Ulica Bahnhofstrasse była jak zawsze zatłoczona. Wzdłuż niej parkowały, stykając się niemal zderzakami, mercedesy i limuzyny, a tłumy mieszkańców Zurychu, dźwigających ciężkie pakunki, mijały okna niedużej restauracji. Z oddali dobiegł ich śpiew kolędników. Zatrzymali auto, nie wyłączając silnika. Po drugiej stronie ulicy furgonetka Armii Zbawienia wjechała na krawężnik; wysiadło z niej kilku skromnie ubranych mężczyzn z instrumentami muzycznymi, a towarzyszyła im kobieta, która zmagała się z trójnogiem, na którym zawieszony był dzbanek na datki. Spod płaszcza wysunął się dzwonek i upadł z brzękiem na chodnik. Kapela ustawiła się po prawej stronie tuż obok wejścia do Thule Gesellschaft Bank. Po chwili Stratton podjechał przed bank.
– Upewnij się, że masz nieco drobnych – powiedziała Zoe. – Inaczej ci tam spojrzą na nas koso, zanim wejdziemy do banku.
– Racja, ale prawdopodobnie i tak popatrzą na nas krzywo, jeśli datek będzie zbyt mały – zażartował Seth.
Minął ich chłopiec sprzedający gazety; Seth zdążył zerknąć na nagłówki gazet: CZTERY OFIARY ZAMACHU W MIESZKANIU. A poniżej: CZY ISTNIEJE JAKIŚ ZWIĄZEK Z MORDERSTWAMI W MAGAZYNIE?
Ridgeway wstrzymał oddech. Czy zamieszczono też jego fotografię? Ale gazeciarz zniknął już w głębi ulicy, pozostawiając pytanie bez odpowiedzi.
Zdenerwowany Seth ściskał w dłoniach bezcenny pakunek zawinięty w brązowy pakowy papier i owinięty sznurkiem. – Jakie są instrukcje, możecie powtórzyć? – zapytał Stratton.
– Mamy to pokazać komuś z zarządu banku.
– Pamiętajcie, że jeśli obraz rzeczywiście jest kluczem do skrytki depozytowej w tym banku, najprawdopodobniej nie jest to legalne. Jedynym powodem, dla którego umożliwią wam dostęp, mogą być ustalenia poczynione, zanim prawo bankowe uznało za nielegalne konta anonimowe.
Czy chcesz przez to powiedzieć – zdenerwował się Seth – że mogą nie uznać obrazu za dowód uprawniający do dostępu do skrytki?
Stratton pokręcił przecząco głową.
– Nie. Szwajcarzy zawsze byli godni zaufania. Ale nie zrobią nic, jeśli sprawy wydadzą się im podejrzane. Musicie więc wejść tak, jak byście byli właścicielami tego miejsca. Zachowujcie się w sposób arogancki jak bogaci, nawet bardzo bogaci Amerykanie. Oni tego właśnie się spodziewają, nawet im to odpowiada. Wówczas nie zaryzykują obrażenia was.
– Racja – odparł Seth, a potem zwrócił się do Zoe: – Jesteś gotowa?
Przytaknęła bez entuzjazmu.
– Ale ty będziesz na nas tutaj czekał?
– Tutaj albo gdzieś w pobliżu – odpowiedział Stratton. – Ponieważ nie jest to żaden mercedes, przypuszczalnie będę musiał stąd odjechać. Jeśliby coś się… złego wydarzyło, a mnie nie byłoby w pobliżu, niedaleko przy Sihlstrasse znajduje się wielopoziomowy parking. Wskazał palcem kierunek.
– Droga wiedzie przez stare miasto. Zaparkuję na najwyższym poziomie.
Seth i Zoe wysiedli z auta. Słońce świeciło mocno i wiał ostry suchy wiatr.
– Przez niego się denerwuję – powiedziała Zoe, gdy szli w kierunku drzwi.
– Wiem, o co ci chodzi – powiedział Seth, rozglądając się ostrożnie.
