Rozdział 31

Do Alt Aussee przyjechali rankiem w przeddzień Wigilii. Tuż przed świtem zaczęło intensywnie padać i z godziny na godzinę śnieżyca przybierała na sile.

Wąska droga z Bad Aussee ciągnęła się wzdłuż strumienia, który wpływał do jeziora. Jechali z prędkością poniżej piętnastu kilometrów na godzinę, a śnieg zasypywał wycieraczki i zmieniał się w lód tam, gdzie one nie sięgały.

Wynajęli dwa pokoje w Kohlbacherhof, niewielkim zajeździe na skraju miasteczka, tuż obok małego kościółka. Zoe i Seth wzięli parasol i poszli piechotą do centrum miasteczka. Yost wyraźnie powiedział, że on czeka tylko na nich.

– Kto? – Niemal jednocześnie zapytali Zoe i Stratton. Seth wzruszył ramionami.

– Oświadczył, że zostaniemy rozpoznani.

W drodze do miasteczka minął ich tylko traktor ciągnący przyczepę wyładowaną sianem; opatulony grubo farmer machnął do nich ręką. Poza tym nie spotkali nikogo. Dotarli do centrum Alt Aussee, minęli kilka małych sklepików: z artykułami żelaznymi, odzieżowy oraz z tysiącem i jeden drobiazgów. Wszystkie mieściły się w pojedynczych parterowych drewnianych lub kamiennych domach ciągnących się wzdłuż drogi i oddzielonych jeden od drugiego wąskimi alejkami i podjazdami. Wszystkie sklepiki były zamknięte – dla mieszkańców Alt Aussee Boże Narodzenie już się zaczęło.

Mniej więcej pięćdziesiąt metrów za sklepem z książkami i zabawkami zobaczyli posterunek policji i pocztę. Mieściły się w jednopiętrowym budynku z nieobrobionego szarego kamienia. Seth zastukał do drzwi, okazało się, że również były zamknięte.

– Dokąd teraz?

Stali chwilę, rozglądając się dokoła. Po obu stronach ulicy dostrzegli kolejne sklepy, ale wszystkie były zamknięte. Obok nich przejechała stara, pordzewiała ciężarówka, odciskając w śniegu świeże ślady opon. Kierowca pomachał do nich ręką. Odwzajemnili ten gest i patrzyli, jak wóz zaczyna znikać w śnieżnej zawierusze. Nagle usłyszeli pisk hamulców i zobaczyli, że auto zjechało na pobocze. Przez zmrużone oczy patrzyli na migocące światła. I wtedy zauważyli rozświetlone okna jednego z domostw. Kierowca ciężarówki wszedł do środka.

– Idziemy za nim? – zapytała Zoe, robiąc nieśmiało krok w kierunku ciężarówki.

– Możemy spróbować – zgodził się Seth, ruszając za nią. – Wygląda na to, że to jedyne zamieszkane miejsce w tym miasteczku.

Podeszli bliżej; okazało się, że to niewielka restauracyjka i piwiarnia. Dopiero teraz zauważyli, że ciężarówka stała obok poobijanego mercedesa i nowiutkiego fiata.

Przez okno widzieli kierowcę witającego się z jakimiś ludźmi, dwóch umundurowanych policjantów siedziało przy stoliku, popijając kawę, obok stały też kieliszki, prawdopodobnie z wódką. Nic dziwnego, że drzwi posterunku były zamknięte. Przy stole siedziało też troje ludzi, takich nieokrzesanych typów o czerwonych twarzach, popijających piwo z wielkich kufli.

Za barem stali właściciel gospody i pulchna kobieta, zapewne jego żona; nowych gości przywitali szerokim uśmiechem i kiwnięciem dłoni.

