Zoe podążała za Zwalistym przez zakamarki i ciemne korytarze magazynu. Cicho pobrzękiwały kajdanki, którymi skuto jej nadgarstki. Za nimi, w milczeniu, szła Thalia. Kierowali się w stronę dużego obiektu znajdującego się pośrodku rozległego magazynu, który przypominał sceniczne dekoracje oraz plac budowy niedokończonego domu. Budynek, posadowiony bez fundamentów, bezpośrednio na betonowej, brudnej teraz posadzce, miał płaski dach. Pod sufitem ciągnęły się liczne splątane przewody, ledwo widoczne w panującym mroku.
Sto dziewięćdziesiąt sześć, Zoe liczyła w myślach kroki. Sto dziewięćdziesiąt siedem, sto dziewięćdziesiąt osiem.
Zatrzymali się przed metalowymi drzwiami znajdującymi się na węższej ścianie obiektu. Sto dziewięćdziesiąt osiem kroków od celi, w której pracowała. Każdego dnia sto dziewięćdziesiąt osiem kroków w tamtą stronę i sto dziewięćdziesiąt osiem kroków z powrotem. Ta monotonia początkowo działała jej na nerwy, ale w miarę jak upływały kolejne miesiące, wędrówki te stały się dodającym otuchy rytuałem, określającym fizyczne granice jej egzystencji.
Zwalisty otworzył drzwi, przeszedł przez próg, bezpardonowym szarpnięciem wciągając za sobą Zoe. Chwilę później światło zalało pomieszczenie o nijakich ścianach. Z sufitu zwisało mnóstwo lamp, dlatego nie było tu prawie zupełnie cieni.
We wnętrzu urządzono elegancką galerię; w jednym końcu pomieszczenia był kącik wyposażony w meble w stylu Bauhausu oraz Mięsa van der Rohe, wykradzione z rezydencji Willi Maxa, w przeciwległym stanowisko robocze oraz miejsce, gdzie eksponowano dzieła sztuki. Były tu stoły wyposażone w podstawowe narzędzia do wyjmowania płócien z ram, lampy ultrafioletowe, pozwalające wykryć przeprowadzone zabiegi konserwacyjne, spirytus laboratoryjny, rozpuszczalniki oraz inne chemiczne odczynniki przeznaczone do wykonywania prób oraz czyszczenia, a także sztalugi z obrazami, blaty zarzucone rzeźbami, figurkami, relikwiarzami i niezwykłymi wyrobami jubilerskimi.
Kiedy zjawiali się potencjalni klienci, część roboczą zasłaniano specjalnymi parawanami. Do prowadzenia pertraktacji zmuszono Thalię, a chcąc mieć pewność, że zrobi wszystko, by otrzymać najwyższą możliwą cenę, jej prowizję przeznaczono na spłatę długów ojca. Niektórzy kupcy okazywali się szanowanymi kustoszami ze znanych muzeów lub przedstawicielami bogatych kolekcjonerów; zostawiali moralność przed drzwiami, byle tylko zdobyć nowo odnalezione, bajeczne dzieła. Popijali drogie francuskie wina pochodzące z piwnic Maxa, zrabowane wraz z jego kolekcją, i oglądali zaaranżowaną dla nich naprędce ekspozycję. Wypisywali czeki, zaspokajali chciwość i ambicje. A następnego poranka Zoe stwierdzała brak kilku kolejnych dzieł.
Wszystko to składało się na dramat, który powoli zbliżał się do finału. Zoe nie miała wątpliwości, że kiedy sprzedane zostaną ostatnie dzieła sztuki, porywacze się jej pozbędą. Ale tego wieczora entuzjazm wobec dzieł sztuki raz jeszcze odpędził myśli o śmierci, przynajmniej do czasu, kiedy znów pozostanie sam na sam ze swoimi myślami.
Zoe i Thalia udały się na koniec pomieszczenia, tam gdzie stały sztalugi i stoły. Z tyłu za nimi trzasnęły drzwi; Zwalisty wyszedł. Chwilę później z zewnątrz dobiegł odgłos zamykanego rygla. Były to jedyne drzwi i jedyny otwór w ścianach tego pomieszczenia.
