Rozdział 30

Pokój inspekcyjny wciąż jeszcze pachniał terpentyną. Mutters wyłożył zawartość skrytki depozytowej i zostawił ich samych. Niecierpliwie zerwali złote plomby z kasety i znaleźli w środku metalową kasetkę podobną do tych, jakich używa się dla ochrony aparatów fotograficznych lub przyrządów elektronicznych. Miała wyrafinowany zamek szyfrowy, który otworzył się, kiedy wprowadzili cyfry w sekwencji występującej w numerze konta bankowego przypisanego skrytce.

Zawartość kasetki całkowicie zakryła mały stolik. Były tu dokumenty – wiele z pieczęciami, w tym Kancelarii Trzeciej Rzeszy oraz z Watykanu oprawione instrukcje odnoszące się do ufortyfikowanej instalacji; światłokopia planu instalacji opisanej jedynie nazwą „obiekt Habersam”, mikrofilm z opisem „oryginały historycznych zeznań zgromadzone w obiekcie Habersam” oraz fotografie. Dziesiątki fotografii.

Seth nerwowo podał Zoe jedno ze zdjęć.

– Nic dziwnego, że chcieli zabijać za ten obraz – powiedział. Odbitkę wykonano na drogim bezsiarkowym papierze, a zdjęcie przedstawiało wizerunek twarzy martwej młodej kobiety lub dziewczyny. Twarz emanowała spokojem i ulgą, jak gdyby ogromne cierpienie dobiegło końca.

– Nie mogę w to uwierzyć – rzekła Zoe. – Hitler szantażował papieża, zmuszając go do milczenia wobec nazistowskich zbrodni i okropieństw.

– Powinnaś w to uwierzyć – dodał Seth. – Ten dokument to potwierdza.

Pogrzebał w papierach i wyciągnął dokument, porozumienie, jakie gwarantowało milczenie Kościoła katolickiego, w zamian za co Hider zobowiązał się do zapewnienia bezpieczeństwa Watykanowi i powstrzymanie się od publicznego wykorzystania dowodów istnienia Całunu Zofii. Na dole dokumentu, potwierdzone oficjalnymi pieczęciami Watykanu raz Trzeciej Rzeszy, widniały własnoręczne podpisy papieża Piusa XII oraz Adolfa Hidera.

Zoe odłożyła zdjęcie.

Spoglądali na materiał zgromadzony na stole. Był przytłaczający. Próba zamaskowania istnienia kobiety Mesjasza, podjęta przed wiekami przez cesarza oraz papieża, odkrycie Całunu oraz wszystkie dokumenty potwierdzające – czyli Pasja Zofii – złożone tu przez Góringa. Setki ludzi poniosły śmierć podczas pierwszej próby zatarcia faktów, a miliony zostały zamordowane przy milczącym zezwoleniu Kościoła katolickiego, zwłaszcza w sprawie holocaustu.

– Co teraz robimy? – zapytała Zoe.

– Jedziemy do Alt Aussee, jak przypuszczam – odparł Seth. – To zdaniem Yosta powinniśmy zrobić. Pojechać tam i spotkać się z ojcem Morgenem. Poza tym nie możemy tu pozostać zbyt długo. Policja niedługo zacznie deptać nam po piętach. Być może niewielkie miasteczko w Austrii będzie dobrym miejscem, w którym skryjemy się do czasu, kiedy dowiemy się dokładnie, jak wyplątać się z tego galimatiasu.

– Przy okazji moglibyśmy bliżej przyjrzeć się tym materia łom. Na razie tylko na nie zerknęliśmy.

Seth przytaknął, pochylił się nad stołem i zaczął zgarniać stertę dokumentów do teczki.

Ich pobyt w banku trwał ponad dwie godziny i z pewnością Stratton był już nieco zaniepokojony. Muszą go odnaleźć, a potem pojadą do Alt Aussee. Tam stary ksiądz Hans Morgen być może ułatwi im odnalezienie odpowiedzi na niektóre pytania. W tych odpowiedziach powinny być ukryte rozwiązania. Sposób powstrzymania fali zbrodni towarzyszącej Całunowi, a także sposób, z pomocą którego Ridgeway będzie w stanie oczyścić się z zarzutów o popełnienie morderstwa. Musi być jakiś sposób. Po prostu musi.

Seth chwycił Zoe za rękę i podążyli za Muttersem w stronę windy. Kątem oka zauważył w końcu korytarza dwóch mężczyzn zmierzających w ich kierunku. Przyjrzał im się bliżej. Jeden z nich wydawał mu się znajomy, ale nie mógł nic sobie przypomnieć. Policjanci i profesorowie – a także ludzie ścigani – widywali w życiu wiele twarzy.

