Rozdział 34

Przy wejściu do opuszczonej kopalni zjawili się koło południa w pierwszy dzień Bożego Narodzenia. Pogoda zmieniła się, lecz na gorsze. Wściekły wiatr hulał w kotlinie, pędząc przed sobą twarde drobiny śniegu, które kłuły niczym igły, jeśli natrafiły na nieosłoniętą skórę. Widoczność spadła niemal do zera, a wszędzie tworzyła się biała szadź. Słońce wyglądało jak bladoszary dysk na jednolicie szarym, zasnutym chmurami niebie. Seth i Zoe byli bardzo wdzięczni za gogle, które otrzymali od Gunthera.

Skutery śnieżne z mozołem przebijały się przez jaskrawą i kłującą nieprzeniknioność, a Gunther prowadził ich konwój od jednego charakterystycznego elementu rzeźby terenu do drugiego. Bez reszty mu zaufali, nie wątpili, że dzięki niemu nie zgubią się w drodze.

Morgen siedział za Guntherem na pierwszym skuterze, który ciągnął za sobą nieduże, przykryte brezentem sanie, załadowane narzędziami, materiałami wybuchowymi oraz innym sprzętem, który ich zdaniem mógł się przydać. Drugi pojazd kierowany był przez Strattona, a pilotowany przez jednego z trzech mężczyzn, którzy schwytali go poprzedniego wieczora po zaciętej walce. Kawalkadę zamykał trzeci skuter, prowadzony przez Setha Ridgewaya. Z tyłu siedziała Zoe, obejmując go ramionami w pasie. Usiłował wcześniej namówić ją do pozostania w chacie razem z ludźmi Morgena, lecz stanowczo odmówiła.

– Powiedziałam ci w Zurychu. Odnalazłam cię i bez względu na to, co się będzie działo, nigdy więcej już się nie rozdzielimy.

I nie dała sobie tego wyperswadować.

Seth pilnował, by nie stracić z oczu tylnego światła skutera jadącego przed nim, zwłaszcza że pierwszy pojazd w ogóle zniknął w bieli.

Gdy słońce dotarło do zenitu, Seth usłyszał, że silnik skutera, na którym jechał Gunther, nagle zaczął ciszej pracować. Zaraz potem dostrzegł światła stopu drugiego pojazdu. Chwycił więc za hamulec i zatrzymał swój. Potem pomogli dociągnąć sanie do samego wejścia do kopalni. Po paru minutach ustawili je pod skalnym okapem dającym niezłe schronienie. Przed nimi były stalowe wrota zamykające wejście do kopalni. Gunther ściągnął brezent z sań i zaczął przenosić sprzęt. Seth, Zoe oraz Stratton otrzymali plecaki, a każdy z nich ważył około piętnastu kilogramów, potem Gunther wręczył im latarki oraz gwizdki.

– Przez cały czas noście je zawieszone na szyi – poinstruował ich. – Jeśli oddzielicie się, stańcie w miejscu i za gwiżdżcie.

Przerzucił sobie przez ramię duży zwój liny, potem dopiął do pasa mnóstwo karabińczyków i haków do wspinaczki, a także młotek do wbijania haków.

– Wejście wykute w skale nie jest zbyt solidne – uprzedził. – Kiedy jednak dotrzemy do pokładów soli, będziemy bezpieczni. Ale pamiętajcie, że skały i stemple, które ciągną się przez pierwsze sto kilkadziesiąt metrów, grożą zawaleniem.

Jak gdyby na potwierdzenie tego usłyszeli dochodzący gdzieś z ciemności rumor spadających odłamów skalnych.

– W górnych pokładach soli wydrążony jest kanał wentylacyjny biegnący pionowo. Jeśli wejście do niego jest zablokowane, będziemy musieli przejść, posługując się sprzętem taterniczym.

Podszedł do stalowej bramy i przekręcił klucz w starej kłódce. Ruszyli za nim.

Skąpe światło dnia rozjaśniało mrok zaledwie na odległość piętnastu metrów od wejścia. Zapalili latarki. Marsz okazał się trudny, ze względu na warstwę lodu pod nogami oraz wielkie, przypominające lodowe sztylety stalaktyty zwisające spod sufitu.

Seth i Zoe szli ostrożnie, małymi krokami, gdyż korytarz nieubłaganie opadał w dół. Nie dochodziło tu już światło dzienne, ustępując miejsca nieprzeniknionej czerni tunelu. Mimo to Gunther zalecił, by wyłączyli latarki, żeby oszczędzać baterie. Wystarczyć musiał snop światła jakie rzucała jego latarka; oświetlał zbutwiałe drewniane stemple oraz przerdzewiałe resztki filarów. Wydawało się, że skały ponad nimi wiszą wbrew prawu grawitacji, całkowicie pozbawione już podparcia.

Nagle odgłos spadających skał wypełnił tunel. Gdzieś w ciemności, ale niezbyt daleko usłyszeli głuchy, pusty stukot uderzających o siebie kamieni.

– Zaczekajcie – zalecił Gunther ściszonym głosem.

Już wcześniej ostrzegł ich, by nie rozmawiali głośno, bo każdy hałas mógł spowodować katastrofę. Potraktowali to poważnie i szli w milczeniu. W końcu Gunther spędził w kopalniach niemal całe życie. Odgłosy walących się skał dochodziły przez kilka sekund. Ziemia drżała pod ich stopami, wkrótce niewielkie odłamki zaczęły odpadać także nad ich głowami.