– Zostawiłam je dla ciebie – powiedziała Zoe, kiedy dotarły do narożnika, który ostatnio nazwały Zakątkiem Fałszerzy. Przed sobą miały płótno Vermeera, dużą srebrną paterę ze sceną wygnania Adama i Ewy z Rajskiego Ogrodu, dwa niemal identyczne dzieła Renoira, z których jeden w oczywisty sposób był kopią drugiego, srebrny relikwiarz w kształcie palca wskazującego oraz kolekcję blisko tuzina dzieł Corota.
– Reszta została skatalogowana, sprzedana i wysłana.
– Kiedy wieści się rozniosą, kilku słynnych znawców sztuki straci swą pozycję – skomentowała Thalia.
– Zasługują na taki los – odparła ostro Zoe.
Thalia z uwagą przyglądała się falsyfikatom.
– Cóż więc jest podejrzanego w tym dziele – zapytała, wskazując na srebrną paterę.
– To przepiękna rzecz – odparła Zoe. – Naprawdę wyjątkowa, ale nie pochodzi z piątego stulecia, jak wynika z metryczki.
– Po czym poznajesz?
– Po listkach figowych zasłaniających przyrodzenia.
– Mianowicie?
– Taki przejaw pruderii jest charakterystyczny dla końca epoki renesansu – wyjaśniła Zoe. – Kiedy oryginalna patera powstawała, nikomu się nawet o tym nie śniło. Seks został uznany za czynność brudną i grzeszną dopiero po zakończeniu pierwszego milenium, kiedy to Kościół katolicki doszedł do rzeczywistej władzy.
– Cholera! – zaklęła Thalia i uderzyła się dłonią w czoło. – Ależ oczywiście! Wiedziałam o tym! Dlaczego nie przyszło mi to do głowy?
– Sądząc z dokumentacji, wielu sławnym ludziom też nie przyszło to na myśl.
– Ale dlaczego?
– Być może zaślepiała ich piękno. Albo, czego nie da się wykluczyć, pragnęli wierzyć, że dzieło jest takie stare. Sztuka jest domeną umysłu, podobnie jak to, w co wierzymy. Człowiek pragnie wierzyć, ponieważ może potem uzyskać wyższą cenę za dzieło autentyczne.
Thalia zamruczała pod nosem z aprobatą, potem wskazała na dwa płótna Renoira.
– W moich oczach jedno z tych dzieło jest oczywistym falsyfikatem. Brakuje mu finezji.
Zoe zachichotała.
– Tak naprawdę obydwa obrazy są dziełem Renoira. Kiedy potrzebował pieniędzy, sam w pośpiechu kopiował te ze swych płócien, które sprzedawały się najlepiej.
– Oczywiście – odparła Thalia. – Powinnam pamiętać także o tym. To dlatego, że od bardzo dawna nie handlowałam sztuką bardziej współczesną. Niemal wszystko, co sprzedałam w ostatnich paru latach, liczyło sobie sześć lub osiem tysięcy lat, a nawet więcej.
– Nie powinnaś się załamywać – pocieszyła ją Zoe.
– I tu rodzi się kwestia prawa wykonywania zawodu – odrzekła Thalia, spoglądając na przemian to na jedno, to na drugie dzieło Renoira. – Chodzi mi o to, że jest to prawdziwy Renoir, ale…
Na moment pogrążyła się w myślach.
– Moim zdaniem nie ma nic negatywnego w tym, że artysta kopiuje sam siebie.
– Absolutnie nic – zgodziła się Zoe. – Niektórzy, jak Renoir, robili tak dla pieniędzy. Innym bardzo podobała się idea kilkakrotnego powrotu do tego samego tematu. Ale, co jeszcze ważniejsze, moim zdaniem wielu artystów powracało do dzieł raz już stworzonych, ponieważ w pewnym momencie dochodzili do przekonania, iż stali się lepszymi malarzami czy rzeźbiarzami i pragnęli oddać sprawiedliwość tematom, które ich fascynowały.
Thalia przytaknęła powolnym ruchem głowy, pogrążając się w rozważaniach na ten temat. Ciszę wypełnił basowymi dźwiękami przytłumiony stukot pociągu, podłoga pod ich stopami lekko zadrżała.
– W porządku, a co powiesz o Vermeerze? – odezwała się w końcu Thalia, wskazując na płótno Józef w Egipcie wyjawia braciom własną tożsamość”.
– O Vermeerach. Liczba mnoga – sprostowała Zoe, pochylając się do przodu i wyciągając drugie płótno schowane za pierwszym. – W rzeczywistości mamy dwa płótna.
