Zoe wpatrywała się w noc spod wpół przymkniętych powiek, a George Stratton z wprawą prowadził wynajęte volvo zaśnieżonymi ulicami Zurychu. Z tyłu siedział mężczyzna, który przedstawił się jako Gordon Highgate.
Chociaż powieki ciężkie ze zmęczenia, bólu i sześciomiesięcznej udręki, opadały, była zbyt podekscytowana, by zasnąć. Wydarzenia ostatnich dwóch godzin dosłownie buzowały w jej głowie, tworząc dziwaczny kolaż kolorów i uczuć: trwogi i ekscytacji, zwycięstwa i bólu, podniecenia i nagłej paniki, gdy pojmały ją jakieś nieznane ręce. A potem były już ciemność nocy, wolność i ulga.
Zawieźli ją furgonetką do czegoś, co przypominało biuro. Tam pozwolili jej zadzwonić do Setha. Nie odbierał jednak telefonu komórkowego. Wybierała numer trzy razy i trzy razy zgłaszała się tylko poczta głosowa. Gdzie mógł się podziewać, zastanawiała się, potem uświadomiła sobie różnicę czasu – dziesięć godzin. W Los Angeles dochodziła dopiero jedenasta rano. Zadzwoniła więc do jego gabinetu na Uniwersytecie Kalifornijskim UCLA, lecz tam również nikt nie odbierał.
– Jaki dzień dzisiaj mamy? – zapytała w końcu.
– Sobota.
To oczywiste. Musiała uwolnić umysł od nawyków z okresu uwięzienia i powrócić do trybu myślenia normalnej osoby. Zapewne jest teraz na łodzi.
Lecz tam również nikt nie odebrał telefonu. Cholera! Cholera! Tak bardzo pragnęła usłyszeć jego głos. Raz jeszcze wybrała numer domowy i nagrała się na automatyczną sekretarkę.
– Kocham cię – powtórzyła chyba ze sto razy.
Na koniec zostawiła jeszcze informację, żeby po odebraniu wiadomości zadzwonił do niej do hotelu Eden au Lac.
Przez cały ten czas narastała w niej złość, jakiej nie potrafiła pohamować: sześć miesięcy! Ta banda zbirów ukradła jej sześć miesięcy. Pół roku jej życia!
Stratton i Highgate chcieli, żeby spędziła noc w bezpiecznym domu na przedmieściach Zurychu, ona jednak była stanowcza. Chciała nocować w hotelu Eden au Lac, a jeśli jej na to nie pozwolą, nie będą w niczym lepsi od bandziorów, którzy ją uprowadzili. Doszło do sporu, z którego Zoe naturalnie wyszła zwycięsko.
Teraz, kiedy volvo przejeżdżało przez plac naprzeciwko dworca kolejowego, pochyliła się do Strattona.
– Czy może pan zatrzymać się na kilka chwil? – Wskazała na Bahnhoffstrasse, główną ulicę handlową miasta. – Przez sześć miesięcy trzymano mnie w więzieniu i nie mam co na siebie włożyć.
Spojrzała na podarte spodnie.
– Nie mogę wejść do hotelu Eden au Lac w tych szmatach.
– Oczywiście. – W mroku dostrzegła jego uśmiech.
Stratton przecisnął się wąską uliczką między pieszymi. Highgate poszedł razem z nią, a Stratton krążył w pobliżu. Zakupy zajęły więcej czasu, niż planował. Po upływie niemal całej godziny, z której połowa minęła na przekonywaniu placówki American Express, że Zoe żyje i ma się nie najgorzej, wyszli wreszcie na zewnątrz. Zoe miała na sobie jaskrawo czerwoną sukienkę z dzianiny oraz nowe włoskie czółenka, a także elegancki i ciepły, wełniany płaszcz. W obu rękach dźwigała paczki zawinięte w świąteczny papier. Highgate, który niczego nie niósł na wypadek konieczności użycia broni i unieszkodliwienia potencjalnego napastnika, obserwował chodnik.
