5. Tryb pojedynkowy

Zebrałem Taryjczyków w swojej kajucie. Dańka został odesłany do Redraka na zajęcia z informatyki. Przejedzony Trofeum spał sobie spokojnie na koi chłopca. Kleń pełnił wachtę, sam na mostku statku wiszącego na stacjonarnej orbicie nad Shedmonem.

Ernado był chyba jeszcze bardziej ponury niż zazwyczaj. Jego twarz nabrała purpurowej barwy pod warstwą maści regenerującej. Poparzenia drugiego i trzeciego stopnia, nieprzyjemna diagnoza nawet jak na możliwości galaktycznej medycyny. Lans też był zbyt czerwony jak na mieszkańca Tara, ale to już nie z powodu poparzeń. Jakieś moje słowa przypomniały mu niedawną kompromitację w restauracji, gdy przeleżał pod ochroną Redraka całą walkę. Cóż, czas delikatności minął.

– Załatwili nas, ale sytuacja nie jest beznadziejna – oznajmiłem. – Skonsultowałem się z Redrakiem i dwoma specjalistami z kosmoportu. Znajomość punktu hiperskoku znacznie zawęża rejon poszukiwań, ale żeby odnaleźć Ziemię, samotny statek będzie potrzebował około dwóch lat. A „Biały Raider” jeszcze nie opuścił Shedmona.

– Mamy przewagę czasu. Dlaczego nie mielibyśmy odnaleźć Ziemi, zanim zrobi to raider? – zapytał cicho Lans.

– Dlatego że mowa o życiu całej planety! Mojej ojczyzny, Lans! Na pewno ich nie prześcigniemy! Raider ma większą moc silników, większe rezerwy energetyczne, będzie mógł działać niezależnie od baz dłużej niż my. Sekciarze mają znacznie więcej szans, by trafić na Ziemię.

– A więc walka – powiedział szybko Lans. – Od razu, gdy tylko wystartują z planety… Ernado, czy moglibyśmy poprosić o wsparcie floty wojennej Shedmona? Jeśli Siergiej zwróci się oficjalnie, jako książę Tara…

Ernado pokręcił głową.

– Nie mamy żadnych dowodów. Gdyby zachowały się nagrania klenijskiego krążownika, planeta zostałaby zablokowana, przeczesano by wszystkie kosmoporty. Bomba kwarkowa to nie żarty. Ale bez dowodów… Nie da rady. Nawet imperator nie uzyskałby pomocy, władz Shedmona.

– Czyli pojedynek – powiedział twardo Lans.

Nagle zobaczyłem w nim tego upartego nastolatka, który rzucił wyzwanie Shorreyowi Manhemowi, chłopca o niezłomnym pojęciu honoru i wierności… Chłopca, który w kontaktach ze mną nie mógł się zdecydować na przekroczenie pewnej granicy, nie potrafił zostać po prostu przyjacielem. Choćby takim jak Ernado, z jego demonstracyjną poufałością, skrywającą zdumienie, jak bardzo zmienił się jego niedawny uczeń, który kiedyś wyruszył na ratunek księżniczce i rzucił wyzwanie całej armii…

– Pojedynek… – rozmyślałem na głos. – Na Ziemi pojedynki odbywały się głównie w średniowieczu. Pojedynek gwiazdolotów to brzmi idiotycznie.

– Nie masz racji, Serge – zaprotestował Ernado. – To sprawiedliwy i uczciwy zwyczaj. Gdyby go nie było, nie pozwolono by nam na przechwycenie „Białego Raidera” w pobliżu planety. Statki policyjne potraktowałyby nas jak agresorów…

– Ależ ja nie protestuję – przerwałem mu. – Jak pojedynek, to pojedynek.

Średniowiecze. Galaktyczne średniowiecze. Jakby jakaś siła specjalnie utrzymywała tysiące planet w kruchej równowadze pomiędzy pokojowymi stosunkami i totalną wojną z użyciem kwarkowych bomb i planetarnych anihilatorów.

Starannie odmierzona dawka agresji, niepozwalająca na totalne zniszczenie. Pojedynki na płaszczyznowe miecze, laserowe pistolety i pajęczynowe miny. Odmierzona dawka śmierci.

Brednie. Ale nie większe niż pojedynek gwiazdolotów bojowych.

