Ulica Banhfostrasse w Zurychu ciągnie się przez blisko półtora kilometra od dworca kolejowego do jeziora. Podążając tym traktem, przybysz ma okazję zobaczyć niemal wszystko, co sprawiło, że to niezbyt wielkie szwajcarskie miasto zyskało miano miejsca, w którym chodniki układane są na złocie.
Przy Bahnhofstrasse wprost roi się od banków i sklepów jubilerskich. W bankach gromadzone są pieniądze, drogie kamienie, złoto oraz przedmioty o wartości większej niż złoto, a sklepy z biżuterią sprzedają złoto oraz drogie kamienie w zamian za pieniądze, złoto i niekiedy przedmioty o wartości większej niż złoto. Bankierzy oraz jubilerzy od wieków już są sojusznikami, a więzi te nigdzie nie są równie silne jak właśnie tu, gdzie można znaleźć wszystkich wielkich: Swiss Credit, Union Bank, J. Vontobel &Co., A. Sarasin &Cie i wielu innych.
Pomiędzy imponującymi gmachami banków o śmiałych fasadach, zdobnych szyldach oraz błyszczących mahoniowych drzwiach wyłożonych pancernymi płytami, rozlokowały się banki prywatne: małe, ekskluzywne, najbardziej tajemne w gronie okrytej tajemniczością bankierskiej branży. Na mosiężnych tabliczkach zamontowanych na drzwiach widnieją jedynie pojedyncze, niewiele mówiące nazwiska, jak Bertoldier et Fils albo ciąg kilku nazwisk, jak w firmach prawniczych. I nie ma żadnej informacji, że za drzwiami kryje się bank. Jeśli przybysz nie wie, że trafił do banku, widać nie ma tu nic do załatwienia.
Sklepy z biżuterią funkcjonują w taki sam sposób. Te duże mają szyldy, które ściągają bogatą klientelę, wejście do środka możliwe jest jedynie prywatną windą i w eskorcie ochroniarzy. Salony te są przeznaczone dla tych, którzy wedle wszelkiego prawdopodobieństwa weszli tu bezpośrednio po opuszczeniu malej instytucji bankowej, tej z mahoniowymi drzwiami wzmocnionymi pancerną płytą.
Seth dojechał do końca Bahnhofstrasse tuż przy jeziorze i zapłacił taksówkarzowi. Dzień był urokliwy, w chłodnej, przejrzystej oddali dostrzegł samotną żaglówkę pływającą odważnie po zimnych wodach. Z oddali żagiel wyglądał jak wyblakła czarodziejska czapka sunąca po wodnej tafli. Seth zatrzymał się na moment i pobiegł myślami do pewnego letniego dnia sprzed ponad sześciu miesięcy, kiedy wynajął niedużą żaglówkę i wypłynął na jezioro aż do Zollikonu, gdzie czekał na powrót Zoe.
Porzucił jednak wspomnienia. Szedł szybkim krokiem, minął nieduży park i zanurzył się w narastającym tłumie świątecznych zakupowiczów. Był już dwudziesty drugi grudnia, do Bożego Narodzenia pozostały jedynie dwa handlowe dni.
Na chodnikach tłoczyli się ci, którzy robili zakupy, właściciele sklepów, a także roje turystów, gromadki szkolnych dzieci, które miały już ferie oraz trochę mniej liczni bogaci klienci okolicznych banków. Większość z tych kobiet miała na sobie drogie futra i majestatycznym krokiem pokonywała drogę między limuzynami a bankami i sklepami jubilerskimi.
Seth zwolnił, chcąc dostosować tempo do przechodniów zmierzając w stronę dworca kolejowego. Odpoczął przez chwilę na niewielkim trójkątnym placu w pobliżu przystanku tramwajowego, zerkając przy okazji na plan miasta, który otrzymał rano w recepcji. Rozejrzał się dookoła, ustawił mapę, uwzględniając kierunek, w którym zmierzał.
Po prawej stronie miał zuryskie stare miasto, z serpentynami brukowanych uliczek, wzdłuż których ulokowały się budowle pamiętające czasy średniowiecza i renesansu. Zakład ramiarski Yosta znajdował się przy jednej z nich, tej która przecinała Bahnofstrasse dwie przecznice dalej. Kiedy wsuwał plan miasta z powrotem do kieszeni płaszcza, poczuł śmiertelny chłód metalowej lufy magnum.
Chryste, pomyślał, znów mieszając się z tłumem. Śmierć podążała za nim niczym cień. Najpierw Rebeka Weinstock na jego łodzi, potem Tony Bradford. Później ksiądz w parku w Amsterdamie.
I Zoe.
Przestań! Powiedział do siebie. Ona żyje. Musi żyć. Śmierć. Śmierć podąża za tobą. Ona nie żyje. Nie żyje. Przyznaj to. Oszukujesz sam siebie.
