Z ciemnej, bocznej uliczki wprost na oślepiający skwar Piazza Venezia wyszedł wysoki, jasnowłosy Amerykanin. Bezlitosne wrześniowe słońce dosłownie roztapiało plac, przez który auta wlokły się, tworząc korek – istne pole lawy wypełnione samochodowymi spalinami oraz rozżarzonym metalem. Mężczyzna zszedł z chodnika i ruszył na ukos przez plac w kierunku Via del Corso.
Amerykanin był szczupłym trzydziestoletnim mężczyzną; miał cerę typową dla mieszkańca Nowej Anglii i zbyt szybko opalił się w rzymskim słońcu. Przebijał się między fiatami i vespami, jedną ręką przytrzymując nowy kapelusz słoneczny, w drugiej natomiast ściskając mocno rączkę błyszczącej, aluminiowej teczki. Na nogach miał ozdobione frędzlami mokasyny z kurdybanu, ubrany był w popelinowy garnitur koloru khaki oraz niebieską koszulę z oksfordzkiego płótna z kołnierzykiem przypinanym na dwa guziki oraz uczelniany krawat z Yale.
Gdy dotarł wreszcie do krawężnika po drugiej stronie placu, spojrzał na zegarek i zaklął w duchu. Cholera! Po prostu nie wypada, żeby spóźnił się na spotkanie ze Świętą Inkwizycją.
Był pewien, że z człowiekiem, który go wezwał, spotka się w murach Watykanu, a jednak nie. Miał stawić się w miejscu położonym pioruńsko daleko, gdzieś po drugiej stronie Tybru.
No i zaskoczony dowiedział się, że Święta Inkwizycja nigdy nie przestała istnieć. Zmieniła jedynie nazwę: w 1542 roku watykańscy hierarchowie przemianowali ją na Święte Oficjum, a w 1965 roku nazwę zmieniono na Kongregację Doktryny Wiary.
– Kongregacja Doktryny Wiary – poinformował go swego razu partner z firmy, człowiek, który kiedyś nosił habit jezuity – to bezdyskusyjnie najbardziej wpływowy organ w Kurii; dysponuje większą władzą w Watykanie niż KGB na Kremlu, nawet w szczytowym okresie sowieckiej władzy.
Amerykanin zatrzymał się przy skrzyżowaniu z małą uliczką, przy której brakowało tabliczki z nazwą. To musi być to miejsce, pomyślał i skręcił w prawo.
– Porównanie z KGB jest w pełni uprawnione, zwłaszcza gdy chodzi o ciebie – wciąż brzmiały mu w uszach słowa eksjezuity. – Dlatego że dzisiaj Kongregacja Doktryny Wiary działa bardziej na modłę służby wywiadowczej niż armii Boga i nad inne metody przedkłada zakulisowe zniszczenie czyjegoś życia lub kariery, nigdy nie czyniąc tego na oczach opinii publicznej. Głową Kongregacji Doktryny Wiary jest zawsze urzędujący papież, ale inkwizycyjnym aparatem zarządza urzędnik nazywany po prostu prefektem. Tytuł ten, podobnie jak i sama struktura, sięga trzynastego stulecia; wtedy nazywano go Wielkim Inkwizytorem.
Kongregacja Doktryny Wiary dysponuje własną służbą wywiadowczą oraz siatką agentów i donosicieli, wobec której wschodnioniemieckie Stasi zarumieniłoby się ze wstydu. Musisz o tym pamiętać; nie wolno ci nawet na moment opuszczać gardy. Ci ludzie w żaden sposób nie przypominają Braciszka Tucka; są bardzo niebezpieczni i należy ich traktować ze śmiertelną powagą. Zajmują się gromadzeniem obciążających dowodów, a później przedstawiają je czteroosobowemu trybunałowi, w skład którego wchodzi sędzia przewodniczący, zwany asesorem, wspomagany przez dwóch dominikanów oraz komisarza.
Zbliżając się do celu, mężczyzna przypomniał sobie jeszcze, jak były jezuita pochylił się kiedyś nad stolikiem w pewnym barze i powiedział:
– Spotkasz się z asesorem. Jest osobą wpływową, bardzo wpływową. Zdaniem niektórych zostanie kolejnym zwierzchnikiem Kościoła. Rób, co ci każe, a jeśli nie uczynisz tego w imię wiary, rób to, jeśli chcesz uratować życie i karierę.
