W luksusowym apartamencie w rezydencji Nochspitze Amerykanin po raz kolejny czytał materiały otrzymane od kardynała Neilsa Brauna. Był do głębi zatroskany.
Wyszedł na wąski balkon, z którego widać było dolinę rzeki Inn. Zapadła już głęboka noc, zimne powietrze ostro wcinało się w ciastowatą mgłę; jaka wypełniała jego myśli. Oparł dłonie na balustradzie; wyglądał jak kaznodzieja stojący na ambonie, gotowy do wygłoszenia kazania.
Przywołał w myślach osobliwe informacje otrzymane od Brauna: drugi Mesjasz, kobieta, morderstwo, masowe morderstwo z rozkazu papieża, zmiany w Piśmie Świętym, korygowanie historii – łatwe wtedy, kiedy jeszcze tak niewiele było zapisane. Wszystko to miało służyć zatuszowaniu istnienia nowego Mesjasza.
Braun był całkiem przekonujący, gdy twierdził z uporem, że istnienie drugiego Całunu nie miało większego znaczenia dla wiernych. Tak naprawdę liczył się symbol zmartwychwstania i zbawienia oraz wiara w Boga. Ludzie nie byli gotowi… nie mogli i nie byliby w stanie zaakceptować drugiego Mesjasza w żeńskiej postaci.
Ujawnienie prawdy wstrząsnęłoby posadami wiary w Kościół katolicki, powodując niewypowiedziane cierpienia duchowe. Prawda nie wyzwoliłaby wyznawców chrześcijaństwa, lecz jedynie uczyniłaby ich nieszczęśliwymi.
Było oczywiste, że chodziło o rozruchy i niepokoje związane z dzieleniem się Kościoła na sekty, co byłoby oczywistym efektem ujawnienia tych informacji. Mówili też o ludziach takich jak Żyrinowski, którzy wykorzystaliby sytuację do zwiększenia własnych wpływów i umocnienia swej pozycji w Rosji oraz poza jej granicami. Zwolennicy Żyrinowskiego byli ludźmi nieobliczalnymi, bardziej pokroju Idi Amina niż Stalina, chociaż jeden i drugi zamordował więcej niewinnych ludzi niż Hitler. Powszechne niezadowolenie spowodowane upadkiem komunizmu sprawiło, że Żyrinowski i jego zwolennicy zawsze byli na drugim miejscu w wyścigu do władzy. Jeśli kiedykolwiek ją przejmą, jedyną otwartą kwestią będzie to, gdzie dojdzie najpierw do krwawej łaźni.
Amerykanin wpatrywał się w ciemności, szukając odpowiedzi – odpowiedzi, które pozostawały równie ulotne, co spadające gwiazdy na nocnym niebie nad jego głową. Jego umysł, intelekt, wszystko, w co dotąd wierzył, mówiło, że mieli rację, że żadna prawda nie była warta ujawnienia, jeśli miała pociągnąć za sobą przemoc, śmierć i społeczne wrzenie.
Ale serce nie chciało tego słuchać.
Amerykanin wszedł z powrotem do pokoju i zamknął za sobą balkonowe drzwi, odcinając się od mroku. Stał przez chwilę, spoglądając na grube woluminy stojące na biurku i leżące na podłodze. Pełna historia losów Zofii: tłumaczenia rozmów przeprowadzonych z nią samą i z mieszkańcami osady, dekrety cesarza Konstantyna oraz opisy losów szkatuły wraz z wyczerpującymi i wiarygodnymi dowodami, na ile można je było zrekonstruować, aż do czasu, gdy zniknęła z bawarskiej rezydencji w połowie lat trzydziestych dwudziestego stulecia.
Przetarł zmęczone oczy i spojrzał na zegarek. Minęła już północ, lecz ciągle jeszcze nie czuł się senny. Usiadł z powrotem na krześle przy biurku, wziął do ręki kartki z notatkami i po raz kolejny zaczął przeglądać własne zapiski.
