Rozdział 6

Blady zimowy dzień już dawno ustąpił miejsca rzymskiemu zmierzchowi, kiedy Amerykanin skończył zdawać relację asesorowi. Kardynał Neils Braun siedział odwrócony plecami do gościa, spoglądał w okno i obserwował odbicia ich twarzy w szybie.

Amerykanin zeszczuplał, pomyślał Braun. Twarz młodego mężczyzny przecinały teraz głębokie bruzdy, które nieoczekiwanie pojawiły się w ciągu minionych sześciu miesięcy.

– Wciąż nie rozumiem, w jaki sposób zdołali nas wywieść w pole – powiedział Amerykanin znużonym głosem.

On nie skarży się ani nie szuka wymówek, pomyślał kardynał. To dobrze. W końcu worki pod jego oczami mówiły o wiele bardziej dobitnie o nieustających wysiłkach, niż mogły to uczynić najstaranniej nawet dobrane słowa.

– Jesteś pewien, że dysponujesz wszystkimi niezbędnymi środkami? – zapytał Braun, odwracając się od okna i patrząc w twarz Amerykaninowi.

Przytaknął.

– Okazałeś się niezwykle hojny. Wykorzystałem też w dużym stopniu środki udostępnione przez mojego pracodawcę.

Kardynał skinął głową, potem nieoczekiwanie uśmiechnął się.

– W odpowiednim czasie Bóg wynagrodzi nas obu.


Amerykanin próbował, choć bez powodzenia, ukryć westchnienie ulgi.

– Postąpiłeś słusznie, nie zadając zbyt wielu pytań i nie starając się zgłębiać rzeczy zbyt wnikliwie – powiedział kardynał po chwili milczenia.

– Dziękuję. Prawdę mówiąc, nie mam zamiaru wścibiać nos w nie swoje sprawy. Chyba byłoby dla mnie lepiej, gdybym nie znał większości szczegółów…

Braun przytaknął.

– Pomyślałem jednak, że jeśli poznasz głębiej istotę sprawy, być może ułatwi ci to prowadzenie poszukiwań i natchnie kreatywnymi pomysłami.

– Skoro tak uważasz – odparł Amerykanin niepewnie. – Jak najbardziej.

– Czy w ciągu minionych miesięcy zastanawiałeś się, co może znajdować się w szkatule, której szukasz? – zapytał kardynał. – I jak jej zawartość może potwierdzić autentyczność całunu Zofii i jej prawdziwą rolę jako Mesjasza? W końcu rozmawiamy o wydarzeniach sprzed blisko siedemnastu stuleci… Wojny, krucjaty, polityczne wstrząsy… jak można udowodnić coś z tamtego okresu, nie żywiąc przy tym uzasadnionych wątpliwości?

– Zastanawiałem się nad tym i doszedłem do wniosku, że wolałbym tego nie wiedzieć – odparł.

Braun uśmiechnął się.

– Być może dla ciebie, jako członka tego Kościoła i człowieka wierzącego, byłoby lepiej nie wiedzieć. Jesteś jednak żołnierzem Boga, zatem uważam, że szczegóły dopomogą ci w twoich poszukiwaniach.

Oczy Amerykanina wytrzymały wzrok kardynała, po dłuższej chwili przytaknął z ociąganiem.

– Historia jest pełna dowodów – zaczął Braun. – Zacznij my zatem od 310 roku naszej ery, kiedy Zofia to przyszła na świat w kupieckiej rodzinie z maleńkiej anatoliskiej osady, najprawdopodobniej jako dziecko z nieprawego łoża najstarszej córki kupca. Okoliczności związane z jej narodzinami nie są bliżej znane. Rodzina dokładała starań, by utrzymać w tajemnicy przyjście na świat nieślubnego dziecka, a czyniła to skutecznie przez trzynaście lat. Dziewczynce nigdy nie pozwolono wychodzić poza granice rozleglej posiadłości; nigdy nawet nie kontaktowała się ze służbą. Oczywistym wytłumaczeniem takiej tajemnicy byłby wstyd, dzięki jednak pamiętnikowi prowadzonemu przez matkę dziewczynki wiemy, że prawdziwe powody wiążą się z nadprzyrodzonymi zdarzeniami, jakie miały miejsce począwszy od połowy okresu ciąży.

– Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa matka dziewczynki, będąc w stanie brzemiennym, zaczęła głosić proroctwa, z których wszystkie dotyczyły prozaicznych sytuacji dnia codziennego, w tym również związanych z kupiecką profesją ojca. Wszystkie przepowiednie spełniły się co do joty.

– Po narodzinach dziecka, ludzie, którzy kąpali niemowlę lub nosili je na rękach, także otrzymywali przejściowe zdolności wieszczenia. Fakt, że Zofia nie została zgładzona nie tylko z powodu pochodzenia z nieprawego łoża, ale także ze względu na opętanie przez demony, dowodzi, że rodzina wiedziała więcej o niezwykłości towarzyszącej przyjściu na świat dziewczynki, niż miała odwagę ujawnić w zapisie.

– Więcej? – zapytał zaintrygowany Amerykanin. – Na przykład?

– Być może dysponowali pewnymi poszlakami lub wskazówkami na temat boskiego pochodzenia dziewczynki. – Spojrzał z wahaniem na Amerykanina. – Ale jest to tylko spekulacja, a chciałbym się w tej rozmowie trzymać wyłącznie tego, co możemy udowodnić.

Amerykanin przytaknął.

– Wiara w zabobony w tamtych czasach, nawet bardziej niż obecnie, potrafiła doprowadzać do aktów przemocy. Opętanie przez demony oznaczało szybką śmierć z rąk któregoś z sąsiadów. Żeby zatem mieć pewność, iż plotka o córce nie rozniesie się po okolicy, a tym samym nie zagrozi jej samej i reszcie rodziny, dziewczynkę wychowywano w całko witej izolacji.

Jednak ściany i zamknięte drzwi nie stanowiły przeszkody dla rozwoju Zofii. W wieku trzynastu lat dziewczynka pokazała się u boku dziadka na targowisku. Zdarzenie to zostało potwierdzone w relacjach dwunastu mężczyzn. Zgodnie z ich przekazami, dziewczynka ich zahipnotyzowała, przemawiając niczym dorosły i tak dobierając słowa, że jej przemowa stała się kazaniem. Mężczyźni byli nią zauroczeni i zafascynowani. Przerażony dziadek przegonił ją do domu, obawiając się o swoje życie i swój stragan, a także o życie córki i reszty rodziny. Jednak do przejawów gwałtu i przemocy wcale nie doszło. W rzeczywistości zdarzyło się coś odwrotnego. Mężczyźni z targowiska opowiadając o zdarzeniu, byli w błogich nastrojach i całkowicie spokojni. Obdarzyli Zofię głęboką sympatią i wyrazili wolę oglądania jej częściej. Wkrótce stała się w osadzie prawdziwą osobistością, zaczęła też zdobywać wyznawców. Potem nastąpiły pierwsze przypadki uzdrowień.

– Czy naprawdę wierzysz w to? – zapytał zdumiony Amerykanin.

Braun przytaknął.

– Nie mam wyboru. Dokumenty są zbyt przytłaczające, że by nie dawać… jak zresztą zaraz się przekonasz. Rozważmy choćby przypadek Valeriusza Daia – pierwszy jej cud. W 285 roku naszej ery wcielony przymusowo do służby w armii rzymskiej, w 295 roku, za czasów cesarza Dioklecjana, został wysłany do Mezopotamii. Rok później Narses, władca Persji, rozgromił rzymskie legiony pod wodzą Galeriusza. Liczne relacje opisują szeroko losy Valeriusa Daia. Jego prawa noga została okaleczona i w efekcie sparaliżowana, co spowodowało, że został uznany za trwale niezdolnego do dalszej służby wojskowej.