– Zoe! – Twarz Thalii wyrażała pełne zaskoczenie. – Ten Vermeer… „Cud w Galilei”… – Wskazała na drugi obraz. – Co to płótno tutaj robi?
– Dodałam je do kolekcji dzisiaj po południu, na chwilę przed tym, jak skończyłyśmy pracę. Stało w kącie. Wcześniej jakoś uszło mojej uwadze.
– To jest…
– Uhmmm – przytaknęła Zoe. – Bez cienia wątpliwości jeszcze jeden Van Meergeren. Wszystkie dzieła Vermeera w tej kolekcji okazały się falsyfikatami, z wyjątkiem płótna, którego widok tak bardzo mnie poruszył tamtego dnia, kiedy po raz pierwszy złożyłam wizytę Maxowi.
Hans van Meergeren był chyba najsławniejszym współczesnym fałszerzem sztuki. Holenderski malarz o wielkich umiejętnościach, pobawiony inspiracji i oryginalnych pomysłów, zasłynął dzięki falsyfikatom dzieł geniusza z Delft, Jana Vermeera. Obrazy te, pochodzące rzekomo z „utraconych lat” Vermeera spędzonych we Włoszech, zyskały powszechną akceptację licznych kolekcjonerów oraz muzealnych kustoszy. Prawda wyszła na jaw po zakończeniu II wojny światowej, kiedy Meergerena oskarżono o kolaborację z nazistami i wyprzedaż dzieł należących do dziedzictwa narodowego. Chcąc ocalić własną skórę, van Meergeren przyznał, że obrazy, które sprzedał nazistom – wliczając w to płótno „Chrystus i cudzołożnica”, zakupione przez Hermanna Goringa – były falsyfikatami, które wyszły spod jego pędzla.
– Jesteś tego pewna?
– O co chodzi, skarbie? – zapytała Zoe, dotykając delikatnie ramienia Thalii.
Upłynęła chwila, zanim Thalia uspokoiła się.
– Ten obraz należy do mnie – wyznała w końcu.
– Och, nie. – Głos Zoe był teraz niski i głuchy. – Och, nie, nie.
Thalia przytaknęła. – Jak to możliwe?
– Pomyślałam sobie, że skoro przyjeżdżają tu najwięksi kolekcjonerzy, sprzedam część zbiorów mojego ojca. To była duma jego kolekcji.
– Przykro mi – rzekła Zoe.
Thalia pokręciła głową z niedowierzaniem. Pochyliła się nad obrazem, a potem cofnęła się. Ciężko westchnęła i spojrzała w stronę Zoe.
– Nie masz co do tego wątpliwości? Zoe zrobiła smutną minę.
– Chciałabym mieć – odpowiedziała szczerze.
– Ale skąd? Skąd masz pewność? W moich oczach obydwa obrazy wyglądają na autentyczne dzieła Vermeera.
Zoe przytaknęła.
– Nie potrafię wyjaśnić, jak to się dzieje. Spoglądam na dzieło, a ono… przemawia do mnie i wiem niemal natychmiast, czy jest to falsyfikat, czy też oryginał.
– Przemawia do ciebie?
Zoe zawahała się.
– Seth jest jedyną osobą, która o tym wie – powiedziała ostrożnie.
Thalia spoglądała na nią wyczekująco.
– Zawdzięczam tobie życie – podjęła Zoe. – Ja… zżyłyśmy się jak siostry. Nie wiem jednak, czy mogę powierzyć ci ten sekret?
Thalia przytaknęła.
– Kiedy patrzę na obrazy, na kolory, słyszę dźwięki – zaczęła powoli.
Thalia zmarszczyła brwi, jak gdyby nie w pełni rozumiała słowa Zoe.
– Dźwięki?
– Czerwony to tony średnio niskie, jak wiolonczela, żółty to dźwięki bardzo wysokie, jak pikolo.
Na twarzy Thalii pojawiło się nieopisane zdumienie.
– Zawsze słyszałam kolory – kontynuowała Zoe. – Odkąd sięgam pamięcią. Sądziłam, że każdy je słyszy. W miarę jak dorastałam, rodzice martwili się tym coraz bardziej. Matka doszła nawet do przekonania, że to sprawka demonów, a cała parafia modliła się za mnie w każdą niedzielę. Ojciec natomiast zaprowadził mnie ukradkiem do psychiatry, na którego tak naprawdę nie było nas stać – i to była przyczyna sporu, który ciągnął się przez pięć lat. Lecz psychiatra niemal natychmiast zdiagnozował u mnie synestezję. Ulżyło mi bardzo, że nie jestem świrem.