Zoe odmówiła w duchu modlitwę.

Po minucie wszystko ucichło i znów w tunelu słychać było jedynie ich oddechy. Gunther odczekał jeszcze kilkanaście sekund, potem w milczeniu ruszył.

Seth powtórzył w myślach wszystko, czego mogli się spodziewać w korytarzach kopalni Habersam. Poprzedniego wieczora chyba ze sto razy powtarzali plan operacji oraz instrukcje znalezione w skrytce depozytowej. Na nazistowskich planach kopalni zaznaczone były miejsca, w których założono miny i zgromadzono materiały wybuchowe. Mapy te porównano z planami, które Gunther zdobył od miejscowych władz kopalnianych. Mapy się nie pokrywały. No cóż, te dostarczone przez urząd górniczy pokazywały też tunele, których nie było na planie z czasów wojny, kiedy nie dysponowano zdjęciami lotniczymi czy satelitarnymi. Teraz jednak nawet drobne różnice mogły okazać się groźne, ponieważ musieli dokładnie wiedzieć, gdzie zastawiono pułapki. Krok w złym kierunku mógł spowodować katastrofę.

– I oczywiście nie mamy żadnej pewności, że wszystko zostało prawidłowo naniesione na mapę – uprzedził ich po przedniego wieczora Gunther. – W ostatnich dniach wojny dowódca oddziału SS mógł zlecić wprowadzenie dodatkowych środków ochronnych, ale nie kłopotał się ze zaktualizowaniem map.

Lód pod ich nogami roztapiał się w miarę, jak schodzili w głąb kopalni, a po jakimś czasie w podziemnym korytarzu słuchać było głośny szum płynącej wody.

– Te góry są podziurawione podziemnymi strumieniami i rzekami – oznajmił Gunther. – Największym niebezpieczeństwem, jakie grozi górnikowi, oprócz zawalenia oczywiście, są podziemne strumienie, na które natrafia się, wysadzając skały.

Wyjaśnił, że deszcze oraz topniejące śniegi wsiąkają w ziemię, osłabiając warstwę skał, a po ich pokonaniu stopniowo spływają w dół. Część z tych wód w naturalny sposób zasila źródła strumieni wypływających na powierzchnię, ale znaczna część spływa pęknięciami i szczelinami w głąb górskiego masywu i dociera do wszechobecnych tutaj pokładów soli. Sól, która zawiera sporo siarki i innych minerałów, rozpuszcza się w wodzie i przenoszona jest w dół, do cieplejszych warstw skały, znajdujących się pod nasadą góry. Ostatecznie wiele z tych ciepłych, bogatych w minerały strumieni wyłania się ponownie na powierzchni w postaci ciepłych źródeł mineralnych, wokół których powstają liczne uzdrowiska.

Idąc teraz ciemnym tunelem, Seth przypomniał sobie słowa Gunthera; miał wrażenie, że skalne ściany prą na nich, wyciągając kamienne ramiona, jak gdyby chciały odebrać im życie. Zapragnął pobiec, by jak najszybciej się dostać do solnych korytarzy, jednak to Gunther wyznaczał tempo marszu. Seth usiłował zignorować swój niepokój, uznając go za łagodny przypadek klaustrofobii. Prawdziwe niebezpieczeństwo wciąż jeszcze było przed nimi.

Dokumenty z czarnej metalowej kasetki opisywały szereg pomysłowych urządzeń, zamontowanych przez nazistów w celu ochrony ich cennej zdobyczy. Były tam między innymi karabiny maszynowe, których spusty połączone były z zamaskowanymi drutami.

– Podobne pułapki zastawiali w strefie granicznej z RFN Niemcy z NRD, było to jeszcze przed ponownym zjednoczeniem – skomentowała Zoe.

Musieli się też spodziewać głębokich dołów z ustawionymi na sztorc palami wkopanymi w dno.

– Takie z kolei pułapki stosowali północni Wietnamczycy – dodał Ridgeway.

Zainstalowano też pojemniki z napalmem, a ci, którzy zdołaliby ujść śmierci w płomieniach, zginęliby prawdopodobnie z powodu wyczerpania przez ogień całego tlenu. W większych pomieszczeniach kopalni soli, gdzie formacja geologiczna była bardziej stabilna, tuż pod powierzchnią solnej posadzki zamontowano miny przeciwpiechotne.

Wszystkie te pułapki zaznaczone były wyraźnie na planach, wraz z procedurą, jak je ominąć lub rozbroić. Jednak miny pułapki, które mogły być zainstalowane w ostatnich dniach wojny, nie dawały spokoju Sethowi, podobnie jak dopisana odręcznie notatka na wewnętrznej stronie okładki instrukcji znalezionej w kasetce.

– Co znaczy wyraz PfeiU – dopytywał się.

– Strzałka – odpowiedział Gunther.

Nigdzie jednak nie znaleźli dalszych odniesień do strzałek. Seth dopiero teraz przypomniał sobie o nich.

Światło latarki Gunthera stało się jakby mocniejsze, ale było to złudzenie. Po prostu weszli w obszar, gdzie ściany tunelu były białe. Przyspieszyli, chcąc jak najszybciej opuścić niepewny tunel podpierany stemplami. Po paru chwilach wkroczyli do ogromnej komnaty. Gunther zatrzymał się.

– Włączcie na chwilę latarki – powiedział.

