Nochspitze jest nierówną granitową granią wystającą po nad dwa tysiące czterysta metrów nad poziom morza, położoną w austriackim Tyrolu na południowy zachód od Innsbrucku. Jest to niegościnna góra: zimna, stroma, pozbawiona drzew i niedostępna dla nikogo poza ptakami, wytrawnymi alpinistami oraz tymi, którzy mieli szczęście i załapali się na przejazd prywatną kolejką linową, kursującą do masywnego górskiego schroniska wzniesionego tuż pod szczytem góry.
Alpejska chata zbudowana została w 1921 roku jako schronisko przez austriackiego oberżystę, który miał nadzieję ściągnąć na strome stoki tłumy narciarzy. W budynku urządzono dwadzieścia pięć pokoi gościnnych, każdy z łazienką i kominkiem, natomiast salę jadalną usytuowano w prawym skrzydle, tuż nad urwistym zboczem.
Jednak położenie na takim odludziu sprawiło, że z jednej strony schronisko było wielką atrakcją, z drugiej, miało niewielu gości. Dotarcie wymagało długiej jazdy krętymi drogami z Innsbrucku aż do maleńkiej stacji kolejki linowej u podnóża góry. W tamtych czasach nieutwardzone drogi uniemożliwiały jazdę automobilem, zatem podróż musiała się odbywać wozem zaprzężonym w konie. Przy pogodzie deszczowej, mroźnej lub śnieżnej jazda stawała się niemożliwa albo do tego stopnia męcząca, że zniechęcała potencjalnych gości. Ostatecznie w 1924 roku schronisko zbankrutowało, a przyczynił się do tego wypadek – gondola kolejki linowej zerwała się, powodując śmierć pięciorga łudzi.
Dwa lata później zamożny włoski przemysłowiec kupił chatę, zamierzając wykorzystać ją jako prywatne ustronie oraz ośrodek konferencyjny. Po siedmiu latach Włoch zmarł, zapisując schronisko w testamencie na rzecz Kościoła katolickiego.
W dawnej sali jadalnej schroniska stał teraz kardynał Neils Braun, arcybiskup Wiednia i głowa papieskiego Sekretariatu do Spraw Niewierzących, w pozycji paradnej, z plecami wyprostowanymi, stopami szeroko rozstawionymi i dłońmi założonymi na plecach. Miał na sobie gruby góralski sweter, spodnie z materiału o ukośnym splocie i lekkie buty do wspinaczki. Szkarłatne szaty wisiały teraz w szafie, jak zawsze, kiedy tu przybywał. Przejechał dłonią po gęstych i szorstkich włosach, nieobecnym wzrokiem patrząc przez skute lodem szyby na malutkie postacie narciarzy zjeżdżających stokiem w dół.
Spoglądał na drugi kraniec doliny, usiłując dojrzeć ścianę, po której jeszcze nigdy się nie wspinał. Od frontu schroniska mógł podziwiać trasę olimpijskiego slalomu w pobliżu Axamer Lizum, gdzie w 1968 roku Jean-Claude Killy tworzył historię narciarstwa zjazdowego. Patrzył przez przymrużone oczy; popołudniowe słońce wyszło zza chmury i zacieniony krajobraz przypominał teraz prawdziwe dzieło malarskie. Wyżej pędziły po niebie chmury, niczym wielkie żaglowce. Były to pozostałości po burzy śnieżnej, która poprzedniego wieczora zasypała Tyrol warstwą śniegu grubości trzydziestu centymetrów.
W dolinie, pomiędzy dwoma pokrytymi śniegiem brzegami serpentyną, płynęła rzeka Inn. Mróz nie skuł jej jeszcze w pełni, ku zaskoczeniu łyżwiarzy. Jego wzrok podążał za rzeką, która wiła się obok przypominających hieroglify pasów startowych na lotnisku i wrzynała się w samo serce Innsbrucku. Kiedy jego wzrok dotarł wreszcie do pokrytych śniegiem dachów gotyckich zabudowań miasta, przywołał w myślach człowieka, z którym miał się niebawem spotkać. Chodziło o Hansa Morgena, prostego wiejskiego księdza o niezwykle skomplikowanej przeszłości. I prawdopodobnie bez jakiejkolwiek przyszłości.
