6. Ostrze

Więc tu go schowałeś! – wykrzyknąłem. Zagajnik wokół bunkra, w którym niegdyś spotkałem Ernada, wydawał się pusty. Ale znałem możliwości statku Siewców.

– Tak – skinął głową Ernado i wyjaśnił: – Na wszelki wypadek. Gdyby coś mi się stało, domyśliłbyś się, gdzie masz szukać statku.

– Domyśliłbym się – przyznałem. – Dobra, pokaż to cudo.

– Posłucha tylko ciebie. To był ostatni rozkaz, jaki wydałem komputerowi statku.

Skinąłem głową i jeszcze raz obejrzałem zagajnik. Gdzie on się przyczaił? W końcu to dwadzieścia metrów długości…

– Zdjąć zamaskowanie – zakomenderowałem.

Powietrze zadrżało, po drzewach przepłynęła fala ciepłego wiatru. Lans podniósł ręce, zasłaniając oczy. W głębi zagajnika rozpalało się bladofioletowe światło. Zamaskowanie temporalne, statek Siewców ukrywał się w czasie.

Drzewa przed nami się rozpływały. Najpierw znikały wierzchołki, pnie wrastały w ziemię, liście zmieniały zabarwienie, pokrywały się białym szronem, żółkły… Czas płynął wstecz.

Przed nami wisiało białe, opływowe cielsko statku. Cofnąłem się odruchowo i zły na swój głupi lęk powiedziałem:

– Pamiętasz mnie?

Tak – słowa pojawiały się w głębi mózgu. Statek Siewców wolał używać mowy myślowej. – Jesteś Siewcą. Nazywasz się Siergiej. Jestem ci posłuszny. Dwa lata temu, na twój osobisty rozkaz, przeszedłem czasowo pod komendą Ernada z planety Tar.

– Zgadza się. Przyjmij nas na pokład – poleciłem.

Wykonują.


Gdy już byliśmy na statku, na fantomowym mostku sterowania, kopii głównego mostka „Terry”, zapytałem Ernada:

– Co było w drugiej strzykawce?

– W której? – Ernado zachowywał niewzruszony spokój.

– Nie udawaj idioty. Nigdy nie zaufałbyś swojemu wnukowi…

czy kim tam jest dla ciebie ten chłopak.

– Wnukiem. – Ernado westchnął. – Uczciwy chłopak, tylko straszny romantyk.

– Więc co dałeś do strzykawki?

– Zestaw witamin. Zadowolony?

Nic nie powiedziałem. Za to włączył się Lans:

– Siergiej, przecież wszystko poszło dobrze! Ernado jest oddany Terry nie mniej niż ty… czyja.

Popatrzyłem na Lansa. Jeszcze tylko brakowało, żebym był o niego zazdrosny! A Lans, ośmielony moim milczeniem, ciągnął:

– Kompleks antygenów byłby dla księżniczki śmiertelnie niebezpieczny. Ernado przyjął cios na siebie, to jego mogli, a nawet byli zobowiązani skazać.

– Nikt by go nie skazał, dopóki jestem w stanie utrzymać w ręku miecz… i swoją żonę.

Wyciągnąłem dłoń do Ernada – nasze fotele zbliżyły się posłusznie i trąciłem go w ramię. Ernado drgnął.

– Ile razy wciągałeś mnie w różne awantury, Sierżancie? – zapytałem. – Możesz mi przypomnieć?

– Teraz pchasz się sam – zaprotestował ponuro. – Czego szukasz na tej planecie?

– Ar-Na-Tin to punkt, w którym zetkną się Siewcy i Fangowie. Wiem o tym.

– Załóżmy. Ale co ty zamierzasz robić pomiędzy młotem a kowadłem, Siergiej?

– Popatrzę na kowala, Ernado – powiedziałem cicho. Tutaj, na statku, wśród przyjaciół mogłem pozwolić sobie na szczerość.

Odniosłem wrażenie, że Ernado jest zły.

– Siergiej, nie lubię przepowiedni i wizjonerów. Ale podczas tego lotu czeka nas jakieś nieszczęście. Weźmy przynajmniej normalny statek i eskortę godną imperatora.

– Start – poleciłem statkowi. – Kurs na planetę Ar-Na-Tin. Prędkość maksymalna.

Żadnego pchnięcia czy choćby szumu silników. Tylko cichy, jak odległe echo, głos w świadomości: Wykonuję.

– Ernado – mówiłem twardo, choć starałem się na niego nie patrzeć. – To najpewniejszy statek na Tarze. Lot na nim jest absolutnie bezpieczny.