Mutters skinął tamtym głową i uśmiechnął się, gdy drzwi windy zaczęły się otwierać. Wyglądał na to, że zna ich. Mężczyzna po prawej stronie wsunął rękę za połę płaszcza, a kiedy ponownie ją wyciągnął, trzymał w dłoni automatyczny pistolet z długą cylindryczną rurą przykręconą do wylotu lufy. Seth poczuł, jak w żołądku robi mu się zimno; z ust Zoe wyrwał się cichy okrzyk zaskoczenia. Mężczyzna z pistoletem zatrzymał się w odległości około sześciu metrów.

– Nie… – Tylko tyle zdążył powiedzieć Mutters, zanim zginął.

Zabójca obrócił broń w kierunku Setha.

Działając instynktownie, Seth wepchnął Zoe do windy i wcisnął przycisk z napisem ZUMACHEN. Słychać było tupot biegnących, przytłumiony przez elegancką wykładzinę dywanową. Drzwi zamykały się powoli. Seth chwycił Zoe za ramię i popchnął w narożnik windy obok tabliczki z przyciskami. Zoe patrzyła, jak obiema rękami chwyta rączkę czarnej metalowej kasetki i unosi ją niczym zawodnik rzucający miotem na igrzyskach olimpijskich.

– Nie ruszaj się – powiedział.

Zamachnął się i uderzył z całą siłą w momencie, gdy głowa człowieka z pistoletem pojawiła się poza linią drzwi.

Metalowa kaseta była ciężka, a ostra krawędź z łatwością rozcięła kość. Automatyczny pistolet z tłumikiem wypadł z dłoni zabójcy i odbił się od ściany windy. Seth wciąż trzymał kasetkę, gdy ciało mężczyzny zaczęło się osuwać, a potem ciężko upadło. Drzwi windy zaczęły się wreszcie zamykać, ale napotkały na przeszkodę – ciało leżącego zabójcy.

Seth rzucił zakrwawioną kasetkę w stronę Zoe i pochylił się, chcąc sięgnąć po broń zabójcy. Kiedy drzwi po raz kolejny cofnęły się, Seth zauważył, że drugi z mężczyzn mówi coś do niewielkiej krótkofalówki. A więc było ich więcej. Tylko gdzie?

Mężczyzna dostrzegł pistolet w dłoni Setha i szybko podbiegł do ściany, schodząc z linii ognia. Drzwi windy znów nie mogły się zamknąć. Seth pochylił się i zaczął wciągać trupa do windy. Drzwi kolejny raz odbiły się, tym razem od nóg mężczyzny i ponownie się otworzyły.

Kiedy rozsunęły się, ten drugi stał naprzeciw nich, a w ręku trzymał tym razem pistolet. Przez moment wpatrywali się w siebie zaskoczeni, potem każdy z nich uniósł broń i wypalił. Seth był jednak o ułamek sekundy szybszy i o włos celniejszy. Poczuł silne odbicie pistoletu w dłoni, jedno, drugie, potem uchylił się, schodząc z linii ognia. Gdy drzwi windy zamykały się, tym razem do końca, zdążył jeszcze zauważyć, jak mężczyzna pada na kolana, a potem uderza twarzą o podłogę.

Seth nie tracąc ani chwili, obrócił ciało zabójcy na plecy i znalazł jeszcze dwa zapasowe magazynki do pistoletu. Wsunął je do kieszeni spodni.

– Kim… – głos Zoe załamywał się, przełknęła ślinę i spróbowała jeszcze raz. – Kim oni są?

Seth potrząsnął tylko głową i dalej przeszukiwał zwłoki zabójcy. W portfelu zabitego znalazł grube pliki banknotów; franki szwajcarskie, szylingi austriackie i trochę marek niemieckich, a wśród wielu kart jedna, ta ze zdjęciem, wystawiona była na nazwisko Bernharda Saltzera, pracownika Thule Gesellschaft Bank.

Pokazał kartę Zoe.

Hen Mutters nie był jedyną osobą przygotowaną obsłużyć tych, którzy przyjdą odebrać zawartość tej skrytki depozytowej.

Winda dojeżdżała już do parteru.

– Trzymaj to – powiedział, wciskając jej w dłoń portfel.

Winda zatrzymała się i drzwi powoli zaczęły się otwierać.

Seth chwycił metalową kasetkę i wyszedł. Tuż obok zobaczył ciało strażnika leżące na masywnym biurku; z niewielkiej okrągłej rany w skroni płynęła krew.

