Panele z sufitu prywatnej windy Yosta leżały zdemontowane na podłodze kabiny windy, a dwaj mężczyźni przyczepiali do zamkniętych drzwi ładunki wybuchowe.
– Ostrożnie – powiedział ten, który siedział w samochodzie obok kierowcy; bez wątpienia był szefem grupy. – Po wpadce w magazynie ta akcja musi przebiec perfekcyjnie. Upewnijcie się, że ładunki są dostatecznie mocno doczepione. Musimy mieć pewność, że impet będzie skierowany na zewnątrz. W przeciwnym razie…
Nie dokończył, lecz to, co zamierzał powiedzieć, było oczywiste. Ładunki mogły równie dobrze pozbawić życia ich; dlatego zakładanie wymagało prawdziwych umiejętności. Mężczyzna obejrzał dokładnie efekt pracy podwładnych i wreszcie wyraził zgodę na kontynuowanie operacji.
– W porządku. A teraz wszyscy na górę.
Z pomocą mężczyzny, który zdążył się już wdrapać na wierzch kabiny, dołączyli do niego i przykucnęli pomiędzy linami.
– Ostrożnie z przeciwwagami – ostrzegł dowodzący operacją, naciskając guzik najwyższego piętra. Gdy winda ruszyła w górę, rozwinął druty detonatora i podał je jednemu z ludzi. Potem wspiął się i dołączył do reszty.
Syn Yosta wszedł do pokoju, żeby zabrać pustą już tacę i zaproponować piwo. Seth podziękował. Było mu wystarczająco mdło.
– Po tym, jak Amerykanin uderzył mnie w twarz – kontynuował Yost, gdy syn opuścił pokój – ocknąłem się, jakbym zbudził się z koszmarnego snu. Spoglądałem na to, co zrobiłem z tym człowiekiem, i nagle poczułem, że mdleję, prawdopodobnie z upływu krwi.
Zapadła chwila ciszy.
– Morgen i ja pozostawaliśmy w kontakcie przez wszystkie te lata – podjął Yost. – Później, kiedy wyleczył się w dużym stopniu z amnezji, opowiedział mi o wszystkim, co zobaczył w silnie strzeżonej kopalni w Alt Aussee. Zrobił to, bo obawiał się, że wkrótce umrze, a nie chciał, żeby sekret opuścił ziemski padół razem z nim. Dlatego opowiedział mi całą tę historię.
– To znaczy co? – przerwał niecierpliwie Seth.
– Uważam, że opowie panu o tym już osobiście Hans Morgen.
– Morgen? Czy jest w Zurychu?
Yost zaprzeczył ruchem głowy.
– Jest w Alt Aussee. A raczej będzie do czasu, aż pan tam dotrze. – Ale…
– Niech mnie pan wysłucha uważnie – tym razem Yost mu przerwał. – Obraz, który znajduje się w pańskich rękach… – To klucz do wszystkiego, co przydarzyło się panu i pańskiej żonie… a także mnie i Hansowi… w ciągu czterdziestu lat.
– Jak to? – zapytał Seth. – Nie rozumiem.
– Już niebawem zrozumie pan wszystko – zapewnił go Yost. – Ale teraz musi pan wysłuchać dokładnie mojej instrukcji. Otrzyma pan tylko jedną szansę. Rozumie pan?
Spoglądał surowym wzrokiem na Setha, który skinieniem głowy potwierdził, że przyjął to do wiadomości.
– Musi pan zanieść obraz do siedziby Thule Geselschaft Bank przy Bahnhofstrasse, po północnej stronie Paradeplatz. Poprosi pan o rozmowę z pewną osobą z zarządu banku. Przekaże jej pan obraz i zażąda w zamian dostępu do skrytki depozytowej. Człowiek ten będzie wiedział, co ma robić.
– Ale cóż to ma wspólnego z…?
Yost znów kiwnął głową przecząco.
– Nie wiem. Naprawdę bardzo chciałbym móc powiedzieć to panu. W ciągu czterdziestu lat, kiedy ja i Hans podążaliśmy tropem tego obrazu, zdołaliśmy dowiedzieć się jedynie, że stanowi on klucz dostępu do skrytki depozytowej oraz że zawartość skrytki ma zasadnicze znaczenie dla odzyskania Pasji Zofii.
