Rozdział 37

Neils Braun ledwie skończył pakować torby podróżne, kiedy usłyszał charakterystyczny terkot zbliżającego się helikoptera. Spojrzał na zegarek, ale nie, to nie on, on się zbytnio grzebał. To śmigłowiec przyleciał przed czasem. Może i lepiej, pomyślał. Im szybciej znajdzie się w Rzymie, tym szybciej będzie mógł przejąć pełnię władzy.

Rozejrzał się po pokoju i uśmiechnął się. Ostatni raz spoglądał na to miejsce oczami kardynała. Za jakieś siedemdziesiąt dwie godziny zasiądzie na Tronie Piotrowym. W duchu już widział ceremonię abdykacji.

Sięgnął po telefon i zadzwonił po służącego, by ten zabrał spakowane torby na lądowisko. Potem zszedł dziarskim krokiem do sali konferencyjnej.

Kardynalskie Gniazdo wzniesione było pod samym szczytem, na skalistej płaszczyźnie oddalonej jakieś czterysta metrów od stromego urwiska. Mniej więcej sto metrów dalej stał mały domek połączony z rezydencją zadaszonym i ogrzewanym przejściem; mieszkali tam ochroniarze, którzy w czteroosobowych grupach na trzy zmiany patrolowali teren przez dwadzieścia cztery godziny na dobę.

Podobnie jak ci zapewniający bezpieczeństwo Pałacowi Arcybiskupiemu w Wiedniu, wszyscy oni byli ludźmi sprawdzonymi w walce, weteranami dobranymi z najlepszych jednostek wojskowych świata. Dwunastu mężczyzn podlegało bezpośrednio Rolfowi Engelsowi, który służył niegdyś w elitarnym Korpusie Górskim Adolfa Hitlera. Rolf przed laty został zarekomendowany przez jednego z członków Rady Ekumenicznej jak odpowiedni kandydat na ochroniarza dla dobrze już wtedy zapowiadającego się biskupa, jawnego przeciwnika komunizmu; te poglądy sprawiły, że duchowny stał się celem zamachów agentów nasyłanych przez komunistyczne reżimy.

Rolf Engels przebywał akurat w dolnej stacji kolejki linowej i pił gorącą herbatę z operatorem kolejki oraz jednym z podległych sobie ochroniarzy, kiedy dosłyszał odgłos zbliżającego się helikoptera. Spojrzał na zegarek i uniósł lekko brwi w zdziwieniu.

– Bernhard – zwrócił się do swego żołnierza. – Zobacz, co się tam dzieje.

Bernhard, barczysty, ubrany w biały maskujący kombinezon, po chwili był już z powrotem.

– Żółty helikopter. Z czarnymi literami. Jest zbyt daleko, żeby odczytać napis na burtach, ale wygląda tak samo jak maszyna, którą kardynał zwykle lata.

– Dziękuję, sierżancie.

Rolf pociągnął kolejny łyk herbaty i zajrzał do kubka, jakby chciał się przekonać, czy naprawdę nic już nie zostało.

– Lepiej będzie, jak uruchomisz kolejkę – powiedział do operatora.

– Mam jechać z tobą? – zapytał Bernhard. Rolf zaprzeczył ruchem głowy.

– To zwykła rutyna.

Wyrzucił kubek do śmieci, potem ruszył za operatorem.

Płozy helikoptera ledwie tylko zdążyły dotknąć śniegu na lądowisku na dachu rezydencji, a Seth już wyskoczył, a potem pomógł wysiąść Zoe oraz ojcowi Morgenowi.

– Zaczekam tutaj – pilot poinformował Morgena. – Nie ma potrzeby, żebym wracał na lotnisko i zaraz znów przylatywał po kardynała. Proszę powiedzieć, że nie musi się spieszyć. Zaczekam.

Morgen skinął głową, potem dołączył do Zoe i Setha. Zgodnie z przewidywaniami księdza, drzwi nie były zamknięte. Seth wyciągnął stary, ciężki pistolet i ostrożnie przekroczył próg.

– Chodźmy – powiedział szeptem i zaczął ostrożnie schodzić po metalowych schodach pokrytych gumową wykładziną antypoślizgową. Szli w milczeniu.

Na pierwszym podeście usłyszeli, jak otwierają się drzwi na klatkę schodową, potem dobiegły ich odgłosy sapania i stękania człowieka dźwigającego jakiś ciężki przedmiot. Sapanie przybliżało się.

