Zoe siedziała na krawędzi zapadającego się metalowego łóżka i wciskała do uszu zatyczki zrobione z papieru toaletowego. Zardzewiałe sprężyny niemiłosiernie skrzypiały, podobnie metalowa siatka, na której leżał cienki, gruzłowaty materac. Odgłosy skrzypienia zagłuszał jednak szum wentylatora przyspawanego do stalowych drzwi. Po drugiej stronie pomieszczenia na odrapanym, także metalowym biurku stał przestarzały komputer, a jego wentylatorek pracował nie mniej głośno niż stara suszarka do włosów. Monitor wydawał z siebie nieregularne odgłosy podobne do wyładowań łuku elektrycznego. Powietrze w pomieszczeniu było przesycone wilgocią, która cuchnęła pleśnią oraz jakimiś chemikaliami. W rogu burczał i bzyczał piecyk elektryczny, kiepsko radzący sobie z mokrym chłodem zimy. Zoe miała na sobie gruby narciarski sweter ze wzorem w płatki śniegu, wełniane spodnie, pod nimi rajstopy oraz dwie pary grubych, wełnianych skarpet.
Gdy zatyczki z papieru toaletowego, nawilżonego tonikiem do rąk, zaczęły pęcznieć, dźwięki odbijające się od nagich betonowych ścian przycichły. Hałas osłabł. Zoe zdobyła się na nieśmiały uśmiech satysfakcji. Jeszcze jedna drobna improwizacja pozwalająca zyskać przewagę w sytuacji, która początkowo wydawała się nie do przeżycia. Pomyślała o ojcu, spawaczu, mechaniku i jednocześnie utalentowanym, choć niespełnionym rzeźbiarzu, który nauczył ją posługiwania się narzędziami, i to mimo oporu ze strony matki, stojącej twardo na stanowisku, że narzędzia nie są dla dziewczyn. Zoe potrząsnęła powoli głową i spojrzała na dłonie, lekko marszcząc brwi.
Potem, jak każdego wieczora, zanim przyniesiono jej kolację, Zoe zamknęła oczy i sięgnęła do zasobów pamięci. Dni zamieniały się w tygodnie, a tygodnie w miesiące. Przypominała sobie pierwsze dni, kiedy to przyjechali Rosjanie z Moskwy z torbami pełnymi narkotyków. Spenetrowali doszczętnie jej umysł, szukając informacji o obrazie, wykorzystując narkotyki, które rozerwały jej pamięć na odrębne skrawki, jak bezładnie rozrzucone kartki z segregatora. Każdego wieczora koncentrowała się na odzyskaniu kolejnej kartki i włożeniu jej z powrotem we właściwym porządku.
Pierwszy zastrzyk podskórny wprowadził ją w niechciany sen jeszcze w hotelu Eden au Lac. W półmroku, jaki wtedy ją otoczył, wyczuła czyjeś podpierające ją dłonie i usłyszała głosy, niektóre mówiące po rosyjsku, większość jednak po niemiecku.
– Zabierzmy też profesora, skoro już tu jesteśmy – ode zwał się ktoś po niemiecku.
Zoe usiłowała krzyczeć, ale koszmar odebrał jej głos.
– Nie – sprzeciwił się inny porywacz, władczym głosem. – Teraz będzie dla nas tylko zbędnym balastem; dwa ciała oznaczają dwa razy więcej kłopotów. Jeśli ona powie, że profesor coś wie, zawsze możemy go jeszcze zabrać.
A potem głosy rozpłynęły się w całkowitej czerni.
Ocknęła się w starym przemysłowym magazynie, który odtąd stał się jej celą. Początkowo odczuwała jedynie głód i przenikliwe zimno. Później dostała dużo ciepłej strawy i koce. Dni niedoli przeplatały się z dniami komfortu, po rozpaczy przychodziła nadzieja. Jej stan psychiczny i sposób traktowania zmieniały się w zależności od tego, kto ją przesłuchiwał. Powiedziała im wszystko, co wiedziała, ale nadal uważali, że wie coś na temat obrazu. Wtedy właśnie wzięli się za rozbieranie jej umysłu na elementy pierwsze. Narkotyki zamieniły upływający czas w szalony, ciągnący się bez końca sen, który przenosił ją w nierzeczywisty świat pogrążony w półmroku, w połowie tylko odczuwany i w połowie zapamiętany.