Amerykanin wszedł po schodach, stanął przed drzwiami do budynku i nim nacisnął guzik dzwonka, zwrócił uwagę, że we wszystkich oknach znajdowały się ozdobne – i bardzo solidne – kraty z kutego żelaza. Ze środka dosłyszał odgłos szurania.
Czekając, przypomniał sobie resztę informacji podanych przez byłego jezuitę. Większość spraw osądzanych przez asesora i pozostałych sędziów nigdy nie wychodzi poza mury Watykanu. Jeśli jednak zasłona tajemnicy zostanie lekko uchylona, opinia publiczna dowiaduje się z reguły o prześladowaniu kościelnych teologów – jak dla przykładu sprawa Hansa Kunga, który podał w wątpliwość doktrynę nieomylności papieża. Kung dowodził między innymi, że doktryna o nieomylności nie ma poparcia w biblijnych przesłankach i nie istniała przed 1870 rokiem. Ukaranie szwajcarskiego teologa przez Kongregację Doktryny Wiary potwierdzało tezę, że – wykazując lojalność wobec korzeni Wielkiej Inkwizycji – tłumienie prawdy jest cnotą, jeśli chodzi o utrzymywanie ortodoksyjnych dogmatów Kościoła.
W opublikowanym dekrecie, zatwierdzonym przez papieża, Kongregacja Doktryny Wiary stwierdzała jednoznacznie, że „wolność aktu wiary nie usprawiedliwia religijnego odstępstwa”.
W staromodnym judaszu zamontowanym w drzwiach pojawiło się oko. Amerykanin zmusił usta do uśmiechu. Oko szybko zniknęło.
W historii Kościoła katolickiego jeszcze do niedawna kwestionowanie dogmatów, nawet w poszukiwaniu religijnej prawdy, uznawane było za grzech karany śmiercią. Jednym z najbardziej aktywnych wydziałów Kongregacji Doktryny Wiary była Papieska Komisja Biblijna, której zadaniem jest czynienie wszystkiego, co tylko niezbędne, by chronić przed atakami oficjalne kościelne dogmaty – te prawdziwe i te niekoniecznie z prawdą zgodne. Komisja ma prawo wstrzymywania publikacji, ich niszczenia, a także ukrywania w Archiwum Watykańskim dokumentów lub przedmiotów, które mogłyby rzucić cień wątpliwości na oficjalną interpretację Pisma Świętego lub teologicznego nauczania.
Drzwi otworzyły się.
Amerykanin wstrzymał dech, ujrzał bowiem przed sobą samego asesora ubranego w strój cywilny, zamiast w purpurę, jak przystało kardynałowi. Z tyłu dostrzegł dwóch rosłych mężczyzn, będących, bez cienia wątpliwości, ochroną osobistą.
– Dziękuję za przybycie – powitał gościa asesor, wyciągając dłoń.
Kardynał Neils Braun, były arcybiskup Wiednia, zwierzchnik Papieskiego Sekretariatu do Spraw Niewierzących oraz asesor Kongregacji Doktryny Wiary, uchodził za człowieka słusznie budzącego trwogę. Był to bardzo wysoki mężczyzna o silnej budowie i niezwykle fotogenicznej twarzy, jakby wyrzeźbionej, grubo ciosanej, spoglądającej wprost z austriackich gór, które tak bardzo ukochał. Cechowały go energiczne ruchy i fenomenalna wręcz siła żylastych mięśni; takie miewali wyłącznie świetni skałkowcy, którzy do wspinaczki nie używają lin, karabińczyków ani innych przyborów technicznych. W pierwszy dzień Bożego Narodzenia Braun kończył sześćdziesiąt lat i zamierzał spędzić urodziny w samotności, wspinając się po górach gdzieś w okolicy rodzinnego Innsbrucku, a może nawet atakując skalną ścianę, której nikt jeszcze nie zdobył.
– Witamy – powtórzył Braun z łaskawością człowieka, który rozkoszuje się wrażeniem, jakie wywiera na zwykłych ludziach.
Amerykanin z trudem przełknął ślinę i uścisnął dłoń podaną przez purpurata.
– Dzień dobry, Wasza Eminencjo.
– Zwracaj się do mnie Neils – poprosił Braun, świadom tego, jak bardzo Amerykanin cenił zażyłość. – W końcu jesteśmy kolegami pracującymi wspólnie nad rozwiązaniem tego samego problemu.
Na te słowa napięte rysy Amerykanina rozluźniły się, ramiona, tułów i kolana przestały być takie sztywne. Dobrze, dobrze, pomyślał asesor. Umożliwienie ludziom odprężenia się w sytuacji stresowej to pierwszy krok do przejęcia nad nimi kontroli.
