Morgen absolutnie nie przypominał księdza. W grubym wełnianym swetrze zrobionym na drutach ściegiem warkoczowym i w wełnianej kurtce bardziej przypominał profesora uczelni lub naukowca. Poza tym nie miał koloratki. Wymienił z nimi uściski dłoni, najpierw z Zoe, potem z Sethem.
– Jestem zmuszony przeprosić państwa za osobliwy sposób, w jaki was tu przywieziono – oświadczył – ale obecnie bardzo wielu ludzi chciałoby wiedzieć, gdzie przebywam. Po za tym musiałem mieć całkowitą pewność, że jesteście tymi, za których się podajecie.
Seth potarł obolały tył głowy.
– Naprawdę bardzo mi przykro, panie Ridgeway – jeszcze raz przeprosił Morgen – z powodu pańskiej głowy. Ale Richard…
Wskazał głową na mężczyznę stojącego przy drzwiach. Spojrzał. Potężny Richard Stehr miał łagodną, niemal niemowlęcą twarz o poczciwych niebieskich oczach.
– Na całe szczęście to fachowiec. Pański uraz nie będzie miał trwałych następstw.
– Łatwo panu powiedzieć – stęknął Seth, lecz jego gniew powoli ustępował.
– Oczywiście – powiedział Morgen ugodowym tonem. – Zechcecie państwo usiąść? Zaparzyłem świeżą kawę.
Wskazał na dwa krzesła z plecionymi na grubo ciosanym stole stały kubki, butelki, była też sucha kiełbasa oraz bochenek ciemnego chleba.
Usiedli i w milczeniu spoglądali, jak Morgen bierze przez grubą rękawicę poobijany dzbanek z odpryśniętą emalią, stojący na ruszcie w kominku. Wybrał dla Zoe i Setha wyszczerbione kubki i napełnił je parującym, czarnym płynem, dolał sobie kawy, wreszcie usiadł przy stole. Pozostali mężczyźni – dwaj, którzy przywieźli ich do chaty, oraz Gunther stali przy oknie i co jakiś czas odsuwali zasłonę, by wyjrzeć na zewnątrz. Tam najprawdopodobniej byli jacyś wartownicy, gdyż jeden z mężczyzn regularnie dawał znak.
– Rozumiem, że przeszliście sporo, podejmując trud odzyskania Pasji Zofii – oznajmił Morgen, a Zoe i Seth przytaknęli niemal jednocześnie. – Dlaczegóż więc nie mielibyście mi opowiedzieć o tym, co przeszliście?
– Nie chciałbym uchodzić za niewdzięcznego gościa – odparł Seth – ale ponieważ to pan przywiózł nas tutaj w tak… osobliwy sposób, czułbym się bardziej komfortowo, gdyby to pan opowiedział nam o sobie oraz – spojrzał na mężczyzn stojących przy oknie – o pańskiej grupie.
Spojrzenie Morgena złagodniało.
– Oczywiście – odparł. – Proszę mi wybaczyć zbytnią ostrożność oraz kiepskie pełnienie honorów gospodarza. Doskonale rozumiem pańską rezerwę.
Spojrzał na Gunthera i dał mu znać skinieniem, żeby dosiadł się do nich. Starzec podszedł, powłócząc nogami, i usiadł obok Setha.
– Gunther być może będzie w stanie podać barwne szczegóły, które ja pominę. Zakładam, że mój stary przyjaciel Jacob Yost opowiedział panu o wszystkim, co było na początku. Rozejrzał się dookoła, jak gdyby alpejska chata stanowiła symbol wszystkiego tego, co go spotkało w ciągu ostatnich czterdziestu lat.
Pozwólcie, że rozpocznę w miejscu, w którym Yost niewątpliwie zakończył swoją opowieść. Być może trudno będzie wam uwierzyć w to, co działo się w ostatnich dekadach, jeśli nie poznacie określonego kontekstu związanego z tymi wydarzeniami.
Pociągnął łyk kawy z cynowego kubka, skupił się i oparł na krześle.