Czoło Zoe pokrywały głębokie bruzdy, kiedy zmagała się nad przywróceniem skradzionych dni, ale wysiłki były bezskuteczne.
– Cholera – mruczała pod nosem, ciężko dysząc.
Nic nie zyskiwało ostrości poza słabymi, pierwszymi wspomnieniami głosu Thalii, mówiącej, iż powinni zapewnić jej doświadczoną pomoc w systematyzowaniu danych, ich katalogowaniu oraz szacowaniu wartości dzieł sztuki, jakie zrabowali z rezydencji Williego Maxa.
– Dajcie jej szansę – usłyszała niski, kojący głos Thalii, do biegający gdzieś z półmroku, kiedy ocknęła się po raz pierwszy. – Posłuchajcie… jeśli to się nie powiedzie, zawsze możecie odesłać ją do Rygi w beczce z ropą. Ale na razie jej ręce i głowa bardziej mi się przydadzą wciąż połączone z jej tułowiem.
Kochana Thalia.
Pogrążona w zaimprowizowanej ciszy Zoe kołysała się na łóżku, usiłując ponownie odzyskać utracone wspomnienia. Zamiast tego dojrzała twarz Setha. Ale portret utrwalony w jej umyśle zaczął stopniowo blaknąć, niczym zdjęcie pozostawione na słońcu. Upływające miesiące powoli rozmywały rysy. Kiedy po raz pierwszy zdała sobie sprawę z tego, że jego obraz zanika w jej pamięci, rozpłakała się. Później jednak wydarzyło się coś dziwnego. Równie prędko jak zamazywały się rysy twarzy, wyostrzał się obraz jego oczu. Teraz widziała już nawet najdrobniejsze żyłki i plamki na tęczówce. To tak jakby artysta narysował na płótnie szkic twarzy, ale farbę nałożył jedynie na oczy.
To jednak w zupełności jej wystarczało. Gdy siedziała tak, rozmyślając o nim, uświadomiła sobie, że te oczy zawsze jej wystarczały, bowiem w pełni go odzwierciedlały. Nauczyła się patrzeć w oczy Setha, jak inni patrzą w niebo, żeby przepowiedzieć pogodę. Jego oczy miały tyle samo odcieni: były ciemnoniebieskie, kiedy pogrążał się w myślach, szare, gdy zapracowywał się na śmierć, turkusowe, kiedy popadał w smutek lub melancholię oraz głęboko, niemal czysto zielone, gdy ich miłosne uniesienia dobiegały kresu.
Wspomnienia napływały niczym fala powodziowa, wywołując poczucie straty niemal równie bolesne, co cierpienia ostatnich miesięcy. Usiłowała przypomnieć sobie jego głos albo poczuć dotyk jego dłoni na piersiach, on jednak zniknął. Całkowicie. Pozostały tylko oczy. Znów starała się powstrzymać łzy. Tak bardzo go pragnęła.
Odchyliła głowę do tyłu, walcząc z przygnębieniem i rozpaczą, starała się rozładować napięcie, masując dłońmi kark. Otworzyła oczy. Nad głową widziała belki stropowe oraz zardzewiałe żelazne rury i dysze przeciwpożarowych zraszaczy. Kątem oka dostrzegła ruch. Odwróciła głowę i zobaczyła, że drzwi powoli się otwierają. Szybko wyciągnęła zatyczki z uszu i wstała. Strażnik przystanął na moment w progu. Ogromny niczym pień drzewa mężczyzna, którego ręce i nogi wydawały się zbyt krótkie w stosunku do wielgachnego korpusu ciała, dosłownie wypełnił otwór drzwiowy, a papierowa torba z jedzeniem na wynos od Móvenpicka, w której znajdowała się jej kolacja, niemal całkowicie niknęła w jego kolosalnej dłoni.
– Witamy w Chez Bastille, jestem Andre, twój maitre d’hotel – powiedziała Zoe, wiedząc doskonale, że olbrzym mówił wyłącznie po rosyjsku. – Czy zamawia pan stolik dla jednej osoby?