Seth i Zoe weszli do ciepłego, pachnącego drożdżami, piwem, przyprawami, ale także kapustą i kiełbasą pomieszczenia. Głowy wszystkich gości obróciły się w ich kierunku, a w spojrzeniach tych nie było żadnej wrogości. Jedynie ciekawość. W Alt Aussee kończyły się wszystkie drogi, dalej prowadziły jedynie ścieżki biegnące w kierunku wysokich gór i skalnych grani. Obcy rzadko kiedy przyjeżdżali tutaj w Wigilię Bożego Narodzenia.

Gruss Gott – powiedział Seth.

Gruss Gott – usłyszeli w odpowiedzi chóralne głosy. Podeszli do baru, za którym stali właściciel i jego połowica.

Seth zdążył jednak dostrzec jeszcze starego człowieka z twarzą pooraną zmarszczkami, który siedział w rogu, popijając piwo z półlitrowego kufla.

– Czym mogę służyć? – zapytał właściciel z miękkim, austriackim akcentem, dzięki któremu język niemiecki brzmiał prawie lirycznie.

– Och, mam nadzieję, że może pan pomóc – powiedział Seth. – Szukamy pewnego człowieka. Ojca Morgena.

Twarz mężczyzny jakby stężała.

– Czy zna go pan?

– Tak – odpowiedział gospodarz z namysłem. – Znam go… Tak, znam go.

I nic więcej.

Seth czuł, że oczy pozostałych gości wwiercają się w jego plecy. Kiedy w końcu odezwał się, jego głos drżał.

– Czy… widział go pan?

Właściciel spoglądał na niego poważnie przez kilka chwil, potem roześmiał się rubasznie.

– Tak, widziałem go. Byłem małym dzieckiem, kiedy widziałem go po raz ostatni. Nie sądzę, abym widział go od tam tej pory.

Ponownie przerwał na chwilę.

– Było to w ostatnich tygodniach wojny.

Seth przytaknął i powoli obrócił się.

Dwaj policjanci siedzieli w milczeniu i spoglądali podejrzliwie, jak to strażnicy prawa na całym świecie.

– A panowie? – Seth zaczął mówić jeszcze bardziej drżącym głosem. – Czy orientujecie się, gdzie można znaleźć ojca Morgena?

Pokręcili przecząco głowami.

– A gdzie mógłby się zatrzymać, gdyby przyjechał tu z wizy tą? – Zoe zwróciła się do właściciela i jego żony.

Pokręcili jednocześnie z powątpiewaniem głowami:

– Prawdopodobnie w Kohlbacherhof. Albo w innym starym zajeździe.

Mężczyzna spojrzał na północną ścianę swojej gospody. To kilka kilometrów stąd. Trzeba iść w górę drogi. Zoe odczekała chwilę, ale to był już koniec wyjaśnień.

– Dobrze – odparła z wahaniem. – Dziękuję panu za… informację.

Wyszli z restauracji i ruszyli w drogę powrotną do zajazdu Kohlbacherhof.

Śnieg zamienił się w drobną, zmarzniętą kaszkę, ale stał się bardziej intensywny.

– Nie mogę uwierzyć, że tak trudno odnaleźć starego człowieka w tak małej miejscowości – odezwała się Zoe.

– Tamci dobrze wiedzą, gdzie on jest – powiedział cicho Seth.

– Dlaczego tak sądzisz?

– Nie widziałaś ich spojrzeń? Byli przyjaźnie nastawieni, dopóki nie zapytałem o ojca Morgena. Wtedy powstał mur. Ich twarze zamieniły się w kamienie.

– Ale dlaczego?

– Oni go chronią.

– Przepraszam – z tyłu za nimi odezwał się jakiś głos. Seth i Zoe ujrzeli starego człowieka, który wcześniej pil piwo w rogu knajpki.

– Znam ojca Morgena – rzekł. – Być może będę w stanie wam pomóc.

Starzec był pochylony i mocno zgarbiony, ale nawet teraz jego głowa sięgała głowy Setha. Najwyraźniej w kwiecie wieku był postawnym mężczyzną. Niesforna czupryna siwych włosów przypominała Einsteina z okresu, kiedy wykładał w Princeton.

