Parterowy motel wciśnięty był między poplamioną smugę asfaltu autostrady Pacific Coast Highway a wyziębione wybrzeże, które stromymi ścianami opadało ku plaży. Szyld z napisem WOLNE POKOJE świecił niemrawo, nadaremnie przemawiając do potencjalnych klientów, z których większość wybierała drogę międzystanową numer 5, biegnącą jakieś dziesięć kilometrów dalej, dając tym samym zarobić motelom nowszych sieci, które rozlokowały się przy rozjazdach.
Znudzony recepcjonista, który przed godziną wpisał do książki meldunkowej Ridgewaya, Strattona i resztę towarzystwa, siedział teraz z niewzruszonym spokojem. Przez kuloodporne szyby obserwował przejeżdżające samochody. Jeśli nic niezwykłego się nie stanie, ten wieczór będzie typowy. Zamelduje pewnie jeszcze jakiegoś zbłąkanego kierowcę, który przez pomyłkę zjechał z trasy międzystanowej, niewykluczone, że trafi się jeszcze jakiś żołnierz piechoty morskiej z pobliskiej bazy Camp Pendelton z dziewczyną lub cudzą żoną. Nie miało to dla niego znaczenia. Koniec końców miał do wynajęcia zaledwie cztery pokoje.
Motel wyglądał tak, jakby lada dzień miał zakończyć swój żywot. Kolejni właściciele, a żaden z nich nie zagrzał tu na dłużej miejsca, nie angażowali się na tyle, by nawiązać znajomość z okolicznymi mieszkańcami. Tyle że nikt z miejscowych nawet się nie domyślał, że od 1963 roku tak naprawdę jedynym właścicielem motelu była amerykańska Agencja Bezpieczeństwa Narodowego, która wykupiła go na własność.
Recepcjonista wręczył Strattonowi klucze do kilku pokoi usytuowanych na tyłach motelu, tych z widokiem na ocean. Na falach oceanu zazwyczaj roiło się od surferów, wędkarzy i żaglówek, tego jednak wieczora budynkiem szarpały ostatnie podrygi sztormu, a wiatr cicho gwizdał pod drzwiami oraz w szczelinach okiennych. Kotary unosiły się przy każdym silniejszym powiewie.
– Niech to szlag trafi! – warknął Ridgeway na Strattona. – Nie miałeś prawa. Żadnego prawa.
To szaleństwo ciągnęło się już całe godziny. Przed oczyma Ridgewaya raz za razem odtwarzała się ta sama scena: na przednim siedzeniu limuzyny jęczał ochroniarz Rebeki Weinstock, głowa zabójcy odskakiwała do tyłu, mięśnie jego twarzy wiotczały, a na samym końcu pojawiał się widok krwi ścieranej z błyszczącego ostrza traperskiego noża.
Ridgeway natychmiast rozpoznał Strattona, lecz zanim zdołał cokolwiek powiedzieć, jakieś dłonie wyciągnęły go do czekającego już sedana. Przemoczony do suchej nitki, wstrząsany dreszczami zimna, szczękał zębami na tylnym siedzeniu, kiedy auto wyjeżdżało z parkingu. Za kierownicą siedział Jordan Highgate obok Setha Strattona.
Highgate wyjechał z Marina Del Rey, kierując się na południe. Zatrzymali się w centrum handlowym niedaleko Long Beach; Highgate wszedł do środka i pojawił się po pół godzinie z kompletem suchej odzieży, papierową torbą wypełnioną przyborami toaletowymi oraz, co najważniejsze, z kubkiem gorącej kawy. Ręce Ridgewaya trzęsły się tak bardzo, że Stratton musiał przytrzymywać kubek, pozwalając mu pić drobnymi łykami, jak małemu dziecku.
I znów samochód mknął cicho na południe, prowadzony wprawnymi rękami Highgate’a, który trzymał się z dala od zakorkowanych autostrad. Ridgeway przebrał się w suche ubranie i pił kolejną gorącą kawę, pilnie strzegąc przesiąkniętego krwią szlafroka z plikiem tysiącdolarowych banknotów w kieszeni. Przez pierwsze czterdzieści pięć minut odczuwał wyłącznie zadowolenie z faktu, że żyje, że jest suchy i że coraz mu cieplej. Kiedy jednak jego organizm odzyskał normalną temperaturę, wdzięczność ustąpiła miejsca podejrzeniom, a na samym końcu złości; Stratton wyjaśnił, że on oraz Highgate pracowali dla National Security Agency.
– Zatem nie było dziełem przypadku, że natknąłem się na ciebie w Zurychu – domyślił się Ridgeway. – Spoglądał w milczeniu na Strattona. – Śledziłeś mnie od pierwszej chwili, kiedy wróciłem ze Szwajcarii.
Stratton potwierdził skinieniem głowy.
– Od dnia, kiedy po raz pierwszy zjawiłeś się w konsulacie.
– Wykorzystałeś mnie w charakterze przynęty w nadziei, że ktoś wyłoni się z cienia – ciągnął Ridgeway. – W nadziei, że schwytasz ludzi, którzy przyszli dzisiaj na moją łódź.
Stratton znów przytaknął.
– Niech cię cholera weźmie, człowieku. – Ridgeway gotował się ze złości. – Kto dał ci prawo, żebyś bawił się moim życiem jak Bóg?
– To nie jest kwestia tego, czy posiadam takie prawo. Sprawdziliśmy wszystkie fakty. Chciałbym, żebyś odsunął na bok gniew i urazę, musimy omówić pewne sprawy.
– Nie ma o czym dyskutować – zaperzył się Ridgeway, odwracając się od okna i spoglądając na Strattona, który siedział w nogach łóżka.