Po masowej zbrodni żałobny Całun Zofii oraz dokumentacja potwierdzająca autentyczność jej istnienia zostały umieszczone w dużej szkatule wykonanej ze złota i wysadzanej szlachetnymi kamieniami. Zamknięto wieko, a krawędzie stopiono, odciskając pieczęć cesarza oraz święte pieczęcie papieża Sylwestra I. Szkatuła została umieszczona w krypcie, w miejscu, w którym później wzniesiono Bazylikę Świętego Piotra i tam spoczywała w spokoju przez kolejne siedem wieków.
To straszne, myślał Amerykanin, czytając notatki po raz, jak mu się wydawało, pewnie tysięczny. Zupełnie jak w horrorze – archeolog i jego piękna asystentka otwierają grobowiec z mumią, uwalniając tym samym antyczną klątwę. Tyle że teraz miał do czynienia z prawdą, sięgającą starożytności, prawdą o Bogu i zbrodni; prawdą, która wróciła i miała straszyć świat. Znów zaczął czytać, starając się zrozumieć sens koszmaru.
Tak więc Całun i dokumentacja leżały złożone w krypcie, kiedy wznoszono nad nią Bazylikę Świętego Piotra, a każdy kolejny papież przekazywał sekret o Całunie swojemu następcy. I tak szkatuła przetrwała bezpieczna oblężenie Rzymu przez Wizygotów w roku 410 oraz Wandalów w 455 roku naszej ery.
Jednak Całun i jego tajemnica okazały się słabsze od polityki i postępującej degeneracji. Gdy zbliżał się kres pierwszego tysiąclecia istnienia Kościoła chrześcijańskiego, kolejni papieże oraz otaczające ich świty do tego stopnia oddali się nieumiarkowaniu i rozpuście, że dorównywali cesarzom rzymskim z pierwszych lat imperium. Rozpusta szalała w Watykanie, a stopniem perwersji śmiało mogli równać się Kaligulą. Słowa o Męce Zofii coraz częściej zaczęły wymykać się z ust pijanych i rozwiązłych papieży. Ten właśnie fakt, bardziej niż sama rozpusta i rozwiązłość, nakłonił część kościelnych hierarchów do działania.
W 1045 roku Grzegorz VI przekupił swego poprzednika, Benedykta IX, i ten abdykował. To jednak jeszcze bardziej zaogniło sytuację, zamiast ją uspokoić. Jedna z frakcji przekonała Benedykta IX do wycofania się, w efekcie na tronie świętego Piotra zasiadało dwóch papieży. Wysiłki związane z negocjacjami, żeby jeden albo drugi ustąpił, zakończyły się niepowodzeniem, zatem trzecia frakcja doprowadziła do wyboru kompromisowego papieża, Sylwestra III. Wybór nie zadowolił jednak nikogo, zatem pod koniec 1045 roku już trzech papieży zwalczało siebie nawzajem i zabiegało o serca oraz dusze świata chrześcijańskiego, a także, co nie dziwi, o znaczące bogactwa i władzę.
Kiedy trzej Namiestnicy Chrystusowi walczyli ze sobą, kilku bardziej rozsądnych kościelnych dostojników ukryło szkatułę z Całunem Zofii i innymi bezcennymi relikwiami, chowając ją w labiryncie korytarzy Watykanu. Dzięki temu żadna z relikwii nie została wykradziona ani też wykorzystana przez pretendentów do papieskiego tronu.
Ci sami dostojnicy wysłali też emisariuszy do Henryka III, cesarza Świętego Cesarstwa Rzymskiego, z prośbą o interwencję. W 1046 roku Henryk III osadził na Tronie Piotrowym czwartego papieża, Klemensa II, a decyzję poparły rycerskie zakony.
Niezbyt stabilna równowaga zdołała przetrwać dziesięć lat, do czasu śmierci Henryka III w 1056 roku. Władzę odziedziczył po nim jego syn Henryk IV, który w chwili śmierci ojca miał zaledwie sześć lat.