– Nazywam się Gunther – przedstawił się.

Wyciągnął dłoń bez rękawiczki.

– Ja jestem Seth Ridgeway, a to moja żona Zoe. – Seth podał mu rękę.

Mężczyzna pochylił się i wziął dłoń Zoe. Przez chwilę sądziła, że zamierzają pocałować, ale on tylko uścisnął ją i puścił.

– Mogę was zaprowadzić do ojca Morgena. Zadzwonię, za czekajcie w zajeździe Kohlbacherhof… sami… przy barze. Odwrócił się i z zaskakującą jak na tak starego człowieka szyb kością poszedł w stronę restauracji.


Mijały godziny, a Zoe i Seth siedzieli na parterze zajazdu Kohlbacherhof i popijali Gliihwein – grzane czerwone wino doprawiane korzeniami. W pokoju na górze Stratton wściekał się na lakoniczne instrukcje, jakie Seth otrzymał od Yosta seniora. Czekając na spotkanie ze starym człowiekiem, Zoe opowiadała swoje przeżycia w magazynie, w którym ją więziono, mówiła, jak udało się jej uciec. Seth siedział w milczeniu, nie mogąc nadziwić się jej psychicznej sile i pomysłowości.

– Muszę przyznać, że jedyne, co mnie zaskakuje to fakt, że taki plan ucieczki nie przyszedł ci do głowy wcześniej.

Zoe pociągnęła łyk wina i skinęła głową.

– Być może miało to podłoże psychiczne. Niewykluczone, że nie chciałam stamtąd uciec, dopóki nie zobaczyłam wszystkich skradzionych dzieł sztuki. Albo być może… – przerwała i przez dłuższą chwilę spoglądała gdzieś w dal.

– Albo być może? – naciskał Seth.

– Pewnie trudno ci w to będzie uwierzyć – odpowiedziała z wahaniem – ale sądzę, że taka była najprawdopodobniej wola Boga. Jestem zdania, że miałam tam zostać do czasu, kiedy otrzymam wiadomość od Niej. Potem Ona zesłała mi plan, który pozwolił mi uciec.

– Ach, oczywiście. Chcesz mi powiedzieć, że istnieje Bóg… któremu nawet wybrałaś płeć, czy też Bóg pozbawiony płci – i który jest do tego stopnia perfidny, że pozwala nam niemal umrzeć, zanim w niego uwierzymy?

Zoe spojrzała zdumiona, a Seth pokiwał z niedowierzaniem głową.

– Zoe, to nie jest wiara. To desperacja, będąca efektem śmiertelnego przerażenia. Człowiek szuka wtedy czegokolwiek, czego może się uczepić. Posłuchaj, miałaś, wszystko, co trzeba, w swojej głowie.

– Wcale nie jestem tego taka pewna – odparła niezdecydowanym głosem.

– Oczywiście, że miałaś – obstawał przy swoim Seth. – Wystarczyło tylko, żebyś przypomniała sobie lekcje, jakie dał ci ojciec i żebyś to wszystko zamieniła w czyn.

– Wcale nie jestem tego taka pewna – zaczęła powoli Zoe. – Teraz, kiedy spoglądam na to z perspektywy, uświadamiam sobie, że o wielu z tych rzeczy nigdy wcześniej nie wiedziałam.

– Oczywiście, że wiedziałaś. Po prostu nie myślałaś o tym przez całe lata, ponieważ nie było takiej konieczności.

– Zatem dlaczego to wszystko było dla mnie tak jasne i oczywiste? Miałam niemal wrażenie, jakbym widziała światłokopię planu.

– Ponieważ napięcie związane z nadchodzącą w nieunikniony sposób śmiercią ułatwiło twoim myślom skoncentrowanie się… Zaufaj mi, bywałem już w takich sytuacjach i niejeden raz o tym myślałem.