Aż krzyknęli z wrażenia, gdy rozejrzeli się po potężnej białej komnacie.

– Formacje solne uważane są za bardzo stabilne – powie dział Gunther. – Wykorzystywano je nie tylko do gromadzenia zrabowanych dzieł sztuki i skarbów, naziści przenosili do takich kopalni jak ta całe fabryki, bo nie trzeba było obawiać się alianckich nalotów i bombardowań. Okoliczne góry pełne są solnych komnat podobnych do tej.

Teraz głos zabrał Morgen.

– Niektóre z podziemnych pieczar wykorzystywane były też przez ludzi uciekających przed nazistami, na przykład Żydów, jako kryjówki. A po drugiej stronie tej kotliny są kopalniane komnaty – groby. Znajdują się w nich ciała ludzi za mordowanych przez nazistów; kiedy penetrowali kopalnie, szukając odpowiednich miejsc na magazyny, znajdowali tam często całe rodziny żyjące pod ziemią.

Gunther kazał ponownie zgasić latarki. Seth zauważył na solnej posadzce brązowy szlak, wydeptany bez wątpienia przez Gunthera i jego ludzi, którzy przebijali przejście do korytarzy kopalni Habersam.

Szli podziemnym chodnikiem, mijając stertę desek, zardzewiałych metalowych rusztowań oraz stożkowe pryzmy soli, która opadała ze stropu wielkiej solnej komnaty.

– Jeśli nie przekopuje się chodnika we właściwym miejscu, woda uczyni to sama w miarę upływu czasu – wyjaśnił Gunther.

Po paru minutach opuścili białą komnatę i weszli do szerokiego korytarza. Białe ściany jakby wchłaniały światło latarki, rozcieńczały je i odbijały je w taki sposób, iż wydawało się, że chodnik jest oświetlony właśnie przez ściany. Po około piętnastu metrach korytarz zaczął się zwężać, a przejście utrudniały pryzmy soli sięgające niemal do polowy wysokości chodnika.

– To jest nasz urobek, z czasu kiedy kopaliśmy przejście – poinformował ich Gunther.

Przeszli dalsze piętnaście metrów, aż natrafili na duży, nieregularny otwór w ścianie korytarza. Zatrzymali się. Pryzma soli przegradzała częściowo korytarz.

– To jest to – oświadczył Gunther głosem tak dumnym, jak zapewne dumny był Michał Anioł, kiedy obwieścił światu ukończenie prac nad rzeźbą Dawida.

Stłoczyli się wokół wejścia, a Seth wszedł na mały wzgórek soli, chcąc lepiej widzieć. Tuż obok niego stanęła Zoe.

Otwór miał wysokość jakieś metr osiemdziesiąt i nie cały metr szerokości. Sethowi przypominał otwartą trumnę. Kiedy Gunther skierował tam światło, zobaczył długi, prosty korytarz. Seth spojrzał na zegarek, dochodziła pierwsza po południu.

– Chciałbym jeszcze raz powtórzyć kilka najważniejszych rzeczy, zanim wejdziemy do tunelu – powiedział Gunther. – Przede wszystkim zapamiętajcie, że są tutaj zakopane miny przeciwpiechotne, praktycznie wszędzie. Plany wskazują miejsce ich ulokowania, poza podziemną komnatą, w której znajduje się skarbiec. Rozmieszczone są bardzo gęsto. Dlatego właśnie Richard będzie szedł z przodu z wykrywaczem metalu. Mam nadzieję, że detonatory zdążyły już przerdzewieć na skutek wilgoci, ale nie możemy być tego pewni.

Zapamiętajcie też, że my też nie byliśmy jeszcze w kopalni Habersam, bo nie mieliśmy mapy, którą wydobyliście ze skrytki bankowej. Teraz możemy być niemal pewni, że nasza misja nie zakończy się zranieniem któregoś z nas lub co jeszcze ważniejsze, uszkodzeniem Pasji. Gdy tylko postawimy stopy po drugiej stronie korytarza, znajdziemy się na całkowicie niezbadanym terenie. A ponieważ różnice między mapami nazistów, a otrzymanymi z urzędu górniczego są dosyć istotne, nie mamy pewności, w które miejsce kopalni Habersam trafił wykopany przez nas korytarz.

– Czy to oznacza, że przewidywane miejsca pułapek i min nie do końca są trafne? – zapytała Zoe.

Gunther skinął głową, przytakując.

– Jestem jednak przekonany, że wiem, w którym miejscu się przebiliśmy.

– Modlę się, żebyś miał rację – wtrącił ojciec Morgen, potem zwrócił się do reszty grupy. – Czy zechcecie pomodlić się, zanim przejdziemy przez to wejście?

Pochylili głowy, a Morgen zaczął deklamować Psalm dwudziesty trzeci.

– Pan jest pasterzem moim, nie brak mi niczego. Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach. Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć: orzeźwia moją duszę. Wiedzie mnie po właściwych ścieżkach przez wzgląd na swoje imię.

Pani pozwala mi – myślała w duszy Zoe. – Pani prowadzi mnie; Pani orzeźwia; Pani prowadzi mnie, przez wzgląd na jej imię.

Z każdym słowem głos księdza stawał się donośniejszy.

„Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną. Twój kij i Twoja laska są tym, co mnie pociesza. Stół dla mnie zastawiasz wobec mych przeciwników; namaszczasz mi głowę olejkiem; mój kielich jest przeobfity. Tak, dobroć i łaska pójdą w ślad za mną przez wszystkie dni mego życia i zamieszkam w domu Pańskim po najdłuższe czasy”.

