W strząsany dreszczami Ridgeway przywarł do betonowego filaru pod pomostem. Przez wąską szczelinę między kadłubami łodzi obserwował, jak dwaj mężczyźni zanoszą ciała swych towarzyszy na nabrzeże. Była pora odpływu. Ściany nadmorskiego wału okalającego przystań wyłoniły się wokół niego niczym ogromny klif.
Walcząc z zimnem, Ridgeway rozważał, czy warto płynąć dalej. Uznał ostatecznie, że jest to raczej pozbawione sensu. Płynąc w kierunku głównego kanału, nurkując głęboko między poszczególnymi pomostami i wynurzając się tylko w pobliżu dających gwarancję względnego bezpieczeństwa łodzi zdołał pokonać jedynie dystans dzielący trzy pomosty.
Chłód przenikał go do szpiku kości, wypędzając nawet tę odrobinę ciepła, jaką zawdzięczał fizycznemu wysiłkowi. W tej chwili był w stanie wyłącznie trzymać się kurczowo betonowego filara. Wiedział, że albo wydostanie się na nabrzeże i stawi czoło napastnikom, albo umrze w wodzie z wyziębienia. Wielokrotnie słyszał opowieści o wychłodzeniu organizmu, o tym, jak anielsko przyjemne jest zapadanie w stan nieprzytomności. Podobno ci, których przywracano do życia, mieli niejednokrotnie żal do ratujących. Zamknął oczy i poczuł, jak napięcie ustępuje.
Woda była ciepła, a Zoe siedziała za sterem. Wciągnęli duży przedni sztaksel, obserwowali, jak na horyzoncie przesuwa się wysepka Salt Cay. Ridgeway zerknął na kompas oraz na mapę rozłożoną na kolanach. Wyspa Jost Van Dyke leżała gdzieś tam przed nimi. Odchylił twarz ku słońcu i pomyślał o świeżych homarach oraz pina coladzie serwowanej w restauracji Foxies. Zamknął oczy i pozwolił, by słońce wciskało się krwistymi barwami pod powieki. Poczuł dłoń Zoe na włosach i…
Nagle zakrztusił się słoną wodą. Pod powieki dostał się brudny szlam. Musiał koniecznie puścić filar! Zaczynał tonąć. Ramiona były jak przymarznięte, a nogi wydawały się sztywne i pozbawione życia, ale powiedział sobie, że musi się ruszyć i, o dziwo, dolne kończyny wykonały polecenie. Głowa wysunęła się ponad powierzchnię i łapczywie chwycił powietrze. Starał się nie czynić żadnego hałasu, mimo iż szalejący wokoło sztorm zagłuszał niemal wszystko. Po jego prawej stronie śmignął pędzony wiatrem koniec liny zwisającej z nabrzeża. Ridgeway raz jeszcze z desperacją uderzył nogami wodę i sięgnął w kierunku jej końca. Nie udało się. Raz jeszcze zanurkował i wynurzył się kawałek dalej, w miejscu, w którym jego dłonie bez trudu złapały linę. Podciągnął się do góry; okazało się, że była to lina cumownicza rozpięta między pomostem a niedużą motorówką. Podciągał się dalej, aż zdołał chwycić się belki pomostu, do której przywiązana była lina. Rozejrzał się. Dziwaczna kabina oraz nadbudówka motorówki przesłaniały widok na pobliskie nabrzeże.
Przełożył jedną nogę ponad linę cumowniczą, drugą wsparł na pomoście. Przez jedną długą chwilę miał wrażenie, że jego ciało po prostu zamarzło wisząc w przestrzeni, niczym orzeł z rozpostartymi skrzydłami, idealnie naprężone. W następnej leżał już na pomoście, a krople deszczu uderzały go w twarz. Obrócił głowę i ciężko chwytał ostre, wilgotne powietrze, pokasłując cicho.
Powoli oparł się na łokciach i usiadł. Po lewej stronie, na drugim końcu akwenu dostrzegł oddalającego się mężczyznę. Seth wstał ostrożnie i czekał, aż minie odrętwienie. Potem ruszył w kierunku głównej części pomostu. Prawa ręka odruchowo szukała w kieszeni szlafroka pistoletu, ale był tam jedynie gruby plik banknotów. Odpędził z głowy myśli o broni oraz pieniądzach i szedł dalej.
Przedtem zasłaniała go duża motorówka, teraz jednak, kiedy szedł w stronę głównego pomostu, widział wyraźnie plot na szczycie wału ochronnego oraz budynki stojące za nim. Tyle że nie tylko on więcej widział, inni także mieli go teraz jak na talerzu.
