Rozdział 12

Seth Ridgeway leżał na plecach, wpatrując się w ciemnościach w sufit. Jak zwykle prześcieradła owinęły się wokół niego, poskręcały i poplątały jak lina, a koc leżał zepchnięty w bezładzie w nogach łóżka. Przetarł twarz dłonią, by otrzeć krople potu, które perliły się na czole i górnej wardze. Wytarł dłoń o prześcieradło i obrócił się, próbując znaleźć na tyle wygodną pozycję, by zasnąć.

Lecz sen nie nadchodził. Widział szczury pełzające po ciele Tony’ego Bradforda, rozszarpujące go na kawałki, nagle zobaczył, że to Rebeka Weinstock; stała na pomoście i trzymała się za gardło, którego już nie było.

Położył na boku, zamknął oczy, ale znów pojawiały się twarze śmierci. Tej nocy udało mu się na chwilę zasnąć, zaraz po powrocie do domu z obrazem, lecz sen natychmiast spłoszyły koszmary: pogrążony był we śnie i nagle ktoś zapalił światło. Otworzył oczy i przekonał się, że leży na podłodze w magazynku wydziału filozofii. Nad nim stał Tony Bradford.

– Wstawaj ty leniwy draniu! – krzyczał.

Jego twarz zrobiła się czerwona i napęczniała z gniewu. Żyły po obu stronach szyi wystawały niczym grube liny.

– Wstawaj i prowadź zajęcia ze studentami!

Słowa Tony’ego były coraz głośniejsze, aż wreszcie nie był już w stanie ich zrozumieć. No i to rażące światło. Zamknął oczy, ale zdawało się, że promienie przechodzą przez powieki.

Ból eksplodował w klatce piersiowej i boku; przez moment znów znalazł się na ulicy. Dealer koki odbezpieczał uzi. Pierwsza seria pocisków trafiła partnera Ridgeway’a prosto w twarz. Druga uderzyła Setha w klatkę piersiową i obróciła go, następne kule trafiły już w bok i plecy.

W rzeczywistości tamtego dnia ciemność zapadła szybko, ale w koszmarze nadal było jasno.

Seth otworzył oczy i dostrzegł twarz partnera.

– Ty skurwysynu, powinieneś mnie ostrzec – warknął tam ten. – To powinieneś być ty; ty powinieneś zginąć, nie ja.

Seth usiłował wstać, chciał coś wyjaśnić, lecz nie mógł ruszać ani nogami, ani rękami, ani nawet ustami. Był sparaliżowany.

– Ty odrażająca kupo mięsa!

Twarz zmieniła się nagle w oblicze Rebeki Weinstock, ale oskarżający głos wciąż był głosem jego partnera. Seth czuł, jak łzy spływają mu po policzkach. Mógł przecież wszystko wyjaśnić, chciał to zrobić, ale nie był w stanie wydusić z siebie słowa. Zamiast Rebeki Weinstock, zobaczył Zoe.

– Pozwoliłeś im porwać mnie – odezwała się z wyrzutem. – Pozwoliłeś im zabrać mnie. Taki z ciebie glina!

Potem Seth rozdzielił się na dwie postacie. Jedna z nich unosiła się pod sufitem i spoglądała na dół na siebie samego. Zobaczył, jak osuwa się ze śladem po kuli w czole, a szczury wygryzają krwistą dziurę w jego ciele. Potem poczuł ostry, niewypowiedziany ból i dotyk małych łapek uzbrojonych w pazurki, drapiących go po oczach, oraz ciepło nagich ogonów ślizgających się po jego brzuchu i kroczu. Obudził się z krzykiem.

Otworzył oczy i patrzył na fluoryzujący wyświetlacz budzika. Dochodziła trzecia. Koszmar dręczył go. Usiadł na brzegu łóżka i dostrzegł swoje zamglone odbicie w lustrze toaletki Zoe. Drewniana szkatułka na biżuterię, którą kupił jej podczas rejsu po Brytyjskich Wyspach Dziewiczych, stała po jednej stronie komody, kolekcja kosmetyków, lakiery do paznokci i inne drobiazgi stały po drugiej stronie. Wszystkie te przedmioty zdawały się oskarżać go o zaniedbanie.