– Uhmmm – odezwała się Thalia, nie kryjąc sceptycyzmu.
– Synestezja jest wyłącznie niegroźnym kojarzeniem ze sobą wrażeń pochodzących z różnych zmysłów – można to przyrównać do błędnie połączonych rozmów na centrali telefonicznej. Niektóre osoby cierpiące na tę przypadłość czują smak kształtów, inne odbierają kolory zmysłem powonienia. Psychodeliczne narkotyki, jak LSD czy pejotl wywołują podobne doznania, ale prawdą jest, że jedna osoba na 25 000 jest z natury dotknięta tym fenomenem. Prawdopodobnie dlatego, że w ich mózgu określone synapsy utrwaliły się jeszcze przed przyjściem na świat. Większość synestetyków to leworęczne kobiety – dokładnie tak jak ja – a najczęściej spotykaną formą tej anomalii jest postrzeganie kolorów wyzwalanych przez dźwięki – wprost przeciwnie do mojego przypadku.
– Zdumiewające – powiedziała cicho Thalia. – Sądziłam, że obecnie sztuka rozpoznawania falsyfikatów nie bazuje na intuicji, lecz na naukowych podstawach. No wiesz, datowanie izotopem węgla C14, analizy spektrograficzne… i temu podobne rzeczy.
Zoe uśmiechnęła się i pokręciła przecząco głową.
– Na każde osiągnięcie nauki fałszerze odpowiadają sposobem jego obejścia. Nieuczciwość jakoś daje sobie radę z dotrzymywaniem tempa postępowi naukowemu – cóż, chciwość i ambicje gwarantują, że tak właśnie się dzieje. Tak więc van Meergeren też znalazł sposób – sięgał po siedemnastowieczne płótna pośledniej wartości, zdrapywał z nich powłoki malarskie aż po oryginalne gruntowanie, zwykle była to cienka powłoka beżowej farby i gipsu. Potem malował zupełnie nowy obraz, używając mieszanych ręcznie farb, wykorzystując barwniki takie same jak te używane przez Vermeera. Jeśli zastosuje się spektrograf do zbadania autentyczności pigmentu, próba wypadnie pozytywnie. Oczywiście czasem może przejść nawet bakelit lub grunt na bazie oleju z bzu, ale wtedy trzeba po prostu o tym wiedzieć i wykonać dodatkowe testy. Okienko nauki jest bardzo wąskie, natomiast paleta oszustów bardzo szeroka.
– Hmmm – mruknęła Thalia.
– Poza tym ludzie zajmujący się sztuką zwykle mają bardziej aktywną prawą półkulę mózgu; nie stosują naukowych metod ani instrumentów z odpowiednim rygorem lub konsekwencją – podkreśliła Zoe. – W większości przypadków testy metodami naukowymi są prowadzone w celu zweryfikowania przeczuć. Prawie zawsze najpierw głos zabiera intuicja.
– Ale jest przecież wielu dobrych specjalistów od wykrywania fałszerstw, którzy nie cierpią na twoją syntezę…
– Synestezję.
– Tak, na tę przypadłość. Ale te zwarcia w twoim mózgu nie zamieniły ciebie od razu w speca od falsyfikatów. Jako mała dziewczynka z pewnością nie błagałaś rodziców, by zabrali cię do Getty Museum, żebyś mogła tam pokazać wszystkie zebrane falsyfikaty.
– To prawda – potwierdziła Zoe. – Wrodzona zdolność wymagała treningu. Nie miałam pojęcia, że ten szósty zmysł kiedykolwiek mi się przyda, ale ponieważ wiązał się z barwa mi i muzyką, moja edukacja podążyła w tym właśnie kierunku. Moim zdaniem wykształcenie przypominało do pewnego stopnia oprogramowanie komputerowe, które w mojej głowie stopniowo się rozwijało. Nie mogłam przecież wiedzieć, że za każdy razem, kiedy spoglądałam na dzieło sztuki, stojąc przed nim całymi godzinami, wchłaniając pociągnięcia pędzla, sposób, w jaki światło padało na rzeźbę, kształt twarzy, drapowanie szat – milion rzeczy, których nie byłam w stanie wyrazić słowami, które jednak zaczęły generować w moim umyśle muzykę, programowałam mózgowe synapsy.