Amerykanin przymknął oczy i pocierał nos palcem. Jak do diabla papież mógł utrzymywać, iż jest nieomylny? Sodomia, nekrofilia, orgie, które przyprawiłyby o rumieniec wstydu Rzymian. Zachłanność, chciwość, żądza władzy. Nie było bezeceństwa, którego nie dopuściliby się papieże. A przecież wiara w to, że byli nieomylni, wymagała uwierzenia w to, że sam Bóg sankcjonował taki porządek rzeczy.
Amerykanin powrócił do nagryzmolonych własną ręką notatek, ale słowa zaczęły rozpływać mu się mu przed oczami. Nadchodził sen.
W 1061 roku zmarł papież Mikołaj II, a schedę po nim przejął Aleksander II. Ten nie cieszył się popularnością wśród biskupów na dworze Henryka IV, wykorzystano więc fakt, że każdy zwierzchnik Kościoła w tamtym czasie musiał uzyskać aprobatę cesarza, i na synodzie w Bazylei ogłoszono wybór Aleksandra II za nieważny, a na jego miejsce wyznaczono Honoriusza II.
Młody cesarz miał już wtedy jedenaście lat i coraz częściej nie zgadzał się z opiniami duchownych dostojników z własnego dworu. Dlatego też arcybiskup Anno z Kolonii uprowadził w 1062 roku Henryka IV i sprawował władzę w jego imieniu.
Cesarz odzyskał wolność w 1066 roku i blisko dekadę władał cesarstwem w miarę harmonijnie współpracując z Kościołem w Rzymie. Ale w 1076 roku biskupi niemieccy, którzy mocno dzierżyli władzę na dworze Henryka, kolejny raz sprzeciwili się Rzymowi. Odmówili uznania wyboru na papieża Grzegorza VII, a na synodzie cesarskim w Worms ogłosili jego detronizację. Wtedy Grzegorz VII obłożył ekskomuniką Henryka IV i wszystkich niemieckich biskupów. Pozbawiony świętych fundamentów władzy Henryk IV stanął w obliczu wojny domowej i buntów chłopskich, oraz utraty królestwa. Skarcony w ten sposób młody cesarz okazał skruchę i w 1077 roku uzyskał w Kanossie przebaczenie, a Grzegorz VII przywrócił mu jednocześnie tytuł cesarski.
Ale skrucha Henryka okazała się tylko grą, za którą stali niemieccy biskupi, a podjęte działania miały służyć wyłącznie zyskaniu na czasie. Jeszcze w tym samym roku ponownie ogłosili oni usunięcie z Tronu Piotrowego Grzegorza VII i wybrali na jego miejsce własnego papieża, Klemensa III.
Rozwścieczony Grzegorz VII ponownie obłożył ekskomuniką Henryka oraz jego biskupów i podjął dodatkowe kroki, przyznając płaszcz cesarski Świętego Cesarstwa Rzymskiego rywalowi Henryka, Rudolfowi Szwabskiemu.
W 1079 roku armia Henryka IV pokonała Rudolfa, jego samego zabijając, rozbiła wojska lojalne wobec niego, a potem najechała na Włochy. Cztery lata później Henryk IV zdobył Rzym i zmusił Grzegorza VII do ucieczki. Podczas pobytu w Rzymie Henryk osadził na tronie papieskim Klemensa III, po czym wyjechał, zabierając ze sobą jako część łupów zdobytych w trakcie zwycięskich bitew między innymi złotą szkatułę wysadzaną drogimi kamieniami.
Amerykanin odsunął się od biurka i wstał. Miał dość lektury na tę noc oraz dość materiału do przemyśleń na całe życie. Podszedł do łóżka zarzuconego jego ubraniami, lecz umysł ciągle nie mógł opędzić się od myśli o Całunie.