Highgate stał niewzruszony przy drzwiach. Ridgeway rozejrzał się po pokoju, oceniając szanse ucieczki. Stratton przejrzał jego zamiary.
– Nawet nie myśl o opuszczeniu nas – odezwał się. – Budynek jest zamknięty niczym sejf. Stalowe drzwi, kuloodporne szyby, filtrowane powietrze. Nikt stąd nie wyjdzie, dopóki recepcjonista nie wprowadzi odpowiedniego kodu na panelu w recepcji. A nie zrobi tego tak długo, jak długo nie podam mu właściwej kombinacji cyfr. Nikt nie wyjdzie. Nikt nie wejdzie.
Przesunął się na łóżku.
– Nie widzę żadnego powodu, żebyśmy nie mieli porozmawiać o tym wszystkim… o współpracy…
Potrząsając przecząco głową, Ridgeway podszedł do Strattona. Chciał spojrzeć mu w twarz.
– Naprawdę jesteś niezły. Zamykasz mnie w miejscu, które okazuje się więzienną celą, i oczekujesz, że rozsiądę się wygodnie i że sobie pogwarzymy? Inni ludzie być może poszliby na taki układ, panie Stratton, ale nie ja. Nie mam o czym z tobą rozmawiać, już nie.
– Ale możemy okazać się bardzo pomocni – nalegał Stratton. – Potrzebujesz nas, jeśli chcesz odnaleźć żonę.
– Mogłeś zaproponować mi to w Zurychu – warknął Ridgeway. – Mogliśmy już wtedy podjąć współpracę.
– Musieliśmy sprawdzić wszystkie fakty – przerwał mu Stratton, nie tracąc cierpliwości. – Wtedy nie wiedzieliśmy te go, co wiemy teraz.
– Mogłeś powiedzieć mi, co wtedy wiedziałeś.
– Nie mogłem…
– Mogłeś – fuknął gniewnie Ridgeway. – A nawet więcej, powinieneś.
Wzrok Strattona powędrował gdzieś daleko.
– To kwestia bezpieczeństwa – powiedział powoli Stratton, jakby do siebie. – Musiałem uzyskać zgodę, pozwolenia. To była… jest… sprawa tajna. Uzyskanie koniecznej zgody zabiera dużo czasu.
– Pieprzony pożar nie był żadną tajemnicą. – Ridgeway nie panował już nad sobą. – Uprowadzenie Zoe nie było żadną tajemnicą! Cóż więc, do kurwy nędzy, było w tym wszystkim tajnego?
– Nie ma potrzeby kląć – powiedział spokojnie Stratton. – To nie pomoże nam w rozwiązaniu czegokolwiek.
Ridgeway patrzył na niego z niedowierzaniem.
– Posłuchaj, wiem, że jesteś wściekły – odezwał się Strat ton. – Masz do tego święte prawo. I jesteś całkowicie wytrącony z równowagi. Ale najlepszym sposobem na jej odnalezienie będzie współpraca z nami.
Ridgeway zaprzeczył gwałtownym ruchem głowy.
– Uratowałem ci życie. Czy to nic dla ciebie nie znaczy?
– Użyłeś mnie jako przynęty. Uratowałeś mnie, ale to ty zaaranżowałeś tę sytuację. Wtargnąłeś w moją prywatność, założyłeś podsłuch na moim telefonie, śledziłeś mnie na każdym kroku, obserwowałeś moją łódź, zamierzając schwytać tamtych facetów, kiedy się zjawią. Obojętne, kim byli. Wykonałeś swoją robotę do tego stopnia wiarygodnie, że niemal wszyscy przypłacili to życiem, o mały włos nie wliczając w to mnie. I dlatego mam ci zaufać? – Ridgeway znów pokręcił przecząco głową i pociągnął kolejny łyk kawy.
Stratton wstał i ruszył w poprzek pokoju. Sięgnął po plastikowy kubek, potem jednak zmienił zdanie. Usiadł ciężko na krześle stojącym obok stołu, otarł twarz dłonią i przechylił się na oparcie.
– Zastanawiam się, czy nie powinienem pozwolić, żeby ten facet wypruł ci flaki, jak wcześniej zrobił to szoferowi.
– Być może powinieneś – zgodził się szybko Ridgeway. – Ponieważ nie zamierzam w czymkolwiek ci dopomóc.
Stratton pokiwał głową z powątpiewaniem.
– Co mam ci zaoferować? – zapytał.
– Za co?
Stratton zamknął na moment oczy, a jego twarz wykrzywił grymas. Wziął głęboki oddech, potem głośno wypuścił powietrze.
– Co mam ci zaoferować, żebyś zgodził się na współpracę z nami?
Ridgeway pokręcił głową z żalem. Usiadł na łóżku, patrząc na Strattona.
– Nie zrozumiałeś mnie. Nie ufam ci. A nigdy nie pracuję z kimś, komu nie ufam.
Panie Ridgeway, podziwiam pańskie zasady – odparł Stratton. – Ale świat nie może sobie na nie pozwolić. Obaj wmieszaliśmy się w coś, co może wstrząsnąć posadami Zachodu, zaś w twoich rękach być może znajduje się klucz. Ale ty wolisz trzymać się swoich hołubionych zasad, a świat niech się stacza do piekieł!
Ridgeway zerwał się z łóżka.