– Tu chyba przesadziłaś z udziwnieniami – wtrąciła sceptycznie Thalia. – Nie dźwięki, lecz muzykę?
Zoe przytaknęła.
– Prawda, że to ma sens? Żółcie pikolo, czerwienie wiolonczele, czerń kotły – wszystkie kolory obrazu – albo wszystkie odcienie szarości marmurowej rzeźby. Wszystko to przekładało się na koncert orkiestry symfonicznej. Bardziej proste dzieła brzmiały jak utwory rockowe, jazzowe lub rhytm and bluesowe. Im bardziej zgłębiałam sferę muzyki, tym więcej było form, w jakich przemawiała do mnie sztuka.
– Muzyka w twojej głowie.
Zoe znów potwierdziła skinieniem głowy.
– W mojej głowie.
– W Rosji zamykają ludzi w wariatkowie po to, żeby nie wyrządzili sobie krzywdy – wtrąciła Thalia, mrugając porozumiewawczo. – Jesteś pewna, że nie słyszysz cichych podszeptów – no wiesz, Marsjanie, agenci CIA czy co tam jeszcze – które każą ci zabijać ludzi?
Wybuchnęły śmiechem i napięcie opadło.
– Zatem jak brzmi mój Vermeer? – zapytała z wahaniem Thalia.
Zoe obróciła twarz w stronę obrazu. – Jak światowej klasy orkiestra, w której fałszuje sekcja instrumentów smyczkowych – odparła po krótkiej chwili.
– Fałszujące instrumenty smyczkowe?
Zoe przekrzywiła głowę i zacisnęła wargi, szukając przez chwilę odpowiednich słów.
– Instrumenty smyczkowe brzmią subtelnie – odezwała się w końcu. – Popatrz tu… – Wskazała dłonią na obraz. – Jest w nim cudowne, głębokie światło, niemal jak zamarzanie światła, jakie przywykliśmy kojarzyć z Vermeerem. Jaskrawe plamy i głębokie realistyczne cienie również w pełni odpowiadają pierwowzorowi.
– To te klasowe sekcje orkiestry?
– Racja – przytaknęła Zoe. – Ale spójrz na twarze tych ludzi.
Wskazała postać Chrystusa, potem przesunęła palec w kierunku tłumu zgromadzonego wzdłuż brzegu.
– Należy zacząć od tego, że są masywni i przysadziści. Nie kryją się w nich dusze ani żadne uczucia. I spójrz na łódź rybacką wyciągniętą na brzeg – jest wciśnięta na siłę i pod żadnym względem nie trzyma proporcji. Vermeer miał bzika na punkcie dokładności oraz precyzyjnej perspektywy.
Thalia pochyliła się do przodu.
– Tak – potwierdziła, przechylając głowę, następnie wstała i spojrzała na Zoe. – Masz rację. Nigdy wcześniej tego nie dostrzegałam.
Na koniec westchnęła z rezygnacją.
– Z pewnością rozpraszały cię zdumiewająca świetlistość obrazu oraz cudowna gra światła i cienia, którą zdołał uchwycić malarz – tłumaczyła Zoe. – Z pewnością rozum podpowiadał ci, że skoro te elementy były aż tak doskonałe, należało wyciszyć sceptycyzm.
– To fascynujące – odparła Thalia. – Naprawdę fascynujące. Ale skąd twoja głowa wie, jak odróżnić dobrą muzykę od hałasu? Jak nauczyła się odróżniać fałszywe utwory od tych autentycznych, które brzmią jak Bela Bartok?
Zoe wybuchnęła śmiechem.
– Prawdę mówiąc, autentyczny Jackson Pollock zamieniony na muzykę Bartoka nie brzmi najlepiej.
Thalia zawtórowała jej śmiechem. Kiedy po chwili doszły do siebie, Zoe zaczęła tłumaczyć:
– Jeszcze raz programowanie. Każde szanujące się muzeum i galeria sztuki posiadają piwnice lub usytuowane gdzieś na zapleczu pomieszczenia, w których przechowywane są znane falsyfikaty. Akademicy mogą tam obejrzeć dzieła, które w niezbity sposób są fałszerstwami. Ale nawet najbardziej wytrawni kolekcjonerzy dają się od czasu do czasu wystrychnąć na dudka. Najuczciwszym sposobem byłoby za branie falsyfikatów z wystaw i galerii i udostępnienie ich ekspertom, którzy mogliby uczyć się na własnych błędach. Ale są muzea, które za nic nie chcą się przyznać do pomyłki, ponieważ boją się obrazić wpływowych darczyńców lub członków honorowych komitetów. – Przerwała na chwilę. – W każdym razie oceniam, że spędziłam dobrych parę lat życia na węszeniu po archiwach, w których gromadzono falsyfikaty, porównując podróbki z oryginałami.