– Słucham? W jaki sposób…
– Wyjaśni to Morgen – nie pozwolił mu dokończyć pytania Yost.
– Dlaczego mam czekać? Błagam, niech pan powie mi o tym teraz – naciskał Ridgeway. – Wszystko, czego się dowiem, może przyczynić się do odnalezienia Zoe. Odzyskanie jej jest dla mnie ważniejsze od wszystkiego, co jest pogrzebane w jakiejś kopalni od bez mała czterdziestu lat.
Yost uśmiechnął się szeroko.
– Ależ nie musi już pan dalej szukać – oznajmił. – Pańska żona jest w Zurychu. Zaledwie przed godziną lub coś koło te go rozmawiałem z nią, zanim przybył pan tutaj.
Seth szarpnął się nerwowo w fotelu, jak gdyby raził go nagle prąd wysokiego napięcia.
– Zoe? W Zurychu? Skąd… dlaczego… dlaczego zadzwoniła do pana? Dlaczego nie powiedział mi pan o tym wcześniej? Gdzie ona jest? -.
Yost uniósł dłoń w geście nakazującym ciszę.
– Tylko jedno pytanie na raz, tylko jedno, proszę – pod jął Yost. – Wiedziała o moim powiązaniu z kolekcją dzieł sztuki w Kreuzlingen, a nie tylko o fakcie, że oprawiłem w ramy niemal wszystkie dzieła, które Max… zgromadził. Jednak zadzwoniła do mnie nie w sprawie dzieł, lecz w nadziei, że miałem od pana jakąś wiadomość.
Uśmiechnął się.
– Ale dlaczego nie powiadomił mnie pan o tym wcześniej?
– Ponieważ wiedziałem, że wtedy nie wysłuchałby pan ni czego, o czym musiałem panu opowiedzieć – wyjaśnił Yost. – To, co panu wyjawiłem, ma kolosalne znaczenie dla mnie, dla pana żony i dla reszty świata.
Seth spoglądał na Yosta szeroko otwartymi ze zdumienia oczami.
– Gdzie? Gdzie ona jest?
– W pańskim hotelu – odparł Yost. – W Eden au Lac. Seth zerwał się nagle na równe nogi.
– Przez tyle czasu… – W jego głosie pobrzmiewało teraz nie wyobrażalne zdumienie. – Przez tyle czasu byliśmy rozdzieleni, a teraz los sprawił, że spotykamy się w tym samym hotelu.
Stał chwilę w milczeniu, jakby delektując się szczęściem, potem otrząsnął się.
– Dziękuję za poświęcony mi czas i gościnność, panie Yost. Chciałbym…
– Chwileczkę – przerwał Yoast, a na jego twarzy pojawił się nagle wyraz zaniepokojenia. – Niech mi pan przyrzeknie, że pojedzie pan do Alt Aussee i spotka się z Hansem. Ksiądz Morgen naraził się na bardzo poważne konsekwencje, decydując się na spotkanie z panem.
– Ja…
Seth miał zamiar wyjaśnić, że musi zapytać o to żonę, kiedy podłoga pod ich stopami zadrżała, a ułamek sekundy później dobiegł dudniący odgłos eksplozji.
– Ta cholerna ekipa budowlana – wrzasnął poirytowany Yost. – Ich żuraw znów uderzył w ścianę naszego budynku!
Ale to nie był żuraw. Nagle zza wzmocnionych dębowych drzwi, które prowadziły do gabinetu, dobiegły odgłosy serii wystrzeliwanej z broni syna Yosta, potem usłyszeli kaszlącą odpowiedź automatycznej broni wyposażonej w tłumiki.
– Ojcze! – usłyszeli krzyk. – Oni tu są!
Nie mieli wątpliwości, że były to ostanie słowa Jacoba Yosta juniora.
– Szybko, niech pan zamknie drzwi, panie Ridgeway – krzyknął Yost. – Są bardzo mocne.
Seth słyszał tupot biegnących oraz ich ściszone, nerwowe głosy. Zerwał się na równe nogi i rzucił w stronę dębowych drzwi. Nim ktoś z tamtej strony nacisnął klamkę, udało mu się chwycić gałkę rygla i zasunąć go szybkim ruchem. Usłyszał przekleństwa. Potem zaskrzypiały zawiasy, gdy któryś z napastników uderzył w drzwi ciałem. Jęknęły, ale trzymały się mocno.