W słabo oświetlonym korytarzu rozległo się ciche, mrukliwe „Amen”, wypowiedziane przez wszystkich poza Sethem, który zachował milczenie.

Potem Morgen wziął do rąk przaśny, ciemny, góralski chleb oraz manierkę z wodą, połamał chleb, wypowiadając słowa Eucharystii i podawał go wszystkim. Seth trzymał się z dala. W milczeniu zjedli chleb i wypili wodę. Następnie, jak spadochroniarze zbliżający się do strefy zrzutu, pogrążyli się we własnych myślach na temat kruchej ludzkiej egzystencji, która zawsze ma gdzieś swój kres.

Seth i Zoe stali objęci. Czuł jej ciepło oraz jej miłość i bardzo pragnął odzyskać duchową pewność, która go opuściła.

W końcu Richard Stehr ruszył pierwszy w głąb chodnika, a w ślad za nim podążyli Gunther, Seth, Zoe, ojciec Morgen i na końcu George Stratton.

– Kocham cię – wyznała Zoe Sethowi, kiedy wchodzili do chodnika.

– Ja również cię kocham, maleńka – odparł i pocałował ją.

Następnie bez entuzjazmu ruszył w ślad za Guntherem w głąb wąskiego korytarza.

Szli niecałe dziesięć minut, kiedy tunel wypełnił się odgłosem wartko płynącej wody.

– Co to?- zapytał Seth.

– Podziemny strumień – odparł Gunther, nie zatrzymując się. – Słyszałem ten potok przez wiele lat. Zwykle mnie przerażał.

Przerwał na moment, jak gdyby szukając słów, które najtrafniej opisałyby jego odczucia.

– Teraz ten strumień jest dla mnie jak stary przyjaciel.

Seth nie podchodził z podobnym optymizmem do groźnych odgłosów, które, w miarę jak posuwali się naprzód, stawały się coraz głośniejsze. W tunelu dosłownie dało się wyczuć lęk, który sprawiał, że podążali przed siebie coraz szybciej.

Po następnych dziesięciu minutach snop światła z latarki Richarda natrafił na białą ścianę przegradzającą korytarz. Pośrodku ściany widać było otwór wielkości pięści.

– Dotarliśmy do samego końca! – wykrzyknął Gunther. Ryk wody był teraz na tyle głośny, że musiał krzyczeć, że by pozostali, oddaleni o kilka kroków, mogli go usłyszeć.

– Ściana ma grubość około piętnastu centymetrów. Kiedy podeszli bliżej Gunthera, ten poprosił Setha o szpadel, który miał przypięty do plecaka. Seth pochylił się, by odpiąć pasek, kiedy usłyszeli przerażony krzyk Richarda. Seth spojrzał – Richard skurczył się w sobie. Patrzył na nich, ręce wyciągnął szukając ratunku.

– Pomocy! – krzyczał z rozpaczą.

Gunther zrzucił natychmiast plecak, padł na brzuch i zaczął czołgać się w stronę Richarda.

Dopiero po kilku sekundach Seth zdał sobie sprawę, że Richard po prostu zapadał się. Wymachiwał rozpaczliwie ramionami i krzyczał, zanurzając się coraz głębiej i głębiej. Wokół niego solna posadzka ciemniała od napływającej wody, a para skroplona w chłodnym powietrzu nad ciepłym potokiem spowodowała, że korytarz wypełniła delikatna mgła. Gunther zbliżył się ostrożnie, rozstawiając szeroko ramiona i nogi, by równomiernie rozłożyć ciężar ciała. Nie wiadomo było, jak daleko woda podmyła chodnik. Seth szybko zrzucił plecak i czołgając się na brzuchu, ruszył w stronę Gunthera. Chwycił go za nogi w kostkach. Z wody wystawała już tylko głowa Richarda. Mężczyzna chwycił wyciągniętą dłoń Gunthera, a kolejne kawałki solnej posadzki skruszyły się i zniknęły w rwącym nurcie. Seth czuł, jak Gunther wyciąga się i chwyta tonącego, a w następnym momencie krzyknął do Setha:

– Ciągnij! Ciągnij nas obu. Teraz!

Ciągnąc z całych sił, Seth posuwał się do tyłu, walcząc z siłą podziemnego prądu. Centymetr po centymetrze.

– Pomogę.

Seth poczuł, że silne ramiona ciągną go do tyłu za pasek; to Stratton przecisnął się obok Morgena i Zoe, włączając się do akcji ratunkowej.

Przesunęli się jakieś trzydzieści, pięćdziesiąt centymetrów, kiedy znów rozległ się przeraźliwy krzyk. Seth i Straton nie czując oporu, polecieli do tylu. Richard krzyknął po raz ostatni, potem zniknął w mokrej, ssącej dziurze.

Siedzieli przez dłuższą chwilę, zbyt oszołomieni, by się ruszyć. Zoe podbiegła do Setha i objęła go. Po chwili usłyszeli szloch Gunthera.

– To nie twoja wina, Gunther – powiedział Morgen, obejmując ramieniem starego przyjaciela.

– Ale to ja go wysłałem pierwszego – protestował Gunther. – Trzymałem go za rękę i puściłem.

Znów zaczął cicho łkać.

– Zrobiłeś wszystko, co w ludzkiej mocy – uspokajał go Morgen.

