6

Służbowy samochód wiózł go w stronę Pałacu Mostowskich. Heinz z trudem rozpoznawał miasto, w którym studiował, gdy podjął drugą próbę uwolnienia się od Śląska i wspomnień z dzieciństwa, krepujących swobodę niczym kaftan bezpieczeństwa. Pierwsze podejście – gdy dał się zamknąć w szkole z internatem – zakończyło się klęską, wstydem i hańbą, jaką niesubordynowany uczeń okrył rodzinę. Wydawało się, że drugie podejście zakończy się inaczej – Heinz skończył w Warszawie socjologię, pracował w spółdzielniach studenckich, dorabiał jako stróż nocny, wyspecjalizował się w myciu okien na dużych wysokościach. I wtedy przypadek zwany miłością zrządził, że powrócił do Katowic.

Samochód zatrzymał się na światłach na skrzyżowaniu Marszałkowskiej i Królewskiej. Podeszła Rumunka z dzieckiem na ręku. Wyciągnęła dłoń w stronę kierowcy, a gdy ten nie reagował, spojrzała na Heinza siedzącego z tyłu. Znów wyciągnęła dłoń, potem wskazała palcem na usta i śpiące dziecko. Wreszcie zamaszystym ruchem zaczęła kreślić znak krzyża. Trzy-, czteroletnie dziecko drgnęło, wybudzone ze snu. Zza szczelnie zamkniętych szyb do Heinza dobiegł płacz. Rumunka znowu się przeżegnała, dziecko zaczęło grozić kierowcom zaciśniętą piąstką, a jego opiekunka wyciągnęła środkowy palec, tak by gest został zauważony. Ruszyli ostro w stronę Placu Bankowego.

Pewne rzeczy się nie zmieniają – pomyślał Heinz, gdy służbowy samochód minął bramkę wjazdową przy Pałacu Mostowskich.

Za każdym razem, gdy tu przyjeżdżał, w Fabryce, jak nazywano komendę stołeczną policji, trwał remont. I tym razem odgłos wiertarek skutecznie zagłuszał rozmowy na korytarzach.

Zebranie grupy specjalnej odbywało się w niedużym pokoju konferencyjnym, w którym, chociaż dzień był słoneczny, panował przygnębiający półmrok. Za oknami widać było zardzewiałe rusztowanie. Resztkę światła przesłoniły nogi, które nagle wypełniły okienne obramowanie. Rozległ się jazgot wiertła i wszystko przesłoniła mgła tynku.

– Oszaleć można – powiedział ponuro czterdziestolatek o pociągłej twarzy. Wydawało się, że mówi, nie otwierając ust układających się w cienką kreskę. Druga, równoległa linia biegła przez czoło, jakby ktoś naciął je skalpelem.

Podinspektor Osuch w istocie miał powody, by być w podłym nastroju. Sprawa podwójnego morderstwa ugrzęzła w miejscu. Zabójstwo kleryków nie zdarza się codziennie, nic więc dziwnego, że sprawa wzbudziła zainteresowanie w samym ministerstwie. Jeszcze bardziej zaniepokoiła go wczorajsza rozmowa telefoniczna, która zupełnie popsuła mu dobry weekendowy humor. Przesłanie było jasne: grupę specjalną miał wspomóc ktoś z zewnątrz. Profiler z Katowic. Rudolf Heinz. Nadkomisarz słyszał o nim wcześniej, a to, co wiedział na jego temat, nie wróżyło nic dobrego. Jak wynikało z opowieści, gwiazda profilowania nieznanych sprawców lubi pracować samotnie, tymczasem Osuch lubił mieć u siebie porządek i dyscyplinę. Samotni myśliwi stają się wzorem dla innych, którzy chcą ich naśladować. A wtedy, podpowiadało Osuchowi doświadczenie, wszystko zaczyna się sypać.

Jednak to nie swoboda działania profilera była największym zmartwieniem nadkomisarza. Osuch po prostu nie lubił na swoim terenie obcych. „Policjant naprawdę jest psem – zwykł powtarzać podwładnym. – A wiecie dlaczego? Bo zna swoje terytorium i potrafi zagryźć, gdy ktoś na nie wkracza.” Przez telefon bezskutecznie próbował przekonywać, że jego ludzie dadzą sobie radę sami. – Heinz jest potrzebny jak wrzód na dupie – myślał.

Heinz czuł, że jest tu intruzem, że każda z sześciu osób obecnych w pokoju rejestruje jego nawet najdrobniejszy ruch.