Potem Stratton ruszył do hotelu.
Zoe oparła głowę, zamknęła oczy i wyobraziła sobie twarz Setha, kiedy wróci do domu i odsłucha wiadomość. Miała nadzieję, że nie zadzwoni wcześniej, niż ona zamelduje się w hotelu. Cóż za idealne miejsce. Rozpoczną tam, gdzie los rozdzielił ich sześć miesięcy temu.
Z pewnością przyleci tu pierwszym samolotem, żeby spotkać się z nią, lecz zanim dotrze, ona dokupi jeszcze kilka nowych ciuchów i znów zrobi się na piękność, a przynajmniej dołoży wszelkich starań.
Volvo zatrzymało się na parkingu przed hotelem. Otworzyła oczy i usiadła prosto.
Portier w uniformie, na którym błyszczało więcej złotych galonów niż na mundurze rosyjskiego generała, wyciągał drogie, skórzane torby z bagażnika jakiegoś mercedesa. Podobnie ubrany szwajcar otwierał drzwi przed dżentelmenem o siwych włosach i kobietą w sobolach. Przez drzwi Zoe dostrzegła ciepłe światła oraz poruszających się niespiesznie gości, którzy nie musieli pamiętać o żadnych umówionych spotkaniach.
Do ich samochodu podszedł jakiś potężny mężczyzna. Stratton kiwnął mu na powitanie ręką.
– To jest pani główny ochroniarz, Richard Cartiere – wyjaśnił. – Jeśli cokolwiek się wydarzy, Rich zatroszczy się o ciebie. Jego sto trzydzieści kilo żywej wagi oraz doświadczenie komandosa SAS sprawią kłopoty każdemu, kto zechciałby panią skrzywdzić.
Zoe pomyślała, że człowiek ten wygląda jak ruchoma góra.
– Dobry wieczór – przywitała olbrzyma. Odpowiedział uśmiechem i nisko się ukłonił. A więc był człowiekiem czynu, a nie górnolotnego języka, pomyślała.
Wysiadła i ruszyła za Cartierem do holu, a portier ruszył pędem, by zaopiekować się jej nowo zakupioną garderobą.
Seth Ridgeway klął w duchu, kiedy taksówka zatrzymała się przed frontem hotelu Eden au Lac. Był to jedyny przyzwoity hotel w Zurychu, w którym zdołał zarezerwować noclegi. Niech to szlag.
– Przykro nam, mein Herr – słyszał w każdym kolejnym hotelu, do którego dzwonił. – Nadchodzi Boże Narodzenie. Przyjęcia, wizyty, goście przyjeżdżający z prowincji na zakupy i świętowanie. Obawiam się, że wszystkie miejsca mamy zarezerwowane na kilka następnych tygodni. Być może…
Seth za każdym razem dziękował uprzejmie, odwieszał słuchawkę i wybierał kolejny numer. Potem osobiście zaglądał do różnych hoteli. Z takim samym rezultatem. Dopiero w Schweizerhof recepcjonista okazał się najbardziej pomocny spośród wszystkich, dzwonił do kilku swoich znajomków w innych hotelach i w końcu znalazł mu pokój.
– To hotel Eden au Lac – oznajmił z dumą. – Bardzo wytworny hotel, chociaż jest nieco oddalony od centrum handlowego. Z tego właśnie powodu udało mi się znaleźć tam wolny pokój dla pana.
Seth usiłował przywołać na twarz wyraz entuzjazmu, nie chcąc sprawić przykrości uprzejmemu recepcjoniście, wsunął mu do ręki sowity napiwek, po czym wyszedł do czekającej na niego taksówki.
Chcąc odsunąć w czasie nieunikniony moment wejścia do hotelu, w którym nie chciał przecież nocować, Seth zaprosił taksówkarza na kolację. Licznik w taksówce nie przestawał bić, a Seth zapłacił za wszystko. Mężczyzna był tureckim imigrantem, który słabo mówił po niemiecku i ani trochę po angielsku. Rodzinę pozostawił w Turcji, dokąd przesyłał prawie wszystkie zarobione pieniądze. Miał żonę i siedmioro dzieci; najstarszy chłopiec liczył sobie dopiero dwanaście lat. Bardzo za nimi tęsknił. Bariera językowa sprawiła, że na tym właśnie zakończyła się ich konwersacja.