Już wcześniej śmierć pojawiała się nagle, nie wiadomo skąd. Tym razem nie da się zaskoczyć.
– Czułem to samo, kiedy pierwszy raz go spotkałem. Ale musisz przyznać, że za każdym razem pojawiał się na czas. Żadne z nas nie chodziłoby już po tym świecie, gdyby nie on.
– A jednak… – głos Zoe zawisł w powietrzu. – On ma kontakty z Interpolem i mógł przyczynić się do tego, że jesteś teraz na liście poszukiwanych.
– Dlaczego, do diabła, miałby to zrobić?
– Żebyś był od niego zależny. Żebyś nie szukał pomocy gdzie indziej.
– No dobrze, jest jedynym oparciem, jakie mamy. Może równie dobrze grać na własną rękę.
Minęli kapelę Armii Zbawienia, a Seth rzucił do dzbanka banknot dziesięciofrankowy.
– Danke schón – zawołała za nimi kobieta.
Ridgeway zatrzymał się i spojrzał na budynek, a serce waliło mu jak młot. Przyjrzał się bacznie kamiennym murom sprawiającym solidne wrażenie; w końcu znalazł to, czego szukał. Dyskretne, niemal niewidzialne błyski zdradzały zamontowane nowoczesne urządzenia zabezpieczające. Słyszał opowieści o tych bankach i o tym, że we framugi drzwi, w holach wejściowych i w windach wbudowane były skanery służące do sprawdzania, czy ktoś nie wnosi broni. Każdy przedsionek, biuro i winda w budynku mogły być automatycznie odcięte, by w razie potrzeby odizolować potencjalnych złodziei, terrorystów lub po prostu ludzi podejrzanych.
Szwajcarskie banki słynęły z dyskrecji, która nie pozwalała opinii publicznej poznać szczegółów systemów zabezpieczeniowych, ale w środowisku stróżów prawa wiadomo było tak zresztą jak i w środowisku światka przestępczego – tak przynajmniej zakładał Seth – że po odcięciu każde takie pomieszczenie było równie bezpieczne jak cela w najbezpieczniejszym więzieniu. Dźwiękoszczelne, kuloodporne i zdolne wytrzymać nawet solidną eksplozję. Można w nich było przytrzymać potencjalnych przestępców do czasu przybycia policji, nie przeszkadzając jednocześnie w normalnej pracy w banku.
Seth spojrzał na drzwi. Przetarł wilgotne dłonie, potem chwycił za klamkę. Czy drzwi okażą się ostatnimi, które poprowadzą ich do wolności? Czy może w banku potraktują ich jak potencjalnych przestępców, oni zaś będą ściganymi, którymi rzeczywiście byli, i zostaną odcięci w jakimś w pomieszczeniu, z którego nie będzie wyjścia do czasu przybycia szwajcarskiej policji? Miał dziwne przeczucie, że nie jest to miejsce, do którego chciałby wejść. Przełknął ślinę i pchnął drzwi, otwierając je przed Zoe.
Pomieszczenie w żaden sposób nie przypominało sali bankowej. Po jednej stronie stała kanapa, obok niej dwa fotele i koktajlowy stolik. Stała też mosiężna lampa, rzucająca ciepłe światło. Szli po puszystym ciemnogranatowym dywanie. Ściany obite były ciemną boazerią, a ozdabiały je ryciny przedstawiające sceny myśliwskie. W przeciwległym końcu pomieszczenia, za masywnym, drewnianym biurkiem siedział postawny jasnowłosy mężczyzna. Wstał, by ich powitać. Mogłoby to być zwykłe pomieszczenie korporacyjne, gdyby nie fakt, że nie było żadnych innych drzwi poza tymi, przez które weszli.
– Co państwa do nas sprowadza? – zapytał mężczyzna.