Naprawdę wierzyłem w to, co mówię.


Ani Ernado, ani Lans nie spierali się ze mną. Ale napięcie wisiało na mostku niczym mgła nad łąką. Metafora? Skądże. Powietrze rzeczywiście wypełniała gęsta, pachnąca wilgocią mgła. Twarze przyjaciół były ledwie widoczne. Nie wytrzymałem.

– Sierżancie! Dajmy temu spokój. Co ci się nie podoba w tym statku?

– Jego doskonałość, dowódco – odpowiedział posępnie Ernado. – Wolę normalny mostek, normalny pulpit… bez wizualizacji emocji.

– Ty też widzisz mgłę? – zapytałem.

– Ja również – włączył się Lans.

– Zaraz ją usuniemy. – Z determinacją starałem się zachować spokój. – Ernado, ten statek jest doskonalszy od tauryjskich. Tego chyba nie kwestionujesz?

– Nie. Ale dla dowolnego obserwatora statek Siewców startujący z Tara będzie wizytówką imperatora.

Jakby oblał mnie wiadrem zimnej wody.

– Kto może wyśledzić statek Siewców w hiperprzestrzeni? – zapytałem retorycznie.

Ernado nie zdążył odpowiedzieć. Mostek „Terry” znikł. Wokół był mrok – nie ciemność, nie brak światła, lecz gęstniejący mrok. Ciało przeszył ostry ból.

Ciało? Nie miałem już ciała – poprzedniego, ludzkiego. Miałem nowe.

Metal, plastik, kryształy… Pola – magnetyczne, siłowe, grawitacyjne… niewidoczny szkielet zewnętrznego poszycia statku. Trzy małe kawałki struktur organicznych w środku – Siergiej, Ernado i Lans.

Kwanty światła, elektrony, pulsacja pól – to moje myśli. Atomowe zmiany struktury statku – pamięć.

Wybacz, powiedziałem sam do siebie. W porządku, odpowiedziałem sam sobie.

Nie było czasu, żeby cię uprzedzić. Bezpośrednie połączenie to standardowa procedura walki. Siewcy o tym wiedzą. Nie jestem do końca Siewcą. Ale wszystko w porządku. Walka. Dowodzić możesz tylko ty… ja… Ja. Decydujmy. Fangowie.

Stałem się statkiem. Bzdura, przecież zawsze nim byłem. Tak samo jak fartownym chłopakiem z XX wieku Ziemi. Nie dowiedziałem się niczego nowego – zawsze wiedziałem to, co wiedziałem teraz. Po prostu nasze rozumy były rozłączone – a teraz się połączyły.

Przechwycili mnie w hiperprzestrzeni. Zdarza się. Pola obcych generatorów nałożyły się na moje hiperpole i zdławiły je, niszcząc potworną energię, utrzymującą mnie-statek poza zwykłymi czterema wymiarami.

Ból. Radość. Ból – zakłócono wykonanie zadania, sens istnienia. Radość – nie lubię mgły piątego wymiaru. Zwykły kosmos jest lepszy, bliższy. Tam można działać, walczyć, zniszczyć wroga.

Wróg. Zostałem stworzony do walki. Kocham walkę, uwielbiam bronić ludzi. Być może zostało mi to zakodowane przez ludzi, w czasie budowy-narodzin. Wszystko jedno. Wierzę w miłość, wierzę w los. Stworzyły mnie maszyny stworzone przez maszyny… długi łańcuch aż do najprostszych maszyn, stworzonych przez ludzi… cóż… Urodziłem się w ludzkiej rodzinie, miałem ojca i matkę. Rozgałęzienia: oni też mieli rodziców. Niekończący się łańcuch. Człowiek z Cro-Magnon, pitekantrop, małe małpy w lasach trzeciorzędu. Kreda, jura. Trias. Pierwsze ssaki. Dewon. Łańcuch się nie zrywa, ciągnie się do pierwszych istot żywych. Łańcuch. Dalej, tam gdzie nie ma różnicy pomiędzy tym, co żywe, a tym, co nieżywe, materią organiczną i kamieniem. Łańcuch się nie kończy, istniałem zawsze. Nie ma różnicy pomiędzy rozumem statku a rozumem człowieka. Niosę wspólną pamięć. Kiedyś połączymy się wszyscy… w przyszłości. Zakaz. Nie wolno myśleć o tym, że ludzie znikną. Statek niesie w sobie ten zakaz. Ale człowiek jest wolny od zakazów… I to się stanie… Coś ważnego, muszę zdążyć to zrozumieć. To ważne… tylko minutę spokoju… milisekundę spokoju – myślę szybciej niż człowiek. Komórki mózgu smagnięte energią statku, biochemiczne procesy są zbyt powolne… Czas! Z hiperprzestrzeni wyrzuca mnie w rzeczywisty kosmos. Za późno na myślenie, teraz czas na walkę. Chronokoloniści mogą sobie walczyć za pulpitami statku – Siewcy i Fangowie pozbawieni są tego luksusu. Walka powierzona maszynie albo symbiozie człowieka z maszyną. Walka.