Nagle Seth uświadomił sobie, kiedy słyszał już podobne odgłosy wydawane przez broń. Było to na łodzi, tam, po drugiej stronie świata. Wtedy, podobnie jak teraz, niewiarygodną opowieść przerwali niewidzialni napastnicy, których pociski przebijały się przez pokład Walkirii. Bez wahania padł na podłogę. W tym momencie wewnętrzna okładzina drzwi eksplodowała gradem kul i długich, postrzępionych dębowych drzazg.
– Na ziemię! – krzyknął Seth, turlając się po podłodze.
Spojrzał na fotel Yosta. Stary człowiek czołgał się z ogromnym trudem w stronę aparatu telefonicznego, stojącego na stoliku obok okna.
Pociski nie przestawały przebijać się przez drzwi, ale traciły niemal całkowicie impet, stając się mniej groźne. Niestety, jedna kula trafiła starca w bok, tuż poniżej pachy. Na szlafroku natychmiast zaczęła tworzyć się krwawa plama. Ciało Yosta zesztywniało i jakby uniosło się w górę. Seth widział to jakby na zwolnionym filmie. Potem latało w powietrzu, a moment później uderzyło w stojak z kominkowymi przyborami.
Seth podpełznął do fotela, na którym leżał jego płaszcz, wyciągnął magnum i zanurkował za fotel w chwili, gdy drzwi gabinetu otworzyły się z rozmachem.
Pierwszy z mężczyzn krzyknął coś w języku, którego Seth nie rozumiał. Rosyjski? Tamten spojrzał na ciało leżące przy kominku i na wszelki wypadek wystrzelił kilka razy.
– Sukinsyny! – wrzasnął Seth, strzelając do napastnika. Kula trafiła tamtego w tułów, podrzucając do góry. Pocisk przeszedł przez całe ciało i roztrzaskał kręgosłup. Bandyta zginął, zanim zdążył uderzyć o podłogę.
Ciszę wypełniły krzyki pozostałych napastników. Nie miał już wątpliwości, że mówili po rosyjsku. W jaki sposób udało im się go odnaleźć? Jakim cudem wytropili go mimo wszystkich środków bezpieczeństwa zastosowanych przez Yosta?
Nie pora była jednak teraz na rozmyślania. Wystrzelił po raz drugi, zmuszając ich do odstąpienia od drzwi gabinetu. Gadali coś gorączkowo w korytarzu, widać usiłowali się przegrupować.
Seth przeczołgał się do telefonu, aparat był głuchy. Tak więc został osaczony. Sam jeden. Obaj Yostowie już nie żyli. Usiłował opanować się.
Niech Cię szlag, Boże! Dlaczego ja? Daj mi choć raz odsapnąć i z kieszeni płaszcza wyciągnął garść amunicji. Tuzin dodatkowych naboi. I cztery, które zostały jeszcze w magazynku. W sumie szesnaście. Przeciwko ilu napastnikom?
Chwilę później gabinet pustoszył zmasowany ogień; pociski ryły posadzkę, ściany i sufit. Seth skulił się, a kule przecinały przestrzeń dokoła niego. Przewrócił fotel na bok, ale była to nader licha ochrona. I znów przypomniały o sobie lata treningu w akademii policyjnej oraz ostrej zaprawy na ulicach. Pozwól działać odruchom, ruszaj się szybko, nie daj się zabić, przeżyj.
Wystrzelił dwa razy w kierunku drzwi, po jednym strzale w każdą stronę, potem rzucił się do okna. Przewrócił na ziemię ciężki stół z marmurowym blatem i skrył się za nim, nim kolejna seria przecięła pomieszczenie.
Z korytarza dobiegały nerwowe krzyki, chwilę później jeden z napastników przebiegł na drugą stronę drzwi. Seth strzelił, potem jednak zaklął w duchu. Chcą go podejść i zmusić do marnowania naboi. Nawet jeśli mówią po rosyjsku, z pewnością potrafią liczyć wystrzelone kule.