Seth, Zoe i Stratton siedzieli w milczeniu, wreszcie Stratton dał im znak, żeby ruszyli za nim z powrotem do komnaty, przez którą przechodzili wcześniej. Powrócili, ciągnąc za sobą dwie długie, grube deski. Sporo czasu im zajęło umieszczenie ich w wąskim przejściu, Zoe tymczasem zaprowadziła Morgena i Gunthera do sterty belek, którą mijali po drodze. Po godzinie nad otworem w podłodze przerzucona została kładka.

– Musimy się spieszyć – ponaglał Gunther. – Teraz, kiedy woda przebiła się na powierzchnię, nie wiemy, ile czasu mi nie, zanim podmyje brzegi. Być może podziemny potok po rwie również nasz mały mostek.

Pierwszy przez kładkę przeszedł Gunther, później przekopywał się przez cienką solną ścianę, a pracował z taką zapalczywością, jak gdyby chciał ukarać sam siebie. Kiedy otwór był już dostatecznie duży, Gunther przecisnął się, jak marynarz przez bulaj i poświecił latarką w głąb tunelu za otworem. Następnie wyciągnął plan z czarnej metalowej kasetki, spojrzał na mapę, raz jeszcze wsadził głowę w otwór, porównując to, co ma przed oczami, z tym, co widział na mapie. W końcu odwrócił się do pozostałych i rozłożył mapę na podłodze korytarza. Seth, Zoe, Morgen i Stratton stłoczyli się, chcąc lepiej widzieć.

– Jesteśmy tutaj. – Gunther wskazał miejsce na planie w pobliżu połączenia dwóch tuneli. – Sądziłem, że przebiliśmy się w tym miejscu…

Przesunął brudny od kopania palec w punkt odległy o jakieś dwa centymetry.

– Sądziłem, że przebiliśmy się dokładnie w tym miejscu. – W jego głosie dało się wyczuć dumę, która nieco osłabiła żal i smutek. – Odbiliśmy o niecałe piętnaście metrów. Ale nie znaczy to nic, jeśli nie wiemy dokładnie, w którym miejscu się znaleźliśmy.

Złożył mapę i dokończył poszerzanie otworu, żeby bez trudu dało się wejść do korytarza.

Gdy znaleźli się po drugiej stronie, uparł się, żeby szli gęsiego, w odległości co najmniej sześciu metrów jedno od drugiego. Jedynie Seth i Zoe złamali ten nakaz.

Wykrywacz metalu utracili wraz z Richardem, którego porwał podziemny potok, dlatego Gunther studiował strona po stronie szczegóły planu kopalni. Pokonywany dystans mierzył taśmą mierniczą, którą rozciągał za sobą, drugi jej koniec trzymał ojciec Morgen. Zoe miała za zadanie posypywać podłogę korytarza sproszkowaną sadzą, aby w ten sposób znaczyć drogę; miało to im ułatwić późniejsze wyjście.

Wszyscy mieli teraz zapalone latarki. Oświetlali korytarz, szukając śladów min pułapek, które być może nie zostały odnotowane na planie.

O czternastej trzydzieści natrafili na pierwszą pułapkę z karabinem maszynowym i nisko zawieszonym drutem.

– Zaczekajcie! – wykrzyknął Gunther.

Zbliżali się właśnie do skrzyżowania z innym tunelem, Gunther skierował światło latarki w dół.

– Spójrzcie tu.

Pośrodku krzyżujących się chodników przeciągnięty był cienki naprężony mocno drut. Gunther dał im znak że mogą powoli za nim ruszyć. Szli prawą stroną, aż do drutu, potem zatrzymali się. Gunther zaświecił latarką w głąb tunelu po prawej stronie. Był tam tylko słupek, do którego przywiązany był jeden koniec drutu.

Po przeciwnej stronie stał na trójnogu karabin maszynowy z długą lufą zakończoną czymś w rodzaju racy. Lufę okrywał perforowany metalowy płaszcz, służący za chłodnicę. Przez moment patrzyli, jakby spodziewali się, że zaraz wypali.

Gunther kazał im cofnąć się do tunelu, z którego przyszli, sam podszedł do karabinu i skierował lufę w stronę jaskrawej, białej ściany solnej. Następnie wyciągnął obcążki i przeciął napięty tuż przy ziemi drut. Ruszył w ich stronę, nagle jednak zatrzymał się i zawrócił. Pochylił się nad karabinem i pociągnął za spust.

Karabin nagle ożył, wypełniając tunel ogniem i hukiem. Wystrzelił chyba z tuzin pocisków, kiedy wreszcie ucichł.

– Dlatego właśnie musimy zachować ostrożność – wyjaśnił, potem polecił, by wyciągnięto z plecaka taśmę i umocowano jej koniec na ścianie korytarza. Następnie chwycił drugi koniec taśmy i doszedł do miejsca zaznaczonego na planie. Potem zawrócił, chcąc w ten sposób ominąć miny. Jakieś sto metrów dalej pochylił się, by zdjąć przykrycie maskujące głęboki dół. Rozległ się stuk spadających kawałków drewna, a towarzyszyły temu kłęby kurzu. Zoe zaświeciła latarką do wnętrza dołu i dostrzegła sterczące, niemal metrowe pale owinięte kolczastym drutem.

Miny rozlokowane były teraz gęściej, więcej też było pułapek, które musieli rozbroić.