Wielkolud jak zawsze uniósł jedną krzaczastą brew, spoglądając na nią podejrzliwie, potem przystąpił do lustracji pomieszczenia. Dał jej znak ruchem głowy; Zoe przeszła do przeciwległego narożnika celi i stanęła przy nogach łóżka, obok nocnika, mężczyzna tymczasem postawił torbę zjedzeniem na zdezelowanym biurku. Potem dokładnie obejrzał pomieszczenie, szukając jakichkolwiek śladów próby ucieczki. Rzucił jej na koniec krótkie, triumfujące spojrzenie i ruszył w stronę drzwi. Zamiast jednak wyjść natychmiast, jak robił zazwyczaj, stanął z boku i skinął głową.
Chwilę później w drzwiach pojawiła się Thalia Jastrubinecki, ze srebrną tacą w ręku, na niej stał porcelanowy serwis do herbaty. Obok pięknego dzbanka leżała torba zjedzeniem również od Móvenpicka.
– Pomyślałam sobie, że możemy podyskutować na temat postępów prac nad twoimi ekspertyzami – powiedziała Thalia, wskazując głową na komputer. Puściła oko do Zoe, pode szła do szafki na dokumenty i postawiła na niej tacę.
Zoe zmarszczyła czoło. Z powodu braku książek i czasopism sporą część wolnego czasu – był to efekt przymusowego odosobnienia – spędzała przy starym komputerze z procesorem 486, a to pozwalało jej przenosić się z obskurnej celi w pełen znajomego komfortu i piękna świat sztuki. Całe godziny spędzała na przepisywaniu notatek z oględzin przeprowadzanych dzień wcześniej, dokumentując to, co zdołała odkryć, i tworząc świadectwa pochodzenia najlepsze z możliwych. W duchu jednak gnębił ja niewyjaśniony niepokój. Thalia rzadko kiedy składała jej wizyty i zawsze po to tylko, żeby zostawić jakąś książkę lub dokumenty. Nigdy nie wpadała na dłużej. Coś było nie tak.
– Cóż – powiedziała Zoe ostrożnie. – Nie mam tego dużo więcej, niż miałam dzisiaj rano, gdyż zazwyczaj pracuję dopiero po kolacji.
Dobrze więc, zjedzmy wpierw coś! – powiedziała Thalia z autentycznym entuzjazmem, który z reguły rezerwowała wyłącznie dla wielkich dzieł sztuki oraz dla… jedzenia. Była to kobieta wysoka, o obfitych kształtach, miała czterdzieści parę lat, długie, kręcone, rude włosy oraz łagodne rysy twarzy. Jej ojciec, starszy wiekiem marszand z Mińska, zadłużył się po uszy u lichwiarzy z moskiewskiej mafii, a potem zaczął zalegać ze spłatami. Mafijni bonzowie, zamiast torturować starca, co zwykle czynili, zmusili go do prowadzenia wspólnych interesów, wykorzystując jego dawne oficjalne kontakty do przemytu skradzionych dzieł sztuki i antyków. Proceder ten doprowadził ich w końcu do skarbów zgromadzonych w Kreuzlingen, a pracę nad nim i powierzono Thalii. Olbrzymi strażnik wyszedł na korytarz i zamknął za sobą drzwi. Rygiel zasunął się z trzaskiem, nie pozostawiając złudzeń.
– Cóż za podejście – skomentowała Thalia, spoglądając na drzwi; mówiła z nowojorskim akcentem. Potem rozejrzała się powoli po pomieszczeniu.
– Naprawdę powinnaś coś zrobić z tym miejscem. Większość krewnych Thalii to byli rosyjscy Żydzi, którym za czasów prezydentury Jimmy’ego Cartera wydano wizy wyjazdowe. Jedynie jej owdowiały ojciec zrezygnował z wyjazdu. Był już słabowity i nie wyobrażał sobie życia bez sztuki. Wyjeżdżając, skazałby się na ubóstwo, musiałby bowiem opłacić drakońskie podatki emigracyjne, narzucone przez Sowietów. Pozostał, ale wysłał córkę do ciotek i kuzynek w Nowym Jorku, opłacił jej również studia na Uniwersytecie Columbia. Później dowiedziała się, że pieniądze na czesne pożyczył od lichwiarzy z Moskwy, przekonany, że nim nadejdzie pora spłaty długu, przeniesie się na drugi świat.
– Nie przyszłaś chyba dyskutować o wystroju wnętrz – po wiedziała Zoe, podchodząc do biurka.
Thalia wzruszyła ramionami, wzięła papierową torbę zjedzeniem dla Zoe i rzuciła w jej kierunku.