– Skoro to proponujesz… Neils – odparł Amerykanin, zmuszając się do uśmiechu.
– Wejdź zatem i schowaj się przed skwarem. Ochroniarze zniknęli gdzieś w ciemności; Amerykanin i Braun weszli do środka.
Ruszyli schodami na drugie piętro, potem słabo oświetlonym korytarzem i wreszcie Amerykanin mógł spocząć w obitym brokatem fotelu ustawionym przed eleganckim mahoniowym biurkiem Brauna. Mrużył oczy przed zalewającym pokój jaskrawym światłem, wpadającym przez duże okno, nawet tu chronione kratą.
– Opowiedz, proszę, czego dowiedziałeś się w Zurychu – powiedział Braun, od razu przechodząc do rzeczy.
– No cóż… – zaczął Amerykanin i przełknął ślinę. – Ujmując rzecz w skrócie: Max nie żyje, kobieta marszand zaginęła, tak samo jak wszystkie obrazy z rezydencji w Kreuzlingen.
– A obraz Stahla?
Amerykanin pokręcił przecząco głową.
– Przepadł, jak kamień w wodę.
Braun zmarszczył brwi.
– Czy twoje dochodzenie pozwoliło ustalić, kto za to odpowiada?
– Nie do końca jednoznacznie.
– Ale dysponujesz… najbardziej prawdopodobną poszlaką? Amerykanin skinął głową, przytakując.
– Wszystkie ślady wskazują na rosyjską mafię, wykorzystującą najprawdopodobniej swoich ich ludzi działających w KGB – wyjaśnił i przez chwilę jeszcze zastanawiał się nad sformułowaną tezą. – Nie da się też wykluczyć ewentualności, że jest akurat odwrotnie. Rozmiary panującej w Rosji korupcji bardzo utrudniają rozsądzenie, kto tak naprawdę tym kieruje.
– W jakim celu to robią?
– Dla pieniędzy, dla wymienialnej waluty. Kolekcja Maxa jest bezcenna. Nie zdziwiłbym się, gdyby mieli na to błogosławieństwo Kremla. Twarda waluta to zawsze twarda waluta.
Kardynał przytaknął.
– Widzieliśmy sporo od czasu rozpadu Związku Sowieckiego; później zaczął się dotkliwy kryzys walutowy. Wielu spośród ludzi, którzy usiłowali zgładzić mnie w dawnych, złych czasach, wciąż nie ustaje w wysiłkach.
Amerykanin chciał już zadać pytanie, nasuwające się w sposób oczywisty, zdołał jednak ugryźć się w język.
– Żyrinowski. – Braun jakby wiedział, co interesuje gościa. – On i jego ultranacjonalistyczne zbiry chętnie pozbyliby się mnie z tego świata, z tych samych powodów, dla jakich usiłowali uczynić to Chruszczow i Andropow.
Amerykanin znów nie odezwał się słowem, ale tym razem odpowiedź na niezadane pytanie nie padła. Zamiast tego kardynał obrócił się w fotelu i przez długą chwilę spoglądał na zawieszony na ścianie krucyfiks z kości słoniowej. Potem ciężko westchnął znów spojrzał na Amerykanina.
– Są rzeczy, o których musisz się dowiedzieć, jeśli masz da lej nam pomagać. Mogą one mocno zaburzyć twoje własne życie duchowe. Budzą niepokój i troskę, ale jeśli pragniesz wziąć na barki brzemię prawdy, którą ci wyjawię, zyskasz sposobność wyświadczenia ogromnych zasług twemu Kościołowi.
Amerykanin skinął potakująco.
– Zrobię wszystko, co w mojej mocy.
Kardynał obdarzył gościa uśmiechem, który zdawał się przenikać do głębi jego duszy.
– Dziękuję. Zacznijmy od tego, że zostałeś wybrany z uwagi na amerykańskie obywatelstwo, które posiadają również ta kobieta i jej mąż. Zyskałeś też nasze zaufanie, z uwagi na twoje wcześniejsze dokonania.
– Dziękuję.
– To ja i Kościół winniśmy dziękować tobie – powiedział kardynał. – Teraz niech mi będzie wolno powiedzieć ci, że tak jak Ojciec Święty jest dziedzicem Świętego Piotra, tak Kongregacja Doktryny Wiary jest dziedziczką Konstantyna.