Seth spróbował otworzyć drzwi, ale były zamknięte. Idący był coraz bliżej. Seth sięgnął do tylnej kieszeni spodni i wyciągnął kartę kredytową. Potem wetknął pistolet za pasek, przyklęknął przed klamką i wsunął kartę między drzwi a futrynę. Rozległo się szczęknięcie i drzwi się otworzyły.

Za nimi był obszerny strych, zarzucony tekturowymi pudłami i drewnianymi skrzynkami. Seth nakazał gestem Zoe i Morgenowi, by weszli do środka. Ledwie zamknął drzwi, a już usłyszeli wyraźnie ciężkie sapanie.

Seth przyłożył oko do wąskiej szczeliny między drzwiami a framugą. Zobaczył chudego mężczyznę, który chwiejnym krokiem wchodził na górę, dźwigając dwie potężne walizki. Mężczyzna zatrzymał się na podeście, otarł pot z twarzy i ruszył w górę. Po kilku sekundach klatkę schodową zalało jaskrawe światło słonecznego dnia. Kiedy ponownie zapanował półmrok – drzwi na lądowisko były już zamknięte – Seth otworzył drzwi i ruszyli dalej na dół.

Stratton wkładał właśnie do szkatuły cudowny Całun oraz dokumenty, kiedy do sali wkroczył Braun.

– Helikopter przyleciał wcześniej – oznajmił kardynał. – Chciałbym, żebyś…

Nagle drzwi otworzyły się z impetem, uderzając z hukiem o ścianę. Braun zatrzymał się raptownie, a Stratton, który obrócił się, by zobaczyć, co jest przyczyną hałasu, upuścił złote wieko szkatuły. Rozległ się głuchy odgłos.

– Ridgeway – powiedział z niedowierzaniem, wyglądał jak by nagle ujrzał ducha.

Chcąc wykorzystać przewagę, jaką dawało mu zaskoczenie, Seth ruszył szybko do przodu i dał znak Zoe, żeby weszła za nim.

– Pilnuj go – polecił, wskazując żonie Brauna.

Zoe podeszła kilka kroków i wymierzyła stary poniemiecki pistolet prosto w kardynała. Odwiodła kurek.

Przez chwilę w oczach Eminencji widać było strach, ale zdołał się opanować i znów na jego twarzy zagościły tupet i zuchwałość.

– Cóż to ma znaczyć – wrzasnął gniewnie. – Jak pan śmie naruszać w ten sposób moją prywatność.

– Zamknij się! – warknęła Zoe rozkazującym tonem. Braun usiłował się cofnąć.

– Nie ruszaj się.

Braun przyjął dystyngowaną pozę, lecz jego umysł pracował na najwyższych obrotach. Usiłował sam siebie przekonać, że wychodził już z większych opresji w życiu. Spojrzał na kobietę, która zmierzała w jego stronę. Bez wątpienia była atrakcyjna, i nie zmieniała tego jej wściekłość.

Stratton cofnął się, chciał znaleźć się za stołem; wiedział, że stary pistolet może go rozerwać na kawałki.

– Niech Wasza Eminencja nie da się zastraszyć – powiedział nerwowo. – Ta broń to zabytek z czasów wojny. Amunicja ma czterdzieści lat z górą.

– Milcz, Stratton! – nakazał Seth. – I stój tam, gdzie stoisz.

Seth uśmiechnął się do kardynała.

– Niech wasza haniebność spojrzy na niego – odezwał się ironicznie. – Twój sługus jednak próbuje się kryć, bo zdaje sobie sprawę, że ten pistolet może równie dobrze odstrzelić mu łeb.

Seth uśmiechnął się szyderczo do Strattona, a potem znów zwrócił się do kardynała.

– Chcesz się przekonać, jaka jest szansa, że pistolet wypali?

– Nie. – Braun przełknął ślinę, usiłując zapanować nad ogarniającym go gniewem. – Oczywiście, że nie. Masz prze wagę, bo udało ci się nas zaskoczyć.