Ślad pojawia się ponownie w małej osadzie niedaleko Smyrny, w której mieszkała Zofia. Z rozkazu jednego z cesarskich generałów, część podatku płaconego przez mieszkańców na rzecz Rzymu zamieniono w swego rodzaju fundusz rentowy. Nieduże kwoty wypłacano żołnierzom, którzy odnieśli rany, walcząc w imię cesarstwa. Była to pierwsza próba stworzenia funduszu rentowego dla weteranów. W każdym bądź razie imię Valeriusa Daia pojawiło się w zwojach dotyczących tej osady w roku 297 naszej ery. Potem w 323 roku, w dokumentacji pojawia się niezwykły wpis, dotyczący wstrzymania wypłat z tego funduszu, ze względu na „nadzwyczajne okoliczności, w rezultacie których porażona noga Valeriusa Daia ozdrowiała”.

Braun przerwał na moment, chcąc, by sens jego słów dotarł do rozmówcy. Uchwycił spojrzenie Amerykanina i pochylił się do przodu.

– Po prostu dotknęła jego nogi. Dotknęła i był zdrów jak ryba. Autorem relacji o tym cudzie jest miejscowy skryba, ale jesteśmy też w posiadaniu źródeł pochodzących z administracji wojskowej oraz finansowej, które to potwierdzają.

Znów zrobił pauzę.

– Istnieją również inne źródła. Rzymianie okazali się nie zwykle pedantyczni, jeśli chodzi o tworzenie i przechowywanie wszelkiego rodzaju dokumentacji. Do tego dochodzą relikwie i artefakty, które obecnie uchodzą za absolutnie wiarygodne źródła również skrupulatnie opisane i udokumentowane przez władze cywilne.

W pokoju zrobiło się chłodno i po raz pierwszy od momentu, kiedy Braun rozpoczął swój niezwykły monolog, Amerykanin zwrócił uwagę na to, że w gabinecie zapanował zmrok. Wstrząsnęły nim dreszcze.

– Ale wracając do tych wszystkich źródeł. W jaki sposób zdołały przetrwać przez siedemnaście stuleci?

W Watykanie jest budynek, w którego piwnicach znajduje się 65 kilometrów półek wypełnionych woluminami, pergaminami, glinianymi płytkami, tajnymi dokumentami oraz manuskryptami najwyższej rangi i znaczenia. Tam właśnie Kościół przechowuje m.in. sprawozdania z procesów czarownic, listy Joanny d’Arc, oryginalny rękopis z procesu Galileusza, petycję siedemdziesięciu angielskich lordów wnoszących błagania o unieważnienie małżeństwa Henryka VIII z Katarzyną Aragońską, dokumenty z wypraw krzyżowych, opisy skandalicznego życia prowadzonego przez mniszki z Monza, przekazy na temat proroctw, które już się spełniły oraz tych, które dopiero mają się spełnić. W L’Archivo Segreto Vaticano – Tajnym Archiwum Watykanu przechowywane są miliony dokumentów.

Znów przerwał na moment, jak gdyby przekładanie myśli na słowa sprawiało mu zbyt wielki ból.

– Do 1084 roku, kiedy to cesarz Henryk IV oblegał Rzym, całun Zofii, opis jej męki oraz inne źródła o niebudzącej cienia wątpliwości wiarygodności także spoczywały w L’Archivo. Sądzimy, że biograf cesarza Konstantyna, Euzebiusz, potajemnie gromadził wszystkie te przedmioty i zamknął je w złotej szkatule inkrustowanej klejnotami.

– Dlaczego on? Był przecież najważniejszym z biskupów Konstantyna?

– Z zemsty, co do tego mamy niemal pewność.

– Słucham?