Amerykanin był wyraźnie tym zaskoczony.
– Podobnie jak Konstantyn stoimy na straży jedności Kościoła – zaczął wyjaśniać Braun. – Najsilniejsza i dająca najwięcej otuchy jest wiara zjednoczona we wspólnocie, pozbawiona dwuznaczności i bezgranicznie szczera. Innymi słowy, wiara musi być biało-czarna, bez żadnych odcieni szarości. Lecz tak jak Konstantyn wiemy bardzo dobrze, że Pismo Święte, a także historia wiary i religii były wielokrotnie przepisywane, na nowo redagowane i korygowane, by dały się dopasować do zmiennych wymogów różnych epok. W rzeczywistości prawdę da się interpretować na wiele różnych sposobów. Istnieją autorytety, które wydają się sobie równe, a jednak różnią się w opiniach; dysponujemy relikwiami, źródłami pisanymi oraz faktami historycznymi, które wydają się nieodparte, a jednak podane do powszechnej wiadomości zburzyłyby jedność kościelnej teologii i przyczyniły do powstania wątpliwości. Biblia rozszerzyłaby się o milion przypisów drukowanych drobną czcionką, komentujących historię wiary.
Co więcej, wątpliwości nie dodają otuchy i nie oferują pocieszenia w świecie targanym burzami. Zwykłym ludziom potrzebna jest pewność, jaką daje wiara, jeśli mają nie porzucić nadziei. Jeśli pojawiają się wątpliwości w kwestiach wiary i religii, naszym obowiązkiem, czyli Kongregacji Doktryny Wiary, jest stawianie czoła szatanowi, żeby wierni tej nadziei nie tracili. Jeśli powstaje wrażenie, że wiara prowadzi dwiema drogami, naszym obowiązkiem jest podążyć jednym i drugim szlakiem, a potem zablokować niewłaściwą drogę, żeby wierni nie musieli się błąkać. Walczymy z wątpliwościami, potem formułujemy odpowiedź dla Kościoła, upewniając się przy tym, że jest ona z zbieżna z pozostałymi dogmatami oraz z modlitwami i błogosławieństwami Ojca Świętego. Potem obwieszczamy ją jako Słowo Boże, którego nie da się obalić. Ujednolicona wiara jest bez wątpienia ważniejsza niż sprzeczne z nią prawdy, które muszą pozostać utrzymane w tajemnicy, ponieważ większość ludzi nie potrafiłaby sobie z nimi poradzić, stając się automatycznie ofiarą zakusów szatana. Wbił w Amerykanina spojrzenie.
– Czy mnie rozumiesz?
– Jeśli dobrze usłyszałem – zaczął niepewnie Amerykanin – mówisz, że mniej ważne jest to, w co ludzie wierzą, jeśli tylko wszyscy wierzą dokładnie w to samo – w dogmaty sformułowane i zatwierdzone przez twoją Kongregację – bez najmniejszych choćby zastrzeżeń.
Braun uśmiechnął się szeroko i przytaknął.
– Jesteś bardzo pojętny. Wykazałeś też dostatecznie dużo rozumu, żeby nie zaniedbać zajęć z religii.
Na twarzy Amerykanina pojawił się wyraz zaskoczenia.
Kardynał znów się roześmiał.
– To oczywiste, że dysponujemy wyciągiem z twojego indeksu z czasów nauki w college’u. Wiemy więcej o twojej przeszłości niż twój obecny pracodawca. – Głos Brauna w jednej chwili zrobił się poważny. – Wierzysz, że cel jest te go wart? Czy byłbyś w stanie oddać za niego życie?
Amerykanin ściągnął brwi. Wyszkolono go w oszukiwaniu, ale szybko odrzucił taką pokusę na rzecz szczerości, gdyż sprawa dotyczyła Boga.
– Proszę mi wybaczyć Eminencjo, musiałbym przemyśleć tę kwestię – odparł w końcu.
Gryzł kącik dolnej wargi i przez chwilę spoglądał przez okno na jaskrawe promienie słońca. Serce waliło mu jak młot; przełknął ślinę, chcąc pozbyć się suchości w gardle. Z tyłu za nim tykał zegar. Kardynał czekał cierpliwie. Wreszcie Amerykanin odezwał się.
– Pierwsze jest możliwe, nawet prawdopodobne. Drugie…? – Pokręcił głową, powątpiewając. – Nie wiem. Nie jestem pewien, czy jakikolwiek człowiek jest w stanie podjąć taką decyzję, zanim przyjdzie mu stanąć oko w oko ze śmiercią. – Spoglądał z lękiem na kardynała.