Ubrany był w ciemny, klasyczny garnitur, a gdy podszedł do nich, Seth dostrzegł, że ubranie było fachowo skrojone tak, żeby ukryć broń trzymaną pod lewym ramieniem. Mężczyzna zwrócił się do nich po angielsku, pewnie sprawił to ich strój. Szwajcarscy bankierzy wiedzieli, że tak ubierają się zwykle Amerykanie; najczęściej byli to po prostu ludzie, którzy po powrocie do domu chcieli pochwalić się znajomym, że złożyli wizytę w murach szwajcarskiego banku w Zurychu. Mimo to mężczyzna zachowywał się uprzejmie, szwajcarscy bankierzy wiedzieli bowiem, że na każdych kilkunastu ciekawskich zdarzał się jeden niesłychanie bogaty Amerykanin, który tylko ubrał się nieodpowiednio, idąc załatwiać sprawy finansowe.
– Mam do omówienia poufną sprawę – powiedział Seth władczym głosem. – Poza tym mam niewiele czasu, muszę zaraz widzieć się z kimś z zarządu banku.
– Oczywiście, proszę pana – odparł mężczyzna, omiatając wzrokiem paczkę oraz nowe, już na pierwszy rzut oka drogie buty Zoe.
Podszedł do biurka, podniósł słuchawkę i rozmawiał na tyle cichym głosem, że jego słowa były niezrozumiałe. Kiedy skończył, znów popatrzył na gości.
Amerykanie stali nie okazując żadnych emocji.
– Ktoś spotka się z państwem za chwilę – oznajmił.
W tej chwili w ścianie za biurkiem otworzyły się niewidoczne do tej pory drzwi i wszedł wysoki, ascetyczny mężczyzna z bródką a la Lenin, w granatowym garniturze w prążki.
– Dzień dobry – odezwał się głosem uprzejmym, lecz pełnym rezerwy. – Nazywam się Gunter Abels. W czym mogę państwu pomóc?
Uścisnął najpierw dłoń Zoe, a następnie Setha.
– Mamy tu konto – powiedział pewnym głosem Seth. – Skrytkę depozytową, do której dostęp gwarantują pewne… uzgodnienia natury prywatnej. Rozejrzał się znacząco dokoła. Wolałbym nie mówić nic więcej, dopóki nie znajdziemy się… w bardziej prywatnym otoczeniu.
Abels uniósł zdumiony brwi.
– Ależ oczywiście. Przepraszam bardzo, ale… ale musimy być naprawdę bardzo ostrożni, jeśli chodzi o rozpoznanie prawdziwych biznesowych klientów. Proszę, proszę za mną.
Poprowadził ich przez ukryte drzwi korytarzem do windy i wcisnął przycisk siódmego piętra. Drzwi zamknęły się gładko, a winda ruszyła w górę. Seth unikał spojrzenia recepcjonisty i nie odzywał się. W końcu ludzie zamożni i wpływowi, zwłaszcza tacy, którzy posiadali konta i skrytki depozytowe w szwajcarskich bankach, nie bratali się z bankowym personelem. Poza tym ich bajeczka została kupiona, a nigdy nie wiadomo, co mogłoby wzbudzić podejrzenia. Poza tym bogaci są zwykle małomówni, więc sprawdzi, czy potrafi odgrywać taką rolę.
Zoe poszła za przykładem Setha i także milczała.
– Proszę na lewo – powiedział Abels, gdy drzwi windy otworzyły się na siódmym piętrze.
Znaleźli się w kolejnej sali recepcyjnej, bliźniaczo podobnej do tej na parterze. Kolejny postawny strażnik siedział za kolejnym masywnym biurkiem. Z tego pomieszczenia jednak ciągnęły się dwa korytarze.
Abels zaprowadził ich do drzwi w końcu jednego korytarza i otworzył je kluczem, który wyciągnął z kieszeni. Pomieszczenie zajmujące narożnik budynku, wychodzące na Banhofstrasse i jezioro, urządzone było z pełnym smaku przepychem, jak gdyby specjalnie zaprojektowane dla sprawienia przyjemności tym, którzy mieli mnóstwo pieniędzy, lecz niechętnie wydawali je lekkomyślnie.
– Proszę się rozgościć – rzekł Abels. – Ja w tym czasie powiadomię jednego z członków naszego zarządu, że jesteście państwo tutaj.