– Jesteś szaleńcem. Ty i twój przyjaciel przy drzwiach. Nie pierwszy raz słyszę, jak ludzie gadają to, co ty: Ach, nie możemy sobie teraz pozwolić na wierność zasadom. Naśladował głos Strattona. – Przestępcy i świry przejęli kontrolę. Nadzwyczajne czasy potrzebują nadzwyczajnych ludzi. To samo mówili naziści; to samo powtarza każdy komunistyczny i prawicowy dyktator. Słyszałem to wszystko już wcześniej. W pokoju odpraw na komisariacie, na ulicach, podczas oficjalnych apeli. Czasami traktowałem to całkiem poważnie. Bywały nawet chwile, kiedy chciałem działać poza prawem, zamierzając wdrażać w życie to, co uznawałem za sprawiedliwość, ale wtedy przestałbym być gliniarzem. Stałbym się przestępcą. Możesz być tylko jednym albo drugim, nigdy oboma naraz. Ty też jesteś swego rodzaju gliniarzem, Stratton. Może więc powinieneś zacząć postępować jak gliniarz.
Na twarzy Strattona pojawił się przemądrzały uśmiech dziwki pogrążonej w lekturze broszurki Armii Zbawienia.
– W normalnych okolicznościach zgodziłbym się z tobą. Ale fakty w tej konkretnej sytuacji są jedyne w swoim rodzaju. Historia jest do tego stopnia zdumiewająca, że sam z trudem daję jej wiarę.
– Dlaczego więc na próbę nie przedstawisz mi kilku spośród tych faktów – zaproponował ironicznie Ridgeway. – Pozwól mi przekonać się, czy zdołam wyrobić w tobie nowe spojrzenie na bieg spraw.
– Nie mogę ci nic wyjawić, dopóki nie dasz słowa, że nikomu nie powtórzysz nic z tego, co tu usłyszysz – zastrzegł Stratton.
– Przestań, przecież wiesz, że niczego nie obiecam. – Ridgeway nie krył irytacji. – Dlaczego więc na chwilę nie odłożysz na bok regulaminu, gróźb pod moim adresem i klauzuli tajności i nie powiesz mi czegoś, w co będę w stanie uwierzyć?
Nagły poryw wiatru uderzył o ścianę, jakby rzucając w nią śrutem. Mężczyźni zamilkli, słuchając żywiołu szalejącego na zewnątrz.
– Mogę wyjawić ci prawdę – odezwał się w końcu Stratton – ale zapewne trudno ci będzie w nią uwierzyć.
Ridgeway popatrzył na twarz mężczyzny, szukając w niej jakiejś oznaki nieszczerości. Jeśli ten sukinsyn kłamie, pomyślał, jest cholernie dobrym aktorem.
– Zadowolę się prawdą – zachęcił go po chwili milczenia.
Stratton skinął głową w geście wdzięczności i uznania.
Spojrzał na własne stopy i zagryzł dolną wargę. Ridgeway dostrzegł w nim nagle rozważnego profesjonalistę zbierającego myśli, a nie złowrogiego krętacza, jak jeszcze przed chwilą.
– Moja sekcja w NSA przechwyciła dużą liczbę informacji przekazywanych drogami telekomunikacyjnymi, które w ja kiś sposób dotyczą działań KGB i moskiewskiej mafii, a mają one związek z operacją związaną z dziełami sztuki zrabowanymi przez nazistów oraz pewnym swoistym obiektem religijnego kultu. Rozeszły się pogłoski, że z powodu całej serii finansowych niepowodzeń matka Rosja pilnie potrzebuje twardej, zachodniej waluty. Rząd jest zdesperowany i bierze dolary, niemieckie marki… co tylko może. Nie interesuje go sposób ich zdobycia, nie zadają żadnych pytań.
Nasze informacje są wyrywkowe, w większości bazują na przechwyconej poczcie elektronicznej i podsłuchanych rozmowach telefonicznych. Źródła informują, że w chwili obecnej takich operacji, których celem jest zdobycie gotówki, i to za wszelką cenę, prowadzi się bardzo wiele. Okazało się, że w jedną z nich wmieszana jest grupa ludzi z KGB i ich kumpli z mafii, którzy są powiązani z Żyrinowskim oraz jego Sokołami – to właśnie ci faceci, którzy dzisiaj rano o mało ciebie nie wykończyli. Podobnie jak wszyscy inni, oni również poszukują pieniędzy, ale ta grupa przyjemniaczków korzysta z dawnych informacji wywiadu na temat pewnych obrazów zrabowanych przez nazistów w latach II wojny światowej. Malowidła są tyle warte, że w zupełności wystarczyłoby na wyciągniecie Rosji z finansowych tarapatów. Ale co ważniejsze, jeden z tych obrazów został w jakiś sposób podczas wojny wykorzystany przez nazistów do szantażowania papieża. Zmarszczone brwi Ridgewaya uniosły się nieco.
– Obraz? – Poczuł dziwne dreszcze, bo nagle wróciły słowa Rebeki Weinstock, wypowiedziane na chwilę przed śmiercią. – Opowiedz mi więcej.
– Tak naprawdę nie wiemy zbyt wiele. Najprawdopodobniej jest to dzieło pędzla mało znanego artysty nazwiskiem Stahl… ale to nie jest istotne. Ważny natomiast jest fakt, że w watykańskiej Kurii działa tajna sekcja, która od setek lat poszukuje relikwii, o której wcześniej wspomniałem. Wiemy o tym dzięki podsłuchom założonym przez KGB na liniach Watykanu, oraz naszym założonym w biurach KGB.
– Watykan stanowi priorytetowy cel Żyrinowskiego – dołączył się do rozmowy Jordan Highgate.
Ridgeway odwrócił się i spojrzał na drugiego mężczyznę, który wciąż stał przy drzwiach, wyprostowany niczym słup, z twarzą pozbawioną wyrazu jak strażnik w Pałacu Buckingham.