– Wyśmienicie! – pochwalił go Braun.
Amerykanin poczuł głęboką ulgę.
– Odpowiedziałeś szczerze, a to daje mi pewność – podjął Braun, a z jego twarzy zniknął uśmiech, ustępując miejsca surowej minie asesora. – Ojciec Wszechmogący przyjmuje twoje najlepsze starania, lecz ja zaakceptuję jedynie twoje najlepsze rezultaty. Czy rozumiesz?
Amerykanin przytaknął.
– Czy zgodzisz się wziąć mnie na swego przewodnika i jedynego spowiednika?
Znów skinął głową na znak zgody.
– Zgadzasz się wypełniać moje polecenia co do joty, wiedząc, że karą za nieposłuszeństwo będzie ekskomunika oraz wiekuiste potępienie?
Amerykanin przez dłuższą chwilę spoglądał na niego zszokowany.
– Tak, Wasza Eminencjo.
– Dobrze – pochwalił kardynał i po chwili zapytał:
– Słyszałeś rzecz jasna o Całunie Turyńskim?
Amerykanin ponownie przytaknął.
– Oczywiście. Któż nie słyszał? – kontynuował kardynał. – Jest to prawdopodobnie całun z pochówku Jezusa Chrystusa. To długi zwój płótna, na którym odcisnął się wizerunek ukrzyżowanego mężczyzny. Wszystkie ślady ran oraz punkty szczególne, a także charakterystyczne cechy budowy fizycznej człowieka z płótna są zbieżne z relacjami ludzi opisujących śmierć Chrystusa. Z tego co pamiętam, kontrowersje na temat uznania tej relikwii za autentyczną były bardzo silne.
Braun przerwał na moment i pociągnął łyk herbaty. Serwetką otarł kropelki potu, jakie pojawiły się na górnej wardze, potem podjął temat.
– To tylko zwięzłe streszczenie, a przynajmniej wersja przeznaczona dla opinii publicznej. – Odchylił się na oparcie fotela, a jego słowa płynęły teraz wolniej. – Jak pewnie wiesz, Watykan nigdy nie uznał w pełni autentyczności Całunu Turyńskiego. A przecież gdyby zebrać wszystkie fragmenty Krzyża Pańskiego, które zyskały błogosławieństwo Stolicy Piotrowej, dałoby się nimi wypełnić cały skład drzewny. Tymczasem wciąż odmawia pobłogosławienia całunu. Dlaczego? Pytanie było czysto retoryczne.
– Ponieważ obawiamy się, oto dlaczego. Ponieważ wiemy, że istnieje jeszcze jeden całun – znajdujący się w lepszym sta nie, którego pochodzenie nie budzi dyskusji i jest doskonale udokumentowane, potwierdzone przez źródła absolutnie wiarygodne i niepodważalne. Jeśli więc pobłogosławimy Ca łun Turyński, którego historia pełna jest luk i niedopowiedzeń, pewnego dnia staniemy może przed żądaniem uczynienia tego samego w odniesieniu do drugiego całunu.
Amerykanin sprawiał wrażenie zmieszanego.
– Czegoś tu nie rozumiem. Chcesz przez to powiedzieć, że istnieje drugi całun, który również okazał się szatą żałobną Chrystusa? Jeśli tak rzeczywiście jest, dlaczego nikt nie przekazał tego opinii publicznej, dlaczego nikt…
– Nie, źle mnie zrozumiałeś – przerwał mu Braun. – Ten drugi całun, ten, którego istnienie utrzymywane jest w tajemnicy, nie był użyty do owinięcia ciała pierwszego Mesjasza. Raczej zawinięto nim zwłoki tego drugiego.
Amerykanin siedział jak ogłuszony.
– Drugiego… ale jak… jak możliwe… – Usiłował zebrać myśli. – Chcesz przez to powiedzieć, że przez wszystkie te la ta Kościół ukrywał dowód boskości Chrystusa? Dlaczego fakt ten ma być otoczony tajemnicą?
Braun zastanawiał się przez chwilę, zanim odpowiedział.