– Komisarz Heinz ma nam pomóc – Osuch przełknął ślinę – w rozwiązaniu sprawy. Ma niejakie – to słowo wypowiedział z naciskiem – doświadczenie w takich sprawach. Jak wam mówiłem, jest profilerem…

– Czyli wróży z fusów – mruknął policjant o rudych włosach siedzący naprzeciw Heinza. Sąsiad rudego uśmiechnął się, odsłaniając pożółkłe od nikotyny zęby, i też coś szepnął, ale jego słowa zagłuszył jazgot wiertarki.

– Najlepiej będzie – ciągnął Osuch – jak jeszcze raz zbierzemy wszystko do kupy i przyjrzymy się temu pasztetowi. Rudi – skinął na rudego – zreferuj, co wiemy.

Heinz drgnął, słysząc dźwięk swojego imienia. Rudy Rudi. Wymyślna ksywa, jakże oryginalnie. Rzucił okiem na leżące na stole papierosy. Wyglądało na to, że nikt z obecnych nie pali ukraińskich bez akcyzy. Na szczęście. Wyjął paczkę chesterfieldów.

– Pasztet – zaczął Rudi – składa się z dwóch mężczyzn, najpewniej uduszonych. Najpewniej, bo okoliczności, w jakich znaleźliśmy ciała, mogą wskazywać, że ktoś próbuje nam podsunąć fałszywy trop. Ciała zostały zauważone około czwartej rano dwunastego kwietnia w krzakach przy Centrum Olimpijskim, Wybrzeże Gdyńskie 4, przez zbieracza butelek…

– Gość o mało nie wyrzygał własnego serca i wątroby -powiedział ten z pożółkłymi zębami. – Jeszcze wiele godzin później trząsł się jak osika.

– I nic dziwnego – ciągnął Rudi. – Ofiary miały na głowach torby foliowe. Jest prawdopodobne, że właśnie tymi zaciśniętymi na głowach torbami zostały uduszone, chyba że to jakieś przedstawienie zagrane dla nas. Tak czy inaczej możemy mieć niemal pewność, że mężczyźni nie żyli, kiedy zostali przywiezieni w okolice Pałacu…

– Pałacu?

– Tak nazywają Centrum Olimpijskie – wyjaśniła kobieta. – Pewnie nigdy nie był pan w środku. Jest tam – zawiesiła głos, szukając właściwego słowa – całkiem bogato.

Heinz przyjrzał się jej. Miała krótkie czarne włosy, czarny sweter i paznokcie pomalowane na fioletowo. Zupełnie jakby się wybierała na festiwal rocka gotyckiego na zamek w Bolkowie.

– Zatem ktoś ich zabił, a następnie przywiózł – ciągnął

Rudi. – Nikt oczywiście niczego nie widział, niczego nie słyszał, nie mamy też żadnych ciekawych śladów, przynajmniej na razie. A co do toreb… – wyjął papierosa. -

Standardowe foliowe białe reklamówki, bez żadnych nadruków. Takie, jakie są w tysiącach sklepów.

Czyli żaden trop.

Wyjął z aktówki zdjęcia i podał Heinzowi.

– Tu pasztet przemienia się w teatrzyk.

Dwaj policjanci, siedzący dotychczas w milczeniu, zachichotali cicho jak na komendę.

– Sprawca namalował na wysokości ust trójkąty. Różowe trójkąty – dodał Rudi. – Zrobił je szminką. Zanim powiem o tym więcej, kilka słów o ofiarach. Karol Rakowiecki i Grzegorz Leski, pierwszy z Warszawy, drugi spod Warszawy. Obaj byli seminarzystami w diecezjalnym seminarium duchownym na Żoliborzu.

– W jaki sposób ustaliliście ich tożsamość? – spytał Heinz.

– Żaden nie miał przy sobie dokumentów. Na rękawie kurtki jeden z nich miał niewielką kieszonkę, tam znaleźliśmy zwiniętą kartkę z numerem telefonu komórkowego. Zadzwoniliśmy i proszę, dodzwoniliśmy się do księdza Jana Rutgera, profesora biblisty. I tak po nitce do… Koniec końców profesor Rutger zidentyfikował ciała. A potem osunął się na podłogę. Możecie mi wierzyć, wyglądało to bardzo efektownie. Zresztą teraz myślę, że to swoją drogą jakiś dziwny ksiądz… – Rudi podrapał się w głowę.

– Dlaczego? – zapytał Osuch.

– Przyszedł, by tak rzec, ubrany po cywilnemu. Jak nie ksiądz. Zresztą ci dwaj też nie wyglądali na kleryków. Może taka teraz u nich moda, diabli wiedzą. Tak czy inaczej wiemy, kim oni są…

– Szukajcie, a znajdziecie – dodał policjant o pożółkłych zębach.