Po sekundzie usłyszał głośne stuknięcie, a potem odgłos jakiegoś przedmiotu turlającego się po podłodze. Rozejrzał się i dostrzegł mały ręczny granat, który leżał teraz zaledwie kilkanaście centymetrów od blatu stołu. Zdesperowany puścił broń i odrzucił przez otwarte drzwi. W ułamku sekundy znalazł się w schowaniu za blatem stołu.
Impet uniósł stolik i przycisnął Ridgewaya do ściany. Przez moment słyszał wyłącznie dzwonienie w uszach, potem ogłuszający ryk, jaki zapamiętał z pierwszych dni szkolenia w akademii, kiedy to zapomniał założyć ochronne nauszniki. A gdzieś z oddali dochodziły jakieś głosy. Seth zdążył odepchnąć blat stołu, gdy do gabinetu wpadło dwóch mężczyzn z bronią gotową do strzału. Jeden z nich wystrzelił krótką serię w stronę Ridgewaya. Seth dał jednak nurka za blat; marmurowe odłamy sypały się na podłogę jak grad, gdy szukał po omacku pistoletu. Gdzie go zostawił?
W panice przeszukiwał podłogę dookoła siebie; słyszał zbliżające się kroki mężczyzn. Kolejna seria spowodowała kolejny grad marmurowych odłamków, które pofrunęły w głąb gabinetu.
Jest! Dostrzegł magnum obok ściany. Rzucił się desperacko w tę stronę i chwycił pistolet. Obracając się, ponad dziobatym od kul blatem stołu, dostrzegł głowę najbliższego z mężczyzn. Napastnik podniósł broń.
Seth dokończył obrót i wystrzelił. Lewa połowa twarzy mężczyzny dosłownie oderwała się, a napastnik wydał charczący odgłos, zanim runął na podłogę.
Usłyszał pospieszne kroki drugiego, który wybiegł z pokoju. Szybko, pomyślał Seth. Musi działać szybko. Drugi raz nie popełnią tego samego błędu z granatem.
Rozglądał się rozpaczliwie po gabinecie, szukając wyjścia. Były w nim tylko jedne drzwi i jedno okno, teraz całkowicie pozbawione szyb. Miał najwyżej kilka sekund do chwili, gdy znów wrzucą granat do środka.
Wsunął magnum za pasek spodni i wstał. Machnięciem ręki odsunął zasłonę i wyjrzał; dojrzał czarną czeluść – siedem pięter. Bezpośrednio przed sobą, w odległości dwudziestu pięciu do trzydziestu metrów dostrzegł oświetloną kabinę operatora dźwigu. Ramię żurawia pozostawało w bezruchu. Wzrok Setha pobiegł wzdłuż ramienia, potem w dół do metalowego pojemnika, do którego wlewano właśnie beton z betoniarki. Ogłuszający huk na placu budowy sprawił, że nikt nie słyszał odgłosów strzelaniny na siódmym piętrze.
Rozglądał się nerwowo za jakimś gzymsem, czy czymś, co mogłoby być podporą dla palców stóp, gdy zobaczył, że pojemnik z betonem unosi się do góry. Po chwili ramię żurawia zaczęło obracać się w jego kierunku, stopniowo przyspieszając.
Co takiego powiedział Yost tuż po eksplozji? Żuraw. Zaklął, sadząc, że dźwig znów zahaczył o budynek. Nagle za plecami Seth usłyszał znajome szczęknięcie w korytarzu. Chyba się nie mylił?
Ramię żurawia zbliżało się. Nie pozwól, Boże, by się zatrzymało. Nie pozwól, by się zatrzymało.
Przykucnął obok okna, czekając na szansę.
Nie miał wątpliwości, czym był odgłos dochodzący z korytarza. Odgłos wyrywanej zawleczki.
Ramię dźwigu było coraz bliżej; sześć metrów, cztery, trzy, wskoczył na parapet… Półtora metra…
Usłyszał, jak granat uderza o podłogę. Spojrzał w dół, w czarną czeluść, potem skoczył na przesuwające się belkowane ramię żurawia.
Fala uderzeniowa uniosła go i pchnęła do przodu, uderzając nim o metalową kratownicę. Za sobą usłyszał przytłumiony huk eksplozji, której impet tłumiły potężne silniki dźwigu oraz silniki ciężarówek jeżdżących na dole, a także warkot młotów pneumatycznych.