– Przypomnij sobie, proszę, mój komentarz sprzed chwili dotyczący nadrzędnej potrzeby jedności oraz pewności w wierze. Wiara ma kruchą naturę. Z tego właśnie powodu my, w Kongregacji Doktryny Wiary, oraz nasi poprzednicy w ciągu minionych stuleci pracujemy tak usilnie nad utrzymaniem wewnętrznej zgodności papieskich dekretów i nad obroną absolutnej prawdziwości kościelnych doktryn i dogmatów. Gdybyśmy przyznali, że jakaś zwykła drobnostka jest fałszem, wtedy rzesze wiernych zaczęłyby wysuwać przypuszczenia, że również inne elementy nauki mogą zostać podane w wątpliwość. Wypuszczenie choćby jednej nitki mogłoby skutkować spruciem do cna całej szaty. Większe sprawy? – Wzruszył ramionami. – Mogę jedynie stwierdzić, że większe sprawy spowodowałyby większe wyłomy w naszej wierze, niż Szatan byłby w stanie kiedykolwiek dokonać.
– O Boże…
– Jak powiedziałem, wiele z tego, co tu usłyszysz, wywoła w tobie zamęt – ciągnął Braun. – Ale nie trać wiary i zaufaj mi, gdyż zadanie, do wykonania którego zostałeś wybrany, jest w stanie wpłynąć na przyszłość chrześcijaństwa.
– Wielki Boże – odparł Amerykanin cichym głosem.
– Ten drugi Mesjasz – Zbawiciel, jeśli wolisz – żył za panowania Konstantyna, władcy, którego wyniesiono na tron jako Ojca Wszechmogącego, co stało się instrumentem służącym do utrzymania jedności chrześcijaństwa i wyeliminowania herezji. By osiągnąć ten cel, cesarz Konstantyn sprowadził drugiego Mesjasza do Bizancjum i tam… zgładził.
Amerykanin poczuł, jak osuwa się pod nim skała, na której opierała się jego wiara. Chwycił dłonią za blat biurka, że by nie stracić równowagi.
– Gdyby ta informacja wyciekła, chrześcijaństwo oraz wszystkie wartości, na straży których stoi ta religia, zostałyby podane w wątpliwość. Powstałby zamęt i chaos. Absolutny chaos. Kryzys wiary, jakiego nie widziano na przestrzeni dwóch tysięcy lat historii Kościoła. Co więcej, naruszone zostałyby również podstawy judaizmu. W końcu Jezus był Żydem i nikt bardziej niż naród wybrany, jak opisuje Biblia, nie oczekiwał nadejścia Mesjasza. A co jeszcze ważniejsze, istnie ją źródła historyczne potwierdzające istnienie tego drugiego Mesjasza, o wiele bardziej przekonujące od źródeł odnoszących się do ziemskich losów naszego Pana. Ich ujawnienie mogłoby doprowadzić miliony wyznawców do odrzucenia Jezusa Chrystusa jako naszego zbawcy i odkupiciela i przejścia na stronę tego ukrywanego Mesjasza.
Amerykanin zauważył, że kardynał żegna się, wypowiadając to imię.
– Miliony opuściłyby nasz Kościół; sama instytucja oraz jej wpływy w świecie ległyby w gruzach.
– Wierni z pewnością odrzuciliby tego rodzaju rewelacje, uznając je za przebiegłe oszustwo – uspokajał Amerykanin. – Za spisek.
– Być może – odparł Braun. – Ale twoja święta misja ma na celu utrzymanie w tajemnicy istnienia tego drugiego Mesjasza. Odzyskaj dowody, dokumenty potwierdzające jego rzeczywiste istnienie. Jeśli nie zdołasz tego dokonać, musisz się upewnić, że nikt inny również tego nie uczyni.
Kardynał zamilkł na chwilę, przez moment na jego twarzy pojawił się wyraz świadczący o braku pewności.
– Wydaje się… – zaczął, kierując wzrok ku własnej duszy – że ten sekretny Mesjasz stanowi dowód na potwierdzenie faktu, iż Bóg nieustannie przysyła nam zbawicieli. Nasze zbawienie zależy od podążania za ich przykładem. Lecz nie jesteśmy w stanie ich rozpoznać lub, co gorsza, mordujemy ich.
– Zatem Bóg wystawia nas na próbę, by przekonać się, czy jesteśmy gotowi na odkupienie? A kiedy wreszcie zdołamy rozpoznać Mesjasza pośród tłumów… i nie zabijemy go, winy nas wszystkich zostaną odkupione?
Braun przytaknął.
– Nie zabijając jej.
– Słucham?
– Na drugim całunie również uwieczniony jest wizerunek ludzkiej postaci. Jest to wizerunek drugiego odkupiciela… podobizna kobiety.
Amerykaninowi odebrało dech ze zdumienia.