Przez osiem stuleci miejsce ukrycia Pasji Zofii oraz jej żałobnego Całunu pozostawało właściwie nieznane. Na podstawie skąpych danych źródłowych, jakie pozostały po Henryku IV i jego następcach, można było wyciągnąć wniosek, że żaden z nich nie znał prawdziwej wartości tego, co znajdowało się w szkatule. Nie poświęcono jej specjalnej uwagi w dokumentach królewskich ani też nie traktowano w specjalny sposób. Po prostu zapomniano o niej. I nikt nigdy nie wspomniał o złotej szkatule i ukrytej w niej bezcennej relikwii do czasu, kiedy pojawiła się ponownie w 1935 roku w Bawarii.
Amerykanin zaczął się rozbierać, ciągle jednak myślał o uczonych dysertacjach, jakie czynili kościelni historycy w odniesieniu do prawdopodobnych losów szkatuły. Nie można było wykluczyć, że szkatułę otrzymał w prezencie jeden z wysoko postawionych dworzan. Następnie przypuszczalnie przekazywano ją w rodzinie z pokolenia na pokolenie, aż wreszcie któryś ze spadkobierców doszedł do wniosku, że warto by ją sprzedać. Być może potrzebował pieniędzy albo po prostu nie widział żadnego pożytku z posiadania jarmarcznego, wysadzanego kamieniami złotego pudełka, pochodzącego z odległej przeszłości.
Bez względu na to, co działo się w ciągu dziewięciuset lat, czyli od chwili gdy Henryk IV zabrał szkatułę z Watykanu, konkretne informacje pochodziły z wiosny 1935 roku.
Działając na zlecenie Hitlera, niemiecki rząd pobierał od żydowskich obywateli Trzeciej Rzeszy drakońskie podatki. Ci, którzy nie byli w stanie płacić, zmuszeni zostali do sprzedaży domów oraz rodzinnych interesów dostojnikom Rzeszy lub ich totumfackim.
Oczywiście większość Żydów nie dysponowała odpowiednią gotówką, by móc płacić horrendalne podatki narzucone przez nazistów, zatem przekazywali poborcom podatkowym biżuterię i rodowe pamiątki, wliczając w to dzieła sztuki, cenne książki, antyki oraz inne wartościowe przedmioty.
Amerykanin założył bluzę od piżamy i przeszedł przez pokój, by wyłączyć światło. Przez moment stał przy włączniku, jakby zastanawiając się, czy bardziej jest zmęczony czy podniecony odkryciem, jakiego dokonał tego dnia. Spojrzał na książki leżące na biurku, potem podszedł do nich i sięgnął po kartki z notatkami.
Człowiek ten nazywał się Sheldon Brucker i był dobrze prosperującym handlarzem antyków w Bad Tolz, małej miejscowości na południe od Monachium. Brucker oddał złotą szkatułkę wysadzaną biżuterią jako równowartość podatków narzuconych przez nazistowskie władze.
W tamtym czasie Hitler nie utworzył jeszcze Sonderauftrag Linz – struktury odpowiedzialnej za gromadzenie zbiorów sztuki przeznaczonych do Muzeum Fuhrera w Linzu, ale już w 1935 roku uświadomił sobie potrzebę szczegółowego katalogowania obiektów zrabowanych Żydom, żeby nic, co wartościowe, nie zostało przetopione lub zniszczone. Przedmioty otrzymane od marszandów, handlarzy antykami oraz po prostu od bogatych Żydów oceniane były z większą starannością niż reszta zdobyczy. Znawcy sztuki oraz historycy zmuszeni do służby na rzecz Trzeciej Rzeszy zorientowali się w końcu, jak cenna jest niezwykła szkatuła z odciśniętymi pieczęciami Konstantyna i papieża Sylwestra I.