Neils Braun obrócił się od okna i spojrzał w poprzek rozległej sali konferencyjnej. Na tyle dużej, by nakarmić jednocześnie co najmniej setkę gości; teraz pod ukośnym sufitem z grubo ciosanych bali stał tylko długi, dębowy stół, a przy nim dwanaście krzeseł. W przeciwległym końcu znajdował się kominek z ogromnych kamieni, na którym trzaskały rozżarzone drwa.
Punktualnie o trzeciej po południu rozległo się stukanie do drzwi. Braun podciągnął do góry rękaw swetra i spojrzał na cienki jak opłatek zegarek, podziwiając punktualność gościa.
– Proszę wejść! – zawołał. Jego głos zabrzmiał serdecznie w panującej ciszy.
Hans Morgen otworzył drzwi i z impetem wszedł do środka. Na moment zatrzymał się za progiem, mrużąc oczy w ostrym świetle odbijającym się od śniegu i przenikającym przez okienne szyby.
Był to wysoki i szczupły mężczyzna, bardziej żylasty niż umięśniony, o jasnoniebieskich oczach osadzonych w długiej, ascetycznej twarzy. W ostrym świetle na jego pobrużdżonych policzkach głęboko rysowały się cienie, akcentując wyrazistą żuchwę, która sterczała ponad widoczną pod szyją koloratką. Miał ze sobą laskę, chociaż tego akurat dnia nie musiał się na niej opierać.
Braun zaskoczony był silną i wyprostowaną sylwetką księdza, zwłaszcza że miał już swe lata i liczne odłamki kości wbite w czaszkę, pamiątki przeszłości, które w ułamku sekundy najlepsze nawet zdrowie mogły obrócić w niwecz. Ale uświadomił sobie, że obaj byli Austriakami o solidnych genach. Z obszernego dossier zgromadzonego w archiwach Kongregacji Doktryny Wiary na temat Morgena wiedział nie tylko o latach spędzonych w seminarium, ale i o tym, że od dzieciństwa Morgen jeździł na nartach i wspinał się po górach wznoszących się wokół małej osady Alt Aussee. Latem pływał łodzią po jeziorze, a zimą jeździł na łyżwach. No i według danych zgromadzonych w teczce, wiedział więcej na temat tego, co się działo w tym regionie przed pięćdziesięciu laty, niż ktokolwiek inny, kto jeszcze tam żył.
– Dzień dobry, Wasza Eminencjo.
Morgen rozejrzał się po pomieszczeniu, jego wzrok dostrzegł spadzisty sufit, kamienny kominek, ręcznie wykonany stół i krzesła oraz rzucający się w oczy brak innych mebli. W końcu ruszył w stronę Brauna. Buty na twardej skórzanej podeszwie stukały głośno na lakierowanej drewnianej podłodze.
Braun wyszedł mu naprzeciw.
– Dobrze, że ojciec przyjechał – powiedział, wyciągając dłoń.
Morgen zawahał się przez chwilę i spojrzał na twarz hierarchy z pełnym rezerwy zainteresowaniem, które na moment wytrąciło Brauna z równowagi. W końcu uścisnęli sobie ręce.
– Nie wiedziałem, że mam jakiś wybór poza zastosowaniem się do wezwania Waszej Eminencji – odparł Morgen beznamiętnym głosem.
Kardynał zignorował afront; normalnie słowa takie stanowiłyby podstawę do wymierzenia kary dyscyplinarnej duchownemu niższej rangi.
– Pozwoliłem sobie przygotować herbatę – powiedział Braun, podchodząc do drzwi.
Morgen obrócił się i zobaczył, że arcybiskup Wiednia bierze srebrną tacę od kogoś stojącego w cieniu. Podziękował tej osobie i powrócił z paterą, którą postawił na środku stołu.
– Proszę się obsłużyć.
Na tacy stały termos oraz dzbanki z gorącą wodą i mlekiem, a także dwie porcelanowe filiżanki, spodeczki, dwa małe talerzyki, lniane serwetki oraz herbatniki, ciastka tortowe i biszkopty.
