Rozdział 27

GroBmiintser – powtórzyła Zoe, wiążąc sportowe buty i nakładając płaszcz. – Wydaje mi się, że jest to kościół gdzieś w pobliżu rzeki.

– Wiem, gdzie to jest – warknął Stratton. – I nie potrzebuję żadnej pomocy w przywiezieniu tu pani męża. Chcę, żeby pani została tu z Richem, gdzie będzie pani bezpieczna.

– Do jasnej cholery – zaklęła Zoe, stając między Strattonem a drzwiami. – Zamierzam zobaczyć się z nim bezzwłocznie i nie powstrzyma mnie pan przed tym. Nie jestem walizką, którą może pan rozstawiać po kątach.

Stratton spojrzał na Cartiere’a, który stał, czekając na polecenie, potem znów na Zoe.

– Mógłbym kazać przytrzymać panią tutaj do czasu mego powrotu – oznajmił. – Jednak nie chcę bez potrzeby narażać Richa. Trudno przewiedzieć, co pani strzeli do głowy.

Spojrzał na ochroniarza.

– Ubieraj się. Wolę wdać się w konflikt z KGB, niż spierać się z nią.

Potem dał Zoe znak, żeby stanęła z boku, otworzył drzwi i wyjrzał ostrożnie.

– Droga wolna – zakomunikował. To może być niebezpieczne. Chcę, żeby przyrzekła pani wykonywać moje polecenia szybko i bez ich kwestionowania.

Zoe skinęła potakująco, wiedząc, że jest to cena, jaką musi zapłacić za możliwość szybkiego zobaczenia Setha. Wyszła na korytarz, tuż za nią podążał Cartiere. W duchu jednak decyzję podjęła już, kiedy i gdzie będzie wykonywać polecenia Strattona. Cartiere zdążył zamknąć drzwi od apartamentu, kiedy telefon w salonie znowu dzwonił.

– Niech się pan pospieszy. – Zoe ponaglała ochroniarza, który grzebał w kieszeni, szukając klucza. – To może być znowu Seth!

Telefon zadzwonił trzeci raz, potem czwarty. Przy piątym dzwonku Cartiere otworzył drzwi, a Zoe popędziła do aparatu stojącego na stoliku przy łóżku.

Zdjęła słuchawkę z widełek.

– Halo? – Nikt nie odpowiadał. – Halo? Czy ktoś tam jest? Trzasnęła słuchawką o widełki.

– Cholera! Cholera! Cholera! – przeklinała. – Za późno. Przez moment jeszcze czekała, ale już nie zadzwonił.

– Ruszajmy – zawołał Stratton z korytarza; dołączyli do niego bez zwłoki.


Pułkownik KGB Mołotow uśmiechnął się szeroko i spokojnym ruchem odwiesił słuchawkę hotelowego telefonu na widełki.

– Jest w swoim pokoju – odezwał się do mężczyzn stojących obok.

– Ty – wskazał na kierowcę ich auta – pójdziesz ze mną schodami.

Potem zwrócił się do pozostałych.

– Pojedziecie windą i zaczekacie przy niej na nas.

Nie czekając na potwierdzenie, Mołotow ruszył dziarskim krokiem schodami wyłożonymi puszystym chodnikiem, zapominając na chwilę o bólu powodowanym przez rany głowy.

Rich Cartiere wyczuł drżenie podłogi pod podeszwami butów.

– Stójcie – odezwał się, zatrzymując muskularnym ramieniem Zoe i Strattona.

Wyciągnął broń i przylgnął do ściany.

– Co się dzieje? – zapytał Stratton, dosłownie przyklejając się do ściany klatki schodowej i polecając Zoe gestem, by uczyniła to samo.

– Kroki – szepnął Cartiere. – Ktoś biegnie po schodach… z dołu.

Stratton zatrzymał się i nasłuchiwał.

– Może to bawią się dzieci? Nie słyszę…

– Dzieci hałasują – odparł Cartiere. – Powinniśmy więc słyszeć nie tylko odgłosy kroków.

Cartiere stąpał ostrożne, zachowując całkowite milczenie i wysuwając do przodu lufę uzi. Stratton szedł pół kroku za nim, trzymając w gotowości automat. Zoe zamykała pochód.