– Ruszyliśmy trzema torami. – Rudi zapalił kolejnego papierosa. – Oni – skinięciem głowy wskazał na dwóch policjantów – przepytują rodziny, kleryków i profesorów z seminarium…

– Na razie bez efektów – wtrącił policjant wskazany przez Rudiego. – Chłopcy jak baranki, żadnych wrogów, żadnych z nimi kłopotów. W seminarium nikt nic o niczym nie wie. Tak się tam wystraszyli, że nawet oddychać się boją, a co dopiero mówić. Ale pytamy.

– Po drugie – kontynuował Rudi – rozpuściliśmy do gazet wiadomość, że zabójstwo jest wynikiem porachunków gangsterskich. Wprawdzie to klerycy, nie mafia, ale nigdy nic nie wiadomo. Gdyby strzał był celny, coś byśmy już słyszeli od naszych ludzi z miasta, byłoby jakieś poruszenie. A tu nic.

Zapadła cisza. Z oddali słychać było głuche uderzenia młotka.

– Jest jeszcze jedna droga. Ta, która wiąże się z torbami foliowymi i różowymi trójkątami. W ten sposób, właśnie różowymi trójkątami, faszyści znaczyli homoseksualistów. Tereny przy Centrum Olimpijskim to znane w Warszawie miejsce schadzek tych – uśmiechnął się – co to lubią inaczej. A nasi chłopcy lubili ten sport…

– Saneczkarstwo dwójkowe mężczyzn na torach naturalnych – znów ukazały się żółte zęby.

– Właśnie – Rudi przejął inicjatywę. – W przypadku jednego z nich można mówić o regularnej penetracji… Jezu, jak to brzmi – pokręcił głową. – Co do drugiego, pewności nie ma. Tak czy inaczej brakuje śladów stosunku odbytego na krótko przed śmiercią. Ten wątek – Rudi najwyraźniej zmierzał do końca – wydaje się na razie najbardziej obiecujący, sprawdzamy środowiska ostrych nacjonalistów i skinheadów, którzy mogliby mieć jakiś związek ze sprawą. Nasza koleżanka – popatrzył na policjantkę – przepytuje w klubach gejowskich. To z grubsza tyle. Prawie wszystko.

– Podobno świetnie się dogaduję z bywalcami, szefie. -Miłośniczka gotyku spojrzała na Osucha.

– I co o tym sądzi nasz mistrz? – zapytał Osuch.

Heinz milczał. Nad głowami zebranych unosił się papierosowy dym.

– Wciąż nie wiem – powiedział Heinz – dlaczego tu jestem. Podwójne morderstwo, torby foliowe na głowie, różowe trójkąty namalowane szminką… To jeszcze nie tłumaczy mojej obecności.

– Powiedzieć mu? – Policjant o pożółkłych zębach spojrzał na Osucha.

Heinz wstał gwałtownie. Jeden z plastikowych kubków przewrócił się, a kawa ściekła na spodnie siedzącego obok policjanta, który poderwał się z miejsca.

– Dosyć, kurwa! – wychrypiał Heinz. – Nikt w tej robocie nie lubi, jak obcy wkracza na jego teren. – Ale od teraz – popatrzył na wszystkich – koniec zabawy. Mam koordynować tę sprawę. Jeden mój telefon do CBŚ i będzie wam się palić koło dupy. A więc czego jeszcze nie wiem? Co zostawiliście na deser, żeby mnie sprawdzić?

– Spokojnie, Heinz! – Osuch nawet nie drgnął. – Nikt nie chce cię sprawdzać.

Akurat. Gówno prawda.

– Różowe trójkąty sprawca namalował na foliach w miejscu ust. Ale to nie wszystko. Z tyłu głowy tą samą szminką napisał cyfry.

– Jakie cyfry? – Heinz przymknął oczy.

– Jeden z kleryków miał dwadzieścia jeden, drugi – trzydzieści siedem. Rozumiesz, co to znaczy?

Heinz nie wiedział.

– To nie są numery totolotka. Ani rozmiary butów tych dwóch pedałków. Widać, że nie płakałeś z narodem, gdy…

Heinz wciąż nie kojarzył.

– Gdy umierał Ojciec Święty. To godzina śmierci papieża. Naszego – dodał z naciskiem – papieża. Dwudziesta pierwsza trzydzieści siedem. Każdy głupi wie. I każdy głupi zrozumie, że nie ma żartów. Dlatego to morderstwo wywołało panikę w ministerstwie, rozumiesz? Dlatego powołano specjalną ekipę. O wszystkich szczegółach wie tylko kilka osób.

– Tak, teraz rozumiem – powiedział Heinz.

Wreszcie stało się jasne, dlaczego ktoś chciał, by to on zajął się tą sprawą.

Загрузка...