– Podwieczorki są zwyczajem, który przyswoiłem sobie, studiując na Oksfordzie – wyjaśnił Braun i włożył na talerzyk kilka ciasteczek. – Wydaje mi się, że jest to cywilizowany sposób na odpoczynek i kontemplację po długim dniu pracy.
Morgen wymruczał coś wymijającego, ale wstał i podszedł do tacy. Stanął po prawej stronie Brauna i w milczeniu wziął herbatę z cytryną.
– Może usiądziemy? – zaproponował Braun.
Wskazał gestem w stronę jednego z końców długiego stołu. Morgen skinął głową i zajął wskazane krzesło. Braun usiadł w przeciwnym końcu stołu. Siedzieli w milczeniu, mierząc się wzrokiem.
– Prawdopodobnie zastanawia się ksiądz, dlaczego go tu zaprosiłem?
Morgen dobrze to wiedział, ale milczał. Upił łyk herbaty i czekał. Popatrzył na dyktafon położony na stole i ustawiony obok mikrofon.
Kardynał pociągnął łyk z filiżanki i odstawił ją.
– Chciałbym, żeby ojciec opowiedział mi o dawnych wydarzeniach w Alt Aussee – zaczął Braun. – O dniu, kiedy…
– O dniu, kiedy o mały włos nie zginąłem.
Braun skinął głową, potakując.
– Ależ opowiadałem już tę historię – odparł Morgen bez śladu rozdrażnienia. – Ludziom z Kongregacji Doktryny Wiary oraz trybunałowi i asesorowi sprzed dwóch kadencji.
– Wiem – rzekł Braun. – Ale mam nadzieję, że być może pojawiły się jakieś fakty, które ojciec przypomniał sobie od tamtego czasu. Nawet jakieś szczegóły.
Morgen uśmiechnął się.
– Urazy mózgu rzadko się cofają – powiedział. – Niektórzy twierdzą nawet, że wcale się nie cofają. Nauczyłem się żyć z ograniczeniami będącymi następstwem tamtego dnia. Z pewnością moja pamięć się nie poprawiła.
– Cóż, w takim razie pozostaje nadzieja na cud – zasugerował Braun. – Ojciec wciąż wierzy w cuda, czyż nie tak?
– Oczywiście, że wierzę – odrzekł Morgen. – Każdy mój oddech jest takim cudem.
– W takim razie przekonajmy się, co ojciec pamięta dzisiaj – zasugerował Braun, pochylając się, by włączyć dyktafon.
– Jak Wasza Eminencja sobie życzy – odpowiedział Morgen; z trudem stłumił ciężkie westchnienie.
– Kiedy byłem już na środku zamarzniętego jeziora, nad szedł cholerny, czerwonawy brzask – rozpoczął Morgen. – Miałem nadzieję, że zdążę przejść zanim słońce wzejdzie, ale śnieg był bardzo głęboki. Uciekałem przed esesmanami już ponad trzy godziny i wiedziałem, że są coraz bliżej; to było jak w koszmarze, kiedy stopy zapadają się, wskazując drogę uciekiniera, a z drugiej strony nadjeżdża lokomotywa z prze ciągłym rykiem i sapaniem.
Na twarzy Brauna pojawił się wyraz współczucia.
– Rozumiem, że ten sen już dłużej ojca nie dręczy?
Morgen przez moment spoglądał badawczo na twarz hierarchy, usiłując oszacować, do jakiego stopnia kardynał jest szczery w swoich reakcjach.
– Nie budzę się już z krzykiem z tego koszmaru. Kardynał przytaknął.
– Co ojciec zrobił tamtego ranka?
– Uciekałem. Modliłem się. Recytowałem wielokrotnie psalm dwudziesty trzeci – opowiadał Morgen, wypatrując reakcji, lecz gdy nie dostrzegł żadnej, kontynuował: – Uciekałem przez całą drogę z Salzbergwerku, kopalni soli wydrążonej w masywie góry Habersam. W tej porzuconej kopalni widziałem relikwię. Zakradłem się tam. Esesmani stojący na warcie sądzili, że jestem duchownym pracującym dla Trzeciej Rzeszy, dlatego pozwolili mi obejrzeć Całun.