Powoli przesunął się, potem wstał. Sprężyny łóżka zaskrzypiały głośno, jakby przypominając, że Zoe zamierzała wymienić je na nowe. Aż go zakłuło w sercu, gdy przypomniał sobie chwile, kiedy leżeli razem, wtuleni jedno w drugie, ramię przy ramieniu, oddech przy oddechu. Czy to jeszcze kiedyś wróci?

Podszedł do okna, oparł się o parapet i wyjrzał na ulicę. Deszczowe chmury zniknęły, odsłaniając gwiazdy, które małymi, jasnymi punkcikami zdobiły niebo.

– Dlaczego, Boże? – zapytał cichym głosem, a para oddechu skropliła się na szybie. – Cóż takiego uczyniłem, że mi to zrobiłeś? Modliłem się, starałem się żyć według twoich przykazań. Dlaczego pozwoliłeś, żeby to się stało?

Potem zmagał się ze sobą, by odpędzić myśli, które nachodziły go coraz częściej. Być może Bóg nie istnieje. Albo Bóg ma to wszystko gdzieś.

Po drugiej stronie ulicy w miejsce toyoty pojawił się ciemny sedan, w środku dostrzegł dwóch ludzi. Przez moment był zirytowany, że go śledzono, ale szybko mu przeszło. Stratton wykonywał po prostu swoją robotę.

W pełni już przebudzony podszedł do łóżka, sięgnął ręką pod materac i wyciągnął paczkę. Położył na kołdrze i odwinął. Przez kilka chwil trzymał po prostu malowidło w dłoniach, potem pochylił się i włączył lampkę nocną przy łóżku. Raz jeszcze przyjrzał się obrazowi dokładnie.

Wyglądał dokładnie tak, jak opisała go Weinstock: alpejska łąka pokazana w ciepłych, żółtych barwach florenckich mistrzów. Po prawej stronie widać było wystającą skalną grań, a przy lewej krawędzi coś, co przypominało wejście do kopalni. Żadnych wskazówek, które rzuciłyby mu się w oczy.

Obraz oprawiony był w zwykłą czarną, drewnianą ramkę i podklejony od spodu brązowym papierem. Obejrzał teraz odwrotną stronę – owalna pieczęć przybita w jednym z rogów, „Jacob Yost i synowie, artystyczne ramy do dzieł sztuki”. I jeszcze adres „Augustinergasse 2, Zurych”.

Nazwa zakładu rzemieślniczego, w którym oprawiono obraz, to jedyny ślad, jakim dysponował. Dlaczego, zastanawiał się, obraz został oprawiony w Zurychu, a nie gdzieś w Niemczech? Raz jeszcze spojrzał na pieczęć. Było coś jeszcze, lecz atrament wyblakł, i nie dało się odczytać. Podsunął obraz bliżej światła. Zapisek był nieczytelny, ale ustawiając ramę pod odpowiednim kątem zdołał dostrzec datę: 19 maja 1937… oraz ciąg liczb 16-16. Było to więc jeszcze przed inwazją na Polskę, przed holocaustem, w okresie kiedy Hitlera wciąż jeszcze traktowano jako przywódcę państwa. Jego ludzie mogli bez trudu podróżować, gdyż nie było jeszcze bitewnych pól ani wrogich granic. Tak więc zjawili się w Zurychu z malowidłem. I z czym jeszcze?

Spojrzał na obraz, Pozwolił myślom swobodnie płynąć. Zurych słynął z banków oraz stabilnej sytuacji, chociaż w jego świadomości miasto stało się niesławnym miejscem, w którym porwano Zoe. Naziści gromadzili złoto i inne kosztowności. Czy poszlaka, że przybyli do Zurychu przed wojną, by otworzyć konta i nawiązać kontakty w bankach, była pozbawiona sensu? Być może Hitler lub Stahl, albo inny nazista przywiózł tu ze sobą obraz przy okazji innej misji i tylko korzystając z okazji zajrzał do zakładu ramiarskiego Herr Yosta.

Jeśli w nazistach było coś godnego pochwały, to z pewnością można mówić o ich metodycznej naturze. Ich życiem nie kierował przypadek. Szansa na to, że obraz zbiegiem okoliczności tylko znalazł się w Zurychu, była raczej niewielka.

Przytakując własnym myślom, chwycił słuchawkę, wybrał numer centrali i poprosił o połączenie międzynarodowe. Chciał się dowiedzieć, czy Jacob Yost lub któryś z jego synów wciąż jeszcze prowadzi zakład ramiarski w Zurychu.