Wcisnął ręce w kieszenie płaszcza i sunął do przodu z pochyloną głową. Spieszył się, jakby chciał wyprzedzić gnębiące go myśli. Jeśli nie żyła… starał się myśleć w kategoriach, jeśli”, ale nie był w stanie wyobrazić sobie życia bez niej.
Już miał zamiar skręcić w prawo, w uliczkę, która prowadziła na starówkę, kiedy nagle usłyszał niski, frapujący dźwięk, zapadające w pamięć nuty, które wypełniły powietrze wokół niego i przemawiały do każdej cząstki jego ciała; nie tylko do jego zmysłu słuchu. Zatrzymał się, obrócił dookoła, starając się zlokalizować źródło dźwięków. Inni ludzie tak przechodnie także się zatrzymali. Obok niego jakaś kobieta rozmawiała z córką.
– Tam. – Wskazała ręką, a dziewczynka natychmiast zaczęła się przepychać przez tłum. Seth ruszył za nimi.
Po drugiej stronie ulicy młody, brodaty mężczyzna w wieku około dwudziestu lat, ubrany w tradycyjny alpejski strój, dmuchał w ustnik alpejskiej trąbity. Na chodniku leżał jego kapelusz. Drewniany instrument, liczący dobre trzy metry długości, o kształcie rozciągniętej fajki z pianki morskiej, zdawał się rozżarzony dźwiękami; dźwięki odbijały się echem od pobliskich budynków.
Jakaś elegancko ubrana kobieta podeszła do grajka i wrzuciła banknot do kapelusza. Wkrótce kilka innych osób poszło za jej przykładem; młodzieniec zagrał parę prostych melodii oraz sygnałów, którymi mieszkańcy wysokich gór, oddzieleni od siebie skalnymi graniami, porozumiewali się między sobą, zanim Bell dał telefon.
Seth słuchał jakby całym ciałem. Pierwsza nuta sprawiła przyjemność uszom, następna zdawała się wibrować w jego piersiach, a kolejna w głowie. Na koniec rzucił do kapelusza pięciodolarowy banknot i ociągając się, poszedł w stronę uliczki, która miała zaprowadzić go do zakładu ramiarskiego Yosta oraz, na co liczył, do jakichś odpowiedzi.
Po kilku minutach Seth znalazł zakład Yosta. W ciągu minionych ponad czterdziestu lat firma była powiększana i wchłonęła kilka sąsiednich sklepików. Ridgeway odnalazł wejście, które teraz znajdowało się pod numerem 13 przy Augustinerstrasse, nieco w dół ulicy od pierwotnego.
Stał na krawędzi chodnika i spoglądał na frontową ścianę zakładu. Spodziewał się zobaczyć zagracony i słabo oświetlony warsztat rzemieślniczy, z witryną wypełnioną wzorcowymi narożnikami ramek, wyblakłymi od słońca, a tymczasem miał przed sobą przybytek, który prezentował się niemal jak jeden ze sklepów jubilerskich przy Bahnhofstrasse. Jacob Yost i Synowie, Sztuki Piękne” – taki napis widniał na wypolerowanej, mosiężnej tabliczce umocowanej do kamiennego muru budowli pochodzącej z epoki renesansu. Tak więc mieściła się tu teraz także galeria, a nie tylko zakład ramiarski. W kamiennej fasadzie na wysokości okien zamontowano pół tuzina szklanych gablot, w których znajdowały się pomalowane płótna oprawione w ramy. Nie było na nich etykiet z cenami, widać nie były na sprzedaż albo przeznaczono je dla ludzi, którzy wiedzieli, jak targować się o dzieła sztuki.
Starając się za wszelką cenę opanować nerwy, Seth przeszedł dziarskim krokiem przez chodnik w kierunku galerii Yosta i wszedł przez podwójne szklane drzwi.
Znalazł się w eleganckim, ciepłym pomieszczeniu. Wysokie ściany obwieszone były od sufitu po podłogę najróżniejszymi dziełami sztuki. Jedyną ich wspólną cechą było to, że wszystkie sprawiały wrażenie horrendalnie drogich. Wyposażenie sali było skromne, tylko meble z ciemnego mahoniu: pół tuzina krzeseł obitych aksamitem w kolorze czerwonego wina, kilka stolików oraz duży stół z marmurowym blatem. Na oparcia dwóch z krzeseł zarzucone były futrzane płaszcze, które wyglądały zupełnie jak martwe zwierzęta.