– Trzymaj. Podjedz trochę mięska, chudzino – zachęciła, potem obróciła się i sięgnęła po własną torbę. – Chodź! Siadaj! Siadaj!
Thalia podsunęła Zoe jedyne krzesło, potem skoncentrowała się już na odwijaniu jedzenia. Po dłuższej chwili Zoe ustawiła krzesło w miejscu, z którego mogła lepiej widzieć Thalię, i wyciągnęła z torebki kanapkę z zimnym mięsem oraz wysoki plastikowy kubek z zupą jarzynową. Postawiła jedzenie na biurku, otworzyła kubek i pociągnęła łyk.
Thalia stała obok srebrnej tacy i z nieskrywanym apetytem wzięła się za kanapkę. Po chwili spojrzała na drzwi, odłożyła kanapkę i podeszła do Zoe.
– To jedyne miejsce, w którym możemy porozmawiać – powiedziała cicho. – Wszędzie nas obserwują.
Zoe przytaknęła.
– Naciskają mnie, żebyśmy prędko zwijali manatki. Coś musiało ich nieźle przestraszyć i zamierzają zamknąć kram tak szybko, jak się da.
– Ale co?
– Któż to wie? Być może policja depcze im po piętach. Albo twój mąż, jeśli jest takim dobrym detektywem, jak mówiłaś.
Przez moment serce Zoe zabiło na myśl o poszukiwaniach prowadzonych przez Setha. Niejeden raz śniła o tym, że nagle staje w drzwiach jej celi.
– Ile czasu nam zostało? – zapytała.
– Najwyżej tydzień.
– Ale przecież mamy jeszcze do sprawdzenia tyle posążków Bogini!
Wśród łupów zabranych z Kreuzlingen, co było zaskoczeniem, znalazła się też ogromna skrzynia wyładowana po brzegi setkami figurek, posążków i innych wyobrażeń Wielkiej Bogini; niektórzy nazywali je figurkami bogini Wenus. Najstarsze z nich liczyły sobie dobrze ponad dziesięć tysięcy lat, sięgając tym samym epoki paleolitu i neolitu. Było to najbardziej niewiarygodne znalezisko należące do tej zdumiewającej kolekcji.
– Zrobienie tego zgodnie z zasadami, zajmie całe miesiące – zaprotestowała Zoe.
– Nie mamy miesięcy – odparła Thalia. – Co więcej, wszystkie falsyfikaty, które namierzyłaś w innych segmentach zbiorów, posiadają priorytet. Oni są porządnie rozdrażnieni tym, że według ciebie tak wiele eksponatów to falsyfikaty.
– Wielki pieprzony interes – odparła Zoe. – Będą musie li nauczyć się z tym żyć.
Upiła łyk zupy, która szybko stygła w zimnej celi.
– Czym tak naprawdę się przejmują? – zapytała, ocierając usta papierową serwetką. – Sprzedają skradzione dzieła sztuki ludziom, którzy wiedzą, że to rzeczy kradzione. Cóż mogą z tym zrobić? Poskarżą się policji, że kupili falsyfikat? Zoe pokręciła głową i dokończyła zupę.
– Owszem, to złodzieje – ciągnęła Thalia – ale zamierzają dalej sprzedawać dzieła sztuki tym samym kolekcjonerom i kustoszom. Jak się zorientowałam, mają dojście do potajemnych magazynów w Ermitażu, w których znajduje się wiele eksponatów zrabowanych przez Sowietów, do posiadania których nie chcą się oni jednak przyznać.
– Figurki – odparła przygnębiona Zoe, potem ugryzła kęs kanapki.
– Cóż, pocieszające w tym wszystkim jest to, że najprawdopodobniej wśród impresjonistów i innych dekadenckich dzieł nie ma falsyfikatów – odezwała się po chwili. – Ale trudno się spodziewać, że najlepsi fałszerze zajęli się dziełami, z których wiele naziści wyjęli spod prawa. Z drugiej natomiast strony oceniam, że co najmniej dwadzieścia pięć procent wszystkiego, co pochodzi z okresu od średniowiecza po początek dziewiętnastego stulecia, to dzieła sfałszowane albo do tego stopnia na siłę odrestaurowane, żeby ze względów praktycznych prezentowały się jak nowe.
– Wpadną w szał – przestraszyła się Thalia.