– Ultranacjonaliści w Rosji pragną znaleźć sposób na zneutralizowanie wpływów Watykanu. Wychodzą z założenia, że to, co okazało się skuteczne w czasach Hitlera, zadziała również w ich przypadku.
Highgate spojrzał na Strattona. Ten przytaknął skinieniem głowy.
– Nawiasem mówiąc, to, co dało się wykorzystać przeciw Watykanowi, może przydać się w walce z Rosyjskim Kościołem Prawosławnym, którego wsparcia Żyrinowski i jego ludzie będą potrzebować, jeśli zechcą przejąć władzę. Taki stan rzeczy, o czym pan zapewne wie, zmieniłby obraz świata w sposób najgorszy z możliwych. Niech pan nie zapomina, że Żyrinowski wysuwał groźby pod adresem Azerbejdżanu, islamskiego państwa zasobnego w ropę naftową. Ten fanatyk upiera się, że cały Azerbejdżan powinien znów należeć do Rosji, nawet jeśli miałoby to oznaczać przeprowadzenie czystek etnicznych na skalę masową i eksterminację azerskiego narodu. W rzeczywistości jego polityczni zwolennicy popierają przywrócenie do rosyjskiej macierzy wszystkich dawnych kolonii oraz pozbycie się mniejszości narodowych w celu zapewnienia bezpieczeństwa Rosjanom. Jego publikacje i przemówienia pełne są ciepłych słów pod adresem Hitlera. Przerwał na moment.
– Do czasu, gdy ludzie Żyrinowskiego dowiedzieli się o tajnej sekcji w Watykanie. Wszyscy wychodzili z założenia, że gadanina na temat szantażowania Piusa XII to tylko jeszcze jedna wyssana z palca plotka związana z III Rzeszą. Ja zresztą też tak myślałem do chwili, kiedy przesłuchałem taśmy z podsłuchów oraz przeczytałem pocztę elektroniczną. Ale nawet wtedy zyskaliśmy tylko niewyraźne kontury tego, co się dzieje, a że coś się dzieje, nie mamy wątpliwości.
– Cóż więc się dzieje? – zapytał Seth.
Stratton pokręcił z powątpiewaniem głową.
– Nie wiem. Naprawdę nie wiem, jakie znaczenie może mieć ten obraz.
– Hmmm!? Sądziłem, że wy wiecie chyba wszystko – warknął rozłoszczony. Wcisnął obie ręce w kieszenie spodni i oparł się o ścianę obok okna. – Jaki to może mieć związek z Zoe?
– Śledziliśmy Rebekę Weinstock prawie tydzień – wyjaśniał Stratton. – Od momentu, kiedy usłyszeliśmy jej nazwisko w podsłuchanych rozmowach KGB. Ona jest… była… wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, Austriaczką i zamożną kolekcjonerką dzieł sztuki. Zamierzała wykupić zbiory zgromadzone w Kreuzlingen, wśród których, zdaniem KGB, znajduje się poszukiwane przez nich malowidło. KGB, za pośrednictwem ludzi Żyrinowskiego, dotarło do Weinstock i do ciebie, zanim udało się to nam.
W głosie Strattona słychać było skruchę.
– Czy… natknęliście się na informację, gdzie mogą prze trzymywać Zoe? – zapytał Ridgeway.
Stratton zaprzeczył ruchem głowy.
– Nie. Ale wierzymy, że jest żywa i nadal przebywa w Szwajcarii.
Ridgeway odsunął nieco zasłonę i spoglądał w mroczną, szalejącą burzę. Furia wichury dorównywała jego wzburzonym myślom. Musi z nimi współpracować, postanowił. Nie miał po prostu innego wyjścia. Nigdy jej nie odnajdzie, działając w pojedynkę. Musi jednak zachować ostrożność, wykorzystując ich, ale nie dając się jednocześnie wykorzystać. NSA miało reputację instytucji bezdusznej, mogliby jej pozazdrościć Borgiowie.
– W porządku – zgodził się, odwracając od okna. – Będę z wami współpracował.
Stratton uśmiechnął się.
– Byłem przekonany, że w końcu zrozumiesz.
– Mam jednak kilka warunków – dodał Ridgeway. – Pracuję samodzielnie. Dzielimy się informacjami. Nie życzę sobie, żebyście mnie śledzili. Jeśli Rosjanie trafią na wasz trop, nie chcę, żeby deptali mi po piętach.
Stratton starał się sprawiać wrażenie nieporuszonego.
– Skoro tak to sobie wyobrażasz – skomentował. – Miałem nadzieję, że będziemy współpracować nieco bliżej.
Ridgeway zaprzeczył ruchem głowy.
– W żadnym wypadku.
Przez długą chwilę mierzyli się nawzajem wzrokiem, każdy z nich usiłował zrozumieć znaczenie słów, które właśnie padły.
Stratton wahał się. Spojrzał na Highgate’a, potem na sufit i w końcu na Ridgewaya.
– W porządku, dogadaliśmy się.
Zoe poszła za Thalią na teren prowizorycznej galerii i rozsiadła się w miękkim skórzanym fotelu projektu Ludwiga Mieś van der Rohe. Thalia podała jej kieliszek z winem, potem usiadła na sofie wykonanej z chromu i skóry.
Nie pierwszy raz pozwalały sobie na taki relaks, robiły to zwłaszcza w wieczory takie jak ten, kiedy pracowały długo, aż po noc. Celowo trzymały się z dala od win najlepszych marek, dzięki temu kończyło się to jedynie na zmarszczonych brwiach i marsowych minach porywaczy, bez wymierzania kary.