I nie czekając na ich odpowiedź, obrócił się, wykonując idealnie wojskową komendę „w tył zwrot” i opuścił pomieszczenie. Drzwi zamknęły się za nim niczym wrota skarbca. Seth nacisnął klamkę. Zamknięte.
W milczeniu spojrzeli na siebie. Pomieszczenie miało rozmiary i wygląd luksusowego pokoju hotelowego. Oprócz kanapy i krzeseł był tu telewizor, stojak ze świeżymi gazetami, niewielki komputer wyświetlający dane finansowe, a także barek. Seth odstawił owinięty w papier obraz i napełnił szklankę wodą ze schłodzonej butelki Perriera.
– Niezły bank, hmm? – powiedziała Zoe, z udawaną słodyczą. – Ci faszystowscy androidzi z Nations Banc powinni na uczyć się paru rzeczy od tych ludzi.
Seth podszedł do okna i spojrzał w dół na ulicę. Grajkowie z Armii Zbawienia wciąż grali jakąś kolędę.
– Być może – odparł lakonicznie. – Bankierzy wszędzie są tacy sami, zwłaszcza ci z dużych banków.
Odwrócił się do Zoe.
– Ludzie raczej nie zyskują na kontaktach z nimi.
– Mój Boże, jesteś dzisiaj jakiś drażliwy – zażartowała, podchodząc do niego.
– Przykro mi – odparł. – Pomyślałem sobie po prostu, że ten facet płaszczy się przed nami jak szczur, a potem zamyka nas w tym pomieszczeniu, tak na wszelki wypadek. Bankowa procedura. Dla nich wszystkich najważniejsze są procedury. Bankierzy są jak zgraja nazistów, którzy krzyczą: „Mamy rozkazy. I spodoba się to wam!”. A kiedy już cię wyzyskają, przypadkiem lub celowo, zawsze tłumaczą, że tylko wykonywali polecenia.
Zrobił przerwę.
– To tylko biznes. Za każdym razem, gdy słyszysz, jak to mówią, możesz być pewna, że swoją moralność zostawili za drzwiami.
Spojrzał na nią i dostrzegł ogrom cierpliwości w jej oczach.
– Dobrze wiedzieć, że nie zmieniłeś się w ciągu tych sześciu miesięcy – uśmiechnęła się.
Seth spoglądał na nią przez dłuższą chwilę, potem roześmiał się.
– Przykro mi – wyznał. – Zrobiłem się nieco nerwowy.
– Wiem.
Rozległo się zgrzytanie klucza w zamku i po chwili drzwi szczęknęły, a do pokoju wszedł dystyngowany mężczyzna o siwych włosach i krótko przyciętym wąsiku. Miał patrycjuszowską twarz i garnitur od Savile Row. Mówił po angielsku z okropnie poprawnym akcentem człowieka, który studiował w najlepszych szkołach.
– Proszę wybaczyć, że musieli państwo czekać – powie dział.
Drzwi zamknęły się za nim.
– Nazywam się Josef Mutters – powiedział, wyciągając dłoń, którą Ridgeway uścisnął; wyczuł ciepły, mocny chwyt. – Jestem wiceprezesem w Thule Gesellschaft Bank.
Powtórzył pełną nazwę banku, jak gdyby chciał pomóc gościom upewnić się, że trafili do właściwego banku.
– Co mogę dla państwa zrobić?
Seth wziął pakunek.
– Chcemy dostać się do naszej skrytki depozytowej – po wiedział, przekazując paczkę Muttersowi.
Przez moment wiceprezydent spoglądał na pakunek owinięty w szary papier, jak gdyby w środku znajdowała się co najmniej nowa amerykańska broń biologiczna, jednak równie szybko jego twarz odzyskała służalczy wygląd.
– Czy możemy na chwilę usiąść? – zapytał.
Seth przytaknął i usiedli na kanapie. Mutters postawił pakunek na małym stoliku i zaczął go rozwijać.