Kardynał spoglądał na pistolet Zoe, gorączkowo zastanawiając się, gdzie w tej chwili może znajdować się Rolf. Stary żołnierz był rutyniarzem i dokonywał obchodu terenu z dokładnością większą niż niejeden zegarek. Nagle poczuł pod stopami lekkie drgania. Silnik kolejki linowej został uruchomiony. Uśmiechnął się w duchu. Gondola potrzebowała około trzech minut, by dotrzeć na szczyt spadzistego stoku. Trzy minuty. Tylko tyle czasu musiał podtrzymać negocjacje z nimi, żeby Rolf zdołał tu dotrzeć.

Seth cofnął się do miejsca, z którego miał w polu widzenia jednocześnie i Strattona, i Brauna.

– Połóż pistolet na stół – zwrócił się do Strattona. Agent przez chwilę wahał się, jakby rachował prawdopodobieństwo tego, że pistolet Setha nie wypali.

– Na stół, przyjacielu.

Stratton sięgnął pod połę płaszcza.

– Jeśli zobaczę, że twój palec zbliża się do cyngla, jesteś trupem.

Stratton skinął głową, wyciągnął pistolet z kabury pod ramieniem i położył go na stole.

– Okazałeś się całkiem sprytny, Stratton – przyznał Seth. – I przekonujący. Z pewnością udało ci się wystrychnąć mnie na dudka.

– Niech pan pohamuje gniew, panie Ridgeway – odezwał się Braun, czuł się coraz bardziej pewny siebie, wiedząc, że lada chwila zjawi się Rolf. – Jesteśmy rozsądnymi ludźmi. Dlaczego nie mamy ze sobą porozmawiać.

– Rozsądnymi? – wrzasnął Sedi. – Zabijanie ludzi nazywasz rozsądną rzeczą? Ty zadufany w sobie, przesiąknięty hipokryzją sukinsynu. Powinniśmy rozprawić się z tobą tu, na miejscu. Masz jeszcze tupet nazywać siebie rozsądnym człowiekiem? Zdradziłeś wszystkich i wszystko, z kimkolwiek i z czymkolwiek się zetknąłeś.

Spojrzał na szkatułę.

– Albo ukrywałeś wszystko w tajemnicy, żeby nikt nie wie dział, jaka jest prawda. Zamierzasz ukryć prawdę o szantażowaniu przez Hitlera, prawdę o hańbie – wyrzucił z siebie Seth, potem przerwał na moment. – A nawet więcej, sam też zamierzasz kogoś szantażować.

Dostrzegł w oczach kardynała iskierkę, która zdawała się potwierdzić podejrzenia.

– Więc kogo zamierzasz szantażować, panie kardynale arcybiskupie? Jakie masz plany związane z Całunem?

– Pan mnie nie zrozumiał, panie Ridgeway – zaoponował Braun.

– Oczywiście. Hitlera i Eichmanna również nikt nie rozumiał.

Braun uniósł powoli dłoń.

– Proszę pozwolić mi coś powiedzieć, dobrze?

Seth skinął przyzwalająco głową.

– Cudowny Całun ma mi jedynie dopomóc w ocaleniu chrześcijańskiego świata, nic więcej.

Seth przez chwilę spoglądał na hierarchę oniemiały.

– Chyba sobie stroisz żarty – wydusił w końcu. – Znam ludzi takich jak ty. Żyjesz tylko dla siebie. Masz gdzieś ratowanie czegokolwiek lub czynienie jakiegokolwiek dobra, jeśli nie służy to twoim osobistym interesom. Nie ma dla ciebie znaczenia, w jaki sposób dochodzisz do władzy ani po której stajesz stronie, żeby tylko po nią sięgnąć. Jesteś jak chorągiewka, ty i ludzie twojego pokroju. Przechodzisz po prostu z jednej strony na drugą. Cóż, bez względu na to, co ci chodzi po głowie w związku z Całunem, możesz uznać, że z twoich zamiarów nici.

Seth ruszył w stronę szkatuły.

– Zabieramy ją ze sobą. Helikopter już na nas czeka. Chcę więc, żebyście ty i Stratton położyli się teraz na podłodze.

Ridgeway wskazał wylotem lufy na obu mężczyzn.

– Kładźcie się tu, na środku. Twarzami do dołu, z rozłożonymi szeroko nogami.

Ani Braun, ani Stratton nie posłuchali polecenia.

– Natychmiast – włączyła się Zoe, szturchając Brauna wylotem lufy swojego parabellum. Kardynał podskoczył, jakby poraził go prąd, potem spojrzał na nią gniewnym wzrokiem.