George Stratton mrużył powieki, światła przednich reflektorów odbijały się w śniegu i aż kłuły w oczy. Prawie już przestało padać. Jechał powoli po nierównej, skalistej drodze, która wiodła stromo zboczem góry. Gałęzie obwieszone śniegiem ocierały się i uderzały o boki auta.
Stratton podążał śladami Sedia i Zoe do miejsca, w którym wyznaczono im spotkanie. Fachowym okiem rozpoznał ślady opon, miejsce wydeptane w śniegu oraz ślad samochodu, który odjechał spod sklepu. Ponieważ nie dostrzegł śladu stóp, prowadzących gdzieś dalej, doszedł do wniosku, że Ridgeway i jego żona pojechali autem razem z tymi ludźmi – z własnej woli lub też wbrew niej. Ruszył więc za śladami opon; na szczęście prawie już wtedy nie padało, a i ruch na ulicy był żaden.
Podwozie volvo zgrzytnęło o jakiś występ skalny. Stratton zatrzymał więc auto, wziął latarkę i dalej ruszył pod górę na piechotę.
– Wtedy, już po wojnie, zacząłem szukać sierżanta – kontynuował opowieść Morgen – lecz on, podobnie jak wielu jego towarzyszy broni, zniknął i to skutecznie.
Morgen wstał i podszedł do dzbanka, który odstawił na ruszt, by kawa nie wystygła.
– Na dodatek dokładałem wszelkich starań, chcąc zweryfikować twierdzenie sierżanta, że Hitler szantażował papieża. Zabiegi te przyniosły dwojakie rezultaty.
Pochylił się, sięgnął po dzbanek dłonią w grubej rękawicy.
– Po pierwsze – oznajmił, gdy szedł z powrotem do stołu – spotkałem w Kurii niewielką grupę ludzi, którzy podjęli zdecydowane działania, by nigdy więcej żaden papież nie stał się przedmiotem moralnego lub też teologicznego szantażu.
– Ksiądz w parku – wtrącił Seth. – W parku w Amsterdamie. Spojrzał pytająco na Morgena, a ten skinął głową ze smutkiem.
– Ojciec Smith. Wysłałem go, żeby deptał panu po piętach. Żeby pana chronił.
– Tuż przed śmiercią powiedział jeszcze słowo, które brzmiało jak „brown”. Co to może znaczyć?
Morgen wyglądał tak, jakby ktoś wymierzył mu policzek.
– Użył tego nazwiska?
– A więc to jest nazwisko?
Morgen przerwał na moment, jakby chciał nieco ochłonąć.
– Tak przypuszczam – odparł. – Ale prawdę mówiąc, nie wiem, nie jestem do końca pewien.
Na jego twarzy pojawił się wyraz przygnębienia, a usta zaczęły mu odrobinę drżeć.
Seth i Zoe spoglądali, czekając na wyjaśnienie tajemniczych uwag. Przez moment oczy Morgena przesłoniła mglista zasłona, potem zniknęła, a w jej miejsce pojawiły się błyski gniewu.
– Opowiem wam o tym za chwilę – obiecał, zasiadając ponownie na krześle.
– Drugą konsekwencją moich poczynań było to, że stałem się obiektem inwigilacji ze strony innych członków Kurii, ludzi, którzy wydawali się zadowoleni z prowadzonych przeze mnie poszukiwań sierżanta oraz obrazu, chociaż jednocześnie z pełną determinacją pilnowali, bym nie zrobił użytku z informacji, gdybym tylko zdołał je posiąść.
To grupa, która kryje się w cieniu – ciągnął dalej Morgen. – Udało mi się ustalić, kim są ci ludzie na niższych poziomach… to moi koledzy księża, a także niektórzy biskupi.
Przerwał na chwilę.
– Jednym z nich jest również mój opat w Monachium. Dałbym bardzo dużo za wiedzę o tym, z kim rozmawia, kiedy przekazuje do Rzymu informacje na mój temat.