Grzebali więc sztućcami w serwowanych daniach, komunikując się gestami rąk i mimiką twarzy, wznosili nawzajem toasty, racząc się butelką Chateau Latour. Żaden z nich nie rozumiał toastów wznoszonych przez drugiego, ale obaj czuli się zaszczyceni. Posługiwali się uniwersalnym językiem samotnych przybyszy w obcym kraju, oddzielonych od tych, których kochali.
W końcu jednak Seth musiał zameldować się w hotelu, zanim personel w recepcji wynajmie wolny pokój komuś innemu.
Taksówkarz wyskoczył z auta i otworzył przed Sethem drzwi. Potem dał znak portierowi i posługując się jednym z kilku niemieckich zwrotów, które znał, poinformował odźwiernego, żeby potraktował bagaże z odpowiednią estymą. Na koniec Seth wyciągnął z portfela plik banknotów otrzymanych od Weinstock, spojrzał na licznik, pomnożył to przez dwa i wręczył zapłatę taksówkarzowi.
– Wesołych świąt.
Turek chwycił go w ramiona, ucałował w oba policzki, potem wsiadł do taksówki i odjechał.
Seth nawet nie zauważył zdziwionych spojrzeń bagażowych i portierów, odwrócił się i ruszył w stronę wejścia. Chłopiec hotelowy zaniósł bagaże do pokoju, ustawił termostat, zdjął narzutę z łóżka, potem zaprezentował barek wypełniony buteleczkami whisky i likierów oraz lodówkę, w której chłodziły się szampan, białe wino, soki owocowe oraz woda mineralna w butelkach. Boy miał na imię Klaus i mówił nienaganną angielszczyzną.
Seth wręczył mu napiwek na tyle duży, żeby młodzieniec zapamiętał go na wypadek, gdyby kiedyś zechciał poprosić go o przysługę. Przez chwilę zastanawiał się nad otwarciem butelki z sokiem pomarańczowym, potem jednak położył się na łóżku, chcąc puścić swobodne wodze myślom. Zasnął, zanim pomyślał o tym, by się rozebrać.
Daleko na południu Austrii wiatr gnał, gwiżdżąc doliną rzeki Inn i owiewał lodowatymi porywami górską rezydencję. Bale, z których zbudowano dom, grube i stare, trzeszczały i skomlały, skarżąc się przy każdym silniejszym podmuchu. Minęła godzina druga nad ranem. Światła świeciły się tylko w rzędzie okien najwyższego piętra kardynalskiej rezydencji zwanej Gniazdem. Kardynał arcybiskup Neils Braun przemierzał sypialnię miarowym krokiem, słuchając jednocześnie relacji człowieka na drugim końcu linii telefonicznej.
– Bardzo dobrze – uśmiechnął się do słuchawki. – Wiedziałem, że czynię właściwie, pokładając w tobie zaufanie.
Braun słuchał raportu, chodząc po chłodnym i ciemnym gabinecie. Po chwili włączył światło, rozejrzał się, popatrzył na regały wypełnione książkami, na wydania własnych dzieł, w sumie siedem tytułów. Filozofia, teologia, historia. Prace w znaczącym stopniu przyczyniły się do poszerzenia jego wpływów poza ważne, ale jednak zaściankowe środowisko duchownych hierarchów w Watykanie.
Nie przestając słuchać gorączkowej relacji tamtego, Braun podszedł do regału i wyciągnął książkę, dzięki której jego nazwisko stało się powszechnie znane i przestał już być szeregowym duchownym Kurii, a stał się poważnym pretendentem do tronu Świętego Piotra.