– Spotkania ze śmiercią, które ostatnio były twoim udziałem, zdają się mieć całkiem przeciwny efekt.

– Tak, za pierwszym razem tego typu doświadczenie ma charakter mistyczny, ale kiedy ludzie raz za razem usiłują zabić ciebie, zaczynasz myśleć, że Bóg ma wynaturzoną i sadystyczną naturę albo że wcale go nie ma.

Zoe potrząsnęła z niedowierzaniem głową.

– To nie jest tłumaczenie. Byłam w grobie, w nieustannym zagrożeniu przez cały czas. Śmierć zawsze skrywała się tuż za rogiem, każdego dnia, który mijał. Dlaczego więc widmo śmierci nie zawładnęło moim umysłem, zanim zaczęłam poznawać prawdę o Wielkiej Bogini i zanim zaczęłam wierzyć w Boga, który ma w sobie pierwiastek żeński?

Nie daję temu wiary – odparł Seth, dopijając kieliszek wina. – Ty, niewierna pani Tomaszowa, która nigdy nie wierzyła w nic, czego nie mogła dotknąć własnymi dłońmi lub zobaczyć własnymi oczami.

– Ja również nie daję wiary temu, co teraz mówisz. Byłeś osobą wierzącą do chwili, kiedy sprawy zaczęły się układać źle, a teraz porzucasz wiarę? Jakaż więc była siła…

Telefon zadzwonił punktualnie o siódmej wieczorem. Nastoletni syn właściciela podniósł słuchawkę, przez chwilę słuchał, a potem powiedział:

– To do pana, mein Hen.

– Słucham – zapytał Seth.

Hen Ridgeway? Mówi Gunther. Jestem przekonany, że mogę panu pomóc. To znaczy kilku moich przyjaciół będzie w stanie dopomóc w zaaranżowaniu pańskiego spotkania z ojcem Morgenem.

– Zatem znajduje się w Alt Aussee?

Gunther na chwilę zamilkł.

– Oni mogą służyć panu pomocą. Czy zechce pan spotkać się z nimi?

– Oczywiście.

– Wspaniale – ucieszył się Gunther. – Niech pan wyjdzie z Kohlbacherhofu i pójdzie w dół główną ulicą, w kierunku miasteczka. Zanim dojdzie pan do centrum, w miejscu gdzie droga się rozwidla, zobaczy pan niewielki sklep z zabawkami, książkami…

– Wiem, gdzie to jest.

– Dobrze – odparł Gunther. – Spotkajmy się przed tym sklepem.

– Kiedy?

– Teraz.

– Teraz?

– Czy wyobraża pan sobie lepszy sposób na spędzenie wieczoru w Alt Aussee? – W głosie starszego mężczyzny zabrzmiał nagle zniecierpliwiony sarkazm.

– Nie. Oczywiście, że nie.

– Dobrze. Moi przyjaciele nie mogą się doczekać spotkania z panem. Niech pan wyrusza natychmiast.

Seth odłożył słuchawkę, zapłacił za wino, potem wyjaśnił Zoe, o czym rozmawiał. Poszli na górę do pokoju, żeby wziąć płaszcze, a tam Stratton również wysłuchał relacji Setha z rozmowy telefonicznej.

Wyszli na zewnątrz. Śnieżyca niemal ustała, temperatura spadła, a śnieg pod ich nogami skrzypiał. Do sklepu z zabawkami i książkami dotarli po około pięciu minutach.

Kilka chwil później coś twardego dźgnęło z tyłu w żebra Setha, a warkot samochodowego silnika wypełnił wieczorną ciszę.

– Proszę nie robić żadnych gwałtownych ruchów, panie Ridgeway. Pani także.

Głos nie należał do Gunthera. Zdezelowany mercedes, który widzieli wcześniej zaparkowany przed restauracją, zjechał na pobocze. Seth obrócił głowę, starając się zobaczyć tablicę rejestracyjną, ale nie widział nic, gdyż oślepiły go przednie światła auta.