– Nie, jeśli im o tym nie powiemy.
Thalia spojrzała nie nią zdziwiona.
– Większość już przepuściłam – wyjaśniła Zoe. – Falsyfikaty zaznaczałam maleńką literką „f” w prawym dolnym rogu obrazów oraz w różnych miejscach na posążkach i relikwiach. Oznaczenie to znajduje się również w bazie danych. Po prostu samotna literka „f w jednym z pól edycji.
– Jesteś złośliwa – stwierdziła Thalia, a na jej twarzy pojawił się wyraz zrozumienia. – Jeśli przyklei się do nich etykietka handlarzy falsyfikatów, nikt nigdy więcej nic od nich nie kupi.
– Bingo! – pochwaliła Zoe. – Poza tym nie będą mogli obwiniać ciebie, ponieważ to ja jestem specem od falsyfikatów. Muszę tylko przeżyć, a ci faceci będą ugotowani.
Thalia posmutniała. Słowa Zoe wyrażały bowiem mroczną, pomijaną milczeniem pewność, że nie dożyje chwili, kiedy jej plan się wypełni. Na dłuższą chwilę ogarnęło przygnębienie.
Thalia mieszkała z pobliskim hotelu, który opuszczać mogła wyłącznie pod opieką porywaczy. Była więźniem. Dali jej jasno do zrozumienia, że, jeśli zdarzy się coś nieprzewidzianego – ucieczka Zoe, nalot policji, przeszmuglowana wiadomość – ona i ojciec przejdą długie i okropne męki, zanim wreszcie umrą. Nawet jeśli Thalia w niczym nie zawini.
– Dobrze! Bardzo chciałabym poznać sposób, w jaki rozpoznajesz falsyfikaty. – Thalia posprzątała biurko i nalała parującą herbatę do dwóch filiżanek. – Musimy wziąć się za to od jutra, żeby mieć później te rzeczy z głowy.
– To będzie niezła wymiana – stwierdziła Zoe. Wlała do herbaty mleczko i upiła łyk. – Naprawdę nie wiem zbyt wiele o epoce paleolitu i neolitu, ty zaś wiesz bardzo dużo.
Thalia wzruszyła skromnie ramionami.
Piły herbatę w milczeniu, każda pogrążona w myślach na temat niepewnej przyszłości, do czego żadna z nich nie chciała się przyznać.
– Mimo wszystko byłabym bardziej zadowolona, gdybyśmy wzięły się wcześniej za figurki Bogini.
– Ja również – zgodziła się Thalia. – Niestety, geniusze, którzy tu rządzą, nie troszczą się specjalnie o… jak oni to nazwali? Stertę tłustych, grubych baboli z ceramiki.
Zoe dopiła resztę herbaty.
– Figurki – burknęła Thalia.
– Możemy wziąć się za to dziś wieczorem.
– Za falsyfikaty?
– Miałam na myśli figurki Bogini. Thalia zaprzeczyła ruchem głowy.
– Oni są niewzruszeni. Najpierw dzieła z nowszych epok. Dopiero potem Boginie.
– Czy możemy więc dzisiaj zająć się falsyfikatami? Czy pozwolą nam popracować trochę dłużej?
– Nie widzę powodu, dla którego mieliby nie pozwolić – odparła Thalia. – Chcą jak najszybciej zwijać kram. Na dobrą sprawę zamierzali w ogóle zrezygnować z figurek Bogini. Wytargowałam z nimi dodatkowy tydzień dla nas, przekonując ich, że „tłuste, grube babole z ceramiki” mogą im przynieść miliony. Stwierdzili wtedy, że być może będą musieli wynosić się stąd z dnia na dzień oraz że będą zmuszeni w ciągu kilku godzin pozacierać wszystkie ślady.
Zoe poczuła, jak trwoga ściska jej gardło. Ona była takim właśnie śladem. Thalia także posmutniała. Zoe spróbowała dodać im obu otuchy.
– Posłuchaj, gdybyśmy, dajmy na to, pracowały w tej wielkiej galerii przy Bahnhofstrasse, mógłby nas potrącić na przejściu jakiś mercedes lub inne auto. Nikt tak naprawdę nie wie, ile czasu mu pozostało, zatem wykorzystajmy w pełni ten, którym dysponujemy… Lepsze to niż bezczynne siedzenie i zamartwianie się.