– Kładź się – ponagliła Zoe. – Słyszałeś, co powiedział.

– Moglibyśmy już teraz skończyć z tobą – oznajmił Seth. – Tak jak ty zlecałeś zabijanie innych. Więc albo położysz się na podłodze i pozwolisz nam bez zbędnych kłopotów zabrać szkatułę, albo…

– Musi mi pan pozwolić wyjaśnić. – Braun usiłował zyskać na czasie. – Pan po prostu nie rozumie.

– Być może on nie, ale ja rozumiem z całą pewnością. W sali rozległ się nagle głos ojca Morgena. – Być może pan Ridgeway i jego żona nie rozumieją, ale ja na pewno rozumiem. Całe lata spędziłem na śledzeniu poczynań Waszej Eminencji.

– Niech cię szlag, stary durniu! – złorzeczył Braun na widok podchodzącego Morgena.

– Tak – odparł beznamiętnym tonem stary ksiądz. – Niech mnie szlag trafi. Ale w takim razie co powinno spotkać Waszą Eminencję?

Obaj mężczyźni przez dłuższą chwilę spoglądali na siebie w całkowitym milczeniu.

– Dlaczego ksiądz mi to zrobił? – zapytał wreszcie Braun. – Nie widzę żadnego powodu. Dlaczego zrobiłeś wszystkie te rzeczy, ty wścibski i zniedołężniały stary głupcze?

– Mówiąc prawdę, przez wszystkie te lata dwie rzeczy utrzymywały mnie przy życiu – wyznał Morgen. – Jedną z nich było dążenie do odzyskania tej szkatuły, drugą zaś moja duma z ciebie.

– O czym ty mówisz? – zdumiał się Braun. – Pleciesz jakieś brednie.

– Usiłowali przekonać mnie… – podjął Morgen. – Usiłowali przekonać mnie, że ty właśnie jesteś osobą odpowiedzialną za to szaleństwo, lecz ja nie dawałem im wiary. Nie byłem w stanie im uwierzyć.

Kardynał obrócił się w stronę Setha.

– Czy może pan sprawić, że ten stary dureń zacznie wreszcie mówić do rzeczy?

Morgen pogrzebał w głębokiej kieszeni kurtki i wyciągnął pogniecioną i złożoną kopertę. Wyjął z niej kartkę papieru, a ręce mu drżały. Podszedł do Braun i wyciągnął dłoń z dokumentem.

– Spójrz na to.

Kardynał patrzył na księdza jak na wariata. Przez moment wahał się, potem wziął kartkę. Przebiegł szybko wzrokiem przez treść dokumentu, potem zwrócił go Morgenowi.

– Co z tego? – zapytał.

Nie fatygując się udzieleniem odpowiedzi, Morgen wyciągnął z koperty kolejną kartkę i podał ją arcybiskupowi. Braun wzniósł oczy do góry, lecz wziął i ten drugi dokument. Przejrzał i oddał go Morgenowi. Tak samo było z trzecią kartką papieru.

– Moja cierpliwość ma swoje granice – oznajmił w końcu Braun. – A dzięki swoim zagadkom dotarłeś do niej właśnie.

– Czy te dokumenty mają dla Eminencji jakieś znaczenie? – zapytał niezrażony Morgen.

Braun spojrzał rozdrażnionym wzrokiem.

– Nic dla mnie nie znaczą, przynajmniej wszystkie razem. Pokazał mi ksiądz list od mojego ojca do mojej matki, odpis mojego aktu urodzenia oraz zawiadomienie przesłane przez Wehrmacht do mojej matki o śmierci ojca na polskim froncie.

Morgen przytaknął niespiesznie, nie spuszczając spokojnych i smutnych oczu z twarzy watykańskiego hierarchy. Ponownie podał Braunowi dokumenty.

– Niech Eminencja spojrzy na nie raz jeszcze. Proszę po patrzeć na daty.

Braun skierował wzrok na Ridgewaya.

– Dlaczego muszę…

– Weź dokumenty – polecił Seth.

Z grymasem niezadowolenia na twarzy kardynał wyrwał kartki z dłoni starca i ponownie pogrążył się w ich lekturze.

– Niech Eminencja porówna daty – powtórzył Morgen.