Dotarli do ogromnej komnaty, niemal tak dużej jak ta, którą minęli na początku kopalni. Teraz posuwali się centymetr po centymetrze, przechodząc przez pole minowe; miny ustawione były gęsto, między nimi ledwo starczało miejsca na postawienie stopy. Gunther wziął od Zoe pojemnik z sadzą, ale nie sypał ścieżki, tylko zaznaczał konkretne miejsca, gdzie należało stawiać stopy. Ostatnie z pól minowych miało szerokość niemal dwunastu metrów. Gunther kazał im wszystkim zaczekać daleko z tyłu, a sam przecierał szlak. Stali w milczeniu, wstrzymując oddech. Zoe spoglądała na ojca Morgena i widziała, jak jego usta poruszają się w niemej modlitwie. W końcu Gunther wyprostował się i wykrzyknął.

– Udało się. Chodźcie ze mną, tylko gęsiego.

Zoe obserwowała ze zgrozą, jak Seth idzie przez pole minowe. W końcu odwrócił się do niej.

– Może jednak zaczekasz tam na mnie?

– Zapomnij o tym – odparła z odwagą, chociaż wcale tak się nie czuła.

Ridgeway czuł w palcach mrowienie, gdy obserwował Zoe przechodzącą przez pole minowe. W jego oczach wyglądała jak balerina wykonująca solową partię w tańcu śmierci. Wydawało mu się, że jaskinia oddala się od niego z każdym jej śmiertelnym krokiem. Miał wrażenie, że idzie bez końca, a potem wreszcie znalazła się w jego ramionach. Odprowadził ją na bok, podczas gdy ojciec Morgen i George Stratton przechodzili kolejno przez zaminowany szlak.

W końcu wszyscy znowu byli razem.

– Znajdujemy się w głównej krypcie – oznajmił Gunther, spoglądając najpierw na plan kopalni, potem rozglądając się dokoła. – Według mapy nie ma tutaj żadnych min pułapek.

Komnata miała około siedemdziesięciu pięciu metrów kwadratowych powierzchni i od dziesięciu do trzynastu metrów wysokości. Posadzka pokryta była jakimiś odpadkami, które przypominały kawałki skrzyń.

– Tak, wiem – powiedział ojciec Morgen rozmarzonym głosem. Byłem tu. Byłem tu ponad pół wieku temu… Niemal całe życie temu.

Poświecił latarką dokoła.

– Weszliśmy… Weszliśmy tamtędy.

Światło jego latarki skierowało się na wejście po drugiej stronie komnaty.

– A wejście do krypty znajduje się po prawej stronie… – Skierował snop światła bardziej w prawo. – Tam.

Metalowe wrota zainstalowano w występach szarej skały. Były duże, nieprzeżarte przez rdzę, a z miejsca, w którym stali, wyglądały zupełnie jak drzwi od skarbca w Thule Gesellshaft Bank.

– Z pewnością nie ma tutaj min pułapek – ciągnął Mor gen natchnionym głosem – ponieważ przebywali tutaj ludzie. Wielu ludzi. Chodzili tu dookoła. Sierżant pokazał mi to wszystko. Główne wejście było silnie strzeżone, w pozostałych podejściach do krypty założono miny pułapki oraz zwykłe miny, które miały chronić skarbiec przed ludźmi takimi jak my.

Ridgeway poprowadził ich w stronę drzwi krypty. Był w połowie drogi, kiedy nagle poczuł, jak solna posadzka lekko się pod nim ugina. Z drugiej strony pomieszczenia dobiegł go metaliczny trzask i szczęk jakiegoś mechanizmu.

– Na ziemię! – wrzasnął, rzucając się na posadzkę i ciągnąc za sobą Zoe.

W pomieszczeniu rozległ się pojedynczy strzał, po którym nastąpiło głuche szczęknięcie iglicy uderzającej w nabój niewypał – kolejny karabin maszynowy. Seth gotów był przysiąc, że słyszał, jak kula przeleciała tuż nad nim.

Kilka chwil później wstali i podjęli marsz. Kiedy podeszli pod wrota, Seth poświecił latarką na jedną z pryzm. Były to szkielety ludzi ubranych w mundury SS. Było ich wiele. A jednak żadne z nich – ani Sedi, ani Zoe, ani nikt z pozostałych nie odczuł współczucia.

W drzwiach krypty zobaczyli dwa zamki szyfrowe, które należało otwierać równocześnie. Zoe czytała na głos liczby, Seth ustawiał mechanizm po prawej stronie, zaś Gunther po lewej.

– Lewy zamek w lewo do pozycji dwadzieścia siedem – czytała z dokumentu, a Stratton przyświecał jej latarką. – Prawy też w lewo do pozycji pięćdziesiąt dziewięć. Gotowi. Wy konać.

Seth i Gunther jednocześnie wykonali obrót tarczy, potem czekali na kolejne instrukcje.

– To wszystko – oznajmiła wreszcie Zoe – To już wszystkie numery.

Seth i Gunther spojrzeli na siebie i potem, jak gdyby porozumieli się ze sobą bez słów, obrócili się i wykonali ukłon wobec Morgena.

– Ojcze – przemówił Gunther. – Czy zechcesz uczynić nam ten honor?