Nie po raz pierwszy pomyślałem o niewidocznej sile władającej tysiącami światów galaktyki. Nieważne, materialnej czy uosobionej w tradycjach, podaniach, w historii narodów zasiedlających planety najróżniejszych gwiazd. Ta siła istnieje i włada wszystkimi – Ernadem i Lansem, Klenem i Redrakiem, Palijczykami i Shedmończykami. To ona sprawia, że kobiety w restauracji zachwycają się krwawą rzezią, że spokojny urzędnik kosmoportu rzuca się na mnie z mieczem. To ona prowadzi sektę Potomków do ich potwornego celu.

To jej cień nasuwa się na mnie i zmusza, bym ze wszystkich dróg wybrał najbardziej krwawą i najkrótszą.

Brednie. Syndrom Kandinskiego, tak to się nazywa w medycynie, jeśli jeszcze cokolwiek pamiętam z psychiatrii…

Ale nawet przez sen będę bronił mojej planety. Nawet szaleństwo nie zmusi mnie do porzucenia ojczyzny.

– Nie wezwałem was, żeby omawiać dalsze działania, skoro są oczywiste – przerwałem przeciągające się milczenie. – Musimy porozmawiać o przeszłości.

Ernado zerknął na mnie z zainteresowaniem.

– Gdy mówiliśmy o pojawieniu się Dańki, po raz pierwszy zwróciłeś mi uwagę na to, co przeszkadza nam w poszukiwaniach. Odmowy napraw, paliwa, odpoczynku… awarie…


– Pamiętam.

– Miałeś rację. Gdy więc spotkaliśmy statek sekciarzy, byliśmy przygotowani na istnienie wroga. Zapomnieliśmy jednak o tym, że żadna dywersja, żadne przeciwdziałanie nie jest możliwe bez stałych i dokładnych informacji o naszym statku, jego trasie, o naszych planach…

Ernado spochmurniał. Powoli i jakby z wysiłkiem zapytał:

– Chcesz powiedzieć, że na statku jest zdrajca?

– Chcę tylko zapytać, który z was – ty czy Lans – regularnie wysyła przez hiperpołączenie raporty o tym, co dzieje się na statku.

– Serge! – Ernado po raz pierwszy podniósł na mnie głos. – To zbyt poważne zarzuty, by szafować nimi pod wpływem…

– Nie szafuję zarzutami, sierżancie!

Używając dawnego stopnia Ernada, zmusiłem go, by zamilkł.

– Nie jestem specjalnie zdolnym pilotem… i posługuję się techniką gorzej niż dowolny uczeń z waszych szkół. Ale umiem kontrolować stratę energii i tryb pracy hipernadajnika! Od momentu naszego wylotu z Tara regularnie raz w tygodniu wysyłane były przekazy.

– Automat? – zainteresował się Ernado.

– Nie sądzę. Już dwa razy zmienialiśmy oprzyrządowanie, żaden nadajnik szpiegowski nie mógł się zachować.

– Program w komputerze pokładowym?

– Kleń sprawdził wszystkie bloki pamięci za pomocą programu ze swojej planety. Trzy godziny temu, na moją prośbę. Komputery z wyjściami na hipernadajnik są czyste.

– To znaczy…

– Któryś z was regularnie składa raporty. Nie chciałbym przedłużać tej sytuacji ani zniżać się do użycia wykrywacza kłamstw czy innych świństw. Jako książę imperium Tar żądam od was, moich poddanych, uczciwej odpowiedzi: przekazywaliście informacje ze statku czy nie?

– Nie – powiedział twardo Ernado. – Raz czy dwa razy w miesiącu rozmawiam ze swoimi przyjaciółmi na Tarze, ale żadnych informacji o statku nie udzielałem, nie udzielam i udzielać nie mam zamiaru. Po prostu chcę wiedzieć, co dzieje się w moim świecie, na mojej ojczystej planecie!

– Nie prowadziłem, nie prowadzę i nie będę prowadził pertraktacji z wrogami ani przekazywał im jakichkolwiek informacji… – Lans odwrócił wzrok.

– A z przyjaciółmi? – spytałem ostro. – Z księżniczką dynastii Tar na przykład? Z prawowitą władczynią twojej planety?

Ernado podparł twarz dłońmi i popatrzył na Lansa. Nie był zdumiony, raczej delektował się pasjonującym spektaklem. Może już dawno powinienem był poprosić o radę dawnego nauczyciela?