Mołotow przytulił się do niszy drzwi jednego z hotelowych pokoi. Po drugiej stronie korytarza kierowca również usiłował zejść z widoku, kryjąc się w wąskim zagłębieniu. Obaj mieli w dłoniach pistolety maszynowe.

– Słyszysz ich? – zapytał szeptem Mołotow.

– Skąd wiesz, że jest ich kilkoro?

– Instynkt. Gdyby było inaczej, z pewnością nie rozmawialiby ściszonymi głosami. I dlaczego jeszcze nie zeszli na dół? Są na górze już bardzo długo. I zachowują się bardzo ostrożnie. Usłyszeli nasze kroki. To jedyne wytłumaczenie.

Cartiere dostrzegł obu mężczyzn w korytarzu dokładnie w chwili, kiedy jego stopa opuszczała ostatni stopień schodów prowadzących na pierwsze piętro. Był zadziwiająco szybki jak na swój wzrost i zapewne przeżyłby, gdyby nie stracił cennych sekund na odepchnięcie ramieniem Strattona i Zoe.

– Cofnijcie się! – krzyknął, podnosząc uzi i celując do mężczyzny, stojącego po drugiej stronie korytarza. Widział, jak tamten podnosi broń, jednocześnie kątem oka dostrzegł drugi pistolet maszynowy w niszy innych drzwi. Strzelaj i po chyl się; strzelaj i pochyl się; w uszach znów miał krzyk stare go sierżanta, instruktora z wojska. Nacisnął spust, seria trafiła mężczyznę w twarz i rąbnęła jego głową o drzwi.

Mołotow, który stał niecałe dwa metry obok, poczuł na twarzy ciepłe bryzgi. Wyskoczył i wycelował w olbrzyma; kule uderzyły w potężny tors i w brzuch Cartiera. Wyraz mściwej satysfakcji zniknął jednak z twarzy pułkownika KGB, gdyż kolos, jakby nie czuł ran, nadal obracał się w jego kierunku. Tylko na jego płaszczu wykwitły jaskrawoczerwone plamy.

– Zdychaj, niech cię szlag – wymamrotał Mołotow, kolejny raz opróżniając magazynek.

Olbrzym słabł, a ręce trzymające broń drżały, wciąż jednak stał na nogach. Nagle potrząsnął energicznie głową, jak byk oczekujący na dokończenie przez matadora tego, co rozpoczęli pikadorzy.

Zdjęty przerażeniem Mołotow wpatrywał się, jak wylot lufy automatu kieruje się wprost na jego klatkę piersiową. Wypuścił broń z ręki i rzucił się w bok; kule trafiły w miejsce, gdzie jeszcze przed ułamkiem sekundy stał. Sięgnął błyskawicznie po automat i oddał trzy szybkie strzały w głowę przeciwnika.

O mój Boże! O mój Boże! Rich! Przerażona Zoe stała jak wryta, zaciskając mocno dłoń na poręczy. Stratton przesuwał się po ścianie, usiłując dotrzeć do Cartiere’a. Widziała, jak ochroniarz drga, przy każdej trafiającej go kuli, chwieje się przez moment, a w końcu podnosi broń i strzela. A w następnej chwili dwie kule oderwały mu lewą stronę jego twarzy, potem trzeci pocisk oderwał głowę od tułowia. Trysnęła fontanna krwi, malując szkarłatny ogon komety na ścianie. Głowę Zoe wypełniły przenikliwe i fałszywie brzmiące tony sekcji dętej oraz smyczków; zdusiła krzyk przerażenia.

Wtedy z góry klatki schodowej dobiegły nerwowe głosy innych mężczyzn. Mówili po rosyjsku, a to oznaczało, że znaleźli się w pułapce. Stratton wahał się jedynie przez ułamek sekundy.

– Trzymaj! – rozkazał, wciskając uzi w jej ręce. – Bezpiecznik jest zwolniony. Przykucnij i rozwal każdego, kto tylko po jawi się na schodach.