Kiedy zobaczył obraz, ledwie zdołał powstrzymać cichy okrzyk. Przez dłuższy czas spoglądał w milczeniu, a kiedy podniósł wzrok, wyraz służalczości ustąpił miejsca trwodze.
– Po tylu latach – rzekł bardziej do siebie niż do gości. Skinął potakująco głową, jak gdyby potwierdzał nieunikniony fakt, że miał przed sobą obraz.
– Mój ojciec poczynił ustalenia związane z tym kontem – wyjaśnił Mutters. – Wtedy jeszcze taka procedura była legalna. Nie była wprawdzie czymś zwykłym, lecz ojciec nie widział w tym nic sprzecznego z prawem, zatem przyjął depozyt od klienta.
Spojrzał na nich ostrym wzrokiem.
– Ale zapewne zdajecie sobie państwo z tego sprawę, czyż nie tak? W końcu obraz jest w waszym posiadaniu.
Seth czuł, jak niewidzialna ręka strachu ściska mu wnętrzności. Czyżby ten mężczyzna podejrzewał ich? Czy zamierzał zadać im pytania, na które nie znali odpowiedzi? Policja pojawiłaby się zapewne w krótkim czasie.
– Oczywiście, że wiemy to wszystko – odparł oschłym to nem. – Nie przyjechaliśmy tutaj wysłuchiwać lekcji historii. Jesteśmy wyłącznie po to, by odebrać zawartość naszej skrytki depozytowej.
Spojrzenie Muttersa było teraz bardzo skupione. Wyraźnie gorączkowo myślał, oceniał, szacował, podejmował decyzję.
– Ależ oczywiście – powiedział w końcu. – Proszę wybaczyć chwilowy brak dobrych manier. Chodzi o to, że…
Popatrzył na Setha. Tym razem było to spojrzenie potulnego służącego.
– To ostatnia skrytka z tamtej epoki. – Jego głos tchnął nostalgią. – Wszystkie inne konta, którym towarzyszyły… nie typowe ustalenia, zostały przez te lata dostosowane do standardowych procedur. Poza tym szwajcarskie prawo zabrania powrotu do tamtych praktyk.
Mutters wyglądał teraz jak żałobnik opłakujący odejście bliskiego przyjaciela. Przez chwilę milczał, potem nagle wstał.
– Za państwa pozwoleniem – odezwał się formalnie – będę musiał sprowadzić tu sporo rzeczy, żeby przeprowadzić procedurę.
Seth przytaknął szorstko, a Mutters szybko opuścił pomieszczenie.
Głuchy odgłos przypominający zamykanie drzwi bankowego sejfu, który towarzyszył zamykaniu i otwieraniu drzwi, zaczął działać Sethowi na nerwy. Otworzył butelkę wina Grange i nalał kieliszek dla Zoe oraz dla siebie. Wypili niemal w milczeniu.
Napełnił kieliszki po raz drugi kiedy pojawił się Mutters. Przytrzymał otwarte drzwi, a Abels pchał przed sobą niewielką metalową szafkę na kółkach, z blatem na wysokości biurka. Wiceprezes banku w ręce trzymał kartkę papieru oraz rozdartą kopertę. Wszedł za Abelsem do pomieszczenia i polecił mu ustawić szafkę obok okna. Potem Abels wyszedł, a drzwi po raz kolejny zamknęły się z irytującym odgłosem bankowego sejfu. Wciąż trzymając w dłoniach kartkę papieru i kopertę, Mutters podszedł do Setha i Zoe. Rzucił spojrzenie na butelkę.
– Doskonały wybór – pochwalił. – Jedno z najdoskonalszych win świata.
– Niezłe – odparł Seth, starając się mówić obojętnie. – Ale nie sądzę, że zyskuje na wartości, leżakując.
Mutters uniósł zdumiony brwi, potem bez komentarza wziął obraz ze stolika.
– Czy zatem przystąpimy do kolejnych kroków? – zapytał. Ridgeway przytaknął, odstawił kieliszek na mały stolik, potem podszedł z Muttersem do szafki. Zoe stanęła obok.