Morgen znów przerwał na chwilę, spoglądając gdzieś daleko nieobecnym wzrokiem, jak gdyby dokładnie widział oczyma wyobraźni, co by zrobił, gdyby odnalazł w Rzymie tych ludzi. Potem potrząsnął lekko głową i wrócił do relacji.
– Zostawili mnie właściwie samemu sobie, pominąwszy ścisłą obserwację. Jak przypuszczam, wystarcza im, że pozwolili mi poruszać się swobodnie, jeśli tylko mogą czerpać jakieś korzyści z moich informacji i moich wysiłków. Stano wiłem dla nich swego rodzaju przynętę, a sami czaili się, czekając na tego właściwego drapieżcę. Przez wszystkie te lata byłem ostrożny, nadzwyczaj ostrożny, nie dałem im nigdy żadnej poszlaki czy wskazówki, iż jestem świadom ich wysiłków. Dzięki temu łatwiej popełniali błędy. Nawet najlepszych profesjonalistów i fanatyków można uśpić i zwieść ich czujność.
Seth pomyślał o tym, jak udało mu się wyprowadzić w pole człowieka Strattona i wyjść z biblioteki UCLA tego wieczora, kiedy Tony Bradford został zamordowany.
– Zatem przez wszystkie te lata od końca wojny – kontynuował Morgen – wysyłałem najważniejsze listy do Jacoba Yosta i rozmawiałem z nim sekretnie przez telefon. Oczywiście Watykan wiedział, że pracuję razem z nim, usiłując zlokalizować miejsca ukrycia dzieł sztuki zrabowanych przez Niemców. Wszystkie nasze listy i rozmowy dotyczące dzieł sztuki biegły oficjalną drogą i jestem pewien, że były przejmowane i podsłuchiwane przez ludzi w Kurii. Jednak sytuacja uległa zmianie mniej więcej przed rokiem. W styczniu… – Oczy Morgena zamknęły się na chwilę. – Tak, w styczniu zeszłego roku Yost i ja zdołaliśmy odkryć pewien obraz. Było to jedno z wczesnych dzieł Pissarra, które zostało wystawione sekretnie na sprzedaż przez byłego pułkownika SS, żyjącego w Portugalii pod przybranym nazwiskiem. Doprowadziliśmy policję do jego willi niedaleko Lizbony, gdzie zarekwirowano obraz, a pułkownika aresztowano. Wydarzenie odbiło się echem w miejscowej prasie. W rezultacie zadzwonił do mnie z Kreuzlingen człowiek, którego od ponad czterdziestu lat znałem jako Franza Bohlesa von Halbacha. Okazało się, że był to tamten sierżant SS, który przyszedł do mnie pamiętnej nocy przed czterdziestu laty i poprosił o rozgrzeszenie za zastrzelenie chłopca z górskiej osady. Ten sam człowiek, który pokazał mi Całun oraz Pasję Zofii w podziemnym, silnie chronionym skarbcu w kopalni soli.
Cóż, von Halbach był teraz człowiekiem bardzo bogatym, a nazywał się Willi Max. Max… von Halbach… był już bliski śmierci i dylematy moralne, które przez czterdzieści lat skutecznie tłumił, zaczęły gnębić go z nową siłą. Tamten młody sierżant dręczony wyrzutami sumienia stał się teraz skruszonym, umierającym, starym człowiekiem, zatroskanym o losy nieśmiertelnej duszy.
W ciągu minionych czterdziestu lat zmienił się. Był teraz człowiekiem niezwykle wyrafinowanym, wiedział, jakie znaczenie ma obraz, wiedział też, że w środku znajduje się kluczyk, dzięki któremu można dotrzeć do Całunu oraz Pasji Zofii. Dlatego nie pojawił się bezpośrednio u moich drzwi z malowidłem w ręku. Co było zresztą całkiem rozsądne, bo obraz znajdowałby się teraz najprawdopodobniej w rękach moich wrogów w Kurii. W pełni świadom znaczenia tajemnicy, postanowił działać dyskretnie. Nawiązał kontakt z Yostem, który natychmiast do mnie zadzwonił.