Maksymalnie napiął mięśnie, szukając podpory dla rąk i jednocześnie usiłując ochronić głowę. A jednak udało się!
Wymachując rozpaczliwie nogami, zaczepił kolanem o narożnik złożonej z trójkątów kratownicy. Przez chwilę, która zdawała się trwać wieki, wisiał głową do dołu, niesiony w mroku przez ramię żurawia na wysokości siódmego piętra. Wyczuł, jak magnum wysuwa się zza paska spodni. Spojrzał w dół i zakręciło mu się w głowie. Nagle poczuł, że oczy zalewa mu gęsta, ciepła ciecz. Upłynęło kilka chwil, zanim pojął, że to krew cieknąca mu z nosa. Otarł twarz.
Dopiero teraz dosłyszał krzyki dobiegające z dołu. Ludzie na placu budowy dostrzegli go wiszącego na dźwigu, ramię żurawia zaczęło spowalniać.
Nie. Boże, błagam. Nie pozwól, żeby zatrzymali dźwig.
Niemal nadludzkim wysiłkiem podciągnął się do góry i usiadł okrakiem na dolnej belce ramienia. W tym momencie w oknie gabinetu Yosta, w odległości mniejszej niż piętnaście metrów, pojawiły się dwie głowy. Mężczyźni spojrzeli na dół, usiłując dostrzec miejsce, gdzie powinien teraz leżeć.
Ramię dźwigu przesunęło się o następne dziesięć metrów, ciągnięte bezwładem pojemnika wypełnionego po brzegi betonem, potem zatrzymało się. Seth raz jeszcze otarł krew płynącą z nosa i usiłował zebrać myśli. Uderzenie w głowę zaburzyło jego zmysł równowagi. Przez moment miał wrażenie, że dźwig znowu ruszył. Potem otoczenie znieruchomiało.
Nagle ponad sobą dosłyszał czyjś krzyk. Spojrzał w okno gabinetu Yosta i zobaczył, że jeden z mężczyzn zauważył go. Napastnicy unieśli broń. Seth ruszył między szczeblami kratownicy ramienia żurawia w stronę kabiny.
Operator najwyraźniej dostrzegł, co się dzieje, bo potężny silnik żurawia ryknął i ramię znów zaczęło się przesuwać, zamieniając Setha w ruchomy cel i przesuwając go w ciemność, a tym samym oddalając od zabójców.
Z okna dobiegły kolejne krzyki, a chwilę później szklane ściany kabiny operatora eksplodowały pod gradem kul. Seth patrzył, jak mężczyzna szarpnął się i osunął na pulpit sterowniczy. Ułamek sekundy później silnik dźwigu znów zaryczał, a ramię zaczęło obracać się coraz szybciej.
Z sercem walącym jak młot i mięśniami naprężonymi do bólu Seth przesuwał się między szczeblami kratownicy, zmagając się z coraz większą siłą odśrodkową. Dobrze wiedział, że w każdej chwili może znów stać się łatwym celem dla napastników. Wreszcie dotarł do pionowej części konstrukcji żurawia; kule odbijały się z brzdękiem od stalowych belek. Na ziemię dotarł w połowie schodząc, w połowie spadając.
Kiedy znalazł się na dole, czyjeś krzepkie ramiona odciągnęły go do tyłu – ramię dźwigu pędziło teraz jak szalone, wzniecając snop iskier, a po chwili uderzyło w budynek domu Yosta. Betonowe płyty służące za przeciwwagę runęły w dół, niszcząc fragmenty rusztowania, zaledwie chwilę po tym, jak uciekli stamtąd robotnicy.
Twarz i szyja Setha umazane były krwią. Chwiejnym krokiem przepychał się między przerażonymi robotnikami, pierzchającymi na wszystkie strony, byle dalej od oszalałego żurawia, który chybotał i skręcał, a jego ramię wciąż przyspieszało, niczym uszkodzona karuzela w wesołym miasteczku. Po chwili stalowe liny pękły, wydając przy tym przeraźliwy odgłos. Seth patrzył ze zgrozą, jak pionowa konstrukcja podporowa zaczyna się odkształcać. Wtedy popędził co sił w mrok nocy.