Ruszaj! Ponaglał sam siebie. Biegnąc, pokonał szybko dystans dzielący go od stromej rampy prowadzącej na brzeg. Poszukał wzrokiem drugiego mężczyzny. Co się z nim stało? Gdzie się skrył? Gdy był już blisko rampy, zatrzymał się przy bukszprycie dużego kecza i przyjrzał się uważnie górnej linii wału. Nie dostrzegł ani śladu postaci w żółtym, błyszczącym płaszczu przeciwdeszczowym.
Ale czy tamten go widział? Może czatował na górze, ukryty przed jego wzrokiem? Ridgway wiedział jednak, że musi iść. Musiał wejść na szczyt rampy, bez względu na to, co miało go tam spotkać. Jeśli zostanie na pomoście, zginie. Wziął głęboki oddech, opanował dreszcze i ruszył w górę rampy.
Był już niemal na szczycie, gdy kątem lewego oka dostrzegł coś żółtego. Rzucił się i leżał na brzuchu. Jaki miał wybór? Wejść na rampę i stanąć twarzą w twarz z uzbrojonym mężczyzną albo zejść na dół, gdzie wystawi się na śmiertelny strzał. Zaczął czołgać się w górę.
Tuż przed szczytem zebrał resztki sił, zerwał się na równe nogi i ruszył biegiem w kierunku samochodów. Minął czarnego sedana zabójców, potem toalety. Czuł pod bosymi stopami asfalt; ucieszył się, gdyż oznaczało to, że odzyskał czucie w nogach. Minął swoje auto – kluczyki były gdzieś na Walkirii – i popędził w stronę limuzyny. Bez względu na to, co zrobili Benjaminowi, kluczyki najprawdopodobniej wciąż tkwiły w stacyjce. Przynajmniej miał taką nadzieję.
Przeskoczył wąski kanał burzowy, przedarł się przez rząd rachitycznych krzewów i dobiegł do limuzyny. Mimo odgłosów szalejącego sztormu słyszał własny oddech. Oparł się ciężko o maskę samochodu i spojrzał za siebie. Jeden z mężczyzn biegł w poprzek nabrzeża, potem zwolnił. Drugi wciąż stał przy płocie jakieś czterdzieści do pięćdziesięciu metrów od niego.
Podjął decyzję. Zdecydowanym ruchem odepchnął się, stanął na chwiejnych nogach i podszedł do drzwi limuzyny od strony kierowcy. Otworzył. Otoczył go intensywny, ciepły, miedziany zapach krwawej śmierci.
Kiedy był jeszcze świeżo upieczonym policjantem, dokonywał oględzin miejsc wypadków drogowych, widział więc wiele zmiażdżonych, często zmasakrowanych ciał. Potem jako detektyw z wydziału zabójstw widział perwersyjnie okaleczanych ludzi, nigdy jednak nie widział czegoś równie odrażającego.
Ochroniarz siedział na środku przedniego fotela z rozłożonymi nogami i rękoma, które przywiązano sznurem do drzwi oraz innych elementów auta. Mężczyzna był całkowicie obnażony; równe, chirurgiczne cięcie biegło od owłosienia łonowego po mostek, a wnętrzności wylewały się na zewnątrz na tapicerowane siedzenie.
Nagle Ridgeway usłyszał jęk. Benjamin wciąż jeszcze żył. Obrócił ku niemu bladą jak popiół twarz, podniósł powieki, a po kilku sekundach w jego oczach pojawił się smutny blask rozpoznania. Otworzył usta, lecz zamknął nie wypowiadając nawet słowa, jak gdyby był to wysiłek ponad siły. Potem oczy zamknęły się, a ogromna głowa opadła bezwładnie na piersi.
Ridgeway poczuł, jak przechodzą go ciarki. Poruszał ustami, jak ryba wyciągnięta z wody. W końcu oderwał wzrok od Benjamina i z najwyższym trudem zmusił nogi do pracy. Cofnął się, obrócił, chcąc dalej biec, ale zobaczył przed sobą młodego mężczyznę z nożem w jednej dłoni, a pistoletem maszynowym wyposażonym w tłumik w drugiej. Na twarzy napastnika pojawił się uśmiech triumfu.
– Czekaliśmy na ciebie. – Mężczyzna mówił z wyraźnie obcym akcentem. Spojrzał na przednie siedzenie limuzyny i dodał: – Benjamin i ja.
Facet ubrany był w dżinsy i wiatrówkę nałożoną na sweter, a na nogach miał buty do biegania. Ubranie było przemoczone do suchej nitki, krótkie włosy przylgnęły do głowy. Wyglądał na dwadzieścia kilka lat, miał szczupłą sylwetkę typową dla długodystansowca.
Ridgeway cofnął się bez słowa. Czuł, jak zimny metal wpija się w jego plecy. Miał nadzieję, że lodowaty spokój oraz instynkt starego policjanta, który tyle razy ratował mu skórę, nie zawiedzie go również i tym razem. Rozejrzał się desperacko dookoła; jego oczy szukały wsparcia, broni lub drogi ucieczki.