Statek. Krótka spirala owinięta pajęczyną. Statek przechwytujący w hiperprzestrzeni wyrzucił mnie w rzeczywisty kosmos, zakłócił zadanie. Nie boję się. Zniszczyć. Część-całości, autonomiczna część mnie oddziela się od głównej masy statku. Słaby ból. Część-całości niesie w sobie zamrożoną śmierć, część-całości ma silniki i rozum, wystarczające, by porazić cel. Ludzie nazywają to torpedą kwarkową. Broń zakazana, używam jej wyłącznie na rozkaz mnie-żywego. W pobliżu nie ma gwiazd ani planet, rozpad kwarków pochwyci tylko…

Silny ból. Zniszczenie poszycia. Pole neutralizujące. Przestrojenie struktury wewnętrznej, likwidacja zniszczenia. Atakują mnie destruktorami. Ja-nieżywy jestem sparaliżowany bólem, ja-żywy przejmuję sterowanie.

Kto? Skazany statek przechwytujący próbuje lawirować, ale torpeda kwarkową już go dogania. Kto? Kosmos jest czysty. Kto?

Trzy statki Fangów wyłaniają się z pustki. Są piękne i śmiercionośne. To bojownicy. Statek przechwytujący wykonał swoje zadanie i został poświęcony. Pionek na szachownicy, pułapka i wabik jednocześnie. Skąd wzięli się bojownicy?

Ja-nieżywy przegrupowałem się i funkcjonuję. Odpowiedź jest jasna. Nie przerażająca żywego, straszna dla statku. Statki Fangów kryły się w czasie. Fangowie potrafią sterować polami temporalnymi, ludzie tego nie potrafią. To ważne. Trzeba o tym powiadomić, nawet za cenę śmierci. Ja-żywy muszę się zgodzić i zrozumieć. Wyłączyć pole neutralizujące, wysłać sygnał do sztabu na Ziemi i umrzeć. Informacja ważniejsza od statku i trojga ludzi…

Nie. Żywy odmawia.

Część organiczna jest słaba… ale spór jest zakazany. Walka.

W skorupie pola neutralizującego jestem nietykalny. I bezradny. Nie działają silniki, nie działa broń. Jeśli tarcza jest zbyt pewna, nie przebije jej nawet własny miecz.

Słabe światło. Część-całości dosięgła statek przechwytujący. Statek rozpada się na atomowy pył. Za czterdzieści sekund niosący kwarkowy rozpad pył dosięgnie mnie, ale czterdzieści sekund to dla mnie tyle, co całe godziny dla człowieka. Teraz najważniejsze są trzy statki Fangów. Za dużo. Z jednym można walczyć, z dwoma jest nadzieja wygranej. Trzy – brak szans.

To nie przypadkowy patrol, który w hiperprzestrzeni pochwycił ślad mnie-statku. To nie eskadra bojowa, gotowa przechwycić ziemskie statki. Specgrupa. Ogniwo statków bojowych i statek przechwytujący – idealny zestaw do wzięcia do niewoli samotnego statku.

Czekali na mnie. Przeciek informacji? Zdrada?

Słaby impuls od statków bojowych – zbyt nieznaczny, by stłumiło go pole neutralizujące. To nie wystrzał, to informacja. Wiadomość w języku standardowym.

Statek-pilot Fanga wita. Dobry strzał. Gratulujemy. Dziękujemy.

Ich logika jest wypaczona. Znajdują przyjemność w śmierci przyjaciela i z radością zniszczą również mnie.

Pilot-statek Ziemi może powtórzyć.

Nie może. Lasery włączone, statek zostanie zniszczony Fang walczy z Ziemią?

Fang nie ma pokoju z Ziemią. Fang jest uczciwy.

Statki-piloci Fanga nie zwyciężą. Ogólna śmierć – temporalne zamknięcie.

Ja-statek wiem o tej broni. Ja-człowiek nie jestem zdumiony tą wiedzą.

Niejasne. To groźba?