Jego spojrzenie stało się rozanielone.
– Trzymałem to w dłoniach. – Spojrzał triumfująco na kardynała. – Naprawdę trzymałem to, złotą szkatułę inkrustowaną mieniącymi się klejnotami. Na własne oczy widziałem rzeczy znajdujące się w środku i czytałem dokumenty, złożone tam niemal dwa tysiące lat temu. Wciąż nie mogę uwierzyć, że rzeczy, które trzymałem wtedy w dłoniach, usuwały z tronów papieży, obalały rządy i sprawiały, że przez niemal dwadzieścia wieków upadały imperia. Każdego dnia, kiedy o tym myślę, a zapewniam Waszą Eminencję, że myślę o tym codziennie, nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego taka świętość stała się przyczyną tak wielkiego zła. Ludzie przekupywali innych, okłamywali, kradli i zabijali, czyniąc to w imię Boga. I myślę też o tym, że Pius XII milczał, widząc okrucieństwa i bestialstwo hitlerowskiej III Rzeszy.
– Nie rozmawiamy o tym – warknął Braun.
W głębi duszy Morgen aż wrzał z wściekłości. Czuł szlachetny gniew, który pokonał w nim strach i pozwolił opanować nerwy. Kto mógł uczynić to jego Kościołowi w imię jego Boga! Morgen spojrzał bacznie na hierarchę, widząc coraz wyraźniej szczegóły.
– Przyszli po mnie z gór, z bazy nad wioską Fischerndorf – podjął relację. – Wciąż widzę dalekie światełka ich pochodni. Nabrałem otuchy, ponieważ odniosłem wrażenie, że licz ba światełek zmalała. Wtedy usłyszałem z daleka głosy i wie działem, że się zbliżają.
Braun podniósł rękę, przerywając relację.
– Niech ojciec opowie mi jak najwięcej z tego, co pamięta o Niemcach w wiosce – kiedy przybyli, nazwiska, które ojciec być może zapisał w pamięci. Wiem, że ojciec przypomina sobie tamten dzień na jeziorze z dużą klarownością, ale szczegóły prowadzące do tego dnia mogą być dla nas bardzo pomocne.
Morgen skinął przytakująco. Pociągnął łyk herbaty i przez chwilę patrzył w zamyśleniu na żyrandol.
– Początkowo naziści przybywali do Alt Aussee w niewielkich grupach i zachowując pełną tajemnicę. Hitler również złożył wizytę w naszym miasteczku, udał się w góry nad osadą, a potem zjadł obiad razem z mieszkańcami. Kupił wtedy nawet kawałek bezwartościowej ziemi w rejonie góry Habersam, której jedynym walorem była opuszczona kopalnia soli, z korytarzami wiodącymi głęboko w ziemię. Później nadeszła wojna, a naziści przybywali coraz liczniej.
Nam, mieszkańcom miasteczka, zabroniono zbliżać się do terenu wokół starej kopalni soli na górze Habersam. Esesmani zbudowali tam kwaterę dla ponad dwustu pięćdziesięciu ludzi i wszystkim im zabroniono opuszczania miejsca zakwaterowania oraz podejmowania rozmów z kimkolwiek spoza koszar. Prowiant i zaopatrzenie oraz kolejnych żołnierzy dowożono w zakrytych ciężarówkach. Dygnitarze przybywali samolotami na lotnisko w pobliskim Bad Aussee, a potem przejeżdżali przez miasto w wielkich limuzynach z zasłoniętymi oknami, które pozwalały ukryć tożsamość gości. Tuż przed Bożym Narodzeniem 1941 roku w Alt Aussee rozeszły się plotki, że pojawił się sam Hitler, i że zszedł do kopalni.
Wszyscy w osadzie byli wdzięczni za to, że esesmani nie opuszczali swego terenu, nic jednak nie było w stanie powstrzymać niekończących się spekulacji na temat tego, co naziści robili w opuszczonej kopalni soli na górze Habersam. Ciekawość kusiła, wielu podchodziło do granicy zakazanej strefy, ale nikt nie widział nic poza żołnierzami kręcącymi się po alpejskiej hali, pilnującymi wejścia do niewyróżniającej się niczym nieczynnej kopalni soli.