Szczęknięcie pistoletu maszynowego ponownie przyciągnęło jego uwagę; mężczyzna stał jak zawodowiec poza zasięgiem ramion Ridgewaya, dostatecznie jednak blisko, żeby udaremnić wszelkie próby ucieczki.
– Nawet nie próbuj uciekać – odezwał się, jak gdyby czytał w myślach Ridgewaya. – Mamy ze sobą do pogadania.
– Masz na myśli pogawędką, jaką odbyłeś z… Benjaminem – odparł Ridgeway, usiłując nie patrzeć na ludzkie wnętrzności rozlane na przednim siedzeniu.
– Jeśli będzie to konieczne.
Ridgeway zmusił się do skupienia uwagi na mężczyźnie, jego słowach, chcąc w ten sposób oderwać myśli od tamtego, zaszlachtowanego jak rzeźne zwierzę, od zimna oraz od niebezpieczeństwa.
– Nie sądzę, że to ci będzie potrzebne – powiedział, wskazując na nóż.
– Trzymaj ręce przy sobie – warknął tamten, potem teatralnym gestem złożył nóż i schował go do kieszeni. – Wystarczy minuta, a przekonamy się, czy będzie ci potrzebna tego rodzaju motywacja. Wsiadaj na tylne siedzenie.
Myśl o znalezieniu się wewnątrz auta, w którym unosił się ciepły i słodki zapach śmierci, sprawiła, że żołądek podszedł Ridgewayowi do gardła, ale nie miał żadnego wyboru.
– Jeśli zajrzysz do środka, zobaczysz dwie pary kajdanek. Jedne przypięte do uchwytu w drzwiach, drugie przyczepione do wspornika przedniego siedzenia. Usiądź, a ja pokażę ci, jak masz się w nie skuć.
Ridgeway usiadł na przesiąkniętej krwią tapicerce.
– Spójrz w drugą stronę – powiedział mężczyzna, przesuwając się bliżej, by mieć Ridgewaya na muszce. – Przekonasz się że oba wolne końce kajdanek nie są zapięte. W górne kajdanki zapniesz lewą rękę, w dolne lewą nogę.
Ridgeway zrozumiał, że facet zamierzał rozpruć mu brzuch bez względu na to, jak bardzo skłonny okaże się do współpracy.
W tej samej chwili Benjamin wydał przeciągły, niski jęk z głębi umęczonego ciała. Jęk stawał się coraz bardziej donośny i przenikliwy, aż w końcu wyparł i zablokował w głowie Ridgewaya każdą inną myśl poza tą o ucieczce. Skoczył więc ku drzwiom po drugiej stronie auta, woląc szybką śmierć od kuli niż powolne konanie z rozprutym brzuchem, ale nie otworzyły się. Uderzał desperacko w drzwi, potem w szybę, rozwalając ją pięścią.
Seria z automatu położyła kres potwornym jękom Benjamina. Ridgeway wzdrygnął się z obrzydzeniem, gdy żółtobiały strzęp tkanki mózgowej chlapnął w bok jego głowy, reszta rozbryznęła się na szybie. Po sekundzie usłyszał głos zabójcy:
– Załóż kajdanki.
Ridgeway obliczał, jak szybko zginie od kul, jeśli rzuci się teraz na zabójcę, gdy zauważył niewyraźną plamę, poruszającą się tak szybko, że zlewała się z szarym deszczem.
Ułamek sekundy później dostrzegł jakieś ramię, które uderzyło napastnika od tyłu w głowę. Mężczyzna odruchowo pociągnął za spust pistoletu. Ridgeway rzucił się na podłogę limuzyny, a kule uderzały w zamknięte drzwi i odbijały się rykoszetem w dach. Seth spojrzał i zobaczył najpierw zdumienie w oczach leżącego, potem ból. W końcu mężczyzna zamknął oczy, a mięśnie jego twarzy zwiotczały.
Siadając, Seth obserwował, jak ciało tamtego osuwa się na bok. Potem przez otwarte drzwi dojrzał dwie ochlapane deszczem nogi odziane w szare spodnie, a ponad nimi granatową wiatrówkę. Nie widział twarzy swego wybawcy; jedna z rąk wyciągnęła długi, składany traperski nóż z pleców zabitego, druga wyjęła chusteczkę z tylnej kieszeni spodni i starła krew z ostrza. Dłonie złożyły nóż, potem jedna z nich wsunęła go do kieszeni wiatrówki. Moment później mężczyzna pochylił się.
– Ridgeway? Ridgeway, nic ci się nie stało?
Ridgeway podniósł wzrok i ujrzał gładko ogoloną twarz George’a Strattona. Przez moment jedyną rzeczą, o jakiej był w stanie pomyśleć, był kiepski bekhend, którym tamten popisywał się w Zurychu.