Thalia zamknęła oczy i smakowała trunek na podniebieniu, zanim w końcu przełknęła.
– Jedną z najdziwniejszych rzeczy, na jakie natrafiłam, kiedy mieszkałam w Nowym Jorku, był sposób, w jaki Amerykanie – zwłaszcza niektórzy mężczyźni – tracili całą radość, jaką daje wino.
Zoe przechyliła głowę.
– Dziwnych? W jakim sensie?
– Mieli problem ze zmysłowością wina… z jego seksualnością, jeśli wolisz. – Obróciła kieliszek i przez chwilę wpatrywała się w ciemnorubinowy płyn. – Oni chcą myśleć o winie, zamiast je czuć. Czucie jest sferą, która przeraża ich śmiertelnie, zatem pozbawiają wino aspektów zmysłowych, opisując je w kategoriach ilościowych. Przypisują winu odpowiednie wartości liczbowe, dzielą na proporcje komponentów kwaśnych i zawierających cukier. Rozpisują się bez końca na temat producentów win, pogody oraz wielkości opadów. Ich pragnieniem jest kolekcjonowanie wina, a nie po prostu raczenie się nim. Są wśród nich samozwańczy kapłani i święci kelnerzy podający wina, kolekcjonerzy oraz maniacy wina którzy rozmawiają żargonem niezrozumiałym dla niewtajemniczonych. Mają własne dogmaty, rozstrzygające o tym, które wina są dobre, a które kiepskie, który gatunek należy pić z jakim jedzeniem, jakie kieliszki są odpowiednie – ich rytuały mogą przyprawić o rumieniec wstydu niejedną religię. Publikują książki, traktowane niemal jak pismo święte, których uczą się na pamięć. Oddają hołd idei wina, nie rytuałowi jego picia… i tak dalej.
Wolną ręką machnęła lekceważąco.
– Wszyscy są niczym grupa bezużytecznych wyznawców Kościoła Zjednoczenia. Problem polega na tym, że to gówno, którym kieruje lewa półkula, to przeliczanie, absorbuje ich do tego stopnia, że nigdy nie doznają zmysłowości, nigdy nie zaznają rozkoszy picia wina.
Co więcej, moim zdaniem robią to celowo – ciągnęła dalej. – Obawiają się tego, czego nie są w stanie opisać ilościowo, bowiem opis ilościowy oznacza kontrolę. Moim zdaniem ten sam mechanizm odnosi się także do religii. Lęk przed zmysłowością, ten żałosny strach przed rzeczami, które odczuwamy, w przeciwieństwie do tych, których nie da się odebrać czuciem, stał się przyczyną wyewoluowania z kultu Wielkiej Bogini systemów religijnych zdominowanych przez mężczyzn – bo ona była zmysłowa i seksualna. Faceci pragnęli uformować Boga stosownie do swoich potrzeb, podobnie jak czynią to z winem.
Thalia przerwała długi wywód i pociągnęła duży łyk wina.
– Wyprowadziłaś całe to rozumowanie jedynie na podstawie tego, że faceci nie potrafią rozkoszować się winem? – zdziwiła się Zoe.
Thalia wzruszyła ramionami.
– Istota rzeczy leży w doświadczaniu tego, co nie daje się opisać, w percepcji bardziej uczuciowej niż racjonalnej. A w tym znaczeniu wino oraz Stwórca wszechświata są do siebie podobni. Jedno i drugie ma naturę zmysłową, jedno i drugie należy odbierać czuciem, doświadczać, nie rozumieć czy analizować aż do śmierci. Cywilizacja Zachodu po wstała w oparciu o logikę, ale logika nie potrafi opisać odpowiednio tego, co nieskończone oraz co zmysłowe. Boginię utożsamiano ze stworzeniem – świata i życia. Prokreacja jest w swej istocie aktem seksualnym i od pradziejów była w głównej mierze funkcją kobiety, czymś, nad czym mężczyźni nie sprawowali kontroli. I w tym problem. Musieli przejąć kontrolę, a ponieważ nie byli w stanie zapanować nad własnymi popędami, postanowili kontrolować obiekt tych popędów.
W większości kodeksów przepisy prawa odnoszące się do seksu narzucają sankcje zachowaniom kobiet, nie mężczyzn. Grzechy mężczyzn są traktowane z przymrużeniem oka i pobłażliwością. Przez wieki dogmatycy religii maskulinocentrycznych nie mogli poradzić sobie z niezrozumiałą dla nich zmysłową naturą Wielkiej Bogini Kreatorki, zatem stopniowo marginalizowali jej znaczenie, sprowadzając ją do roli lokalnego bóstwa płodności, przemieniając jednocześnie seks z radosnego aktu cielesnego i duchowego w sferę nieczystą i grzeszną. Był to na dobrą sprawę jedyny sposób, w jaki ich duże głowy mogły przejąć kontrolę nad ich małymi główkami.
– Niezła teoria – pochwaliła Zoe, kręcąc z niedowierzaniem głową, potem pociągnęła kolejny łyk wina.
– Tak, miałam kilka lat na sformułowanie mojej uniwersalnej teorii kutasów – zgodziła się Thalia. – Ale nie był to powód, dla którego włamałam się do winnej piwniczki. Tak naprawdę chcę usłyszeć od ciebie opowieść o twoim przyjacielu fałszerzu.
– Mów dalej o kutasie – upierała się Zoe.
– To zbyt tragiczne.
– Nie. To nadzwyczaj optymistyczne, naprawdę – obstawała przy swoim Zoe, uśmiechając się szelmowsko.
Odstawiła kieliszek, następnie rozłożyła ramiona, jak ktoś, kto chwali się, jak wielką rybę wyciągnął z wody.