Lans milczał. Jego chłopięce rysy wyostrzyły się, spojrzenie nabrało twardości.

– Odpowiadaj!

– Kapitanie, mogę odpowiedzieć jedynie w obliczu śmierci. Taki jest rozkaz.

Nasze spojrzenia spotkały się i zauważyłem w oczach Lansa coś w rodzaju nieśmiałej ulgi. I odrobinę ironii.

Wstałem, dotknąłem sensorów na ścianie i wyjąłem z sejfu pistolet. To był ostatni model wyprodukowany na „mojej” planecie, na Tarze. Sto sześćdziesiąt płaszczyznowych dysków, zasięg celnego strzału do stu metrów.

– Przysięgam – powiedziałem najbardziej twardo i przekonująco, jak tylko potrafiłem – że zabiję cię, jeśli nie powiesz, do kogo były adresowane komunikaty z pokładu statku. To moje prawo. Jestem twoim władcą, mów!

Lans skinął głową.

– Wykonuję rozkaz. Księżniczka pozwoliła mi lecieć z wami w zamian za obietnicę cotygodniowych raportów o przebiegu podróży. Zgodziłem się, ponieważ powodował nią jedynie niepokój o ciebie, książę. To nie mogło nam zaszkodzić.

Lans wypalił to wszystko na wydechu i zamilkł. Ernado lekko uniósł prawą rękę.

– Serge, a gdyby Lans się nie przyznał? – zapytał z nieukrywaną ciekawością.

– Zostałbym krzywoprzysięzcą – odparłem. – Lans, czy ty rozumiesz, że zdradzałeś nas wszystkich? Hiperprzekazy można bardzo łatwo przechwycić. Sam zajmowałeś się tym na środkowych wachtach!

– Nikogo nie zdradzałem – rzekł dumnie Lans. – Wszystkie przekazy były wysyłane w kodzie imperatorskim.

Ernado gwizdnął.

– Powierzyli ci taką tajemnicę? – zapytał nieufnie. – I zdołałeś zapamiętać cały system przemiennego kodowania, oparty o wyliczenia nieliniowe i lingwistykę pięciuset planet?

Lans wyjął z kieszeni cienką plastikową płytkę. To taka fotografia przechowująca kilkaset stereoobrazów. W każdym razie tak to wyglądało na pierwszy rzut oka. Sam miałem kilka takich płytek z pejzażami różnych planet, wśród których zdarzały się też ziemskie. Egzotyka…

– To komputer szyfrujący.

Lans dotknął palcem wskazującym jakiegoś sobie tylko znanego miejsca na całkiem przeciętnym portrecie rodzinnym. Ten pulchny chłopczyk to mógł być Lans, mężczyzna i kobieta obok – jego rodzice… Obraz się rozpłynął, a zamiast niego pojawiły się czarno-białe kwadraciki z literami i cyframi.

– Teraz trzeba tylko wybrać tekst na klawiaturze sensorycznej i podłączyć płytkę do terminala nadajnika. Komputer zaszyfruje tekst i wyda komendę na orientację anteny… Proszę to wziąć, kapitanie. Wyjaśnię, jak przestroić płytkę na pana.

Obracałem w rękach plastikowy prostokącik. Komputer szyfrujący! Jakie to proste!

– To rzeczywiście bezpieczny szyfr, Ernado?

– Tak, książę. Rozszyfrować przesłanie można wyłącznie metodą długiej analizy komputerowej, która da co najmniej dziesięć różnych wariantów tekstu. Przy następnym przekazie kod będzie już zupełnie inny.

– Tylko członkowie panującej rodziny… i zaufane osoby mają dostęp do urządzeń kodujących. A blok deszyfrujący ma tylko księżniczka. Przedtem miał go imperator.

Lans mówił powoli i niechętnie. Albo czuł się niezręcznie, zaliczając siebie do szczególnie zaufanych osób, albo peszyła go cała ta sytuacja, gdy ja – wprawdzie formalny, ale jednak książę – nie znałem tajnego szyfru swojej planety.

– Tylko księżniczka… – powtórzyłem. – A przedtem imperator. A jeszcze wcześniej…

– Nawet jeśli deszyfrator trafi w obce ręce, nie zadziała. Ma skomplikowany system rozpoznawania człowieka.