Spojrzał na okładkę – „Komunizm jako Antychryst”. Praca oparta na latach solidnych badań oraz na własnych, sekretnych doświadczeniach szefa Sekretariatu ds. Niewierzących; książka adresowana była zarówno do ludzi świeckich, jak i księży. W dniach zimnej wojny był to tekst niezwykle ceniony przez poważnych naukowców, zajmujących się konfliktem między Kościołem i państwem. Dzieło stało się również bestsellerem w każdym kraju wolnego świata, w efekcie awansował do roli głównego celu zamachowców.
Zaczęto go zapraszać do telewizji, został popularnym komentatorem wydarzeń zarówno religijnych, jak i świeckich. O dziwo, sytuacja ta wcale nie zaszkodziła mu we wspinaniu się po szczeblach kariery w strukturach Watykanu.
Dzięki sukcesowi nie miał trudności z powołaniem najbardziej wpływowych ludzi do Rady Ekumenicznej; którzy zastąpili tych o mniejszych możliwościach. Znaczenie Rady Ekumenicznej wzrastało proporcjonalnie do wzrostu jego osobistej rangi. Ale też coraz bardziej koncentrowała się na nim wroga i zjadliwa propaganda oraz kampania oszczerstw organizowana przez Sowietów. Z każdym tego rodzaju atakiem, po których nastąpiły także próby zamachów, wzrastało też poparcie dla niego ze strony Kościoła. Wielokrotnie słyszał z usta odwiedzających go kardynałów: Neils Braun zostanie kolejnym papieżem. To jedynie kwestia czasu.
A jednak nie było to kwestią czasu, pomyślał ze złością odkładając książkę. Niech szlag trafi Sowietów! Do diaska z ich nieudolnością i niekompetencją! Jego sekretne, zakulisowe działania, osłabiły reżimowe władze państw satelickich i przyspieszyły upadek komunizmu na świecie.
Unikał spoglądania na portret papieża wiszący na ścianie za biurkiem, bo zawsze rosła w nim złość. To powinna być jego podobizna. Kiedy jednak komunizm zawalił się, zassany przez czarną dziurę intelektualnej próżni, uwaga, jaką dotąd się cieszył, została skierowana gdzie indziej. Podobnie zresztą stało się z jednomyślną opinią, iż to on właśnie powinien zostać następnym zwierzchnikiem Kościoła, gdyż jako jedyny gwarantował właściwy odpór międzynarodowemu komunizmowi.
Braun obrócił się plecami do portretu i wyciągnął krzesło wsunięte pod biurko. Och nie, nigdy nie da poznać po sobie, że zawładnął nim gniew! Nawet jego najbliżsi współpracownicy w Kurii okazywali wielkoduszność w obliczu jego porażki. Był jeszcze młody, pocieszali go podwładni. Nadejdą inne czasy, inne dni, inne głosowanie.
Usiadł za biurkiem. Ilekroć myślał o porażce, zawsze przeklinał w duchu. Po prostu zabrakło mu wtedy czasu! Każdego dnia wierni na całym świecie cierpieli coraz większą udrękę. Każdego dnia bezbożnicy zdobywali nowe tereny, a Kościół je tracił. Kościół w obecnym stanie stracił swój kręgosłup, odrzucił dyscyplinę i bezwzględny charakter, które czyniły z niego najjaśniejsze światło w oczach wiernych. Duchowni zajmowali się bardziej przepraszaniem za błędy przeszłości niż wizją przyszłej wielkości.
Nikt nie zdawał sobie z tego sprawy. Ani urzędujący papież, ani Święte Kolegium Kardynałów. Nikt z nich nie orientował się, jak mało czasu im zostało. Jedynie on, kardynał, arcybiskup Wiednia dysponował tą wiedzą. A ta odrobina czasu, jaką jeszcze mieli, mogła się okazać złudą, jeśli niewierzący przechwycą w swoje łapska Całun Zofii. Coś trzeba zrobić. Braun nie miał wątpliwości, że tylko on może temu zapobiec.
Z przemyśleń wyrwało go zakończenie relacji człowieka na drugim końcu linii.