Pośrodku marmurowego blatu, na srebrnej tacy stała kryształowa karafka otoczona szeregiem kieliszków do sherry. Seth omiótł wzrokiem pomieszczenie i zauważył dwie leciwe damy o białych włosach, z kieliszkami w rękach. Panie stały obok niskiego, korpulentnego mężczyzny w wieku trzydziestu paru lat, który najpierw wskazał na jeden z obrazów, a po chwili na drugi, perorując przy tym przyciszonym, pełnym szacunku głosem. Kobiety przytakiwały, wsłuchując się w jego słowa.
– Czy mogę panu w czymś pomóc? – zapytał męski głos po angielsku.
Zaskoczony Seth odwrócił się. Młodszy, równie korpulentny mężczyzna, zmaterializował się znienacka po jego prawej stronie. Elegancki garnitur oraz stonowany krawat sprawiały, że wyglądał jak przedsiębiorca. Seth przez dłuższą chwilę spoglądał na mężczyznę, usiłując pozbierać myśli. Nie spodziewał się, że Jacob Yost i Synowie będą się prezentować tak elegancko.
– Przepraszam najmocniej, jeśli pana zaskoczyłem – ode zwał się mężczyzna. – Jest pan Amerykaninem, nieprawdaż?
Obrzucił spojrzeniem sportowy strój Setha: szare wełniane spodnie, czarne skórzane buty turystyczne, granatowy sweter z wycięciem pod szyją i czerwoną narciarską kurtkę. W oczach mężczyzny można było wyczytać, że nie aprobował wprawdzie takiego stroju w swoim przybytku, ale szanował ekscentryczność Amerykanów, którzy mogli przecież dysponować bardzo pokaźnymi pieniędzmi.
– Tak – zdołał w końcu wydusić Seth. – To znaczy, tak… Jestem Amerykaninem, ale doskonale rozumiem niemiecki.
Mężczyzna pokiwał głową i wyciągnął dłoń.
– Jestem Felix Yost – przedstawił się. – Przez dwa lata studiowałem w Stanach Zjednoczonych w Getty Museum w Kalifornii.
Dłoń Yosta była miękka, ciepła, chociaż silna.
– Chętnie korzystam z każdej sposobności, żeby utrzymać biegłość w waszej mowie.
Seth skinął głową.
– Nazywam się Seth Ridgeway. Kilka dni temu dzwoniłem do państwa i rozmawiałem z pańskim ojcem o… pewnym obrazie.
Na twarzy Yosta pojawiła się marsowa mina, ale szybko ustąpiła zawodowej uprzejmości. Seth wyjął portfel i wyciągnął z niego fotografię obrazu, jaką otrzymał od Weinstock.
– Chciałbym porozmawiać z pańskim ojcem na temat te go obrazu.
Podał zdjęcie mężczyźnie, który oglądał je badawczo spod opuszczonych powiek. Przez dłuższą chwilę panowało milczenie. Z drugiego końca galerii dobiegały odgłosy sporu, jaki toczyły ze sobie dwie białowłose damy. Jedna zamierzała kupić obraz, traktując to jako dochodową inwestycję, druga nazywała malowidło szkaradnym bohomazem.
– Ależ kochanie, jakiż to nadzwyczaj cenny bohomaz – ripostowała przyjaciółka.
Tymczasem cisza, jaka zapadła między Sethem a Yostem, robiła się coraz bardziej kłopotliwa. Mężczyzna wyraźnie nie mógł oderwać wzroku od fotografii.
– Kiedy dzwoniłem wcześniej, powiedziano mi, że pański ojciec chętnie spotka się ze mną – odezwał się w końcu Seth.
To, co zrobił nagle Felix Yost, zaskoczyło Serfia kompletnie.
– Proszę bardzo! – syknął Yost, wciskając fotografię w ręce Ridgewaya. – Niech pan zabiera swoje brudy i zostawi nas w spokoju.
Seth spoglądał nic nierozumiejącym wzrokiem.
– Czy pan ogłuchł? Jesteśmy przyzwoitymi ludźmi i nie życzymy sobie, by gnębiono nas bez końca z powodu jednego błędu popełnionego przed czterdziestu laty. Niech się pan wynosi! Niech się pan stąd wynosi albo będę zmuszony za dzwonić po policję.
– Ależ…
Seth nic z tego nie rozumiał. Co poszło nie tak? Nazwisko na odwrocie obrazu było jedynym śladem, jaki mógł go prowadzić do Zoe, to była jedyna możliwość odkrycia prawdziwego znaczenia obrazu. Co wpłynęło na zmianę nastawienia Yosta? Czy ktoś z nim rozmawiał? Na jaki temat?
Yost chwycił Setha za ramię i usiłował prowadzić w kierunku drzwi wyjściowych.
– Proszę, panie Ridgeway, czy jak pan mówi, że pan się nazywa. Proszę wyjść. Nie chcemy tu żadnych kłopotów i dlatego nie chcemy mieć nic wspólnego z obrazem, o którym pan mówi.
– Ale dlaczego?