Telefon zadzwonił dwa razy, zanim Seth odłożył słuchawkę na widełki. Prawdopodobnie założyli mu podsłuch. Zresztą nie miało znaczenia, kto go podsłuchiwał. Mógł spokojnie odbyć tę rozmowę, korzystając z aparatu na lotnisku. W pośpiechu wciągnął spodnie i sweter. Wyrzucił z teczki narzędzia, włożył obraz oraz wciąż jeszcze mokry plik tysiącdolarowych banknotów, jakie do kieszeni szlafroka wcisnęła mu Rebeka Weinstock. Potem podszedł do szkatułki z biżuterią Zoe, otworzył szufladkę. Wyciągnął paszport i gruby plik szwajcarskich franków, które przywiózł ze sobą z Zurychu. Spojrzał na stemple w paszporcie – Szwajcaria, Wielka Brytania, Holandia… Każdy ważniejszy kraj w Europie Zachodniej oraz większość tych mniejszych plus stemple z rozlicznych wysp na Morzu Karaibskim, które zwiedzali razem z Zoe. Przelotnie pomyślał o tamtych cudownych dniach, kiedy przemierzali Karaiby, potem nagle zamknął paszport i zaczął się pakować.

Po dziesięciu minutach wyszedł dziarsko z domu i wrzucał torby podróżne do bagażnika volvo, z uciechą obserwując, jak mężczyźni w czarnym sedanie ożywili się nagle. Siadł za kierownicą i uruchomił silnik. Wrzucił bieg, potem ostrożnie wycofał i pojechał w dół ulicy; zatrzymał się obok czarnego sedana, opuścił szybę i wskazał gestem, żeby mężczyźni uczynili to samo.

– Powiedzcie swojemu szefowi, że wyjeżdżam do Amsterdamu – oznajmił i z gestem nonszalanckiego pożegnania zakręcił szybę, po czym odjechał.

Godzinę później uśmiechał się sam do siebie, gdy odkładał słuchawkę aparatu telefonicznego na międzynarodowym lotnisku w Los Angeles. Jacob Yost oraz jego synowie wciąż jeszcze prowadzili zakład ramiarski, przy czym dołączyło kolejne pokolenie synów. Stary człowiek żył jeszcze, jak mu powiedziano, ale był już na emeryturze. Seth wspomniał o obrazie, podał nawet nazwisko malarza, lecz rozmówcy nic to nie mówiło. Obiecał, że wspomni o tym ojcu i był pewien, że ten zechce porozmawiać z dżentelmenem z Ameryki.

Jestem pewien, że zechce, pomyślał Seth; wszedł do prawie pustego snack baru i wziął filiżankę złodziejsko drogiej i zbrodniczo gorzkiej kawy. Ale – zastanawiał się – czy inni zechcą również na ten temat rozmawiać.

Siedział tak w oczekiwaniu na odlot i nagle poczuł nadzieję. Po raz pierwszy był przekonany, iż pojawiła się szansa odnalezienia Zoe. Zastanawiał się, czy była to odpowiedź na jego modły, czy też po prostu sprawy same rozgrywały się w ten sposób? Patrzył przez okno i usiłował pomodlić się. Lecz słowa go zawiodły.


Walcząc z niepokojem i ściśniętym gardłem, Zoe wygięła w kabłąk plecy zdecydowana walczyć z bólem i zmęczeniem, jakie odczuwała po całym dniu spędzonym na nogach. Ona i Thalia prawie dwanaście godzin rozpakowywały i ustawiały przebogatą, zgromadzoną przez Maxa kolekcję figurek Wenus, z których niektóre były datowane na dwadzieścia tysięcy lat przed naszą erą.

Gdy skończyła rozciągać mięśnie pleców, raz jeszcze rozejrzała się po pomieszczeniu. Zdawała sobie sprawę, że powstała w niej jakaś bariera między tym, co czuła w sercu, a co podpowiadała profesja. Otaczał ją miniaturowy batalion świętych kobiecych postaci – ponad trzysta statuetek ustawionych na każdym wolnym skrawku powierzchni. Każdy posążek opatrzony był metryczką z numerem eksponatu, opisem oraz numerami katalogowymi do szerszych opisów. Posążki wykonane były z wypalanej gliny, terakoty, alabastru, ceramiki oraz odlewanej miedzi. Duży, wycięty fragment alabastrowego fryzu, pochodzący ze ściany świątyni w Anatolii, został spakowany w oddzielną skrzynię i miał być rozpakowany dopiero później.