– Wiemy obecnie, a potwierdzają to liczne źródła pisane, że Euzebiusz w skrytości ducha był poplecznikiem Ariusza, biskupa, który stał po stronie przegranych w trakcie Soboru Nicejskiego I. Euzebiusz był duchowym buntownikiem na dworze Konstantyna. Szkatuła, której zawartość skompletował – nazywamy ją dzisiaj Męczeństwem Zofii – zawiera bardzo wiarygodne dowody na potwierdzenie faktu, że Sobór Nicejski miał przede wszystkim zatuszować boskie pochodzenie Zofii, a nie wytyczać jednolity szlak, którym mieli odtąd podążać wyznawcy chrześcijaństwa.

Przez dłuższą chwilę spoglądał w milczeniu na swą dłoń, jak gdyby widział tam rozgrywającą się bitwę, która ujawniła światu prawdę.

– Kiedy informacje o cudach i naukach Zofii dotarły do Rzymu – ciągnął dalej Braun – zarówno papież Sylwester I, jak i cesarz Konstantyn uznali je za ekstremalne zagrożenie. W podręcznikach historii to okres reformacji przedstawiany jest jako czas największego zagrożenia dla Kościoła. W rzeczywistości to w tamtych latach instytucja kościelna była bardziej zagrożona. Wyobraź sobie, co musieli pomyśleć Konstantyn i Sylwester I, kiedy dowiedzieli się o istnieniu Zofii. Oto mieliśmy Konstantyna, pierwszego cesarza, którzy przyznał religii chrześcijańskiej oficjalne wsparcie i Sylwestra I, pierwszego papieża, który rządził oficjalnie po blisko trzystu latach prześladowań.

Wedle wszelkich reguł powinien to być okres rozkwitu Kościoła – kontynuował kardynał – w rzeczywistości wcale tak nie było. Członkowie Kościoła, który stał się teraz oficjalną, wspieraną przez państwo religią, utracili wzajemne zaufanie, konieczne do przetrwania. Wcześniej, kiedy wyznawcy musieli ufać członkom innych gmin, bo pozwalało to im uniknąć włóczących się band rzymskich legionistów, których celem było wytępienie chrześcijan, łatwo było zdusić herezję i utrzymać religijną jedność. Jedność oznaczała przetrwanie. Jednak z chwilą oficjalnego uznania przez cesarza Konstantyna Kościół szybko utracił tę wewnętrzną spójność. Dostojnicy, zachęceni oficjalnymi stosunkami z Rzymem, szybko przystąpili do tworzenia rozbudowanej biurokracji, z której słynie obecnie Watykan. Biurokracja zaczęła żyć własnym życiem, a to przyczyniło się do narastania rozlicznych konfliktów.

By zapewnić przetrwanie, Kościół dokonał szybkiej transformacji, przechodząc od ruchu religijnego, zrodzonego dzięki charyzmie przywódcy, do zbiurokratyzowanej instytucji. Należy zacząć od tego, że Kościół musiał stawić czoło członkom duchowych grup rozłamowych, a najgroźniejszą był ruch gnostyczny, które bezustannie przeciwstawiały się podstawowym zasadom ortodoksyjnej teologii. Chodziło między innymi o to, że Jezus przyjmował na uczniów i duchowych przywódców zarówno mężczyzn, jak i kobiety. Nauczał również, że Bóg zawiera w sobie w takim samym stopniu pierwiastek męski i żeński.

– Czy to są fakty autentyczne? Braun potwierdził skinieniem głowy.

– Dobry Boże – westchnął cicho Amerykanin.

– Tak – potwierdził kardynał ciepłym głosem. – Teraz zyskałeś już szersze spojrzenie na to, z czym się zmagamy, chroniąc ten sekret.

Zrobił pauzę.

– Dokąd zatem doszliśmy? – podjął po chwili. – Konstantyn. No tak, Konstantyn dostrzegł korzyści płynące z błogosławieństwa ze strony duchowego przywódcy, natomiast Sylwester wiedział z pewnością, jak trudno jest kierować Kościołem, gdy jest się wyjętym spod prawa przez władze cywilne. Kiedy więc usłyszeli o tej młodej dziewczynie żyjącej w odległej osadzie, wiedzieli, że muszą działać szybko, jeśli chcą wy eliminować jeszcze jedno zagrożenie dla ich władzy.

