Rozdział 23

Taksówkarz jechał powoli ulicą Limmat Quai, na północ od Wasserkirche. Kiedy zatrzymał się, jadący za nimi jakiś kierowca zatrąbił wściekle. Taksówkarz zignorował go. Chwilę później tamto bmw wyminęło ich z piskiem opon i pojechało dalej.

– Zawiozę pana na miejsce – zaoferował Turek.

– Dziękuję – odparł Seth. – Jednak mam pewne wskazówki, których muszę się trzymać.

Kierowca skinął głową.

– Czy mogę chociaż zapłacić panu za podwiezienie z hotelu?

Taksówkarz spoglądał na niego dłuższą chwilę.

– Proszę – nalegał Seth, wyciągając z portfela kilka banknotów. – I tak musiałbym zapłacić za taksówkę.

– Jeśli dzięki temu poczuje się pan lepiej. Seth skinął głową, złożył banknoty w mały plik wielkości pudełka zapałek i podał je taksówkarzowi.

– Dziękuję – powiedział kierowca, wkładając zwitek banknotów do kieszeni płaszcza.

Seth nacisnął klamkę i otworzył drzwi auta.

– Uważaj na siebie, przyjacielu – powiedział na pożegnanie kierowca.

– Ty też.

Powiedziawszy to, wysiadł i zatrzasnął drzwi. Słyszał, jak silnik taksówki przyspiesza, potem zwalnia, kiedy kierowca wcisnął sprzęgło. Zatrąbił jeszcze, mijając Setha, i zniknął w wśród świateł ulicznego ruchu.

Seth stał jeszcze przez chwilę, uśmiechając się do siebie. Pewnie dopiero w domu kierowca zauważy tysiącdolarowy banknot włożony między franki szwajcarskie.

Spojrzał na zegarek. Zgodnie ze wskazówkami Jacoba Yosta miał jeszcze pięć minut, by dotrzeć do pierwszego punktu kontrolnego. Szedł powoli ulicą Limmat Quai, zatrzymując się w regularnych odstępach przy sklepowych wystawach. Noc była prawie ciepła, Ridgeway odpiął nieco kurtkę, by się nie spocić. Nazywali to die Fóhn, powiedział taksówkarz. Takie ciepłe powietrze. Niekiedy zimą wysokie ciśnienie nad północną Afryką wypychało ciepłe powietrze znad Sahary w kierunku północnych układów niżowych, dominujących wtedy nad Europą. W rezultacie pojawiały się podmuchy ciepłego powietrza, który topiły śnieg, a w Alpach ośnieżone stoki narciarskie. Kiedy wiał die Fóhn, wzrastało niebezpieczeństwo lawin. To coś podobnego do wiatru Santa Ana w południowej Kalifornii, pomyślał Seth, idąc dalej. Tyle że die Fóhn nie wywołuje pożarów wysokich traw i lasów oraz nie sprawia, że ludzie zaczynają wariować. Przynajmniej jeszcze nie.

Seth zatrzymał się, by obejrzeć kolejną wystawę sklepową, na której były stojaki z pierścionkami wysadzanymi szlachetnymi kamieniami we wszystkich kolorach: czerwonym, zielonym, białym, niebieskim, żółtym. Tutejsze sklepy nie dorównywały przepychem tym po drugiej stronie rzeki, przy Bahnhofstrasse, ale i ceny były tu niższe.

Nagle gdzieś z tyłu, po lewej stronie, Seth usłyszał szuranie kroków. Po chwili zapadła cisza. Oddech zastygł wpół drogi, a ręka natychmiast podążyła do kieszeni po magnum.

Nic! Seth czuł, jak serce wali niczym oszalałe. Rozejrzał się to w jedną, to w drugą stronę. Był zupełnie sam na ulicy, przynajmniej ma odległość polowy kwartału, w każdym kierunku. Uważnie przeszedł obok kilku kolejnych drzwi, nikt jednak nie skrywał się za żadną z bram. Zaintrygowany szedł dalej. Był pewien, że coś słyszał.