Spojrzała na figurkę Wenus z wypalanej gliny, liczącą dziewięć tysięcy lat. Miała nie więcej niż trzydzieści centymetrów wysokości, a piersi, brzuch oraz genitalia kobiety były przedstawione niemal karykaturalnie. Bogini siedziała z rękami opartymi na panterach. Wedle współczesnych wzorców kobiety przedstawione na najstarszych znanych statuetkach byłyby zaklasyfikowane jako chorobowo otyłe.

Widok ten popchnął jej myśli ku tajemniczemu światu sprzed tysięcy lat, odwrócił jej myśli od grozy tkwiącej w sercu, która nocą zabierała jej sen, a w ciągu dnia tłamsiła duszę. Zamiast zastanawiać się nad tym, co przyniosą nadchodzące dni, poczuła nagle piękno świata widziane oczami tamtych artystów, którzy tworzyli dzieła sztuki, jakie zdołały przetrwać tysiąclecia.

– Ujmujące, nieprawdaż?

– Och! – wykrzyknęła Zoe, gdy głos Thalii wyrwał ją z zadumy i przywrócił do teraźniejszości.

– Przepraszam. – Thalia spoglądała w dół na glinianą figurkę, która przyciągnęła uwagę Zoe. – To również jedna z moich ulubionych. Tak czysta pod względem braku ozdób czy dekoracji, wykonana z miejscowej gliny i wypalona w popiele ognia, który sam w sobie był wtedy czymś mistycznym.

– W tamtych czasach… – powiedziała miękko Zoe, wpatrując się w figurkę.

– Sądzę, że być może miało to miejsce przy ognisku, kiedy ktoś spojrzał głęboko w płomienie i dostrzegł odbicie odległego i niezrozumiałego świata, który napędzał im porządnego stracha. A ona – tu wskazała dłońmi w białych rękawiczkach glinianą statuetkę – a ona poradziła sobie z trwogą w ten sposób.

– To właśnie sprawia, że te wizerunki są aż tak fascynujące. Sadzę, że mówisz o początkach religii – powiedziała Zoe, kręcąc z niedowierzaniem głową. – Tak niewiele o tym wiem…

– O prehistorii – poprawiła ją Thalia, biorąc w dłonie glinianą figurkę. – Dlatego właśnie tak niewiele jest tego, o czym można wiedzieć.

– Właśnie. Nigdy bliżej nie interesowałam się sztuką z czasów wcześniejszych niż tysiąc lat przed naszą erą. Jedynie kilku specjalistów w mojej branży zna się na tym. To w większym stopniu archeologia niż sztuka.

– Cała sztuka jest archeologią – wyraziła własną opinię Thalia. – Sztuka odzwierciedla kulturę, a kultura jest sposobem, w jaki ludzie starają się nadać życiu sens. To po prostu jest tak, że większość z nas, historyków sztuki, zależy od historii pisanej, która daje nam przesłanki do interpretowania sztuki.

Zoe przytaknęła w zamyśleniu.

– Pomyśl o tym, co się wówczas działo. Ona – Zoe wskazała na glinianą Wenus – została uformowana przez czyjeś dłonie i umysł, które szykowały się do niewiarygodnej wręcz eksplozji wiedzy. Działo się to wtedy, kiedy zostało wynalezione koło, kiedy zaczęto udomawiać zwierzęta, kiedy powstawały pierwsze malowidła na ścianach jaskiń, a pierwsze grupy pierwotnych ludzi odkryły, że można uprawiać zboże, wysiewając nasiona…

– Kiedy Bóg był kobietą – przerwała jej Thalia.

– Słucham?

– Rozejrzyj się dookoła. Bóg miał cycki.

Zoe zmarszczyła brwi.

– Cóż za świat! – skomentowała Thalia. – Ma uda grube jak ja, a w tamtych czasach ludzie uczynili z niej Boga.

Roześmiała się rubasznie, a całe jej ciało zatrzęsło się pod obszernym czarnym swetrem i elastycznymi spodniami.