Zdaniem jednych była to kryjówka wysokich rangą dygnitarzy SS, na wypadek gdyby losy wojny obróciły się na niekorzyść Rzeszy, inni uważali, że znajdowały się tam podziemne laboratoria, produkujące obiecaną przez Hitlera sekretną broń. Jednak myśląc trzeźwo, łatwo było wywnioskować, że każda z tych teorii była niedorzecznością. Kopalnia była w dobrym stanie, nie groziła zawaleniem, wewnątrz panowały stała temperatura i wilgotność. Krótko mówiąc, podziemne korytarze stanowiły doskonałe miejsce do bezpiecznego ukrycia czegokolwiek.
Morgen dopił ostatni łyk herbaty i okazał zadowolenie, gdy kardynał wspaniałomyślnie wcielił się w rolę gospodarza i ponownie napełnił jego filiżankę.
– Dziękuję – rzekł, na co Braun skinął głową.
Salzbergwerk na górze Habersam to było jedyne miejsce, które okupowali naziści w górach wokół Alt Aussee. Na początku 1945 roku zaczęły tu masowo przyjeżdżać ciężarówki oraz wagony towarowe wyładowane bezcennymi dziełami sztuki, rzeźbami, rzadkimi woluminami, rękopisami oraz religijnymi relikwiami – podjął relację Morgen. – Jak Eminencja zapewne wie, Hitler rabował największe publiczne i prywatne zbiory sztuki w okupowanych krajach, zamierzając wszystko to umieścić w przyszłym Muzeum Fiihrera. Wyobrażał sobie, że monumentalna budowla powstanie w brudnym, przemysłowym Linzu w Austrii, w mieście, gdzie spędził chłopięce lata. Ten sfrustrowany artysta chciał zbudować największe muzeum sztuki w dziejach ludzkości tylko po to, żeby jego rodzinne miasto nigdy o nim nie zapomniało. Jednak alianckie bombowce położyły kres planom Hitlera, on zaś polecił szybkie przewiezienie zrabowanych zbiorów do kopalni w rejonie Salzammergut, żeby ochronić je przed niemal już codziennymi alianckimi nalotami.
W odróżnieniu od tajnych jednostek SS, pełniących straż przy kopalni na górze Habersam, oddziały Wehrmachtu transportujące dzieła sztuki składały się z przestraszonych chłopaków, wdzięcznych, że znaleźli się z dala od linii frontu, lecz świadomych swej roli strażników kultury, czyli zrabowanych dzieł sztuki i innych dóbr. Opowiadali czasami o kopalniach soli w całym rejonie, o tym, że wiele z dzieł sztuki ukryto w kopalniach w pobliżu takich miejscowości jak Bad Ischl i Bad Aussee, a zwłaszcza w dużych i głębokich kopalniach w rejonie Steinbergu i Moosbergu. Żołnierzom Wehrmachtu towarzyszyli kustosze z różnych muzeów – wielu z nich było jeńcami wojennymi – których przewożono na pakach ciężarówek lub w wagonach towarowych, po górskich szlakach bardzo niebezpiecznych zimą, powierzając im zadanie ochrony dóbr pozyskanych przez Fuhrera.
– Dniami i nocami przez miasteczko przejeżdżały z hukiem ciężarówki, zapewniając jednocześnie handlarzom prawdziwy raj. Ci nowi przybysze zapełniali mój kościół i sprawili, że byłem bardzo zapracowany. Na tyle zapracowany, że prawdę mówiąc, prawie zapomniałem o kopalni na górze Habersam. Ale nowi parafianie, żołnierze Wehrmachtu przychodzili do spowiedzi i opowiadali o strachu i terrorze. Kiedy ich słuchałem, zastanawiałem się, czy Bóg znajdzie w sobie dostateczne pokłady tolerancji i zrozumienia, żeby ich rozgrzeszyć.
– Łaska Ojca Wszechmogącego jest nieograniczona i potrafi wybaczyć wszystkie grzechy – oznajmił kardynał nieco zbyt pompatycznie, jak na gust księdza Morgena.