– Siadajcie z tyłu – odezwał się ktoś wprost do jego ucha. Seth spojrzał na Zoe, która już miała krzyknąć, ale dłoń w rękawiczce szybko zatkała jej usta. Zaczęła szarpać się. Seth ruszył w jej kierunku i poczuł nagle mocne, tępe uderzenie w tył głowy. Nogi się pod nim ugięły.

– To nie było mądre – odezwał się głos, kiedy wpychano ich oboje na tylne siedzenie samochodu. – Nie musicie się ni czego obawiać.

W głosie nie było słychać groźby. Drzwi zatrzasnęły się i samochód ruszył.

– Zamierzam zawiązać wam oczy – uprzedził ten sam głos. Seth usiłował obrócić głowę w kierunku mówiącego, ale rwący ból w karku uniemożliwił mu ruch. Chwilę później jakieś ręce naciągnęły mu na oczy coś, co było chyba grubą czarną skarpetą. Nic nie widział, ale mógł bez trudu oddychać.

– Możecie się odprężyć, nie zamierzamy wyrządzić wam krzywdy.

Ból głowy sprawił, że Sethowi trudno było uwierzyć w te słowa. Przywołał w myślach zabójców, których spotkał w Zurychu, w Amsterdamie oraz w Marina Del Rey. Próbował pocieszyć się myślą, że w odróżnieniu od tamtych, ci usiłowali tylko ich pojmać, nie zabić. Chociaż pociecha zaiste była niewielka.

Samochód jechał kilka minut utwardzoną drogą, potem zjechali widać z asfaltu, bo zwolnili i auto zaczęło się kołysać i podskakiwać. Rzucało nimi na tylnym siedzeniu tak, że którymś momencie Seth natrafił na dłoń Zoe. Uścisnął ją, ona odwzajemniła uścisk. Siła, otucha, nadzieja, miłość. Przekazywali sobie te sygnały bez słów, a stary mercedes przebijał się tymczasem powoli przez ciemność. Po około pół godzinie zatrzymali się. Mężczyźni pomogli im wysiąść z auta i posadzili na jakimś twardym i chłodnym siedzeniu. Chwilę później rozległ się warkot. Seth rozpoznał silnik skutera śnieżnego.

Ruszyli z miejsca, Seth domyślił się, że posadzono ich w saniach, które doczepiono do tego właśnie skutera.

Jechali jakieś pół godziny, głównie przebijając się przez zarośla, bo co rusz gałęzie ocierały się o ich odzież.

W końcu zatrzymali się, silnik zgasł. Poprowadzono ich przez śnieg. Otworzyły się jakieś drzwi i wprowadzono ich do ciepłego wnętrza. Potem usłyszeli za sobą trzaśniecie zamykanych drzwi.

– Zdejmijcie im zasłony z oczu – odezwał się jakiś głos, po czym ściągnięto z ich głów skarpety.

Nie musieli nawet mrużyć oczu, gdyż jedyne światło w pomieszczeniu dawała lampa naftowa oraz ogień palący się na kominku z naturalnego kamienia. Izba wyglądała jak wnętrze alpejskiej chaty, tak charakterystycznej dla krajobrazu całego Tyrolu. Było tu proste piętrowe łóżko oraz kilka mebli z grubo ciosanego drewna. Pachniało woskiem i kawą. Zoe objęła Setha. Obrócili się, przy kominku stało dwóch ludzi, a każdy trzymał w dłoni cynowy kubek. Rozpoznali Gunthera. Obok niego stał wyższy mężczyzna o bardziej dystyngowanym wyglądzie. Spoglądał na Zoe i Setha, potem podszedł do nich.

– Witam – rzekł i wyciągnął dłoń na powitanie. – Jestem Hans Morgen.

Загрузка...