– Nie wątpię.

Nagle wszystko zrozumiałem. Wszystko od początku do końca, od informowania sekty o naszych planach do ich dziwnej pobłażliwości wobec mnie i załogi… Nawet pojawienie się Dańki stało się absolutnie oczywiste, utraciło aurę przypadkowości.

Czasem błędy mówią o naszym wrogu znacznie więcej niż sukcesy.

– Ernado, Lans – zacząłem – moim zdaniem w tej sytuacji będziemy musieli dokonać nieprzyjemnego wyboru…

Pod sufitem zawyła syrena, zagłuszając dalsze słowa. Część ściany odjechała w bok, otwierając dostęp do wyposażenia bojowego. Alarm mógł zostać ogłoszony tylko z jednego powodu.

– Do załogi od pilota wachtowego – głos Klena w głośnikach brzmiał nie bardziej emocjonalnie niż syntezator mowy komputera pokładowego. – Alarm drugiego stopnia, powtarzam, alarm drugiego stopnia. Wszyscy zajmują stanowiska według trybu bojowego-bojowego. Przedział bezpieczeństwa: dwie i pół minuty…

Ernado i Lans wynieśli się z kajuty błyskawicznie. Muszą wziąć swój ekwipunek i zmieścić się w odcinku bezpieczeństwa podanym przez Klena.

– Powtarzam, alarm drugiego stopnia, tryb bojowy-bojowy, przedział bezpieczeństwa dwie minuty piętnaście sekund. Na polu startowym prywatnego kosmodromu Dolheb zauważono „Białego Raidera”, który wyszedł z pola maskującego. Analiza widma wskazuje na rozgrzewanie silników. Sugerowany czas startu…

Zapiąłem przedni suwak magnetyczny, zmieniając bojowy uniform pilota w coś w rodzaju lekkiego skafandra. Miękki, nieaktywizowany hełm wisiał na moich plecach niczym plastikowa torebka.

Drzwi się otworzyły i do kajuty wpadł Dańka. Zanim jeszcze zasunęły się drzwi, zajrzał Redrak. Skinął mi głową i znikł bez słowa.

– Pojedynek?! – zawołał Dańka, chwytając mnie za rękę. – Schwytaliśmy tamten gwiazdolot…?

Mocno pchnąłem chłopca, nadając mu odpowiednie przyspieszenie.

– Ubiór bojowy! – krzyknąłem. – Szybko! Minuta do walki!

Dańka, plącząc się w czarnosrebrzystej szeleszczącej tkaninie, zaczął rozwijać kombinezon. Jednym ruchem wsunąłem chłopca w nogawki i zapiąłem szew na piersi, pozwalając mu samemu dojść do ładu z rękawami, kołnierzem i systemem hermeryzacji. Kadet może nie zmieścić się w wyznaczonym czasie. Kapitan nie ma takiej możliwości.

– Przedział bezpieczeństwa minuta – dogonił mnie obok windy głos Klena. – Nawigator i inżynier reaktora na stanowiskach. Raider kończy grzanie silników, czas do startu dwadzieścia, trzydzieści sekund.

Winda w końcu zahamowała na moim poziomie. Wpadłem do środka i warknąłem:

– Główny mostek, maksymalna prędkość.

Podłoga uderzyła mnie w nogi, przypominając o prawach fizyki i powszechnie znanym fakcie braku grawikompensatora w kabinie windy.


– Przedział bezpieczeństwa czterdzieści… Wyskoczyłem z windy i pobiegłem do swojego fotela. Jednocześnie ze mną na mostku pojawił się Redrak.

– Kapitan i pilot na stanowiskach – oznajmił sucho Kleń. – Wachta została przekazana.

– Dańka, natychmiast na mostek! – syknąłem, siadając w fotelu. – Kleń, co możemy zrobić?

Na ekranach startował z planety „Biały Raider”. Mały kosmodrom, na którym się ukrywał, znajdował się najwyżej sto kilometrów od głównego portu Shedmona. Jedno z wielu odpowiednich miejsc dla amatorów odosobnienia. Doskonała kryjówka, w której załoga raidera czekała przez kilka dni, licząc na to, że jednak zejdziemy z orbity. To znaczy, że chcieli uniknąć walki…

Winda po raz ostatni zakończyła podjazd na mostek. Dańka w nie do końca zapiętym kostiumie zanurkował na swój fotel. W ramionach trzymał wyjaśnienie spóźnienia: Trofeum.