– Za pozwoleniem Waszej Eminencji, jestem w pełni świadom tego – odparł oschle Morgen. – Ale jestem jedynie człowiekiem i niewyczerpana cierpliwość oraz mądrość nie są w moim zasięgu.
– To zdążyłem już zauważyć – odparł Braun z protekcjonalnym uśmieszkiem.
– Czy Eminencja chce rzeczywiście usłyszeć tę relację, czy też chce ze mnie kpić?
Kardynał popatrzył beznamiętnym wzrokiem.
– Proszę. Niech ojciec kontynuuje – powiedział po chwili.
Morgen westchnął ciężko.
– Miejscowi młodzi chłopcy coraz bardziej interesowali się tą kopalnią. Mniej więcej dwa miesiące po tym, jak zaczęto przywozić dzieła sztuki, pewien trzynastolatek, Johann Hoffer, zjeżdżał szlakiem na nartach powyżej Alt Aussee i zbytnio zbliżył się do kopalni przy górze Habersam. Zastrzelono go. Następnego dnia o czwartej nad ranem otworzyłem drzwi młodemu sierżantowi SS, nazywał się Willi Max, który był poruszony śmiercią chłopca. Zabito go na oczach sierżanta. Powiedział mi wtedy, że zastrzelono dzieciaka dla sportu, gdyż dwóch poruczników postanowiło poćwiczyć się w strzelaniu do ruchomego celu. Sierżant błagał mnie o rozgrzeszenie, opowiedział mi też o Sekretnym Mesjaszu. Przez resztę życia żałowałem, że wysłuchałem spowiedzi tego młodego żołnierza, ale wtedy nie miałem wątpliwości, że muszę coś z tym zrobić.
Ponieważ oddział SS miał zakaz pokazywania się w miasteczku, Morgen zaaranżował z sierżantem odprawienie mszy i wysłuchanie spowiedzi na terenie koszar. Tego dnia, kiedy zjawił się w garnizonie, dotarły tu wieści o zbliżających się wojskach aliantów, co wywołało wśród młodych żołnierzy panikę. Modlili się z wiarą ludzi zdesperowanych. Przegranych. Wojska alianckie wkroczyły już do Austrii, rozchodziły się pogłoski, że z każdym dniem są coraz bliżej. Esesmani najbardziej bali się tego, że zostaną potraktowani w taki sam sposób, w jaki oni traktowali innych. Nie potrafili sobie nawet tego wyobrazić, przez sześć lat bezwzględnej wojny zupełnie zapomnieli, czym są łaska i miłosierdzie.
Zdjęci strachem żołnierze rozmawiali cicho z Morgenem o ucieczce pod osłoną nocy, paru prosiło go o dostarczenie cywilnych ubrań. Wyglądało na to, że żaden z nich tak naprawdę nie wiedział, czego strzegli. Sekret znała jedynie garstka wybranych, wśród nich także sierżant, który owego ranka przyszedł do Morgena po rozgrzeszenie.
– Pewnego wieczora, już po odprawieniu mszy, prze mknęliśmy z sierżantem z górnych baraków do wejścia do kopalni. Ogromne pieczary zostały zamienione w fortece. We wszystkich korytarzach znajdowały się prawdziwe arsenały broni i amunicji, materiałów wybuchowych, a także miny pułapki. Pokazali mi, jak zaminowano wejścia, żeby je w razie czego zawalić. Sierżant zaręczył za mnie, dzięki te mu wpuszczono mnie dalej bez zadawania jakichkolwiek pytań.
Morgen starał się zapanować nad gniewem i odrazą, jakie wywoływały w nim te wspomnienia.
– Byłem w stanie to zrobić, ponieważ, jak Eminencja dobrze wie, wielu w szeregach tego Kościoła, zwłaszcza antysemici, wiernie służyli Trzeciej Rzeszy. – Morgen zignorował ostrzegawczą zmarszczkę na czole kardynała i kontynuował. – Nie chciałem wierzyć w opowieść sierżanta; kiedy otwarto prowizoryczny skarbiec i dostałem do rąk złotą szkatułę zawierającą opis Męki Zofii, jej całun oraz inne dokumenty, wszystkie wątpliwości ustąpiły przerażeniu. Kiedy odstawiono szkatułę do skarbca, wartownik otworzył inne pomieszczenie i pokazał mi dokument, pakt zawarty między Hitlerem a papieżem Piusem XII.