Emisariusze reprezentujący Konstantyna i Sylwestra wyruszyli więc w drogę, by złożyć wizytę niezwykłej pannie – kontynuował Braun. – Kiedy dotarli na miejsce, okazało się, iż sytuacja jest jeszcze poważniejsza, niż początkowo im się wydawało. Zofia, choć miała wtedy zaledwie piętnaście lat, stała się zaczynem nowej religii, której wyznawcami byli już mieszkańcy osady, a z okolicznych terenów dochodzili coraz to nowi zwolennicy.

Braun wstał, odsunął krzesło i powrócił do opowieści.

– Kościół znów był rozdzierany przez małe grupki, których wiara opierała się na różnicach w interpretacji świętych tekstów. Trwogę budziła w nich myśl o potędze i pokusie, jaką mogła tworzyć grupa zorganizowana wokół osoby o takiej sile ducha i charyzmie, jakimi cechowała się Zofia. Nie uszły ich uwadze nasuwające się porównania z samym Jezusem Chrystusem.

Braun ponownie usiadł na krześle.

– Poza tym – podjął, opierając łokcie na stole – ona była niewiastą. Żaden z apostołów uznanych przez ortodoksyjną teologię nie był kobietą. Kobiety…

– Przepraszam, Wasza Eminencjo…

– Neils.

Amerykanin zawahał się przez chwilę.

– Neils.

– Tak?

– Mówiłeś niczym prawnik, stwierdzając, że żaden z apostołów uznanych przez ortodoksyjną teologię nie był kobietą. Czy oznacza to, że wśród apostołów były także niewiasty, tyle że nieuznane później przez Ewangelię?

– Z całą pewnością – potwierdził Braun. – Najważniejszą wśród nich była Maria Magdalena. Ona i Piotr toczyli zresztą zagorzały spór.

– Wiesz o tym z tekstu Ewangelii gnostyków? Kardynał przytaknął.

– Z tego oraz innych świętych tekstów.

– I teksty te są równie wiążące, co księgi włączone do Biblii?

– Są równie ważne, ale były nad wyraz niewygodne dla Konstantyna oraz dla człowieka, który zbudował instytucję, jaka dotrwała do dziś dnia. Wiedz, że ostatecznie Piotr wy grał walkę o władzę z Marią Magdaleną i z tego właśnie powodu kobiety zostały zepchnięte do roli pomocników, drugorzędnych wyznawców w każdej wyznaniowej gminie. Chrześcijaństwo zapożyczyło od judaizmu i zinstytucjonalizowało doktrynę o dominacji mężczyzn w nowej religii, uzasadniając to przyczynami natury teologicznej „Ojcze nasz, któryś jest w niebie”. Dla nich Bóg jednoznacznie jest mężczyzną, podobnie jak jego syn. Przyznanie teraz, że Kościół mylił się pod tym względem, sprawiłoby, że papież stanąłby w ogniu krytyki także i w innych kwestiach.

Amerykanin siedział jak ogłuszony.

– Zrozumiałe jest więc – ciągnął dalej kardynał – że mężczyźni kierujący ówczesnym Kościołem byli ludźmi bardzo doświadczonymi i pragmatycznymi. Wiedzieli, że przetrwa nie Kościoła zależy od przyciągnięcia do zjednoczonej ortodoksyjnej religii jak największej liczby wyznawców, bo to ograniczyłoby rozłamy i zaburzenia, tym samym pomagając Konstantynowi w skutecznym rządzeniu. Z tych powodów odarli chrześcijaństwo z wielu jego elementów i uprościli wymogi, jak zostać chrześcijaninem: wystarczyło recytować „Wyznanie wiary”, być ochrzczonym i stosować się do dekretów wydawanych przez władzę. Poznawanie zakamarków duszy i weryfikowanie dogmatów nie było mile widziane, a nawet zakazane, gdyż jedno i drugie mogło pobudzać do stawiania pytań. Z kolei droga wyznaczona przez gnostyków była trudna, wymagała wielkiego duchowego wysiłku ze strony wyznawców.