Tak. Pilot-statek Ziemi zaatakuje was w przeszłości.

Niemożliwe. Ataku nie było. Zakłócenie łańcucha przyczynowo-skutkowego.

Tak. Zakłócenie realności. Wyłączenie nas z realności. Śmierć. Pilot-statek Ziemi pójdzie na to. Przepuśćcie nas.

Nie. Ogólna śmierć to dopuszczalne wypełnienie misji. Ale taka śmierć jest nieprzyjemna. Zadanie jest ważniejsze.

Kompromis?

Fang potrzebuje człowieka z przeszłości Ziemi, imperatora Tara. Uciekł nam na Somacie. Musi zginąć. Wydajcie go i idźcie poprzednim kursem. Statek-pilot Fanga obiecuje nie atakować.

Człowiek z przeszłości Ziemi to ja.

To możliwe. Poświęć siebie i uratuj pozostałych. Słowo Fanga – słusznie-uczciwie-pięknie. Statek Ziemi obecnej zdoła odejść.

Nie.

Decyduj. Czas na zastanowienie - trzy ziemskie sekundy.

Skąd znacie kurs statku?

Podpowiedziano nam punkt przejęcia. Decyduj. Możemy cię obserwować, oszustwo jest niemożliwe.

Kto wam podpowiedział?

Zbędna informacja.

To warunek kompromisu. Kto podpowiedział punkt przejęcia?

Słowo Ziemi?

Słowo.

Obojętni.

Są po waszej stronie?

Są po swojej stronie.

Obojętni. Coś nowego dla mnie-statku, coś, co ja-żywy już wiem. Trzecia siła, zderzająca ze sobą dwie cywilizacje. Nadistoty.

Jakby runęła jakaś bariera. Ja-statek rozumiem, ja-żywy dowiaduję się właśnie. Obserwują nas. Wrażenie ledwie uchwytne, ale wyraźne. Detektory statku, intuicja człowieka, wszystko wyczuwa obce, czujne spojrzenie. Nie złe – po prostu obce. Obojętne. Takie jak to, które obmacywało mnie-człowieka na Somacie, zanim użyłem pasa laserowego. Głupia próba pokonania nadsiły. Z szablami na czołgi… gdzie tam z szablami – z packami na muchy.

Spojrzenie płynie zewsząd, trudno je zlokalizować. Zresztą nie ma na to czasu. Podejmuję decyzję. Statek i człowiek znajdują kompromis – nie z Fangami, ale między sobą.

Wróg potrzebuje człowieka, zostawi w spokoju statek, na którym człowieka nie ma. Statek nie ma się gdzie ukryć. Człowiek ma hiperkatapultę.

Wiadomość nowa dla mnie-człowieka, normalna dla mnie-statku. Urządzenie nieco bardziej skomplikowane od pierścienia, który człowiek nosi na palcu. Hiperkatapulta jest nakierowana na planetę, na której jest Świątynia. Cel jest zbyt mały i nieoczekiwany, żeby zostać stwierdzony przez statki Fanga. Mogą dowiedzieć się o mojej decyzji tylko od Obojętnych. Ale wtedy każda walka byłaby bez sensu.

Wybór planety do katapultowania – przez generator liczb losowych. Najpierw wyodrębnienie mobilnej części statku, odesłanie jej w przeszłość, znowu na losowy odcinek czasu. Następnie aktywacja katapulty. Ja-statek i ja-człowiek jesteśmy zadowoleni. Nasze świadomości rozłączają się, to nie jest przyjemne. Może się jeszcze spotkamy? Może.

Żegnaj. Daj im popalić.

Żegnaj. Wyrwij się.


Znowu mrok i ból. Na chwilę, gdy moja świadomość oddziela się od rozumu statku, znowu zdobyłem samodzielność. Mignął mostek, twarze Ernada i Lansa, którzy jeszcze nie zdążyli uświadomić sobie, co się stało. Walka z Fangami trwała zaledwie kilkanaście sekund…

Na razie - przypłynęło niczym szelest. Mostek znikł, zanim zdążyłem powiedzieć przyjaciołom choć słowo. Teraz mogą uciec, uratować się. Wrażenie bezcielesności, znajome, przypominające aktywizowanie granatu temporalnego. Statek odrzucił mnie w przeszłość. O ile?

Sto czterdzieści siedem godzin czasu ziemskiego. Odcinek jest przypadkowy.

Nie zdziwiła mnie ta odpowiedź. Razem ze mną przez czas wyruszyła część statku Siewców. Wystarczająco rozumna, żeby odpowiadać na pytania i chronić mnie.