– Oczywiście – odparł Braun, najbardziej kojącym tonem, na jaki było go stać. – Wciąż idzie ci bardzo dobrze, a nasza misja będzie się cieszyć błogosławieństwem tak długo, jak długo będziemy trwać mocno w wierze w Jezusa Chrystusa.
Rozłączyli się i Braun powrócił do swych rozważań. Wiedział, że wszystko się odmieni, kiedy Całun Zofii znajdzie się w jego posiadaniu. Kiedy dzięki tajemnicy Zofii zasiądzie na Tronie Piotrowym, zwoła serię spotkań z głowami największych światowych religii. Moc Pasji Zofii oraz groźba, jaką ze sobą niosła, wymusi ustępstwa nienotowane dotąd w historii. Być może nie dojdzie do zjednoczenia, ale z pewnością do głębokiego zbliżenia, które doprowadzi ostatecznie do zawarcia pod jego przywództwem sojuszu między światowymi religiami.
To powinno się udać, był tego niemal pewien. Braun liczył na instynkt przetrwania, tak głęboko zakorzeniony w biurokratach wszystkich systemów religijnych na świecie. Zofia zagrażała fundamentom zorganizowanych religii świata zachodniego. Braun wiedział też, że ludzie zasiadający na szczytach tych struktur, uczynią wszystko, by ich Kościoły przetrwały, oni zaś zachowali swe pozycje w hierarchii.
Naprzód, żołnierze Chrystusa! Wsparcie Brauna spotęguje ich moralny autorytet, tak im potrzebny, by stawić czoło wewnętrznym wrogom. Wrogom w kręgach rządowych oraz w łonie własnych Kościołów. Polityczna opozycja umrze wraz z opozycją religijną.
Zmiany, jakie przewidywał, miały być równe co najmniej powrotowi Świętego Cesarstwa Rzymskiego, kiedy to cesarze i papieże mianowali się nawzajem, kiedy każdy z nich rządził, bazując na autorytecie drugiego, zawsze w imię Boga. Braun miał na myśli jedność, pokój i harmonię, jaką przyniesie jedność wiary. Była to jego osobista krucjata. Bóg jest moim mieczem! Czuł, jak w sercu robi mu się ciepło.
Moment był ze wszech miar najwłaściwszy. Politycy i wojskowi, a nawet zwykli obywatele odczuwali frustrację wywołaną poczuciem bezradności w obliczu terroryzmu i moralnego rozkładu. Z pewnością wykorzystają więc nadarzającą się okazję, by to zmienić. Początek stanowić będzie autorytet moralny. Potem stopniowo Braun przystąpi do umacniania własnej władzy, jako jedynego autorytetu. Gdy to się stanie, przystąpi do rozmów z tymi przedstawicielami wojska i władz cywilnych, którzy będą potrzebowali dalszego wsparcia moralnego autorytetu.
Od tego momentu do pracy przystąpi budząca grozę machina kształtowania opinii publicznej: potężna armia propagandzistów dysponujących wyrafinowanym instrumentarium służącym do manipulowania faktami, a poprzez to do manipulowania opinią publiczną. Fakty, których zmanipulować się nie da, uznane zostaną za poufne i obejmie je ścisła tajemnica. Ci ludzie dobrze wiedzą, na czym polega ich zadanie. Wiedzą, jak posługiwać się Bogiem i patriotyzmem, by przewodzić narodom. Znajdą właściwą strunę, w którą należy uderzyć; w rezultacie obudzą w narodach pożądane resentymenty. Na tej bazie zrodzą się przemoc, rozlew krwi oraz religijna nietolerancja. Mój kraj stoi po dobrej lub złej stronie. Mój Bóg zawsze stoi po dobrej stronie, nigdy po złej.
Początki już zostały zrobione. Chrześcijańska prawica już przyjęła te poglądy, podobnie jak ajatollahowie oraz ortodoksyjni rabini w Ameryce i Izraelu. Siłę czerpali z rwących nurtów podziemnych rzek, on zaś zamierzał okiełznać wszystkie te siły.