– Dziwne! – dodała cicho Zoe. – Dzięki Sethowi wiem wiele na temat współczesnych religii. – Rozejrzała się dookoła. – Ale nie wiem prawie nic o… – Zatoczyła szeroki łuk ramieniem, wskazując pomieszczenie. – Tak naprawdę nigdy nie myślałam o tym, co działo się kiedyś. To znaczy zakładałam, że figurki Wenus symbolizowały po prostu jednego z wielu lokalnych bogów. No wiesz, nie była to jeszcze tak naprawdę formalnie zorganizowana religia.

– Niezorganizowana formalnie religia – powtórzyła Thalia, idąc wzdłuż stołu, na którym ustawione były posążki bogini Wenus. – To dzięki moim ludziom.

Zatrzymała się i spojrzała na Zoe.

– Tora… a także chrześcijański Stary Testament pełne są nawoływań do burzenia pogańskich świątyń, do palenia na stosach pogańskich świętych tekstów oraz do zgładzenia pogan z powierzchni ziemi. Ale pozwól mi powiedzieć, że pięt naście tysięcy lat temu… być może nawet dwadzieścia pięć lub trzydzieści tysięcy lat przed tym, jak dzięki świętym tekstom Jahwe przybrał postać, Bóg był kobietą. Wielka Bogini nie była jedynie częścią kultu płodności czy też jednym z wielu animistycznych totemów. Uznawano ją za stwórcę wszechświata, za dawczynię wszelkiego życia. I to nie tylko w jednym miejscu, lecz na całym świecie. Chodź za mną.

Ze zdumiewająca szybkością ruszyła przejściem między rozstawionymi stołami. Zoe pospieszyła za nią.

– Popatrz na metryczki. – Wskazała na Wenus z terakoty. – Ta pochodzi z Sumerii i ma na imię Nana lub Innana. Obok niej – tu wskazała figurkę wyrzeźbioną w serpentynie – to wielka Bogini Słońca Eskimosów, najwyższy stwórca, taki jak japońska Stwórczym Świata.

Szła dalej.

– Indie, Arabia, Anatolia, Australia, Egipt, Afryka, cały ba sen Morza Śródziemnego, Bóg był kobietą. Nazywali ją Izis, Isztar, Aszera, Hathor, Anahita, Au Set, Ishara oraz setki innych imion, ale zawsze wygląda tak samo i nie ma wątpliwości, że wszystkie te wizerunki reprezentują Wielką Boginię, która stworzyła świat i wszystko w nim.

Thalia zatrzymała się tak nagle, że Zoe niemal wpadła na nią.

– Od samego początku był to monoteizm. Zatrzymały się przy największym posągu Wenus, niemal metrowej kamiennej statuetce z Anatolii, która przedstawiała kobiecą postać rodzącą jedną głowę barana i trzy głowy byka.

– To początek szóstego tysiąclecia przed naszą erą – wyjaśniła. – W ich kulturze barany i byki reprezentowały mężczyzn. Ten posąg jednoznacznie przedstawia mężczyznę wy chodzącego z ciała kobiety, zupełnie inaczej niż w opowieści o Adamie i Ewie.

Zoe pochyliła się nisko nad posągiem, chcąc przyjrzeć się szczegółom.

– Wtedy jeszcze nie rozumiano związku między współżyciem płciowym a potomstwem. Wszyscy wiedzieli tylko tyle, że kobieta i samice zwierząt dawały nowe życie. Że jedynie kobiety mogły to robić. Ciała kobiet funkcjonowały w rytm natury, księżyca i reprezentowały te same tajemnicze cykle, co świat wokół nich.

– Co, jak zakładam, jest przyczyną tego, że wciąż mówimy o matce ziemi oraz o matce naturze.

– Ależ tak. Możesz usiłować ukryć istnienie Wielkiej Bogini, ale nie dasz rady pozbyć się jej. Warto też pamiętać o tym, że kultury te miały charakter matriarchatu – dziedziczenie dobytku oraz nazwiska przechodziło w linii matki, ponieważ wtedy nie wiedziano jeszcze, że faceci mają coś z tym wspólnego. Mężczyźni byli jedynie myśliwymi i obrońcami, z uwagi na ich siłę fizyczną i rozmiary ciała, ale to kobiety wynalazły rolnictwo, ponieważ zapewniało im ono dostatek pożywienia blisko domu.

– Dlatego właśnie ta figurka trzyma w dłoniach jakieś ziarno? – Zoe wskazała na dłonie dużego posągu. – Wygląda jak pszenica, ale nie jestem tego pewna.