Z kabury pod ramieniem wyciągnął automatyczny pistolet i pobiegł w górę. Chwilę później powietrze znów wypełniło się odgłosami strzelaniny. I zupełnie znienacka zapadła cisza, którą przerywały jedynie jęki konających.

Strach ścisnął ją za gardło. Kto umierał tam na górze? Jeśli to Stratton, znów została sama, zdana tylko na własne siły. Poczuła, jak drży.

– Wracajcie do siebie, w przeciwnym razie wam również odstrzelę łeb!

Zoe rozpoznała głos Mołotowa, skierowany rzecz jasna do ciekawskich hotelowych gości. Drzwi zatrzasnęły się, potem usłyszała zgrzyt klucza przekręcanego w zamku. Ułamek sekundy później Mołotow wszedł w jej pole widzenia. Przez moment nie bardzo wiedziała, co robić. Broń, którą wcisnął jej do ręki Stratton, trzymała bezwładnie zakrytą fałdami płaszcza.

– Nie ruszaj się – powiedział Mołotow po angielsku.

– Ty! – wydusiła z siebie z goryczą.

Serce waliło jej jak młot; w przyćmionym świetle rozpoznała sylwetkę jednego z mężczyzn, którzy ją więzili w magazynie. Niech to szlag! Reagowała zbyt powolnie, przeklinała siebie w duchu, zaciskając dłoń na uzi i przystawiając palec wskazujący do spustu. Ich spojrzenia spotkały się, a Zoe starała się wytrzymać jego wzrok, jednocześnie powoli unosząc lufę automatu.

Mołotow uśmiechnął się.

– Tak. Ja. Przyszedłem po ciebie.

Szedł w jej kierunku, nie zachowując ostrożności; pistolet zwisał luźno w jego dłoni. Na górze znów ktoś szedł. George? A może któryś ze zbirów? Mołotow zrobił następny krok. Zoe powoli, milimetr po milimetrze podnosiła lufę uzi.

– Teraz pójdziesz ze mną – oznajmił.

I nagle dostrzegł ruch jej ręki i zobaczył pistolet maszynowy. Zaczął podnosić własną broń.

Boże, błagam, pomóż mi, modliła się.

Szybko uniosła broń i nacisnęła spust. Uzi dosłownie eksplodował w jej ręku długą serią; wierzgał, tańczył i terkotał. Zoe zobaczyła, jak klatka piersiowa Mołotowa rozpryskuje się niczym rozgnieciony melon. Jego ciało osunęło się na ziemię. Chwilę później z góry przesunął się jakiś cień. Zoe bez wahania odwróciła się, nie opuszczając broni. George Stratton wtulił się w ścianę.

– Nie strzelaj – wykrzyknął. – To ja.

Na jego spodniach na wysokości bioder widniała czerwona plama. Podbiegła do niego. – Jest pan ranny?

– To nic poważnego – odparł, z trudem utrzymując się na nogach. Po chwili ruszył w górę.

– Chodźmy. Musimy wydostać się stąd. Nie mam pojęcia, czy posiłki są w drodze.

Minęli zwłoki dwóch mężczyzn i wpadli do apartamentu. Zoe wrzucała rzeczy do walizki; słyszała, jak w sąsiednim pokoju Stratton rozmawia przez telefon przygaszonym głosem. Nie była w stanie zrozumieć większości słów, ale wychwyciła nazwisko Richa oraz nazwę hotelu. Po minucie zjechali na najniższy poziom windą służbową znajdującą się w końcu korytarza.

Zoe czuła się okropnie. Pomyślała o Richu Cartierze, a potem o Mołotowie i o tym, że modliła się o jego śmierć. Przypomniała sobie także dwóch mężczyzn, których zabiła w magazynie, co było również odpowiedzią na jej modły. Kiedy wreszcie, zastanawiała się, Bóg da jej szansę pomodlenia się o coś, co nie spowoduje śmierci i cierpień?


Seth Ridgeway ukrył się głęboko w cieniu wejścia i obserwował volvo, które wjechało właśnie na plac GroBmuntser. Policyjne wozy już dwa razy tędy przejeżdżały, ale były to oznakowane radiowozy i miały włączone syreny. To volvo jest inne, pomyślał. Dwie osoby w środku, auto jedzie powoli. Widocznie kogoś szukali. Jego? Poczuł, jak serce zabiło mu mocniej. Światła stopu zaświeciły się na moment, auto zwolniło, potem zatrzymało się na środku placu, zbyt jednak daleko, żeby mógł rozpoznać ludzi. Widział jedynie szare sylwetki za ciemnymi szybami.