Wyjście w kosmos rzeczywisty.

Wokół zapłonęły barwne iskry. Odłamki brylantów na czarnym aksamicie, zamieszkane i pozbawione życia światy, arena przyszłej rzezi. Jatki nie da się uniknąć, teraz jestem o tym przekonany. Wystarczył mi kontakt ze statkami-pilotami Fanga, żeby zrozumieć to, co dla wszystkich było oczywiste – nie zdołamy się porozumieć. Nigdy.

Fotel, w którym nadal siedziałem, był umieszczony w niewielkiej kuli ze świecących prętów. Przez szerokie otwory „klatki” widać było kosmos. Co zasłaniało te śmiertelne dziury – szkło? Plastik?

Pole siłowe. Uwaga, prowadzone jest dostrojenie do losowo wybranego punktu sygnalizacyjnego. Przygotować się do hiperkatapultowania.

Dokąd wyrzuci mnie ten skok w niewiadomą? Dlaczego nie miałbym podać współrzędnych Tara? Ile czasu będę potrzebował, żeby powiadomić Terry, gdzie jestem, dołączyć do chłopców? Po co te komplikacje, przecież uciekliśmy Fangom, uratowaliśmy się…

Zmiany są niecelowe. Katapulta została aktywizowana.

Przez chwilę wydawało mi się, że dziesięć metrów od kulistej „klatki” pojawiło się ogromne, spłaszczone wrzeciono – statek bojowy Fangów. Ale świat znowu znikał, ciało przeniknęła lekkość. Tunelowe hiperprzejście. Nie za dużo przygód jak na jeden dzień?

Euforia spłukiwała świadomość. Harmonia barw – lazur, złoto, szkarłat, akwamaryna… Szalona kakofonia dźwięków, brzmiąca niczym najpiękniejsza melodia. Zawrotna prędkość, tylko cudem nie budząca strachu…

Dziwne – zachowałem odrobinę krytycyzmu, żeby spojrzeć na siebie z boku. Zdumiewające – zachwyt nie zamienił się w abstrakcyjną euforię, pozostał przykuty do rzeczywistości. Oszukałem Fangów. Jestem wolny. Jestem w drodze.

Uchylasz się – doszedł mnie łagodny szept, płynący zewsząd.

– Raczej tracę rozum – zaśmiałem się. – Rozmawiam sam ze sobą. Rozdwojenie osobowości. Byłem człowiekiem-statkiem… stałem się schizofrenikiem…

Jesteś zdrowy - powiedział zatroskany głos. – Ale uchylasz się od drogi. Sprowokowaliśmy atak na Somat… a ty wybaczyłeś nawet to. Niepotrzebnie. Musisz działać, rozmawiać z Fangami. Niewola byłaby świetną okazją. Powstrzymał cię strach.

Nie boję się – wyszeptałem. Jakie to śmiesznie, że uważają mnie za tchórza!

O siebie – nie. O tych, którzy są ci bliscy – tak. To twoja rola – bronić. Przedtem prawidłowo ustawiałeś priorytety: ojczyzna, przyjaźń, miłość. Teraz się przesunęły. Nie poddałeś się Fangom z powodu Terry.

Tak. I co z tego? Wybieram to, co jest dla mnie ważniejsze. To moje prawo. Sam stawiam cele i zmieniam priorytety. Gwiżdżę na cudze prawa, tworzę własne. Kim jesteś?

Euforia rozwiała się, ale nadal znajdowałem się w bezcielesnej lekkości hiperprzejścia. Coś się to wszystko za bardzo przeciąga…

Ingerencja. Wpływ z zewnątrz – głos towarzyszącej mi części statku był cieniem szeptu. Pewnie słyszałem go tylko dlatego, że minutę temu byliśmy jednością.

– Obojętni – powiedziałem niemal spokojnie. – Kim jesteście? Czego chcecie od nas… ode mnie?

Tego, czego nie chcesz ty. Pomożemy ci… usuniemy to, co zbędne.

Głos rozpłynął się, pozostał tylko bezkresny błękit, wirujący, zwracający się do mnie krawędzią. Nie płaszczyzna – raczej taśma, wstęga… klinga. Ostrze gigantycznego miecza, na który spadałem, już czując wagę własnego ciała, już zaczynając wierzyć w nieprawdopodobną realność wydarzeń. Lazurowa pustka i szara nić wycelowanego we mnie ostrza. I nawet białe rozbłyski na nim, jak na zwykłym mieczu płaszczyznowym… dotknąłem ostrza i świat wokół mnie znikł.

Загрузка...