Morgen ceremonialnym krokiem podszedł do drzwi, a potem jakby się zawahał – oto zbliżał się do celu swego życia. Chwycił klamkę i nacisnął ją. Coś wewnątrz wrót szczęknęło głośno, a dobrze naoliwione elementy mechanizmu ruszyły po raz pierwszy od czterdziestu z górą lat. Morgen naparł na wrota. Ani drgnęły. Zaniepokojony tym, że pokonał tak daleką drogę nadaremnie, Seth położył prawą dłoń obok dłoni księdza i pomógł mu. Wciąż nic. Radość zniknęła z twarzy Morgena.

– Seth? – zapytała Zoe. – Co się dzieje?

– Wrota się nie otwierają. Mechanizm w środku zadziałał, lecz skrzydła wrót się nie rozsuwają.

Przerwał na moment. – Pozwól, że spojrzę raz jeszcze na instrukcję.

Podała mu broszurę. Ponownie czytał tekst, a Guntber przyświecał mu nad ramieniem latarką.

– Zrobiliśmy wszystko tak jak trzeba – oświadczył Seth. – Najprawdopodobniej chodzi o szyny lub o coś w tym rodzaju. Myśli pobiegły ku innej epoce.

– Było tu coś w rodzaju automatycznego mechanizmu, jak mi się wydaje – odezwał się w końcu Morgen. – Przypominam sobie, że drzwi te otworzyły się niemal automatycznie, gdy przyprowadził mnie tutaj sierżant.

– Być może chodzi o jakiś mechanizm, który dodatkowo zamontował dowódca garnizonu? – zasugerował Gunther.

Seth wzruszył ramionami, zatopiony w myślach. Po chwili odezwał się do Gunthera.

– Niech pan zdejmie linę i przywiąże jeden koniec do klamki wrót.

Ghunter wykonał polecenie, a kiedy węzeł był już zaciągnięty, Seth ustawił wszystkich w szeregu, jak do przeciągania liny. Sam stanął jako pierwszy.

– Ciągnijcie!

Lina naprężyła się, drgnęła, rozciągnęła się… Wrota ani drgnęły.

– Mocniej – zagrzewał pozostałych Seth. – Ciągnijcie mocniej.

„W końcu wrota skarbca jękliwie zaskrzypiały i otwarły się.

– W porządku! – zawołał Stratton.

– Dzięki Bogu – wymamrotał Morgen.

Za drzwiami zobaczyli pomieszczenie jakby z innej epoki. Miało cztery do pięciu metrów szerokości i co najmniej dwa razy tyle długości, a urządzone było jak elegancki gabinet; w środku stało biurko, obok fotel, lampa oraz długi stół konferencyjny. Podłogę przykrywał dywan, a podłużne ściany obite były drewnem. W ścianie zamykającej, betonowej, widać było następny sejf.

Powoli weszli do środka. Morgen wyglądał jak człowiek, który trafił do niemal zapomnianego snu. Skierowali światło latarek na ściany.

– Tam – odezwał się Morgen, wskazując środek ściany po prawej stronie.

Ridgeway nie rozumiał, co ksiądz wskazuje. Morgen podszedł i pokazał hak.

– Tu wisiał obraz. Sierżant von Halbach zabrał go stąd. Musiał to zrobić. Widziałem wtedy ten obraz. Widziałem.

Odwrócił się do nich, jak gdyby nie spodziewał się, że dadzą wiarę jego słowom.

Ale Gunther i Seth szybko przeszli obok niego, pragnąc jak najszybciej zakończyć ostatni etap ich misji. Dotarli do końca skarbca i rozłożyli plany na stole.

– Kombinacja jest standardowa – wyjaśnił Gundier, przyglądając się planom. – Ale kiedy drzwi się otworzą, będziemy mieli tylko dziesięć sekund na włożenie złotej sztabki z obrazu w tę szczelinę. O, tutaj.

Wskazał na pierwszy z rysunków przedstawiających drzwi sejfu, potem na szczelinę w drzwiach zamontowanych w ścianie. Szczelina była teraz zablokowana kawałkiem metalu. Ridgeway wyciągnął złotą sztabkę z plecaka.

– Musi tu być gdzieś we wnętrzu jakiś mechanizm wykorzystujący równowagę – domyślił się Gunther. – Prawdopodobnie jest uaktywniany przez przedmiot o właściwych rozmiarach i ciężarze.

Seth przytaknął.

– Niech mi pan poświeci – poprosił Gunther.

Seth przytrzymał latarkę, a tamten zaczął obracać cyfrowy zamek. W sumie było to szesnaście numerów i Gunther wprowadzał je bez pośpiechu, ale precyzyjnie. Po wprowadzeniu ostatniej liczby usłyszeli nagłe szczęknięcie i natychmiastowy turkot. Wskazówka sekundnika na zegarku Setha wskazywała godzinę 3:13:26 i nie przestawała sunąć do przodu.

– Szybko – ponaglił Gunther. – Proszę dać mi sztabkę.

Seth wręczył sztabkę Guntherowi.

3:13:29.

Gunther obrócił się w stronę sejfu. Ręce mu drżały, gdy wsuwał sztabkę do szczeliny. 3:13:30.

Gunther zaklął, mocując się ze sztabką. 3:13:31. Sztabka upadła cicho na dywan.

– Och, Boże! Szybko! – Gunther i Seth padli jednocześnie na kolana, gdy mechanizm drzwi sejfu zazgrzytał.

3:13:34.

– Niech pan weźmie. – Gunther wcisnął sztabkę w dłoń Setha. – Niech pan to zrobi.

Seth wstał.

3:13:37.

