Pocisk chybił. Ksiądz upadł na kolana, trzymając w dłoniach colta należącego do Strattona. Odmawiał modlitwę dziękczynną za wybawienie od jeszcze jednej kuli. W środku, za kuchennymi drzwiami, Braun kasłał, dusząc się coraz bardziej zagęszczonym gazem. Morgen kochał syna, ale czuł też odrazę wobec grzechów, których ten człowiek się dopuścił. Sytuacja była bez wyjścia. Bez względu na to, jak zakończy się ten dzień, cierpienie i ból będą targać jego starym sercem przez resztę życia. Nagle przestał troszczyć się o własne bezpieczeństwo.
Z kuchni dobiegł go głos Setha Ridgewaya.
– Posłuchaj, Ralph, czy jak tam masz na imię. Zabijesz swego umiłowanego kardynała, jeśli szybko stąd nie wyjdziemy. Dlaczego nie przeniesiemy się w jakieś inne miejsce, a przy okazji ktoś zakręci główny zawór gazu?
– Sytuacja bez wyjścia? – odpowiedział pytaniem Rolf.
– Nieważne. – Seth pokręcił głową. – Musimy wydostać się stąd jak najszybciej, inaczej wszyscy zginiemy.
Rolf pokręcił głową przecząco.
– W porządku – stwierdził Seth. – Ty zostajesz tutaj, my wychodzimy.
Ciągnąc ze sobą kardynała, powoli przesuwał się w stronę wahadłowych drzwi.
– Stój tam, gdzie jesteś – odezwał się Rolf tonem coraz bardziej piskliwym, a Seth widział w jego oczach narastającą panikę. – Stój tam, bo inaczej ją zastrzelę.
Seth nie przestawał się przesuwać, kierując spojrzenie na przemian to na twarz olbrzyma, to na jego wskazujący palec. Gdyby dostrzegł najmniejszy choćby ruch palca, zatrzymałby się natychmiast. Starał się nie patrzeć na twarz Zoe. Wiedział, że to wytrąciłoby go z równowagi. Zachowaj spokój, mówił sam do siebie. Całkowity spokój. Rozgrywasz niebezpieczną partię, w której stawką jest życie wszystkich tu obecnych.
Seth i Braun zbliżali się do drzwi, a palec Rolfa nawet nie drgnął. Szef ochroniarzy powoli zaczął się kierować w ich stronę. Nie zamierzał spuścić z oka człowieka, którego miał przecież chronić. Nagle Seth zdał sobie sprawę, że coś jest nie tak. Na twarzy Rolfa pojawił się uśmiech; goryl pchnął Zoe na podłogę, a moment później ręce o stalowych mięśniach chwyciły Setha za szyję, wreszcie wyrwały mu pistolet z dłoni. W kuchni pojawili się pozostali ochroniarze. Czyjeś dłonie wciskały twarz Setha w podłogę. Zdążył jeszcze zobaczyć przerażonego kucharza wybiegającego z kuchni.
Przez moment Seth poczuł się stary i zupełnie bezsilny. Tym razem przegrał… Razem przegrali. Pomyślał o tym, że spogląda na Zoe po raz ostatni, tak piękną, tak… tak niegotową jeszcze na umieranie. Wtedy, zbierając w sobie wszystkie siły, podjął atak na tych, którzy go przytrzymywali. Byli jednak młodzi i bardzo silni. Poczuł, jak czubek buta uderza go w bok głowy i przez dłuższy moment świat zatracił wyraziste kontury.
– Niezły kop, Davidzie – usłyszał jak przez mgłę triumfujący śmiech Rolfa.
A potem głosem, w którym słychać było szacunek, zapytał: – Jak Wasza Eminencja się czuje?
Odpowiedź Browna zabrzmiała niezrozumiale. Wtedy Seth usłyszał łagodny głos Zoe.
– Seth?
– Tu jestem.
Ktoś, być może facet imieniem Dawid, ponownie kopnął go w głowę.
– Zamknij się świnio – usłyszał.
– Czy nic się Waszej Eminencji nie stało? – Do uszu Setha znów dobiegł głos Rolfa.
– W porządku, jestem tylko trochę oszołomiony – odpowiedział kardynał, tym razem wyraźniej. Nastąpiła chwila ciszy. – Wygląda na to, że znów stanąłeś na wysokości zadania. Nigdy nie zwątpiłem w twoje umiejętności.
– Dziękuję, Wasza Eminencjo – odpowiedział z dumą w glosie Rolf.
– Zabierz mnie teraz do helikoptera – polecił Braun. – Pomóż mi wstać.
Seth usłyszał odgłosy stękania i wytężonego wysiłku.
– Co mam z nimi zrobić? – zapytał Rolf.
Ton, jakim odpowiedział Braun, sprawił, że krew w żyłach Ridgewaya niemal zamarzła.
– Cokolwiek zechcesz. Cokolwiek tylko zechcesz. Znów nastąpiła chwila ciszy, potem Seth usłyszał głos Brauna, tym razem bliżej.
– Odwróćcie go.
Trzej mężczyźni przyciskający Setha do podłogi wykonali polecenie. Seth zobaczył nad sobą niewyraźne kontury sylwetki Brauna. Kardynał pochylił się nad nim i splunął. Seth usiłował obrócić głowę, lecz silne ręce przytrzymywały go nieruchomo. Zamknął oczy, gdy plwocina wylądowała na jego czole.
– Idź i weź szkatułę oraz jej zawartość – polecił Braun Rolfowi. – Potem muszę opuścić to miejsce. Mam umówione spotkanie w Rzymie.
