Zanim wrócił do hotelu, podjechał do Ronda Wiatraczna i bez kłopotu znalazł miejsce, o którym słyszał od Karloffa. Mimo że było po dziewiątej, w barze specjalizującym się w kuchni orientalnej panował tłok. Krople tłuszczu majestatycznie skapywały z opiekanego mięsa na podstawkę, wokół roztaczał się aromat bakłażana i fasoli. Heinz poczuł nagły skurcz żołądka. Soki żołądkowe pracowały na całego. Odruchowo wsunął kciuk za pasek i poczuł, że spodnie nie uciskają tak jak tydzień wcześniej. Chudł zawsze, gdy prowadził sprawę poza Katowicami. Gdy brał udział w śledztwie na terenie Śląska, lodówka stawała się jego wiernym przyjacielem i wtedy jadł kompulsywnie, by pozbyć się stresu. Może to dobrze – jeszcze raz sprawdził odległość dzielącą brzuch od paska – że jestem poza domem. Chociaż tak naprawdę nigdzie nie mam domu, co najwyżej mam mieszkanie.
Nad barem znajdował się szyld z informacją, że lokal czynny jest od dziewiątej rano do drugiej w nocy. Zamówił kebaba o rozmiarze XXL i usiadł przy stoliku. Obok siedziało trzech mężczyzn o śniadej cerze. Patrzyli nieufnie na Heinza i mówili coś w niezrozumiałym dla niego języku.
Inny świat – pomyślał pół godziny później – wyciągając się na niewygodnym łóżku, które nieznośnie skrzypiało przy każdym ruchu.
Wpłynąłem na nieznane wody. Z głośników laptopa rozbrzmiewał Cross Road Blues, znany standard Roberta Johnsona.
Przypomniał sobie uwagę jednego ze swoich mentorów – oficera, który brał udział w śledztwie o kryptonimie „Anna”. Było to najgłośniejsze śledztwo w czasach Polski Ludowej, zakończone wyrokiem śmierci dla zabójcy kobiet, wampira Marchwickiego. Myśl nie tylko o tym, co zobaczyłeś, pomyśl także o tym, czego ci zabrakło – mawiał major Arnold Talar. Nie wszystkie mądrości trzeba eksportować z Liverpoolu czy Quantico.
Inny świat. Czego w nim zabrakło? W seminarium nie było śladu po Rakowieckim i Leskim. Tak jakby nigdy się tam nie uczyli. Wymazano ich tak, jak wymazuje się dane z twardego dysku komputera. Zginęli dwaj studenci. Normalną koleją rzeczy powinny gdzieś zawisnąć ich zdjęcia przepasane kirem, powinien palić się znicz otoczony kwiatami lub w wieńcu. Nigdzie tego nie było. Nawet cienia żałoby. Specjalnie przeszedł się po całym budynku, by to sprawdzić. Razem z rektorem wszedł do pokoju, który jeszcze niedawno należał do kleryków. Uderzyło go to, że okno było szeroko otwarte. Heinz stał w drzwiach i patrzył na świeżą pościel, idealnie przykrywającą dwa łóżka. Zajrzał do opróżnionej szafy i martwych, ziejących pustką szuflad.
Zupełnie jakby przeprowadzono tu dezynfekcję – pomyślał. Za pomocą krochmalu i świeżego powietrza wygnano śmierć.
Świat seminarium rządził się swoimi prawami. Jak ląd dryfujący z sobie tylko znanym prądem. Tactus. Klerycy bali się najmniejszego kontaktu fizycznego, który sprawiłby, że byliby na językach wszystkich, ale dwóch z nich, przynajmniej dwóch, sprzeniewierzyło się żołnierskiej dyscyplinie, jakby pewnie powiedział Rutger. Ojciec duchowy zasłania się tajemnicą spowiedzi, a równocześnie w seminarium kwitnie donosicielstwo. Przypomniał sobie zapadnięte policzki Szczura. Co innego na wierzchu, co innego pod spodem.
To wszystko, co się tam dzieje, wygląda na jeden wielki pic. Większy niż niskie ceny w hipermarkecie i raty zero procent.
Trafiłem na jakiś dziwny ląd, w którym panuje osobliwy system powiązań. Tych ludzi – pomyślał – łączy jedno: żaden z nich nie chce nic powiedzieć.
Robert Johnson zaczął grać introdukcję do kolejnego bluesa. Heinz pokręcił głową. Geniusz. Prawdziwy geniusz. Ciekawe, jak czuje się rektor Majda, śpiewak od siedmiu boleści, perfekcjonista w każdym calu, boski zegarmistrz nakręcający tryby złożonego mechanizmu, któremu wszystko wymknęło się w seminarium spod kontroli. Egotyk rozsyłający uśmiechy i zarażający dobrocią.
Coś go tknęło. Włączy! laptopa i wpisał nazwisko rektora. Na pierwszym miejscu znajdował się odsyłacz do Wikipedii. „Jan Majda – ksiądz, gwiazda nurtu sacropolo, rektor seminarium diecezjalnego w Warszawie” – przeczytał.
Ilekroć Majda wspominał o Rutgerze, jego twarz zacinała się w grymasie złości. Wpisał do przeglądarki nazwisko profesora. Wybitny biblista zajmujący się… Wśród wielu wymienionych dyscyplin Heinz kojarzył tylko biblistykę. Zainteresowała go informacja, że profesor jest jednym z najbardziej kontrowersyjnych intelektualistów w łonie Kościoła. W dalszej części artykułu padały nazwiska Anthony'ego de Mello, kontrowersyjnego teologa Hansa Kunga i kilka innych, które Heinzowi nic nie mówiły.
Ten muskularnie zbudowany duchowny, egzaltowany wielbiciel buddyzmu, budził jego ciekawość. Korzystał z gabinetu rektora, mimo że Majda za profesorem nie przepadał. Dlaczego? Tego Heinz nie wiedział. Może łączyło ich coś, co wykraczało poza banalne reguły akademickiej zależności. Poza tym Rutger lubi sobie chlapnąć, a tego w seminarium nie da się ukryć.
Wreszcie ten tajemniczy spowiednik, który wygłasza formułki w martwym języku i odprawia jakieś sadystyczne rytuały. Ad maiorem Dei gloriam…
O drugiej w nocy obudził go własny krzyk. Śniło mu się, że stoi przywiązany do drzewa i patrzy w rozpalone oczy Inkwizytora trzymającego pejcz.
– Ad maiorem Dei gloriam, ad maiorem Dei gloriami -wrzeszczał Inkwizytor, a na skórzanej plecionce ozdobionej rzędem niewielkich haczyków wrzynających się w ciało Heinza osadzały się krople krwi.