Wcisnął sztabkę do szczeliny. Zniknęła im z oczu, połknięta przez mechanizm zainstalowany w drzwiach. Terkot ucichł.

– Zdążyliśmy?

Seth spojrzał na zegarek.

– Sekundę lub dwie po czasie – odparł, sięgając do klamki. – Zobaczmy, czy zamek wciąż działa.

Zaczął naciskać klamkę, kiedy Zoe krzyknęła:

– Wrota! Seth! Wrota się zamykają!

Seth odwrócił się i zobaczył, jak wrota dużego skarbca powoli przesuwają się po szynach.

– George! – krzyknął. – Ty i Zoe oraz ojciec wyjdźcie na zewnątrz i ciągnijcie za linę. Sprawdźcie, czy będziecie w sta nie spowolnić zamykanie wrót. Ja pomogę Guntherowi.

Ale Gunther już wyciągnął rękę i nacisnął klamkę otwierającą sejf. Usłyszeli syczący odgłos uwalnianych sprężyn. Moment później z pół tuzina strzał z grotami jak harpuny wbiło się w ścianę po drugiej stronie sejfu. Jedna ze strzał przeszła przez prawą pierś Gunthera, przyszpilając go do ściany.

Pfeil! – krzyknął Gunther.

Tak. W końcu znaleźli strzałki.

– Gunther! – Morgen ruszył w jego stronę, lecz Seth chwycił go za ramię i powstrzymał.

– Ojcze, proszę stąd wyjść – nakazał, patrząc, jak drzwi nie przestają się zamykać.

– Zabierzcie go stąd – powiedział do Zoe i Strattona. – Ja pomogę Guntherowi.

Seth siłą obrócił Morgena i pchnął go w stronę coraz węższego przejścia między skrzydłami wrót.

– Wyjdźcie. Wszyscy – warknął.

Stratton chwycił Morgena i wybiegli. Zoe nie ruszyła się z miejsca.

Seth podbiegł do Gunthera, który wyglądał na półprzytomnego i poruszał ustami niczym ryba wyjęta z wody. Krew poplamiła już dywan pod jego stopami. Drzewce strzały nie trafiło jednak w płuco, bo krew się nie pieniła. Jeśli szybko zdołają zapewnić mu pomoc lekarską, będzie miał szansę na przeżycie.

Seth spojrzał na niego, potem na wrota, które były już do połowy zasunięte i znów odwrócił się do Gunthera. Chwycił starego Austriaka za barki.

– To będzie cholernie bolało, Gunther.

Stary człowiek spojrzał przez zamglone oczy, z których przebijało cierpienie, i przytaknął. Seth wziął głęboki oddech i wyciągnął strzałę. Gunther wrzasnął przeraźliwie, a potem – co było zupełnie zdumiewające – odepchnął Setha i ruszył chwiejnym krokiem w kierunku sejfu.

– Gunther, co… – Seth nie był w stanie uwierzyć, że stary wciąż jeszcze trzyma się na nogach.

– Niech pan się cofnie – powiedział słabnącym głosem Gunther. Oparł się o ścianę i stał tak przez moment.

Seth popatrzył niespokojnie w stronę zamykających się wrót, a kiedy ponownie się odwrócił, Gunther próbował już wydobyć zawartość sejfu. Wyciągnął coś ciężkiego.

Seth otworzył usta z wrażenia. Gunther trzymał w dłoniach złotą szkatułę wysadzaną drogimi kamieniami, które mieniły się feerią kolorów: zielonym, czerwonym i białym, i zdawały się zwielokrotniać promienie światła latarki Setha. Nagle ciszę panującą w krypcie przerwał dźwięk, który na długo zapadł mu w pamięci. Druga seria strzał, niewątpliwie wyzwolonych przez uniesienie szkatuły z podestu, przecięła przestrzeń w ciemnościach. Jedna trafiła Gunthera w twarz. Impet uderzenia podniósł go z klęczek i rzucił nim o ścianę. Dwie dalsze strzały uderzyły głucho i przebiły się przez jego tułów. Złota szkatuła z głuchym odgłosem upadła na posadzkę, a jej zawartość wysypała się.

– Seth. Pospiesz się. Wrota.

Seth rzucił przerażone spojrzenie na wrota, potem ponownie na zawartość szkatuły rozsypaną na dywanie. Bela zgrzebnego płótna oraz kartki papieru. Jeśli wybiegnie, zostawiając je, okaże się, że wszyscy, którzy zginęli, zginęli daremne. A kolejnym mordom nie będzie końca.

Walcząc z paniką, Seth padł na kolana i zbierał przedmioty, które wypadły ze szkatuły. Potem włożył je do niej z powrotem i zamknął wieko.

– Wychodź, natychmiast! – krzyczała Zoe.

Odstęp miedzy skrzydłami wrót miał już tylko kilkanaście centymetrów. Zoe przesunęła się między nimi bez trudu.

– Trzymaj – krzyknął, rzucając szkatułę przez szczelinę we wrotach.

Chwyciła szkatułę. Seth skoczył miedzy skrzydła wrót, ale nie mógł się przecisnąć. Czuł, jak stalowe krawędzie zaciskają się na nim. Ogarnęła go panika. Chciał krzyczeć. Nie teraz, nie tak blisko końca. To nie w porządku. Opanował się i z całej siły odepchnął zasuwające się skrzydła wrót. Na moment utknął w miejscu, potem przesunął się przez szczelinę, i padł twarzą na solną posadzkę.

Загрузка...