Nerwy, pomyślał, kiedy dotarł do rogu Torgasse i zszedł z chodnika, by przejść na drugą stronę ciemnej alejki. Nerwy miał zszarpane do cna i resztka zdrowego rozsądku też już była na wykończeniu. Wytężył wzrok i wydało mu się, że dostrzegł w ciemności jakiś ruch. Szybko przeszedł przez uliczkę i ruszył w kierunku północnym wzdłuż Limmat Quai.

Kiedy dotarł do Rami Strasse, serce nadal mocno mu biło. Rozejrzał się uważnie, wyjął z kieszeni płaszcza mapę Zurychu i spojrzał na nią przy świetle lampy ulicznej. Yost zaznaczył małym iksem miejsce po lewej stronie Rami Strasse, jakiś kwartał domów dalej. Chyba rozpoznawał to miejsce. Trochę bliżej, po tej samej stronie uliczki, znajdował się sklep tytoniowy, dokładnie w miejscu wskazanym przez Yosta juniora.

Wciąż uśmiechając się, Seth schował mapę i ruszył dalej.

Jacob Yost syn był dziwnym człowiekiem, pomyślał, idąc do sklepu tytoniowego. Pułkownik armii szwajcarskiej, osobisty ochroniarz ojca, małomówny, kościsty, muskularny, zdeterminowany. Bez trudu znalazł określenia pasujące do młodszego Jacoba Yosta. Zmarszczył brwi. Wydawał się w pełni oddany sprawie chronienia ojca, jak gdyby miało to być jego życiowym powołaniem. Ale dlaczego było to konieczne? No i jeszcze młodsi synowie. Dwaj łagodni, korpulentni mężczyźni, którzy prowadzili ekskluzywną galerię przy Augustinerstrasse. Pogarda z jaką Yost odnosił się do braci dawała się wyczuć, kiedy o nich mówił. Co sprawiło, że aż tak się różnili?

Pytanie goniło pytanie.

Seth pokręcił głową i sprawdził, która jest godzina. Dokładnie 7:30. Tak jak kazał mu Yost, popchnął otwarte drzwi sklepu tytoniowego i wszedł do środka. Powietrze było ciepłe i przesiąknięte zapachem tytoniu i książek. Na lewo dostrzegł duże stoisko z czasopismami i książkami, na lewo regały z aromatycznymi gatunkami tytoni oraz fajkami. Na wprost za ladą siedział właściciel i czytał książkę. Spojrzał na wchodzącego.

– Dobry wieczór. – Seth przywitał mężczyznę po niemiecku.

– Wieczór – odpowiedział właściciel, uważnie zaznaczając pustym kapciuchem od fajki miejsce, w którym skończył czytać. – Czym mogę panu służyć? – zapytał, a mówiąc to, spoglądał badawczo w twarz Setha.

Sethowi zaschło w gardle. Czy byli już tu ludzie z jego zdjęciem i oferowali pieniądze? Z trudem przełknął ślinę.

– Magazyn „Time” z tego tygodnia.

– Tam przy ścianie. – Właściciel wskazał na stojak z gazetami. – Na górze, prawie przy lewym brzegu.

Seth szukał znajomej okładki. Rzucił pełne niepokoju spojrzenie na drzwi, obawiając się, że w każdej chwili mogą tu wpaść ludzie, którzy go szukają, i dokończą zadanie rozpoczęte dziesięć tysięcy kilometrów na zachód stąd. W tej chwili zauważył poszukiwane pismo.

Parę chwil później kupił gazetę i zapalniczkę i wyszedł ze sklepu. Odszedł parę kroków i spojrzał w okno sklepu. Właściciel już gdzieś dzwonił.

Czy sklepikarz współpracował z Yostem? Czy była to część działań zapewniających bezpieczeństwo? Yost wyraźnie powiedział, który magazyn, gdzie i o której godzinie miał kupić Seth. Właściciel musiał więc być przyjacielem. Szkoda jednak, że nie miał pewności, do kogo zadzwonił sklepikarz.