Rozmowę przerwał Gunther, sugerując, że pora coś przekąsić. Mężczyźni pełniący wartę na zewnątrz chaty co jakiś czas zmieniali się, przychodzili do izby i zjadali kawał zimnej kiełbachy oraz pajdę chleba. Wszyscy oni byli starsi i z ogromnym szacunkiem traktowali ojca Morgena.
– To dawni księża – wyjaśnił Morgen, wskazując na mężczyzn. – Każdy z nich zetknął się ze zdradami i oszustwami w łonie Kościoła, ale nawet po zrzuceniu sutanny nie stracili powołania i chcą dalej służyć Bogu. Prowadzą teraz żywot duchownych, lecz służą bezpośrednio Bogu, nie Kościołowi. Pomagają w ten sposób coraz mniejszej liczbie tych z nas, pozostających w kościelnych strukturach, którzy walczą z nieuczciwością oraz nadużyciami.
– Mając Całun oraz Pasję Zofii, będziemy w stanie wygrać nawet kilka bitew – wtrąci! Gunther, siadając przy stole. – A teraz, jak sądzę, wasza kolej.
Seth i Zoe kolejny raz opowiadali historię mąk, jakie przeszli; ich opowieść za każdym razem stawała się krótsza, bardziej lakoniczna, jakby chcieli zapomnieć o bólu i strachu.
Kiedy zakończyli, Morgen wyjaśnił, że jądro reformatorów w Watykanie nieustannie się kurczy, bo ludzi ci postrzegani są jako zagrożenie dla walczących o władzę i utrzymanie struktur bizantyjskiej wręcz biurokracji. Nawet zwolennicy działań reformatorskich, przekonani, że korupcja w Watykanie ma charakter fundamentalny uważali ich za potencjalne źródło kłopotów i komplikacji.
– Dlatego właśnie nie byliśmy w stanie chronić was do końca skutecznie – przyznał z żalem Morgen.
Ridgeway kiwnął głową ze zrozumieniem.
– To, co ksiądz powiedział, wyjaśnia wiele rzeczy, ale wciąż nie podnosi kurtyny tajemnicy i nie tłumaczy, dlaczego ludzie z KGB zabili waszego człowieka w parku w Amsterdamie. Wspominał ksiądz o zagrożeniu ze strony Kościoła. Ale niebezpieczeństwa, na które zostaliśmy narażeni Zoe i ja, pochodziły ze strony Rosjan. Nie widzę, w którym miejscu te dwie siły – Kościół i KGB – są ze sobą powiązane.
– Na dobrą sprawę zadał pan kilka pytań. Po pierwsze i najważniejsze, KGB nie jest odpowiedzialne za zabójstwo w Amsterdamie.
Przerwał na moment, jak gdyby to, co miał do powiedzenia, było bolesną raną.
– Zabili go ludzie Kongregacji. Kongregacji Doktryny Wiary – to nowa nazwa Świętej Inkwizycji.
Ridgeway i Zoe popatrzyli na Morgena z niedowierzaniem.
– Uwierzcie mi – powiedział. – I nie był to wcale pierwszy raz. Kościół dysponuje pieniędzmi oraz wpływami, dzięki te mu stać go na wynajmowanie odpowiednich ludzi, także płatnych zbójców. Dzieje się tak już od tysiąca lat.
– Sądziłem, że skończyło się to razem z rodem Borgiów – powiedział zdumiony Ridgeway.
Morgen pokręcił głową ze smutkiem.