Zwycięstwo Kościoła wymagało również pójścia na ustępstwa wobec pogańskich Rzymian. Z tego właśnie powodu dzień poświęcony Solowi, bogowi słońca, stał się naszą niedzielą. Z tego samego powodu święto rzymskiego boga Mitry, wypadające 25 grudnia, zamieniło się w nasze Boże Narodzenie. Takich inkorporacji pogańskich obyczajów jest bez liku.

Na twarzy Amerykanina pojawił się wyraz bólu.

– Ale powróćmy do osoby Zofii. Co oczywiste, konieczne było podjęcie szybkich i zdecydowanych działań – kontynuował Braun. – Emisariusze nie dysponowali jednak czasem, by wysłać posłańca do Konstantyna czy Sylwestra, zatem samodzielnie podjęli historyczną decyzję.

Kardynał znów przerwał i wypił łyk herbaty.

– Najstarszym woluminem w Tajnym Archiwum Watyka nu jest gruba księga wypełniona drobnym pismem skryby z dworu Konstantyna, w której zawarte są relacje z rozmów z mieszkańcami osady. Pytano ich o Zofię i o jej życie; ich opinie zapisano i porównywano z wcześniejszymi. Na samym końcu zamieszczono zapis rozmów z Zofią. Kiedy zakończono spisywanie zeznań, przeczytano raz jeszcze wszystkie relacje i uznano, że są ze sobą zgodne. Posiadam kopie tych zeznań, przetłumaczone na język angielski z łacińskiego oryginału… jako lekturę dla ciebie.

Amerykanin przyjął to do wiadomości skinieniem głowy.

– I co stało się wtedy?

– Rzymscy legioniści wycięli wszystkich w pień.

– Wszystkich! Wszystkich mieszkańców osady?

Braun przytaknął.

– Wszystkich co do jednego. Pisarza, stu pięćdziesięciu mieszkańców osady i Zofię – kontynuował Braun, drżącym głosem. – Ciała pogrzebano. Po tygodniu, kiedy w jaskini służącej za masowy grób robiono oględziny ciał zawiniętych w całuny, okazało się, że jedno z żałobnych płócien było puste. Na całunie widniało odbicie piętnastoletniej dziewczyny.

Kardynał wstał powoli z krzesła i podszedł do Amerykanina. Położył dłoń na jego ramieniu.

– Jesteśmy strażnikami tego sekretnego Mesjasza – rzekł. – Musimy odnaleźć Pasję Zofii i dopilnować, żeby nikt na świecie nigdy nie poznał tajemnicy – albo ewentualności, że ona oraz Pan Jezus mogą być jedynie dwoma spośród w wielu Mesjaszy zesłanych przez Boga, by nas nauczać lub poddać próbie. Ujawnienie tego sekretu rozsadziłoby w posadach naszą instytucję i na koniec otworzyło bramy przed wrogami wiary. Bo kiedy ludzie zaczną zadawać pytanie na jeden temat, zechcą je zadawać także na wiele innych. Jeśli dojdą do przekonania, że wcześniej ich oszukano, już nigdy nie odzyskamy ich zaufania. A to przyniosłoby jedynie niedolę i śmierć.

Amerykanin spojrzał na niego.

– Przykro… przykro mi, że o to zapytałem. Nie… nie miałem pojęcia. Chyba tak naprawdę nie chciałem tego wiedzieć.

– Prawda nie zawsze czyni wolnym – odparł Braun. – Zwłaszcza kiedy jesteś jednym z tych, którym wyznaczono misję niedopuszczenia, by jej moc wywarła szkodliwy wpływ na setki milionów twoich braci chrześcijan.

Загрузка...