To byłaby miła noc, myślał, gdyby nie ludzie czyhający gdzieś tam, szukający go i oferujący pieniądze taksówkarzom lub recepcjonistom za informację, gdzie się znajduje. Rozpiął nieco płaszcz, bo zrobiło mu się gorąco. Minął pierwszy plac budowy, potem następny i dotarł do kolejnego iksa. Zatrzymał się przy placu budowy, by korzystając ze światła latarni, obejrzeć mapę.

Znalazł trzeciego już iksa i ruszył dalej, a odgłos szurania, jaki wydawał, idąc po żwirze, tonął w głośnej kakofonii hałasów i stukotów dobiegających z sąsiedniej budowy. Szybko minął następny kwartał i przeszedł na drugą stronę ulicy, zmierzając w stronę Heim Platz. Kilku ludzi kręciło się na małym, pokrytym betonem placyku, czekając na tramwaj.

Przez chwilę postał obok nich, obserwując okna pobliskich budynków i próbując odgadnąć, które z nich należą do Yosta. Dokładnie o 7.40 podszedł do pojemnika na śmieci przy krawężniku. Zapalił jednorazową zapalniczkę i zbliżył ją do okładki tygodnika, jak gdyby próbował odczytać datę. Potem wyrzucił egzemplarz „Time’a” do kosza na śmieci, nawet go nie otworzywszy.

To był niezły plan, pomyślał. Dzięki płomykowi zapalonej zapalniczki młodszy Yost mógł bez trudu go rozpoznać. Zgodnie ze wskazówkami, Seth miał postać jeszcze pięć minut, zaś Yostowie w tym czasie mieli obserwować jego oraz, co ważniejsze, okolicę, aby upewnić się, że nikt nie depcze mu po piętach. Plan – Yost nie wdawał się w szczegóły – miał ulec zmianie, gdyby okazało się, że ktoś śledzi Setha.

Czas mijał powoli. Seth spróbował się pomodlić, jednak nie potrafił. Może Bóg naprawdę przestał istnieć. Ta myśl pogłębiła tylko poczucie winy. Obawa o śmiertelną duszę właśnie zaczynała szarpać nerwy Setha, kiedy jedna po drugiej zapaliły się świece w oknach na najwyższym piętrze budynku przy południowo-zachodnim rogu ulic Rami Strasse i Zelt Weg.

Seth ruszył przez ulicę w tamtym kierunku. Dwie świece! To był sygnał Yosta, że wszystko w porządku. Po drugiej stronie ulicy musiał czekać, aż na plac budowy wjedzie ciężarówka pełna betonu. W końcu podniesiono barierę i Seth wraz z innym przechodniami mógł iść dalej.

Wreszcie dotarł pod adres, który podał mu Yost, i podszedł do zamkniętych drzwi z rządkiem ponumerowanych guzików, bez nazwisk. Wcisnął przycisk obok numeru 874 – najpierw bardzo krótko, potem drugi raz przez całe dwie sekundy.

Kiedy odsunął rękę, rozległ się brzęczyk i drzwi automatycznie się otworzyły. Szybko wszedł do środka… Pusta kabina windy już czekała na niego. Wcisnął najwyższy guzik, ósmy.

Wypolerowane, mosiężne drzwi bezszelestnie zamknęły się. Kabina dotarła do celu, ale drzwi pozostały zamknięte.

Przez moment Seth myślał, że winda się zepsuła, jednak za chwilę zadzwonił wewnętrzny telefon. Podniósł słuchawkę.

– Ridgeway? – usłyszał głos Yosta.

– Oczywiście.

– Stań pośrodku kabiny i zdejmij płaszcz.

– Co? – odparł Seth. – Czemu niby…

– Spójrz w róg windy – powiedział Yost. – Jest tam kamera. Chcę mieć tylko pewność, że wszystko jest w porządku.

Rzeczywiście była. Miniaturowa kamera, której obiektyw skierowany był wprost na niego. Czując się lekko skrępowany, ściągnął płaszcz. Chwilę później drzwi windy otworzyły się i Seth wszedł na korytarz wyłożony eleganckimi panelami. Przed nim stał Jacob Yost, trzymając pistolet maszynowy.

Загрузка...