– Jeśli chcemy zaatakować, teraz jest na to najlepszy moment – powiedział niegłośno Kleń. – Każdy inny statek byłby absolutnie bezbronny. Wysokość nie pozwala na swobodny lot w promieniu kosmoportu, a orbita jeszcze nie jest stabilna. Ale to jest niezbyt uczciwe.

Redrak opuścił na twarz czarny hełm i zapytał jadowicie:

– Raider spalił twój statek zupełnie uczciwie, co?

– Owszem – odparł ostro Kleń. – Taktyk gotów do walki. – Nawigator gotów do walki. – Ernado przebiegł palcami po klawiaturze. Ekrany wyświetliły jakąś nieprawdopodobną kombinację cyfr i wyliczeń.

– Pilot gotowy – oznajmił znudzonym głosem Redrak. Opuścił ręce na dodatkowe konsole. Statek zakołysał się lekko.

– Inżynier gotowy – zameldował Lans.

– Strzelec gotowy – oznajmił pewnym głosem Dańka.

– Kapitan przyjął gotowość. – Jeszcze raz spojrzałem na ekran, gdzie startował raider. Wysokość około setki, prędkość pięć na sekundę… – Zawrót bojowy do dystansu pojedynkowego… Lans, na wszystkich zakresach żądasz kapitulacji i przeprowadzenia rewizji. Ernado, oblicz możliwości obronne.

Statek jakby spadł. Sekundowa nieważkość podeszła falą do gardła. Po chwili przeciążenia opadły łagodnie, osłabione kompensatorami. Pod obrazem raidera na ekranach zamigotały zmieniające się cyfry. Zbliżaliśmy się na odległość bezpośredniego uderzenia.

Jednocześnie raider zwiększył przyspieszenie, starając się jak najszybciej wyjść na stałą orbitę.

– Zbliżamy się. Raider nie odpowiada na sygnały…

– Komputer zaleca atak na anteny i elementy kadłuba…

– Nie wiemy, z czego zrobiony jest kadłub – odpowiedziałem Ernadowi.

Kleń mamrotał coś niegłośno do Redraka w łączności dwukierunkowej, wytyczając maksymalnie bezpieczną trajektorię zbliżenia.

Na chwilę zapadła cisza. Dwa statki zbliżały się do siebie nad planetą i wszyscy wiedzieli, co się zaraz stanie. Moja załoga, sekciarze na „Białym Raiderze” i miliony wdzięcznych widzów na Shedmonie… wszyscy czekali.

Czekali na moje słowa.

Za pół minuty, w gorączce kosmicznego starcia, gdy nawet komputery nie nadążą z podejmowaniem decyzji, nie będzie już miejsca na rozkazy. Z załogi pozostaną jednostki działające absolutnie samodzielnie, połączone jedynie rutyną i tą nieuchwytną atmosferą, jaka pojawia się w chwilach niebezpieczeństwa, jeśli ludzie znają się od dawna.

Ale przedtem…

Przedtem musiałem wydać rozkaz.

A jeszcze wcześniej, jeśli oczywiście chcę grać uczciwie, powinienem wyjaśnić Ernadowi i Lansowi, przeciwko komu będą walczyć.

Ale nie mam siły ani czasu na uczciwą grę.

– Załoga, zaczynamy – wyszeptałem do usłużnego mikrofonu. – Na statku są moi wrogowie, ale wyobraźcie sobie, że na miejscu Ziemi znalazła się wasza planeta. Ci, którzy szukają wrogów, nie poprzestają na jednym. Zabawa w bogów jest zbyt wciągająca, by można się było powstrzymać… Zaczynamy.

Cisza. Zbliżający się statek na pokreślonym siatkami celowników ekranie.

– Zaczynamy akcję po słowie jeden, od zaatakowania elementów generatorów ochronnych. Użycie rakiet protonowych i termojądrowych; głowice o maksymalnej mocy… Zniszczcie laserem systemy antenowe i detektorowe. Następne działania odpowiednie do rozwoju sytuacji.

Nabrałem powietrza w płuca i powiedziałem, mimo woli podnosząc głos:

– Trzy… dwa… jeden… Statek drgnął.

Загрузка...