– Nie zakończyło się to wraz z wymarciem Borgiów i nie zaczęło się też w ich epoce. Po prostu za ich czasów zjawisko to osiągnęło apogeum. Rządy – wszystkie – dochodziły niejednokrotnie do wniosku, że konieczne jest usuwanie ludzi z tego czy innego powodu. Takie zabójstwa były niekiedy opisywane jako czyny odważne i szlachetne, ale – o czym nie należy zapominać – historia co rusz jest pisana na nowo, żeby usprawiedliwić czyny zwycięzców. I w tym właśnie miejscu KGB oraz Kościół stykają się – obie struktury są powiązane z rządem i jako takie działają jak rządowe administracje. Kościół nienawidzi Żyrinowskiego, bo się go obawia. On z kolei oraz jego poplecznicy, wliczając w to wielu ludzi z KGB, nienawidzą i obawiają się Kościoła. I w tym połączeniu strachu i nienawiści łączy ich braterstwo przemocy.
– Ale jaki interes ma w tym KGB? – upierał się Seth. – Dlaczego tak bardzo pragną zdobyć to malowidło? Przecież nie chodzi tylko o przekorę, że Kościół tak bardzo pragnie to posiąść.
– Do pewnego stopnia tak właśnie jest – wyjaśnił Morgen. – Ale przede wszystkim chcą posiąść obraz z tych samych powodów, dla których pragnął go Hitler.
Ridgeway i Zoe popatrzyli na niego pytającym wzrokiem.
– Pasja Zofii posiada moc. Moc, którą można wykorzystać w rozmaity sposób, bez względu na to, kim się jest. W tym przypadku Żyrinowski – lub ludzie jego pokroju, jeśli jego by zabrakło – chce wykorzystać Męczeństwo Zofii do szantażowania Kościoła – wszystkich Kościołów – i zmusić je do milczenia wobec okropności, będących efektem nowego rosyjskiego ekspansjonizmu, wobec ludobójstwa, do którego z pewnością dojdzie. Kościoły zawsze skupiały ludzi działających w ruchu oporu wobec niesprawiedliwych reżimów. Żyrinowski wie o tym, podobnie jak wiedział Hitler, że rząd jest bezpieczny, jeśli nie jest w konflikcie z dominującą w danym narodzie religią. Na całym świecie ludzie głosują zawsze zgodnie z religijnymi przekonaniami.
Hitler, KGB oraz choćby ci żądający w imię Jezusa zabijania zwolenników aborcji, a także prawicowi aktywiści działający na rzecz praw zwierząt, religijni fanatycy oraz polityczni terroryści tak naprawdę wszyscy są tacy sami – oznajmił Morgen. – Różnice między nimi są nieistotne. Nie ma znaczenia, czy jest to Żyrinowski, czy ktokolwiek inny. Jeśli nie on, pojawi się inny tyran. Nie możemy pozwolić na to, żeby kolejny despota wykorzystał prawdę i związał ręce Kościołowi.
Słowa Morgena zostały wypowiedziane z niezwykłą mocą.
– Ale jak chce ksiądz tego dokonać, nie powodując zamętu w łonie Kościoła? – zapytał Seth. – Kościoły chrześcijańskie, bez względu na ich postać, bazują na wierze w Chrystusa jako Mesjasza. Czy ksiądz nie doprowadzi do zburzenia jedności chrześcijan, jeśli ujawni istnienie innego Mesjasza? Tego, którego istnienie może być udowodnione ponad wszelką wątpliwość. Zwłaszcza Mesjasza kobiety? Czy niektórzy z wiernych nie porzucą własnej religii, chcąc wyznawać tego nowego Mesjasza? Niech ojciec pomyśli o antagonizmie, jaki zrodzi się pomiędzy wyznawcami nowej i starej wiary. Choćby Irlandia. Przemoc bazuje tam właśnie na różnicach w sposobie oddawania czci temu przecież samemu Mesjaszowi. Podział byłby równie dramatyczny jak… – Przerwał, usiłując zebrać myśli.
– Równie głęboki, jak różnica między islamem a chrześcijaństwem – dokończyła za niego Zoe.
Morgen spojrzał na nich spokojnie, jakby chciał dać im do zrozumienia, że rozważał te argumenty przez dziesiątki lat.