Ojciec Morgen zbliżał się cichaczem przez kuchnię, trzymając w prawej dłoni colta. Zobaczył, jak Braun pluje na twarz Setha. Potem Rolf odwrócił się, by zebrać Całun oraz Pasję Zofii. Morgen natychmiast zrozumiał wszystko. Tuż przed nim był Rolf, reszta ochroniarzy znajdowała się po jego lewej stronie, w pobliżu drzwi wychodzących na korytarz.
Seth leżał dociśnięty do podłogi, Braun wciąż stał nad nim, Zoe klęczała, szarpiąc się z dwoma innymi mężczyznami.
Morgen stał w otwartych drzwiach, czuł ulatujący się gaz. Jego wzrok spotkał się na chwilę ze spojrzeniem Zoe. W tym momencie zobaczył go Rolf. Podniósł pistolet i wymierzył. Morgen również podniósł colta, lecz zamiast strzelić, upadł na podłogę w chwili, gdy Rolf nacisnął spust.
Najpierw rozległ się wystrzał, a potem rozjaśniony płomieniami huk! Ostatnim obrazem, jaki widział Rolf Engels, była smuga ognia z jego pistoletu, która sunęła do sylwetki ojca Morgena i jeszcze dalej. Kiedy kuchnia zajęła się ogniem, Rolf nie miał już wątpliwości, że w alpejskiej rezydencji nie należało zakładać instalacji gazowej.
Ognista kula wypełniła kuchnię, wzniecając ogień w tysiącu miejsc. Seth poczuł, że gniotący go ciężar zelżał nagle. Chwilę później usiadł i zobaczył scenę przypominającą prawdziwe piekło. Rolf oraz dwóch innych ochroniarzy Brauna płonęło niczym pochodnie. Ich usta były otwarte, jak gdyby krzyczeli, ale Seth nie słyszał nic poza rykiem płomieni. Wysuszone drewno ścian oraz meble błyskawicznie zajęły się ogniem.
Seth zerwał się na równe nogi i popędził w stronę Zoe. Braun czołgał się nieopodal, potem znieruchomiał jak marmurowy posąg. Kuchenne szafki osłoniły ich przed pierwszym impetem ognistej kuli. Kilka sekund później ochroniarze, którzy przeżyli wybuch, wbiegli do kuchni. Seth przygotował się do podjęcia walki, ale mężczyźni ciągnęli za sobą wąż przeciwpożarowy i nie zwracali uwagi na nic poza ogniem.
– Zoe, wstawaj – krzyknął, chwytając ją pod pachy. – Mu simy stąd uciekać.
Wstała, chwiejąc się na nogach. Chwilę później dołączył do nich ojciec Morgen. Nagle, niczym posąg budzący się do życia, stanął obok nich Braun.
– Całun. Musicie pomóc mi uratować Całun.
W jego oczach odbijały się płomienie. Chwycił Setha i pociągnął go. Seth uderzył kardynała wierzchem dłoni, aż upadł na kolana.
– Sam ratuj sobie ten pieprzony całun – zawołał Seth, sta rając się przekrzyczeć ryk płomieni.
Morgen spojrzał na kardynała pełnym uczucia wzrokiem.
– Choć z nami, synu – wykrzyknął.
– Idź do diabła, starcze! – wrzasnął Braun i ruszył na czworakach w stronę rozrzuconych relikwii.
Morgen stał przez chwilę ze spuszczonymi ramionami i zwieszoną głową. Płomienie ryczały coraz głośniej. Porażony był widokiem syna, jedynego dziecka, które zmierzało w stronę ognia, nie bacząc na nic. Seth podszedł do Morgena i położył dłoń na jego ramieniu.
– Szybko, ojcze – powiedział. – Wynośmy się stąd. Morgen przez chwilę walczył z instynktem, który pchał go w stronę syna. Widział człowieka ogarniętego obłędem. Serce księdza szarpnęło się w piersiach, potem odwrócił się. Po twarzy spływały mu łzy; oto ostatecznie odrzucił syna, jedyne dziecko, które kochał przez całe życie, chociaż nigdy mu nie mógł tego powiedzieć.
Nagle za nimi rozległ się krzyk. Zobaczyli czterech ochroniarzy zmagających się z kardynałem, który szedł prosto w płomienie.
– Puśćcie mnie – krzyczał Braun. – Puśćcie mnie, puśćcie.
Nagle przestał się szarpać, a potem z nadludzką wprost siłą, na którą stać tylko ludzi zdających sobie sprawę z tego, że grają o najwyższą stawkę, wyrwał się im i rzucił w ogień. Ochroniarze cofnęli się przed żarem. Morgen zrobił pół kroku do przodu, potem zatrzymał się.
Wszyscy stali jak porażeni przed ścianą płomieni, nie wierząc w to, czego byli świadkami. Krzyk Brauna, głośniejszy niż ryk ognia, był najpierw niski, potem szedł w górę przez całą skalę ludzkiego głosu, aż po tony, które wydawały się przekraczać granicę możliwości ludzkiego słuchu. Był głośny, zbyt głośny i zbyt potężny, by wydawała je ludzka istota. Jednak tym, co sprawiło, że Seth i Zoe do końca życia zapamiętali ten rozdzierający krzyk, był jego ton. Krzyk przypominał głos człowieka przeżywającego ekstazę.
– Niech Bóg ma cię w swojej opiece – powiedział cicho Morgen.
Gdy krzyk ucichł, Seth, Zoe oraz Hans Morgen rzucili się w stronę klatki schodowej, dobiegli do lądowiska helikopterów, modląc się, żeby helikopter wciąż jeszcze czekał na dachu kardynalskiej rezydencji.