– O kutasie takiej wielkości.
Thalia roześmiała się, że rozlała wino na sukienkę.
– Przestań, mówię poważnie. Opowiedz o tym fałszerzu.
Zoe ponownie upiła łyk wina i podjęła opowieść.
– Eryka spotkałam w Amsterdamie podczas wakacji między drugim a trzecim rokiem studiów na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles. Odbywałam wtedy staż w Stedelijk Muzeum i mieszkałam u holenderskiej rodziny, która miała dom przy Vondelparku – to ich odpowiednik Central Parku – całkiem niedaleko od muzeum. Pewnego popołudnia, krótko po rozpoczęciu stażu, jeden z asystentów kustosza po prosił, bym mu towarzyszyła podczas tury po mieście, kiedy odnosił obrazy – odrzucone płótna młodych artystów zabiegających o ich umieszczenie w muzealnej galerii.
Zoe pokiwała głową z namysłem.
– Był to jeden z najbardziej ponurych dni, jakie do tamtej pory przeżyłam. Totalne przygnębienie.
– Odrzucenie dzieła oznacza odrzucenie artysty – przytaknęła Thalia ze zrozumieniem.
– Nie żartuj sobie. No cóż – westchnęła Zoe, potem przymknęła na moment oczy, przywołując w pamięci obraz tamtego dnia. – No więc ostatnim przystankiem na trasie był rozwalający się budynek z cegły, położony na zachód od Zeedijk, głównej ulicy czerwonych latarni. Zostało nam kilka abstrakcyjnych malowideł malarza nazwiskiem Erik van Broek.
– Van Broek? – zapytała Thalia. – Przecież to sława. Jego płótna sprzedają się za setki tysięcy.
Zoe przytaknęła.
– Osobiście uważałam jego obrazy za doskonałe. Na dobrą sprawę, kiedy zaczęłam zarabiać na życie jako marszand, pierwsze prowizje otrzymałam właśnie za sprzedaż jego płócien w Stanach. Ale gdy byłam na stażu, krytycy uznawali za szmirę wszystko, co wychodziło spod jego pędzla.
– Krytycy! – żachnęła się Thalia. – Jadowici, pozbawieni talentu naśladowcy, którzy własną marność i miałkość nadrabiają, niszcząc dzieła tych, którzy potrafią tworzyć.
Zoe uniosła brwi.
– Widzę, że spotkałaś kilku tych samych co i ja.
Uśmiechnęły się.
– W każdym razie był to już ostatni przystanek i poszłam tam sama, taszcząc obrazy na drugie piętro po krętych schodach jakiegoś dawnego magazynu. Erik otworzył, miał twarz szczerą i spontaniczną, pokrytą kropelkami potu, a ja byłam dla niego kimś nieznajomym. I te jego błyszczące, zielone oczy, które emanowały dobrem. Był bardzo, bardzo wysoki, jak zresztą wielu Holendrów – co najmniej metr dziewięćdziesiąt – i miał cudowną muskulaturę… jak zawodowy gracz koszykówki.
Zoe przerwała i na chwilę znów przymknęła oczy.
– Bluza dresowa z oderwanymi rękawami, poplamiona farbami, dosłownie pękała w szwach. Był w krótkich spodenkach, które ledwie zasłaniały jego bajecznie umięśnione nogi. Na ramiona zarzucił ręcznik. Otworzyła oczy i spojrzała na Thalię. – W środku, za progiem, zobaczyłam zestaw hantli i ciężarków ustawiony na wydeptanej drewnianej podłodze. Całe jego ciało błyszczało perlistymi kropelkami potu.
– Sądząc po brzmieniu twego głosu, byłaś jak rażona piorunem.
– Och tak – przytaknęła Zoe, uśmiechając się nieśmiało. – Naprawdę. Podziałał na mnie elektryzująco. Poczułam się nagle tak, jakby reszta świata przestała istnieć. Być może sprawił to zapach potu albo widok tego perfekcyjnego ciała, ale rzeczywiście trafił mnie grom z jasnego nieba. Nagle poczułam, że robię się wilgotna. Miałam dwadzieścia lat i nigdy wcześniej nie byłam tak totalnie powalona na ziemię.
Jej wzrok spoglądał gdzieś w przestrzeń.
– I co dalej? – ponaglała Thalia.
– Byłam do tego stopnia zbita z pantałyku, że upuściłam obydwa płótna. Hałas spłoszył urok chwili. Kiedy Erik spojrzał w dół, zorientował się, po co przyszłam. Pochylił się, wziął obrazy, potem zatrzasnął mi drzwi przed nosem.
– Co oczywiście w żaden sposób nie zniechęciło ciebie?
– Naturalnie że nie. Całkowicie mnie zauroczył. Bez przerwy o nim myślałam. Przed pójściem do pracy i po powrocie z niej – i niemal w trakcie każdej przerwy na lunch. Przesiadywałam w małym barze po drugiej stronie kanału, naprzeciwko jego pracowni, i czekałam, aż wyjdzie. Wkrótce zorientowałam się, jacy ludzie do niego przychodzili: dostawcy, ludzie, których przywozili ich szoferzy, właściciele drogich wozów. Zdałam sobie sprawę, że wcale nie był kolejnym przymierającym głodem artystą. No i jeszcze zakochałam się w jego obrazach.
– Przed czy po tym, jak hormony wzięły górę w twoim życiu?
– Przed… i o wiele bardziej po – odpowiedziała Zoe. – Tak czy owak, kiedy wychodził z budynku, szłam za nim.
– Śledziłaś go.