Thalia patrzyła wzrokiem pełnym uwielbienia na swojego „Vermeera”, a potem zapytała:
– Czy to naprawdę ma znaczenie?
– Czy co naprawdę ma znaczenie? – odpowiedziała pytaniem Zoe, zaskoczona nagłą zmianą toku ich rozmowy.
– Jeśli obraz jest źródłem radości… jeśli nawet eksperci nie są w stanie stwierdzić oszustwa, czy dla właściciela albo publiczności ma znaczenie fakt, że obraz namalował ktoś inny? – Thalia znów popatrzyła na obraz. – Kochałam to płótno od czasów, gdy byłam małą dziewczynką.
Kiedy spojrzała na Zoe, w jej oczach pojawiły się łzy.
– Oczywiście, że ma znaczenie – odparła Zoe, usiłując złagodzić nieco stanowczy charakter własnych przekonań. – Obdarzanie uczuciem podrabianego obrazu jest jak… miłość do niewiernego mężczyzny… albo, dajmy na to, do fałszywego boga. Jest niewłaściwa, jest… jest zła.
– Czy jest także złem, jeśli twoje serce o tym nie wie? I nigdy się nie dowie?
– Chcesz przez to powiedzieć, że lepiej nie wiedzieć? – obruszyła się Zoe.
– Być może – odparła Thalia. – Być może.
Zoe pokręciła głową, zdecydowanie zaprzeczając.
– Nie kupuję tego. Po prostu nie mogę. Wierzę po pro stu, że… – Ugryzła się w język i przełknęła ostre słowa, które nie niosły pocieszenia, a mogły jedynie pogłębić ból, jaki od czuwała Thalia.
Thalia dotknęła delikatnie jej ramienia.
– Wiem, w co wierzysz i jak głęboko w to wierzysz. Nie sugeruję, że niewiedza jest najlepszym rozwiązaniem, lecz uważam, że ludzie, którzy wybierają niewiedzę, są często najszczęśliwsi – wraz ze swoim Bogiem lub towarzyszem życia…
Spojrzała na swojego „Vermeera”, potem ponownie na Zoe.
– Oraz ze swoją sztuką – dodała. A potem ciężko westchnęła. – Cóż, teraz wiem dlaczego papa zawsze odrzucał moje sugestie, by sprzedać to płótno.
Wyglądało na to, że dała za wygraną.
– Domyślam się, że dzięki temu łatwiej sprzedamy ten obraz – oznajmiła.
Rzuciła pożegnalne spojrzenie na podrobionego mistrza z Delft i wsunęła obraz za drugie płótno Vermeera. Potem obróciła się do malowideł plecami z taką determinacją, że Zoe musiała uznać to za ostateczne stanowisko, niepodlegające dalszej dyskusji.
– W porządku. Zatem słyszysz w głowie te zbzikowane melodie i doskonale pamiętasz detale ujawnionych fałszerstw. I to właśnie czyni z ciebie niedoścignionego mistrza w ich wykrywaniu?
Zoe zaskoczona była psychiczną odpornością sporo starszej od siebie kobiety.
– Cóż, nie jest to cała prawda. Jednym z najlepszych sposobów doszlifowania umiejętności rozpoznawania fałszerstw dzieł sztuki jest poznanie fałszerza i sprawienie, by wyjawił sekretne arkana jego rzemiosła – odpowiedziała po chwili. – Dowiesz się wtedy, czego naprawdę trzeba szukać. Ale tylko wtedy, kiedy na własne oczy zobaczysz, jak powstaje fałszerskie arcydzieło.
– To dość trudne zadanie, jak się domyślam.
– Dość trudne – zgodziła się Zoe – ale jednak nie niemożliwe.
Thalia uniosła brwi w zdziwieniu.
– Chcesz powiedzieć, że poznałaś jakiegoś fałszerza?
– Uhmm – przytaknęła Zoe. – Jak w bajce.
– Och, moja droga – twarz Thalii rozjaśniła się – zróbmy przerwę. Muszę usłyszeć to wszystko na własne uszy.