Na kanapie siedział mężczyzna ubrany w czarny uniform z czerwoną lamówką. W mgnieniu oka Seth rozpoznał w nim jednego z grajków kapeli Armii Zbawienia. Drugi stał przy drzwiach wejściowych do sali recepcyjnej. Obaj sprawiali wrażenie zaskoczonych widokiem Setha i na chwilę dosłownie zamarli. Potem unieśli nagle w górę pistolety maszynowe H &K MP5A. Seth cofnął się do windy, ale wpadł na Zoe i przewrócili się w chwili, gdy kule uderzyły głucho o obite boazerią ściany windy.

Schnell! Schnell! Szybko! Szybko!

Seth usłyszał krzyki zamachowców. Poderwał się na kolana i wystrzelił w kierunku nadbiegającego. Kula trafiła mężczyznę w brzuch; zatrzymał się, a na jego twarzy pojawił się wyraz zdziwienia. Najwyraźniej nie przewidział, że Ridgeway może być uzbrojony. Seth wykorzystał moment zaskoczenia i ponownie nacisnął spust.

Zoe poderwała się na nogi i desperacko wciskała wszystkie guziki na tablicy. Nim drzwi windy zaczęły się zamykać, Seth strzelił jeszcze dwa razy w kierunku drugiego z grajków. Magazynek był już pusty. Automatyczne drzwi w końcu się zamknęły i winda ruszyła w górę.

– Dokąd jedziemy? – zapytał. Obrócił pistolet i starał się znaleźć blokadę magazynku.

– Na górę – odparła Zoe.

Seth wsunął nowy magazynek.

– Na którymś z niższych pięter powinny być biura – wyjaśniła Zoe. – A tam, gdzie są biura, muszą być wyjścia ewakuacyjne.

Drzwi windy otworzyły się i zobaczyli ogromne pomieszczenie podzielone przegrodami zwieńczonymi u góry szybami. Słychać było szum komputerów, kalkulatorów i drukarek. Seth szybko ukrył pistolet za paskiem spodni.

Zoe minęła go, podeszła do dzwonka alarmu pożarowego i pociągnęła rączkę.

Feuer! Feuer! Feueri Pożar! Pożar! Pożar! – krzyknęła głośno.

W pomieszczeniu rozległ się najpierw niespokojny pomruk, potem ludzie zaczęli się podnosić. Seth chwycił kasetkę i dołączył do Zoe.

– Pożar! Musimy uciekać! Pożar!

Pomruk przemienił się w głośny, podekscytowany gwar. Niektórzy z pracowników zaczęli zbierać rzeczy z biurek, kobiety chwytały torebki. Jakiś wysoki mężczyzna podszedł do nich energicznym krokiem.

– Cóż tu się dzieje – odezwał się gniewnym głosem. – Co to wszystko ma znaczyć?

– Pożar na parterze – wykrzyknął w odpowiedzi Seth. – Hen Mutters polecił mi, żebym ewakuował całe piętro.

Mężczyzna zesztywniał, słysząc nazwisko przełożonego.

– Ale to wbrew przepisom – krzyknął. – Muszę osobiście porozmawiać z wiceprezesem Muttersem.

Ruszył w stronę telefonu, jednak w pomieszczeniu panował już zupełny chaos; ludzie przepychali się, jeden przez drugiego, biegnąc w stronę otwartych drzwi w drugim końcu pomieszczenia. Zoe i Seth dołączyli do tłumu, który był już bliski paniki.

Na dole, po zejściu ze schodów pożarowych, ludzie biegali w panice po podwórzu, które połączone było alejkami z innymi ulicami. Nie wiedzieli wyraźnie, co robić. Niektórzy głośno komentowali, że nigdzie nie czuje się dymu, inni wysuwali przypuszczenie, że muszą to być kolejne ćwiczenia przeciwpożarowe.

Seth i Zoe odłączyli się od bezładnej ciżby i powoli ruszyli jedną z alejek prowadzących w kierunku przeciwnym do Bahnhofstrasse. Odgłosy wyjących syren stawały się głośniejsze – z pewnością były to wozy straży pożarnej i przypuszczalnie także radiowozy policyjne – pewnie odkryto już ciała zabitych.

Alejka zaprowadziła ich na spokojną uliczkę w starej, średniowiecznej dzielnicy Zurychu. Szli w milczeniu, zbyt oszołomieni, by cokolwiek powiedzieć. Pół godziny później dotarli do podziemnego garażu przy Sihlstrasse, a minutę później Zoe dostrzegła volvo. Stratton kiwnął do nich ręką.

Загрузка...