– Można tak to ująć. Ale po tygodniu zdałam sobie sprawę, że każdego dnia około ósmej wieczór wychodził na kolację do niewielkiej indonezyjskiej knajpki ńjsiafel przy Rembrandtsplein. A robił to z regularnością zegarka.
– I nagle odkryłaś w sobie zamiłowania do indonezyjskiej kuchni.
– Prawdę mówiąc, jest wyborna. Pierwszego wieczora byłam już w środku, kiedy przyszedł. Spojrzał na mnie gniewnie i wyszedł. Następnego wieczora udawał, że mnie nie widzi, i poprosił o stolik położony jak najdalej od mojego.
– A trzeciego wieczora?
– Wcześniej jednak… tamtego popołudnia udałam się na Kalverstraat i kupiłam najcieńszy, najbardziej prześwitujący, najwięcej odsłaniający biały top z dzianiny, jaki udało mi się znaleźć. Kupiłam rozmiar o jeden numer mniejszy niż zwykle nosiłam, potem założyłam ten nowy ciuch bez stanika. Narzuciłam na wierzch uczelnianą marynarkę, żeby w drodze do knajpki nie brano mnie za prostytutkę, ale kiedy weszłam do knajpki, zdjęłam ją i wypięłam nieco piersi, co zresztą ćwiczyłam przez całe popołudnie.
– Niech zgadnę. Dosiadł się do twojego stolika.
– Aha – przytaknęła Zoe. – I to szybko. Zachichotała. Thalia jej zawtórowała.
– A potem?
– Cóż, nie pamiętam, co jedliśmy. Nie pamiętam, o czym rozmawialiśmy. Ale pamiętam fajerwerki, które niemal rozerwały mnie na kawałki tamtej nocy.
– Twój pierwszy orgazm?
– Pierwszy bez baterii.
Ta uwaga znów sprowokowała Thalię do chichotu.
– W każdym razie spotykałam się z nim prawie przez miesiąc, zawsze to samo risjlafelA seks. Jednak z każdym dniem co raz więcej czasu poświęcaliśmy na rozmowy o jego sztuce, o kry tykach, o rzemiośle restaurowania dzieł sztuki, dzięki któremu w głównej mierze, jak powiedział, zarabiał na życie. Im bardziej był rozgniewany, tym bardziej szalony był późniejszy seks.
Pewnego ranka… – Przez moment Zoe znów wpatrywała się w dal. – W lipcu, to pamiętam. Wstałam wcześniej niż Erik i zaczęłam szwendać się po jego pracowni. Weszłam do pomieszczenia, w którym tworzył swoje oryginalne dzieła. Pamiętam też, że przez upstrzony smołą świetlik wpadało tam cudowne światło, które przeistaczało całe pomieszczenie w pełną żaru martwą naturę z pędzlami, farbami, puszkami, butelkami z rozpuszczalnikami oraz szpachlami. Przeszłam przez studio, a potem do pracowni renowacyjnej. Na sztalugach spoczywało z pół tuzina płócien, w różnych fazach czyszczenia i konserwacji. Przypominam sobie, że był tam Cezanne przysłany przez galerię z Niemiec oraz Gainsborough z Ameryki. Krytycy mogli sobie darzyć nienawiścią Erika, ale nawet wrogowie uznawali jego klasę w konserwacji i renowacji malarskich płócien.
Zoe odstawiła kieliszek, wstała i przeciągnęła się.
– Nigdy wcześniej nie dotarłam dalej niż do tego pomieszczenia, ale tego ranka podeszłam do drzwi, które zawsze były zamknięte na kłódkę. Kłódka była otwarta i po pro stu wisiała na skoblu. Przekroczyłam więc próg i znalazłam się w pomieszczeniu z jeszcze lepszym naturalnym oświetleniem niż w studio. Podobnie jak w pracowni renowacyjnej, było tu mnóstwo sztalug z ustawionymi na nich malarskimi arcydziełami, których nigdy nie widziałam, i o których nigdy nie słyszałam. Monet, van Gogh, Mondrian – całe mnóstwo. Kiedy podeszłam bliżej, zauważyłam, że na żadnym z płócien nie widniał autograf mistrza. Monet był jeszcze niedokończony, podobnie jak jeden z van Goghów. W chwili, kiedy prawda zaświtała mi w głowie, usłyszałam za sobą kroki. Od wróciłam się i zobaczyłam Erika stojącego w progu, z twarzą, na której malowały się gniew, strach i zdumienie. Przez ułamek sekundy dostrzegłam w jego oczach żądzę mordu, lecz zniknęła ona tak szybko, że nawet nie mam pewności, czy rzeczywiście to widziałam.
– Ludzie zabijali z dużo bardziej błahych powodów – wtrąciła Thalia. – Nie wspominając o forsie, która się z tym wiąże.
Zoe przytaknęła, potem zaczęła powoli spacerować w tę i z powrotem.
– Był bardzo oddany sztuce. Uhm. – Wierzchnią stroną palca wskazującego musnęła policzek marmurowego greckiego popiersia datowanego na trzeci wiek, potem odwróciła się twarzą do Thalii. – Ograniczył się jedynie do powiedzenia słów: „To jest twój sekret i mój, kotku. Nieprawdaż?”. Objął mnie w talii i znów zaczął roztapiać. Przytaknęłam. Ale zna lazłam w sobie jakimś cudem dostateczną siłę, dostateczną trzeźwość myśli, by odsunąć się na krok i zaproponować bez cenny układ. „Zgoda”, powiedziałam. „Będzie to nasz sekret, ale pod jednym warunkiem. Chcę, żebyś nauczył mnie wszystkich swoich sztuczek”. Cóż, zapewne pomyślałaś sobie, że wymierzyłam mu policzek. Przez kolejny ułamek sekundy dostrzegłam w jego oczach morderczą desperację, po chwili jednak zgodził się.