Patrzyli, jak Mutters wczytuje się w dokument, kładzie go obok obrazu na blacie i otwiera drzwi szafki. Następnie ponownie pogrążył się w lekturze dokumentu.
Z półki w szafce wyciągnął butelkę terpentyny, szmatkę oraz szarą metalową kasetkę skrytki depozytowej. Pudełko było zamknięte na kłódkę. Nawet nie zdejmując marynarki, otworzył butelkę z terpentyną, namoczył szmatkę i zaczął nią przecierać powierzchnię malowidła.
Zoe prawie przestała oddychać. Oczy Setha rozszerzyły się, lecz chwycił ją za ramię, ostrzegając, by zachowała milczenie.
Farba nałożona kilkadziesiąt lat temu powoli miękła, a Mutters zużywał szmatkę za szmatką, żeby usunąć barwniki trzymające się uparcie gruntu. Kolory zaczęły mieszać się, rozpływać, w końcu, po około dwudziestu minutach, powierzchnia obrazu zaczęła się zmieniać.
– Ach! – odezwał się zagadkowo Mutters, nie przestając trzeć.
Pojawił się pierwszy błyszczący błysk złota, po chwili następny w środkowej części obrazu.
Po dziesięciu minutach Mutters skończył pracę. Odsłonił bardzo małą złotą sztabkę umieszczoną w zagłębieniu drewnianej płyty, na której namalowano potem obraz. Sztabka miała rozmiar paczki papierosów. Mutters podniósł deskę, żeby mogli ją lepiej zobaczyć. Na sztabce odciśnięte były ciągi liter i numerów. Cecha odlewni potwierdzała czystość złota w stopniu 0,99999. Podana była też waga sztabki. Na powierzchni metalu widniały odciśnięte swastyka, pruski orzeł oraz błyskawice symbolizujące SS. Zoe sapnęła głośno.
– Jestem przekonany, że tego właśnie państwo spodziewaliście się, czyż nie tak? – to pytanie Mutters skierował do Setha.
– Co?… Ach… tak. Tak! – odparł Seth, starając się ukryć zaskoczenie. – Mówiąc bardziej precyzyjnie, czego ja się spodziewałem.
– Ostrożnie – ostrzegł Mutters. – Na krawędziach wciąż jeszcze może być rozpuszczona farba.
Seth wziął obraz od Muttersa i ustawił go pod światło. Wstrzymał oddech i poczuł, jak zaczyna go ściskać w żołądku, gdy popatrzył na swastykę odciśniętą w złotym metalu. Namacalny symbol zła, wokół którego rozwinęła się pajęcza sieć, w jaką zostali schwytani oboje.
Oddał obraz Muttersowi. Wiceprezes banku wziął do ręki dokument, z którym przyszedł. Kiedy to robił, koperta upadła na podłogę. Seth schylił się i podniósł ją. Wtedy zauważył nazwisko podane na adresie zwrotnym – Hermann Góring. Poniżej pod berlińskim adresem dopisano pojedyncze słowo: instrukcja. Dłoń Ridgewaya zadrżała, gdy odkładał kopertę na stolik.
Mutters spoglądał na dokument, który wyciągnął z koperty, następnie wyjął nóż o krótkim ostrzu i z jego pomocą wydłubał sztabkę z zagłębienia w desce. Pod nią znajdował się kluczyk. Wiceprezes banku wydłubał również kluczyk ze szczeliny w drewnie i przekazał go Sethowi.
– To pański klucz do skrytki depozytowej – oznajmił. – A to – wręczył Sethowi złotą sztabkę z literami i numerami – jest numer pańskiego konta. Dokładnie taki sam, jak numery przedstawione w instrukcji, którą otrzymaliśmy od – rzucił znaczące spojrzenie na Setha – dżentelmena, który założył to konto i zlecił jego prowadzenie przez czas nieograniczony.
Seth wziął sztabkę i kluczyk z pewnym wahaniem. Nie potrafił wyobrazić sobie, że człowiek, który wyrządził tyle zła, Hermann Góring, trzymał w dłoniach te same przedmioty, których dotykał teraz on.