Chwilę później drzwi od strony kierowcy otworzyły się. Mężczyzna, który wysiadł, poruszał się jak gliniarz. Stąpał ostrożnie, obracając głową niczym wygłodniały jastrząb. W jego prawej dłoni dostrzegł pistolet. Mężczyzna poszedł powoli jakieś dziesięć, dwadzieścia metrów z tyłu samochodu, potem tyle samo do przodu. Facet przeszedł na stronę pasażera, pochylił się i powiedział coś do drugiej osoby, która tam siedziała. Potem otworzył drzwi i cofnął się, umożliwiając pasażerowi wyjście z auta.

Kiedy z samochodu wysiadła Zoe, Seth poczuł, że serce przestaje mu bić. Drzwi zamknęły się z głośnym trzaśnięciem, potem ona i mężczyzna o wyglądzie gliniarza stanęli przed maską auta i rozejrzeli się dokoła.

Seth wciąż nie ruszał się z miejsca. Czy naprawdę była to Zoe? W przyćmionym świetle jej twarz przesłaniał cień, ale… ale widział przecież, jak idzie, jak stoi, jak porusza głową, kiedy mówi i jak macha rękoma. Nagle odniósł wrażenie, że ktoś podniósł leżący od dawna na jego sercu głaz. Wyszedł z cienia i szedł powoli, krok za krokiem, jak gdyby nie do końca ufał własnym nogom. Widział, jak ich spojrzenia koncentrują się na nim. Mężczyzna o wyglądzie policjanta trzymał wycelowany w niego pistolet.

– Zoe – krzyknął Seth, nie mogąc już dłużej powstrzymywać rozpierającej go radości.

– Seth – zawołała Zoe, jakby nie do końca wierząc, że to rzeczywiście on.

Po chwili nie miała już żadnych wątpliwości. Spotkali się po środku pogrążonego w półmroku GroBmuntserplatz.

– O Boże. – Z oczu Zoe płynęły łzy, kiedy objęła go ramio nami. – O Boże, o Boże, nie sądziłam, że ja kiedykolwiek… my kiedykolwiek… że…

Jej głos załamał się.

– To prawdziwy cud. Cud, za którym stoi Bóg.

Seth spojrzał na nią i poczuł, jak serce mu pęka. Ileż ona musiała przejść. Przyciągnął ją do siebie i przytulił ze wszystkich sił.

– Zoe, ach, Zoe… – Jego głos również się załamywał. – Tak się cieszę, że znowu jesteś. Kocham cię bardzo, bardzo.

Nie słyszeli nic poza własnymi słowami; ani wycia syren, ani hałaśliwych samochodów na Limmat Quai, ani odległego ryku silników odrzutowca przelatującego nad ich głowami. Wszystkie te hałasy zniknęły razem z kościołem GroBmuntser, z placem i samochodem marki Volvo, a także z policjantami i szpiegami. Istnieli tylko oni.

Potem chwila ta przeminęła. Blask świateł nadjeżdżającego auta pobudził Strattona do działania. Podbiegł do volvo od strony kierowcy.

– Wsiadajcie – krzyknął. – Szybko.

Usiadł za kierownicą i uruchomił silnik. Światła nadjeżdżającego auta zrobiły się jaśniejsze. Seth i Zoe pobiegli do samochodu, trzymając się za ręce. Stratton poczuł przez moment ukłucie zazdrości, kiedy tamci wsuwali się na tylne siedzenie. Ruszył natychmiast kiedy tylko Seth zatrzasnął drzwi.

Zbliżające się auto wjechało na GroBmuntserplatz w momencie, kiedy volvo dotarło do drugiego końca przy Oberdorfstrasse. Stratton na moment przyhamował i spojrzał w lusterko wsteczne. Na bokach tamtego samochodu dostrzegł emblematy policji miasta Zurych.

Загрузка...