Morgen skoncentrował się na wzroku kardynała.
– Kiedy czytałem tekst o papieskich ustępstwach, czułem, jak moja wiara się rozsypuje, ja sam zaś byłem bliski postradania zmysłów – cedził te słowa, potrząsając głową, jak gdyby wciąż żałował tego, co widział przed ponad pół wiekiem. – Wciąż widzę siebie, zupełnie jakbym wystąpił z własnego ciała. Przestałem panować nad sobą, a moja pięść podążyła w kierunku gładkiej, białej szyi wartownika. Moje ręce były wtedy poza kontrolą. Biłem wartownika do chwili, kiedy osunął się na ziemię, zakrwawiony i nieprzytomny.
Morgen oddychał teraz ciężko, jak gdyby raz jeszcze jego ciało wykonywało ogromny wysiłek.
– Wtedy sięgnąłem po złotą szkatułę. Z tyłu dobiegł mnie krzyk: „Stój” i zobaczyłem młodego sierżanta, który widział, co się wydarzyło; mierzył do mnie.
– „Strzelaj!”, powiedziałem. Jestem gotów umrzeć”. Sierżant zaprzeczył ruchem głowy. „Nie” – „Musi ojciec uciekać”. Obróciłem się i w zdumieniu zobaczyłem, że sejf, w którym ukryty był całun, zamykał się samoczynnie, uruchomiony przez mechanizm zamontowany w skalnej ścianie. Zawróciłem, chcąc zabrać ze sobą szkatułę, ale sierżant rzucił się do przodu, chwycił mnie za ramiona i wyciągnął w momencie, gdy drzwi sejfu zamknęły się. Uratował mi życie. Gdyby nie on, zginąłbym zamknięty w środku jak w pułapce.
Morgen pokręcił głową z niedowierzaniem.
– Czasami żałuję, że tak się wtedy nie stało – wyznał i pociągnął łyk herbaty, ręka, w której trzymał filiżankę, drżała. – Powiedział mi, że w kopalni są specjalne urządzenia zabezpieczające sejf, miny pułapki, które zabiłyby każdego, kto chciałby wykraść relikwie.
Nagle z oddali dobiegły głosy. Uświadomiłem sobie, że pozostanie przy życiu na tyle długo, by zdążyć objawić światu, co tam się działo, mogło okazać się trudniejsze niż sprawienie, by świat uwierzył w to, co zobaczyłem. Sierżant wymyślił naprędce jakąś historyjkę i zatrzymał ich na jakiś czas, a ja uciekłem z kopalni. Ale po chwili stałem się ściganą zwierzyną.
Morgen milczał pogrążony we własnych myślach; przez moment chciał je chyba zdradzić, ale po raz kolejny zrezygnował. Był wdzięczny, że jego syn, o którym nikt nie wiedział, zdołał uniknąć okropieństw wojny, i modlił się do Boga o wybaczenie krnąbrnemu duchownemu słabości, której kiedyś się dopuścił. Modlił się także o to, żeby Bóg wybaczył mu dumę, jaką czuł każdego dnia, patrząc jak chłopiec przemienia się w mężczyznę. Cierpiał tortury, spoglądając w oczy chłopca, słuchając, jak ten mówi do niego „ojcze” i nie mogąc wyjawić mu prawdy. Wiedział, że musiałyby upłynąć lata, zanim chłopiec zaakceptowałby rzeczywistość: że prawdziwym jego ojcem nie był dzielny Oberleutnant, który poniósł śmierć, walcząc z polskimi barbarzyńcami, lecz małomiasteczkowy ksiądz, który kochał jego matkę bardziej niż jej mąż. Nie miał prawa uczynić tego, co uczynił, ale czasami…
Morgen przywołał we wspomnieniach gospodę nad jeziorem, którą pod nieobecność męża prowadziła Anna. Po raz kolejny przypomniał sobie cudowne fantazje, które rozgrywały się dzień po dniu w jego myślach, że odrzuci śluby kościelne, ożeni się z Anną i będzie wychowywał syna. I kolejny raz przypomniał sobie, że został zaślubiony Kościołowi – nawet jeśli niektórzy wysocy hierarchowie poszli na kompromis w imię „wyższych celów”. Nie, nie mógł zaprzeczyć, że jego syn był owocem słodkiego grzechu, za który powinien uzyskać prawdziwe rozgrzeszenie.