– Dobrze, zatem postępujemy dalej zgodnie z procedurą – ponaglił Seth.
– Oczywiście – zgodził się Mutters. – Obawiam się, że nu mery wybite na złotej sztabce wskazują na konto o najwyższym priorytecie.
Seth poczuł nagłe ukłucie w sercu.
– Co należy przez to rozumieć?
– Oznacza to, że nie wolno nam wyjąć skrytki depozytowej ze skarbca bez pana obecności.
Seth odetchnął z ulgą.
– To bardzo rzadki wypadek. Zazwyczaj przywozimy skrytkę depozytową tu – Mutters rozejrzał się – albo do jednego z innych specjalnie do tego przeznaczonych pomieszczeń. Jednak w przypadku konta o najwyższym priorytecie musi pan być obecny przy otwarciu sejfu ze skrytką depozytową.
Seth przytaknął.
– Zatem nie marnujmy więcej czasu.
Mutters wziął kartkę z instrukcją, potem poprowadził ich z powrotem do windy i wcisnął nieoznaczony guzik.
– Zjedziemy na najniższy poziom skarbca. I najbardziej bezpieczny.
Seth przytaknął, starając się demonstrować całkowity brak zainteresowania i wyglądało na to, że w jakiś sposób odpowiadało to Muttersowi.
Po wyjściu z windy podążyli korytarzem z brązową, marmurową podłogą, mijając liczne skrytki depozytowe o różnych rozmiarach. Po zejściu kolejnym przęsłem schodów, dotarli do pomieszczenia, gdzie znajdowały się największe skrytki depozytowe, niektóre z nich wielkości biurowych szuflad na dokumenty. Mutters cofnął się od ściany, odchylił do tyłu i wpatrywał się w numery skrytek, poczynając od sufitu do podłogi. Niemal natychmiast dostrzegł właściwy numer.
– Tutaj – oznajmił, wskazując palcem.
Skrytka znajdowała się na wysokości trochę powyżej metra, drzwiczki do niej miały około trzydziestu centymetrów szerokości i piętnastu wysokości. Zoe i Seth podeszli bliżej, chcąc przyjrzeć się skrzynce. Oba zamki zapieczętowane były cienką złotą folią.
– Proszę przyjrzeć się dokładnie, żebyście państwo mieli pewność, że nikt wcześniej nie próbował otworzyć tej skrytki, po założeniu plomb – poinstruował ich Mutters.
Plomby były nienaruszone.
– Postępujemy dalej zgodnie z procedurą? – zapytał Mutters.
Seth przytaknął i wręczył Muttersowi kluczyk, który ukryty był pod sztabką złota; sztabka złota uwierała go w udo, naciągając mocno tkaninę kieszeni spodni.
Mutters wsunął kluczyk będący w posiadaniu banku, a potem ten, który ukryty był w obrazie, przerywając złote plomby. Obrócił oba kluczyki jednocześnie, a zamek otworzył się ze szczękiem. Mutters otworzył drzwiczki sejfu, a ich oczom ukazała się skrytka depozytowa. Wiceprezes banku wyciągnął ją, potem podsunął im pod oczy. Wieko było zabezpieczone czterema grubymi plombami ze złota; na nich również, podobnie jak na złotej sztabce, odciśnięte były pieczęcie z błyskawicami SS. Mutters spojrzał na pieczęcie, potem na Setha. Jego twarz cały czas pozostawała bez wyrazu; przypominał człowieka, który widział w życiu już wszystko i czekał na to, że przydarzy mu się to kolejny raz.
– Czy życzycie sobie państwo, żebym zabrał skrytkę do po mieszczenia inspekcyjnego?
Seth przytaknął na znak zgody. Gdy podążali za Muttersem, opuszczając skarbiec, Seth spoglądał na rzędy skrytek depozytowych i zastanawiał się, jakie jeszcze zło jest w nich ukryte. Czy teraz także ginęli ludzie z powodu ich zawartości? Na samą myśl o tym zadrżał.