– Mówicie zupełnie jak przywódcy Watykanu. To analogiczna argumentacja, jaką zastosował Konstantyn oraz wybrany przez niego papież, gdy podejmowali decyzję o zgładzeniu Zofii i wszystkich jej wyznawców. Kościół zawsze znajdował się w zagrożeniu – ze strony Rzymian, Hunów i Wizy gotów, ambitnych królów, faszystów, nazistów oraz innych jednostek, które pragnęły nim kierować. I zawsze będzie znajdował się w takim zagrożeniu. Jestem o tym głęboko przekonany.
Przerwał na moment, a kiedy znów się odezwał, jego głos był cichszy, bardziej niezachwiany i pewny siebie.
– Ale Bóg nigdy nie jest zagrożony, zwłaszcza prawda mu nie zagraża. Czyż nie widzicie, że przede wszystkim to właśnie kłamstwo doprowadziło do takiej sytuacji? Konstantyn oraz kościelni biurokraci bardziej troszczyli się o przetrwa nie instytucji niż o czystość wiary i dusze wiernych. Zabili zatem Zofię i zatuszowali prawdę, pragnąc utrwalić własną władzę. Zasiali nasiona destrukcji, które w tej chwili rodzą owoce. Kiedy ktoś raz skłamie, musi potem znowu kłamać, i znowu, aż prawda zostanie do tego stopnia zafałszowana, że kłamliwe treści doprowadzą do wynaturzenia wiary. Z tego właśnie powodu każdy kolejny papież staje się fałszywym świadkiem wobec najważniejszych artykułów wiary. Jednak żaden z nich nie ma wyboru, gdyż musi bronić ortodoksji, mówiąc dalsze kłamstwa i dając fałszywe świadectwo. Ci, którzy usiłowali zerwać z tą bezwstydną tradycją, zwykle umiera li przedwcześnie.
Morgen pochylił się do przodu, w jego oczach zalśnił szczery zapał.
– Lecz my mamy na uwadze duchową wiarę ludzi, nie Kościół. Przetrwanie jednej z najstarszych w świecie struktur biurokratycznych oraz drobnych ludzkich dążeń i błędów nie jest ważne. To, w kogo ludzie wierzą, jest bez porównania mniej ważne niż to, że wierzą. Liczy się wiara, bez względu na to, czy jej obiektem jest Budda, Chrystus, Mahomet, Wisznu czy też bóstwa, które przeprowadzają słońce po nieboskłonie każdego dnia.
– Mój ojciec tak mówił – powiedziała cicho Zoe. – Mówił, żebym wszystkie religie i wyznania świata potraktowała jak okno z witrażem, które jarzy się każdym kolorem. Barw jest wiele, ale słońce tylko jedno. Bóg stworzył nas w różnych kolorach i Bóg przemawia do nas wieloma językami.
– Pani ojciec był mądrym człowiekiem – odparł Morgen. – Jesteśmy ograniczonymi istotami siłującymi się z nieskończonym bytem. Tym, co się liczy, są nasze pytania. Pytania, nie zaś odpowiedzi są ważne, ponieważ odpowiedzi te nigdy nie są pełne, zawsze ograniczone przez nasze fizyczne zmysły. Odpowiedzi te nigdy nie są prawdziwe, ponieważ „ludzkie” odpowiedzi na sekrety boskie, zawsze są uwarunkowane kul turą, przynależnością społeczną, partykularnymi interesami, przesądami, chciwością oraz każdym grzechem śmiertelnym.
Mimo to ludzie muszą wierzyć. Wiara w rzeczy, których nie widzimy, jest pożywką naszej kreatywności, pozwala nam dokonywać czynów, których nie da się wytłumaczyć zjawiskami naturalnymi. Pozwala nam też wyjść poza świat fizyczny. Pochylił się niżej, opierając mocno łokcie na stole. – Ludzie muszą wierzyć i muszą wierzyć w prawdę. My zaś możemy stać się instrumentem, który ją przed nimi odsłoni.
Morgen starł z czoła kropelki potu.