Seth uwolnił ramię z uchwytu Yosta i obrócił się do niego twarzą; Yost był niższy od niego o całą głowę.
– Nie wiem nic o tym obrazie poza tym, że w jakiś sposób wiąże się ze zniknięciem mojej żony oraz ze śmiercią co najmniej trojga ludzi.
Oczy Yosta zrobiły się okrągłe.
– Dokładnie z tego powodu nie chcemy mieć nic wspólnego z tym obrazem.
Yost ponownie chwycił Sedia za ramię i popychał go w stronę drzwi.
– Proszę mnie nie zmuszać do wezwania policji. Jeśli pan nie wyjdzie, wezwę stróżów prawa.
Seth po raz drugi uwolnił ramię z chwytu Yosta i stanął plecami do drzwi. Z wściekłości aż się trząsł.
Wreszcie popchnął Yosta tak silnie, że ten poleciał do tyłu, machając ramionami niczym skrzydłami wiatraka, i wpadł na marmurowy blat stołu, przewracając najpierw kryształowe kieliszki, a potem karafkę. Rozległ się przenikliwy brzęk tłuczonego kryształu. Ucichł dopiero w chwili, kiedy drzwi wejściowe zatrzasnęły się za Sethem.
– Zniknął!
Opat wzdrygnął się wyraźnie, słuchając słów młodego księdza. Na moment zapomniał o kiepskiej sytuacji finansowej opactwa. Powoli obrócił twarz w stronę młodego kleryka.
– Co ksiądz ma na myśli, mówiąc „zniknął”? – Jego słowa cięły jak ostrze brzytwy.
Twarz młodego duchownego wyglądała tak, jakby ktoś posypał ją mąką.
– Ja… – Ksiądz usiłował przełknąć ślinę, gdyż z wrażenia zasychało mu w gardle. – Zastukaliśmy do jego drzwi, bo przynieśliśmy obiad. Powiedział… że nie czuje się dobrze. Cały poranek spędził w łóżku. On jest… on jest bardzo…
– Chory, tak. Znam historię jego niedomagań – przerwał niecierpliwie opat. – Wiem więcej na temat jego zdrowia niż na temat moich własnych problemów zdrowotnych, zatem niech ksiądz kontynuuje!
– Rano poprosił, żeby zostawić go samego, więc… doszliśmy do przekonania, że ojciec Morgen śpi. Czynił już tak wcześniej w przeszłości, o czym opat wie.
Młody ksiądz z nadzieją szukał w twarzy mistrza jakiejś oznaki malejącego gniewu. Nadaremnie, więc podjął raport.
– Zastukaliśmy do jego drzwi przed paroma minutami. Kiedy nie słyszeliśmy żadnej odpowiedzi… obudziły się w nas obawy, że być może… zmarł lub coś mu się przydarzyło. Weszliśmy więc do jego pokoju, lecz ojciec Morgen zniknął.
– Zniknął? Ot tak, po prostu? Zniknął? – dopytywał się opat.
Młody duchowny przytaknął.
Słowa opata przybierały na sile powoli, zaczynając się od odległego pomruku pioruna gdzieś na horyzoncie, potem wzbierając do momentu, gdy słowa waliły w nowicjusza niczym gromy z jasnego nieba. Młody ksiądz aż się przyginał pod ich razami.
– Przydzieliłem tobie oraz pięciu innym niekompetentnym ludzkim istotom, które nazywają siebie księżmi, zadanie pilnowania słabowitego, wpół chromego starego człowieka, a ty masz czelność przyjść do mnie i oznajmić, że ojciec Morgen jakimś cudem zniknął w biały dzień, tuż pod waszym czujnym spojrzeniem! Ja…
Opat aż się zakrztusił ze złości. Jego twarz poczerwieniała, a dłonie zaciśnięte w pięści drżały. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się ognistym wzrokiem w młodego kleryka.
– Niech się ksiądz wynosi – rzucił w końcu. – Ksiądz i księdza koledzy macie zakaz opuszczania swoich pokoi. Wami zajmę się później.
Młody duchowny siedział jak skamieniały.
– Wynocha! Wynocha, i to natychmiast!
Ksiądz nagle powrócił do życia i wybiegł z pokoju.
Opat podszedł do drzwi i zamknął je cicho. Potem ruszył w stronę biurka i usiadł ciężko na krześle. Dlaczego ja? Zastanawiał się przez chwilę z zamkniętymi oczami. Dlaczego?
Sięgnął po telefon, ale nagle zawahał się, jakby urządzenie było jadowitym wężem. Dłonie zaczęły mu drżeć, teraz bardziej ze strachu niż z gniewu. Wybierał numer do Kongregacji Doktryny Wiary.
Kardynał Neils Braun nie był człowiekiem, który przyjmuje porażkę ze spokojem.