Szkatułę otworzono ostrożnie, aby jej nie uszkodzić, a dokumentację znalezioną w środku przetłumaczono bez zwłoki na język niemiecki. Od momentu, kiedy przedstawiono Adolfowi Hitlerowi ustalenia, Pasja Zofii stała się obiektem skrywanym ze szczególną pieczą. W końcu Całun oraz dokumentacja, której wiarygodność nie budziła cienia wątpliwości, zostały wykorzystane przez Hitlera do wymuszenia na Watykanie milczenia w sprawie holocaustu. Kościół zamknął oczy na czynione zło w nadziei, że uchroni to świat przed innym, być może jeszcze większym złem.
Amerykanin wstał, wyłączył światło i spacerował w ciemności.
Hitler ukrył Całun szczególnie starannie. Na tyle, że w chaosie, jaki towarzyszył upadkowi Trzeciej Rzeszy, relikwia bezpowrotnie zaginęła. Zupełnie tak jak przed wiekami zniknęła z watykańskiej krypty.
Wsunął się pod świeżą, chłodną pościel, jednak okropieństwa związane z historią sprawiły, że tej nocy nie zmrużył nawet oka.
Zoe stała pośrodku swej celi i tym razem pozwoliła, żeby wokół niej rozbrzmiewała kakofonia dźwięków. Nie zatkała uszu prowizorycznymi zatyczkami ponieważ chciała, by każdy fragment pomieszczenia zanurzył się w jej umyśle. Tylko ono mogło wskazać jej drogę, musiała jedynie bardzo się skoncentrować.
Spojrzała na komputer ustawiony na zdezelowanym biurku, odrapane krzesło i lampkę z postrzępionym sznurem, który oznaczał śmierć dla kogoś, kto nie wykazałby się dostateczną ostrożnością. Obok komputera resztki wieczornego posiłku. Obróciła się w prawo, przed sobą miała metalowe drzwi z wentylatorem oraz dalej w rogu nocnik. Kolejne ćwierć obrotu i łóżko. Jeszcze jeden obrót i jej spojrzenie padło na tekturowe pudła, które wykorzystywała do przechowywania ubrań, jakie oni jej dostarczyli. I znów spojrzenie na komputer.
Nie było możliwości pokonania betonowych ścian i podłogi. Poza tym w biurze nad głową zawsze ktoś przebywał. Podeszła do drzwi i przeprowadziła rutynową wieczorną inspekcję w nadziei na odrobinę inspiracji. Wciąż był to ten sam gruby metal; bolce od zawiasów ciągle były przyspawane tak, że w żaden sposób nie dałoby się ich wysunąć, a drzwi zamknięte były od zewnątrz.
Serce waliło jej w piersiach: powoli, głęboko i mocno. Z pewnością było jakieś wyjście, musiała je tylko dostrzec.
Pomyślała o wykorzystaniu elektrycznego piecyka do spowodowania pożaru, który z kolei mógłby przyczynić się do spalenia drewnianego stropu.
Ale wcześniej pożar spowoduje jej własną śmierć. Albo zostanie zgaszony przez zraszacze. Albo ona sama zginie z ręki tych, którzy zejdą z góry, by ją ukarać za próbę ucieczki.
Nie. Było jasne, że musi wymyślić coś, co nakłoni ich do otwarcia drzwi. I to w chwili, kiedy nie będzie przykuta kajdankami do Zwalistego, a Sergiejew nie będzie obserwował ich z palcem przyłożonym do spustu pistoletu. W jakimś momencie, który jak dotąd nie zdarzył się ani razu w ciągu sześciu minionych miesięcy, ale który powinien zdarzyć się następnego dnia lub może za parę dni. W momencie, który jeszcze nie nadszedł i nie nadejdzie sam z siebie.
Ten moment nie nadejdzie, pomyślała ponuro. Przez całe miesiące nie obmyśliła sposobu ucieczki i nie było powodu sądzić, że rozwiązanie w cudowny sposób objawi się teraz, gdy koniec był tak bliski.