– Współczesny Kościół bazuje w dużej części na kłamstwie. W dłuższej perspektywie – w odcinku czasu, jaki da się zmierzyć jedynie przez historyków, którzy urodzą się dopiero za sto lub więcej lat – w tej długiej perspektywie prawda umocni wiarę. Lecz my oraz ci, którzy przyjdą po nas, wciąż będziemy cierpieć z powodu grzechów, braku rozwagi i lęku ludzi, którzy dopuścili się zbrodni w roku 325 roku naszej ery. Alternatywą jest dopuszczanie faszystów i dyktatorów i ludzi ambitnych do tego, by wykorzystywali prawdę do szantażowania przyszłości.
Osunął się na krzesło, wyraźnie wyczerpany. Po mniej więcej minucie Seth wstał, podszedł do kominka i zdjął dzbanek z rusztu.
– Dolać księdzu trochę? – zapytał Morgena.
Duchowny przytaknął słabo, a Ridgeway nalał do pełna.
Potem dolał kawy do kubka Zoe i swojego, następnie odstawił blaszany dzbanek na gorący ruszt.
Morgen wrócił powoli do siebie, chociaż wciąż ciężko opierał się o blat stołu, jak człowiek kurczowo trzymający się ostatniej deski z tonącego statku. Wsłuchiwali się w gwizd wiatru, w trzaskanie szczap na kominku, w niemal niewyczuwalne oddechy i poruszenia. W końcu Seth przerwał ciszę.
– Nie mogę po prostu zrozumieć, jak ksiądz, wiedząc to wszystko… przeszedłszy to wszystko, mógł pozostać katolikiem, nie wspominając już o sutannie duchownego.
Morgen spoglądał badawczo na twarz Setha, potem uśmiechnął się, a był to uśmiech zaprawiony smutkiem.
– Przeszedłem wiele kryzysów wiary, i jak wyczuwam, pan też teraz taki przechodzi. Jestem jednak głęboko przekonany, że Bóg wspiera nas, podtrzymuje nas na duchu…
– Ale nasze pojmowanie Boga jest tak bardzo skorumpowane przez politykę i doraźne interesy zorganizowanej religii – odparł swarliwie Seth. – Pojmowanie to jest skorumpowane, a istnienie Boga w dużym stopniu podejrzane.
– Tak – odparł cierpliwie Morgen. – Tak, ma pan rację. Wiara wspiera i łączy nas; religia nas dzieli. Proszę wszelako odpowiedzieć mi na pytanie: Jeśli wspina się pan na górę i stwierdza, że w linie, która pana podtrzymuje, są przegniłe włókna, to czy odrzuca pan całą linę? Czy odrzuci pan całą wiarę tylko dlatego, że jest w niej kilka przegniłych włókien?
Seth wzruszył ramionami.
– Wiara łączy nas w sferze duchowej – kontynuował Mor gen. – Ale wiara i religia splotły się ze sobą w jedną linię. W każdym zorganizowanym systemie religijnym prawdziwa wiara oraz herezja występują obok siebie, w każdym splocie liny. Dokładam wszelkich starań, by oddzielić zło, nie niszcząc przy tym całości. Jestem istotą śmiertelną i ograniczoną i nie zawsze dostrzegam, które włókna należy pozostawić, a które odrzucić.
– Zatem akceptuje ksiądz Kościół takim, jakim jest, ze wszystkimi jego wadami.
Morgen przytaknął bez pośpiechu.
– W większości. Na tyle, na ile potrafię. Widzi pan, ja nie posługuję się przykładem z witrażem, ja spoglądam na każdą religię, jak na inne drzwi prowadzące do Boga. Jako ograniczone istoty jesteśmy w stanie zrozumieć nie więcej niż tylko małą cząstkę nieskończonego bytu. Nic więc zatem dziwnego, że różni ludzie, różne kultury, różnie postrzegają swoją własną niewielką cząstkę boskiego bytu.
– Jak ślepiec opisujący słonia? – wtrąciła pospiesznie Zoe.
– Dokładnie. Wszyscy na swój własny sposób jesteśmy ślepcami – wyjaśnił Morgen. – Wierzę głęboko, że każda religia zawiera odrobinę prawdziwej percepcji Boga.