Z rosnącym zafascynowaniem Seth oglądał tę scenę. Między mężczyznami było jakieś napięcie, co do tego nie miał wątpliwości. Jednak nie było to napięcie między dwoma wrogami. To coś bardziej… osobistego.

Stratton również obserwował duchownych, lecz on czekał raczej na moment, w którym cała uwaga Ridgewaya skoncentruje się na Braunie i Morgenie.

Grymas na twarzy Brauna stopniowo ustępował miejsca wyrazowi zdziwienia. Morgen usiłował czytać z twarzy kardynała.

– A zatem te daty mówią coś Eminencji? – zapytał.

– Nie bardzo… nie bardzo rozumiem – rzekł Braun, spoglądając najpierw na Morgena, a potem zmieszany ponownie na dokumenty.

– Ależ to całkiem oczywiste – wyjaśnił Morgen. – List do matki Waszej Eminencji od jej męża został napisany ręką dzielnego oberleutnatna siódmego września 1939 roku w Radomiu, sto kilometrów na południe od Warszawy. Ten sam dzielny oberleutnant…

– Mój ojciec… – przerwał Braun.

Morgen zignorował wtrącenie.

– Ten sam dzielny oberleutnant zginął dziewiątego września, kiedy Niemcy ruszyli na Warszawę. A Wasza Eminencja urodził się szóstego sierpnia 1940 roku, blisko jedenaście miesięcy po śmierci tego dzielnego żołnierza.

– Wciąż jednak nie rozumiem – odezwał się cicho Braun, do głębi skonsternowany. – Przyjechał ksiądz z tak daleka, żeby udowodnić mi, iż jestem dzieckiem z nieprawego łoża? Cóż z tego, więc jestem nieślubnym dzieckiem. Nie byłbym pierwszym papieżem, który urodził się jako bękart. Jednak nie wyjaśnia to w żadnym stopniu zachowania księdza w ciągu ostatnich czterdziestu lat.

– Nie, w normalnej sytuacji Eminencja miałby rację – wyjaśniał Morgen. – Ale nie jest Eminencja po prostu czyimś bękartem. Jesteś, kardynale, moim bękartem.

Braun zrobił się biały, rozdziawił usta w zdumieniu.

– Zatem ksiądz jest…jest moim ojcem?

Morgen potwierdził skinieniem głowy.

Ridgeway skupił całą uwagę na starym księdzu i kardynale, a wtedy Stratton rzucił się w stronę swojego pistoletu.

– Seth! – rozległ się krzyk Zoe.

Szybkim ruchem Seth wycelował w Strattona i pociągnął za spust. Iglica wydała głuche szczęknięcie. Poczuł, jak ściska go niemiłosiernie w dołku. Dłoń Strattona była już blisko colta. Seth podążył za nim lufą swego pistoletu, odwiódł kurek i kolejny raz pociągnął za spust. I znów tylko głuche szczęknięcie.

Stratton chwycił colta, potem, lecąc w powietrzu, obrócił się, chcąc wylądować na podłodze po drugiej stronie stołu.

– Cofnij się! – krzyknął Seth do Zoe, lecz ona stała bez ruchu, celując w miejsce, w którym zniknął Stratton.

Po krótkiej chwili Stratton wyskoczył, strzelając na chybił trafił. Seth nacisnął i po raz trzeci jego parabellum zawiodło. Stratton naciskał teraz spust ze spokojem i bez pośpiechu.

Błagam, Boże, modliła się Zoe. Spraw, żeby pistolet wypalił. Ocal nas.

Wycelowała w pierś Strattona i pociągnęła za spust. Rozległ się ogłuszający huk, a smuga ognia sięgnęła niemal połowy pomieszczenia. Kula uderzyła agenta w bark dokładnie w tym samym momencie, kiedy strzelał, w efekcie jego pocisk chybił. Stratton upuścił pistolet na podłogę, a wtedy Zoe wypaliła ponownie. Drugi strzał trafił go w plecy z taką siłą, że rzucił go prosto na okno wychodzące na dolinę rzeki Inn.

Odgłos roztrzaskującej się szyby przypominał trzask gromu, potem rozległ się krzyk Strattona, który przez moment jeszcze chwiał się na parapecie, a wreszcie poleciał razem z gradem szklanych odłamków w dół. Przeraźliwy krzyk słychać było jeszcze przez kilka sekund.

Загрузка...