Zoe podeszła z powrotem do fotela i usiadła.
– Była to zapłata za wspaniały seks. Zostałam jego studentką, zagrożeniem, obowiązkiem. Przez resztę lata jego pościel ogrzewała procesja artystycznych wielbicielek, które pielgrzymowały do jego łóżka także i wcześniej, zanim się pojawiłam. Dowiedziałam się wtedy, jak bardzo w rzeczywistości był próżny, że liczyła się dla niego wyłącznie jego sztuka, że za kilka tygodni tak czy inaczej zostałabym porzucona.
– To musiało bardzo boleć.
Zoe pokręciła przecząco głową.
– Nie do końca. Wtedy właśnie przekonałam się, jak bardzo jestem oddana temu drugiemu rodzajowi sztuki. Seks był fantastyczny, otworzył mi oczy na świat, na moje dorastanie, ale przestał mieć dla mnie znaczenie, ponieważ resztę lata, godzina po godzinie, spędziłam na poznawaniu najnowszych metod fałszowania dzieł sztuki. Wiele z nich wciąż pozostaje tajemnicą dla specjalistów od wykrywania falsyfikatów.
– Niezwykłe – skomentowała Thalia. – Czy Erik wciąż zajmuje się podrabianiem mistrzów? Nawet teraz, kiedy jego własne prace sprzedają się tak dobrze?
Znajomy odgłos trząśnięcia metalowych drzwi gdzieś w drugim końcu magazynu wypełnił krótką chwilę ciszy.
– Uwaga, nadchodzi – ostrzegła Thalia, pospiesznie sprzątając dowody ich wypadu do kolekcji wybornych trunków Williego Maxa. Zoe zabrała kieliszki i ukryła je na półce w ich części pomieszczenia.
– Nie maluje już falsyfikatów – odpowiedziała. – Ale fałszerstwa przyczyniły się w równym stopniu do jego sukcesu, co talent.
– Jak to?
– Cóż. Po pierwsze, zaczął je malować dla pieniędzy, a później z zemsty.
– Zemsty?
– Wziął na celownik krytyków, którzy go odrzucili, a było ich bardzo wielu. Jak wiesz, są to ludzie hołdujący fanaberiom i chwilowym modom, rzadko kiedy kierujący się własnym uznaniem i obiektywną oceną. Początkowo zamierzał ich zniszczyć… i rzeczywiście kilku zrujnował.
– Jak?
– A choćby von Gleick z Hamburga, który należał do najsurowszych krytyków Erika.
– Von Gleick. Jego reputację zrujnowała sprawa pewnego ujawnionego potem fałszerstwa.
– I nie był to przypadek – ciągnęła Zoe. – Tak się złożyło, że przez długie lata von Gleick przedstawiał się światu jako niedościgły znawca Jacksona Pollocka.
– Kichanie z ustami wypełnionymi farbą.
Bez żartów – zgodziła się Zoe. – Zatem Eryk przystąpił do malowania „nieodkrytych” Pollocków… co zabierało mu mniej więcej pół godziny na płótno. Dzięki silnej pozycji konserwatora zdołał „wyprać” falsyfikaty, przepuszczając je przez ręce pozbawionych skrupułów kolekcjonerów o niesplamionej reputacji, co pozwoliło mu zatrzeć ślady prowadzące do źródła pochodzenia płócien. Tak jak to zaplanował, von Gleick dostał bzika na punkcie nieodkrytych dotąd Pollocków, wychwalał je, wystawiał im świadectwa autentyczności, rozpływał się nad nimi z zachwytu. Później, uciekając się do anonimowych informacji, Eryk powiadamiał galerie i kolekcjonerów, kto zakupił te obrazy oraz podpowiadał, gdzie kryły się drobne, ukryte błędy, które celowo popełnił, malując fałszywe obrazy.
– Zastawił pułapkę na von Gleicka, a potem zepchnął go w przepaść – wtrąciła Thalia łagodnym tonem. – W tej sytuacji późniejsze samobójstwo von Gleicka należałoby uznać za morderstwo.
– Erik nie przejmował się tym – podjęła opowieść Zoe, gdy kroki na korytarzu magazynu stawały się coraz głośniejsze. – Harper-Bowles w Londynie oraz LePen w Paryżu wykazali się większą odpornością, ale ich kariery również legły w gruzach.
– Niewielka strata dla świata sztuki – wymamrotała Thalia.
– I owszem – skomentowała Zoe.
Kroki dotarły już pod drzwi i do ich uszu dobiegło pobrzękiwanie kluczy.
– Ale Eryk zrozumiał chyba w końcu, że niszczenie krytyków nie jest na dłuższą metę korzystne, tak jak próba prowadzenia ich za nos. Zaczęły krążyć plotki – a jestem pewna, że rozpuścił je Eryk – że namalował falsyfikaty, w których „legalizację” zamieszanych było wielu spośród krytyków, a z całą pewnością wszyscy ci, którzy wcześniej negatywnie oceniali jego własne dzieła.
– Szantażował ich w ten sposób.
– Tylko początkowo, jak mi się wydaje. Sądzę, że wystarczyło mu powstrzymanie niepochlebnych recenzji, dzięki czemu świat mógł wreszcie docenić rzeczywistą wartość jego obrazów.
Klucz zachrobotał w zamku, drzwi otworzyły się i do środka wszedł Zwalisty zjedna obrączką kajdanek Zoe przykutą do własnego przegubu.