Thalia pochyliła się i spojrzała na figurkę spod przymrużonych powiek.

– To jest karłowata forma jęczmienia. Jeden z przodków współczesnych odmian. Tak, masz rację, trzyma to w dłoniach, bo jest dawcą pożywienia, tak jak stwórczynią życia.

– Cóż więc się stało?

Thalia uniosła brwi.

– Dlaczego Bóg jest teraz facetem? Po części dlatego, że wino oraz Bóg mają ze sobą wiele wspólnego i jak sądzę, wszystko zaczęło się wtedy, kiedy zrozumiano, jaką rolę od grywa stosunek płciowy w prokurowaniu dzieci – wyjaśniała Thalia. – Albo to w połączeniu z początkami rolnictwa.

Za ścianami ich artystycznej galerii usłyszały trzaśniecie drzwi dochodzące z dalszej części magazynu.

– Wtedy właśnie zaczęto zdawać sobie sprawę z tego, że kobiety sprawowały kontrolę nad własnym ciałem i zapasami żywności i że nie był to cud boskiej natury.

– Wiedza – podjęła Zoe. – Spożywanie zakazanego owocu?

Można tak to ująć. Do tego czasu niewielkie plemiona żyły zgodnie z rytmem przyrody, korzystały z tego, co dała natura, i nie podejmowały prób przejęcia kontroli nad przyrodą czy nad własnym życiem. Kiedy mężczyźni zdali sobie sprawę, że stanowią kluczowy element, przestali do pewnego stopnia odczuwać lęk. W tym mniej więcej czasie… – wskazała palcem i podeszła do sąsiedniego stołu, gdzie figurki bogini były nieco szczuplejsze. – Widzisz to?

Zoe spojrzała na figurkę odlaną z miedzi z oczami z lapis lazuli oraz kamieniem podobnym do bursztynu umieszczonym w torsie. Obok bogini stała mniejsza figurka, bez wątpienia przedstawiająca postać męską.

– W porządku, to jest mniej więcej czwarte tysiąclecie przed naszą erą – wyjaśniła Thalia. – Figurka męska to książę małżonek. Wielka Bogini wciąż jeszcze dominuje, ale kul tura rozwinęła się w ten sposób, że boski byt zawierał w sobie oba pierwiastki – męski i żeński. Nie interpretowałabym te go jako politeizm. Jest to jedno bóstwo z aspektami męskim i kobiecym, nie zaś dwa oddzielne bóstwa.

Odgłos kolejnego trzaśnięcia drzwi i tym razem jakieś ciche głosy.

– Kultura wciąż miała charakter matriarchalny, chociaż dobytek był już wspólny. Była to epoka brązu, powstawały prawdziwe miasta, które rozwijały się bardzo szybko i zaczynały rywalizować ze sobą o tereny łowieckie oraz płody rolne; zaczęło dochodzić do konfliktów. Wcześniej bezpieczeństwo zapewniało oddawanie czci bogom oraz życie w harmonii z naturą. Teraz głównymi instrumentami życia społecznego stały się oszczep i miecz. Wzrastała więc rola pierwiastka męskiego w boskiej istocie i…

Zgrzyt klucza przekręcanego w drzwiach galerii poprzedził głośne skrzypienie otwieranych drzwi. Pierwszy wszedł mężczyzna, którego Zoe znała jako Sergiejewa, za nim wkroczył jej zwalisty strażnik, poprzedziła ich fala zimnego powietrza, które zwiało ze stołu papiery. Chłód przeniknął Zoe do szpiku kości.

– Rozmawiałyśmy o terminarzu – rzuciła Thalia po angielsku, potem przeszła na rosyjski, przywitała obu mężczyzn, którzy odpowiedzieli jej groźnymi minami.

Zoe westchnęła ciężko, po raz ostatni spojrzała na figurkę Bogini i powróciła do ponurej rzeczywistości.

– Idziemy! – warknął Sergiejew.

Tak jak każdego wieczora, Zoe obróciła się i wyciągnęła prawą dłoń. Jedna obrączka kajdanek była już przypięta do grubego jak pień przegubu ręki cerbera, druga zwisała luźno.

Siergiejew skuł Zoe. Zwalisty, nie odzywając się nawet słowem, ruszył w stronę drzwi.

Загрузка...