– Ale dlaczego każda z tych religii ośmiela się twierdzić, że jest tą jedyną prawdziwą? – zapytała Zoe.
– Tak naprawdę nie mają prawa tego czynić. Nie szczerze i uczciwie. Nie w imię prawdziwej, dobrej wiary – argumentował Morgen. – Wykluczenie, odrzucenie i piętnowanie innych poglądów na temat Boga jest ziem, które ludzie czynią.
– I odrzucenie kobiet – dorzuciła Zoe.
Morgen uśmiechnął się.
– I odrzucenie kobiet. Bóg jest mężczyzną. Bóg jest kobietą… obojgiem zarazem i zarazem żadnym. Usiłujemy chwycić obraz Boga i bardzo pragniemy uwierzyć, że w jakiejś części przypomina nas.
– Zatem wiara jest ogniwem, które łączy nas z boskim bytem, natomiast religia jest jedynie próbą narzucenia naszej wizji Boga innym ludziom?
Duchowny przytaknął.
– Ale czy nie sądzi ksiądz, że złem jest wynoszenie jednej wizji Boga ponad drugą oraz przypisanie Bogu wyłącznie atrybutów męskich lub żeńskich? – dopytywała się Zoe. – Czy nie jest to swego rodzaju intelektualnym bałwochwalstwem ograniczanie tego, co nieograniczone, nadawanie twarzy temu, co nie posiada oblicza? Być może przykazanie zakazujące składania hołdu idolom stanowiło próbę skupienia naszej uwagi na abstrakcyjnym, nieskończonym, obejmującym wszystko wizerunku Boga, zamiast na konkretnym jego ucieleśnieniu w danej historycznej chwili.
Ma pani rację – zgodził się Morgen. – Ograniczanie Boga w jakikolwiek sposób, bądź też dawanie wiary temu, że Bóg wygląda tak jak my, jest herezją w czystej i prostej postaci. Jestem głęboko przekonany…
Przerwał nagle, gdyż na dworze rozległy się jakieś krzyki.
– Szybko – powiedział Morgen do Gunthera. – Pasja. Seth spoglądał, jak Gunther, powłócząc nogami, idzie do narożnika chaty, gdzie stała prycza bez materaca.
– W jaki sposób to zdobyliście? – wykrzyknął Seth, widząc, jak Gunther pochyla się i wyciąga czarną, metalowa kasetę, którą wczoraj wynieśli z Thule Gesellschaft Bank.
– Ci, którzy są po mojej stronie, są niezwykle utalentowani – wyjaśnił Morgen.
Seth patrzył, jak Gunther zanosi kasetkę w pobliże paleniska. Trzeci mężczyzna znajdujący się w izbie, barczysty, z włosami przyciętymi niemal do skóry, dołączył do Morgena i Gunthera. Razem podnieśli skalną płytę, która stanowiła element kominka.
Gdy krzyki na zewnątrz zrobiły się głośniejsze, mężczyźni włożyli kasetkę do niszy w kominku, a następnie usiłowali nasunąć na miejsce kamienny blok. Po chwili niezdecydowania Seth dołączył do nich. Ledwo zdążyli. Drzwi chaty otworzyły się z impetem, a do wnętrza wpadł ostry wiatr, niosący tuman śniegu. Dwóch ludzi Morgena zawahało się przez moment, trzymając w ramionach półprzytomnego mężczyznę. Morgen przytaknął, wtedy dopiero weszli – wlokąc, trochę niosąc kogoś ubranego w ciepłą kurtkę, podobną do tej, jaką miał na sobie Seth, w grube wełniane spodnie oraz solidne buty do wspinaczki.
– Znaleźliśmy go, jak myszkował wokół domu – wyjaśnił jeden z mężczyzn. Pojmany mężczyzna stęknął.
– Obróćcie go – polecił Morgen.
Kiedy obrócili mężczyznę twarzą do góry, Zoe wykrzyknęła. Tym mężczyzną był George Stratton.