Odpędził myśli o Annie i synu.
– O czym ojciec myślał? – dopytywał się Braun.
– O czym? Znów biegłem w kierunku małej kamiennej chaty na południowym brzegu jeziora, gdzie miał czekać Jacob Yost.
Morgen czuł, jak wali mu serce. Do tego stopnia był zaabsorbowany myślami o synu, że przez moment zapomniał o podwójnej gardzie.
– Świetnie! – odezwał się Braun tryumfująco. – Przypomniał sobie ojciec coś nowego! – A więc, kim był ów Jacob Yost?
Schwytany w pułapkę Morgen wiedział, że nie ma wyboru i musi kontynuować relację, starając się jednak wyjawić jak najmniej szczegółów, chociaż trzymając się prawdy.
– Yost miał kontakty z ruchem oporu – wyjaśnił Morgen. – Rozmawiałem z nim krótko po pierwszym wyznaniu sierżanta SS. Miałem nadzieję, że będzie w stanie przekazać informacje Amerykanom, a za ich pośrednictwem całemu światu. Wiedziałem, że to zrobi, nawet gdyby miał zapłacić życiem. Już niemal dobiegałem do chaty. Esesmani postrzelili mnie. Rana była lekka, ale spowalniała moją ucieczkę, oni zaś zbliżali się. I wtedy wkroczyła Boska Opatrzność.
Kardynał uniósł brwi, jak gdyby wcześniej nie wiedział o tym z zapisów rozmów z księdzem.
– Do miasteczka zbliżali się Amerykanie, ostrzeliwali okolicę. Jeden z pocisków upadł na zamarznięte jezioro między mną a ścigającymi mnie esesmanami, bliżej nich. Na zawsze zapamiętam, jak eksplozja rozerwała lód pokrywający jezioro. Wybuch uniósł w górę ogromne kry i żołnierze wpadali do ciemnej wody. Później bryły lodu spadały, jak kawałki układanki, zakrywając tonących.
Dotarłem do chaty, w której miałem spotkać się z Yostem. Kiedy wszedłem do przedsionka, drzwi otworzyły się, ale zamiast Yosta dostrzegłem wysoką postać odzianą w mundur oficera SS. Odwróciłem się i rzuciłem do ucieczki. – Głos Morgena zadrżał. – Tamten strzelił mi w głowę.
W pomieszczeniu wciąż rozbrzmiewały ostatnie słowa księdza. Jasny dzień dobiegał końca, słońce zaczęło zachodzić za górskie granie. Siedzieli tak przez dłuższy czas, obserwując zapadający zmierzch, żaden nie chciał spojrzeć w oczy drugiego.
Kiedy Braun odezwał się wreszcie, wydawało się, że jego głos niesie echo.
– Ojcze, doceniam ogromny wysiłek związany z przypomnieniem sobie tych wydarzeń i pragnę podkreślić, jak było to dla mnie ważne, zwłaszcza że ojciec przypomniał sobie coś nowego. – Przerwał na chwilę, szukając odpowiednio dobranych słów. – Oprócz tego, że ten nowy fakt jest istotny, kardynalne pytanie brzmi następująco: Czy przypomina sobie ojciec, w której z nich spośród setek kopalni soli znajdowała się relikwia Sekretnego Mesjasza?
Morgen włożył wiele wysiłku w to, by sprawić przed kardynałem wrażenie, że ze wszystkich sił pragnie sobie przypomnieć.
– Nie, Wasza Eminencjo. To jeden z wielu szczegółów, które rany głowy na zawsze zabrały z mej pamięci.
Z pełną premedytacją skłamał.