wieku. Konsekwencje tego dekretu odciskają do dziś piętno na wielu sferach, choćby na praktyce funkcjonowania seminariów duchownych. Drugim doświadczeniem niechaj będzie polityka kadrowa naszego Ojca Świętego, który – najpewniej ulegając naciskom i podszeptom – postawi! na czele Kościoła w Polsce ludzi o wątpliwych kwalifikacjach intelektualnych, a wielokroć także – moralnych. Trzecie doświadczenie ma charakter osobisty: jak wiadomo, od wielu lat jestem orędownikiem łączenia chrześcijaństwa z innymi religiami, w tym zwłaszcza z buddyzmem. W ostatnich latach moje starania, by uczynić Kościół bardziej otwartym, natrafiały na wiele coraz potężniejszych przeszkód. Jest jeszcze jeden ważny powód mojej decyzji. Poinformuję o nim w ciągu tygodnia. Przepraszam tych, którzy poczują się osobiście dotknięci moją decyzją. Do wszystkich ludzi Kościoła kieruję zaś słowa mojego ulubionego proroka, Ezechiela, by Pan dał wam „serce nowe i ducha nowego tchnął do waszego wnętrza” (Ez 36, 26).

Prof. Jan Rutger


Heinz przeczytał oświadczenie po raz drugi, po czym wpisał w wyszukiwarkę dwa słowa: Crimen sollicitationis. Na ekranie ukazały się odsyłacze do artykułów w różnych językach. Pobieżnie przejrzał kilka z nich. We wszystkich podkreślano, że dekret wydany na początku lat sześćdziesiątych dotyczył – tu cytowano Święte Oficjum – „najgorszych zbrodni”: „agresji seksualnej popełnionej przez księdza” lub „próby agresji wobec nieletnich płci obojga lub zwierząt”. W myśl dekretu wszelkie przestępstwa tego rodzaju miały być wewnętrzną tajemnicą Kościoła pod groźbą ekskomuniki wobec tych, którzy by się wyłamali.

Przypomniał sobie skandale pedofilskie w Kościele w Stanach Zjednoczonych oraz homoseksualne ekscesy w seminarium duchownym gdzieś w Austrii. Może Rutger rzeczywiście ma dosyć? A może chce w ten sposób odwrócić uwagę od tego, co zdarzyło się tu, w Warszawie? Zastanawiał się nad wizytą, jaką złożył Rutgerowi spowiednik z żoliborskiego seminarium. Ten sam, który lubił, gdy wyznawaniu grzechów towarzyszy biczowanie. Ciekawe, czy jego klientem jest także były zapaśnik Kruk, goryl Kunickiego.

Raz jeszcze przeczytał oświadczenie Rutgera. Dwadzieścia jeden, trzydzieści siedem. Może jednak wcale nie chodzi o cytat biblijny, ale o godzinę śmierci papieża. O koniec, który – popatrzył na cytat z Ezechiela – oczyści i tchnie nowego ducha?

Dość. Na dziś dosyć. Poczuł ból w skroniach. Wyłączył telefon. Do snu włączył składankę Fleetwood Mac. Gdy rozbrzmiewały pierwsze takty Albatrosa, zasnął.

Загрузка...