Przygnębienie ogarnęło serce niczym wieczorny mrok. Zobaczyła oczy Setha i przez moment miała przed oczami jego twarz. Już nigdy jej nie zobaczy. Oślepiły ją łzy, ciemność napęczniała w piersiach, w małym pomieszczeniu słychać było jedynie bicie jej serca.
– Cholera! – Otarła łzy. – Weź się w garść, Zoe Ridgeway.
Lecz nie powstrzymało to fali frustracji, gniewu i strachu. Nie widząc nic przez napływające łzy, Zoe padła na łóżko, a zardzewiałe sprężyny głośno zaskrzypiały.
Nie miała pojęcia, jak długo płakała, kiedy kolejny raz poczuła w sobie pragnienie modlitwy.
– Nie!
Potrząsnęła głową, sprzeciwiając się własnym myślom, potem wstała i wzięła rolkę papieru stojącą przy nocniku. Otarła łzy spływające po policzkach.
– Cholera! – westchnęła głośno, potem odrzuciła rolkę w poprzek pokoju w kierunki kosza na śmieci.
Zanim ponownie zebrała w sobie siły, pragnienie odmówienia modlitwy całkowicie ją opanowało; przez moment widziała w pomieszczeniu mnóstwo prehistorycznych bogiń i słyszała echo słów Thalii. Usiadła na łóżku, złożyła dłonie między kolanami, pochyliła głowę.
– Pan jest moim pasterzem – powiedziała cicho, rozpoczynając Psalm dwudziesty trzeci, którego nauczyła się na pamięć jako dziecko w niedzielnej szkółce, i który recytowała przed rozpoczęciem każdej lekcji. Tym razem jednak pasterz miał kobiecą twarz.
– Nie brak mi niczego – kontynuowała, starając się wydobyć z pamięci słowa, które przez lata wyblakły.
– Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach; prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć.
…Wiedzie mnie po właściwych ścieżkach przez wzgląd na swoje imię. Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną.
– Zła się nie ulęknę.
Myśl ta rozluźniła supeł, jaki zawiązał się w jej sercu. Chodziła po pomieszczeniu, starając się wygrzebać słowa głęboko zakopane w pamięci.
– Twój kij… – przypominała sobie z trudem. – Twój kij i twoja laska właśnie mnie pocieszają.
Uśmiechnęła się nieśmiało; przypomniała sobie, jak chłopcy w tym momencie chichotali oraz jak bardzo zarumieniła się, kiedy w końcu zrozumiała przyczynę ich śmiechu.
– Stół dla mnie zastawiasz wobec mych przeciwników; namaszczając mi głowę olejkiem; mój kielich jest przeobfity…
Kiedy ta myśl przyszła jej do głowy, niemal szarpnęła ją fizycznie, zatrzymując w pół kroku.
O mój Boże, pomyślała, gdy podniosła wzrok do góry.
– To jest to! – wykrzyknęła.
Uśmiechnęła się szeroko, a jej oczy po raz kolejny rozglądały się po pomieszczeniu. Po raz pierwszy jednak zobaczyły to, co powinny widzieć.
To właśnie jest wyjście z tej dziury.
Całe ciało Zoe zdawało się drżeć, gdy usiłowała zapanować nad nagłą euforią.
– Dlaczego nie dostrzegłam tego wcześniej? Przecież nic się nie zmieniło. Wszystko to było cały czas widoczne.
Pomyślała, że być może potrzebne były całe miesiące duchowych przygotowań, zapisywania w pamięci każdego możliwego detalu, nieustanna praca nad możliwymi scenariuszami, kombinacjami i rekombinacjami – wszystko, co pomogło skoncentrować się na działaniach wymuszonych przez nieuchronnie nadchodzącą śmierć.
Mogło tak być, pomyślała. Potem jej myśli pobiegły ku biblijnej przypowieści o człowieku, któremu spadły z oczu łuski.
– Dzięki Ci, Boże – wydusiła z siebie w końcu.