Sztorm, typowy dla połowy grudnia, gnał znad Pacyfiku, pędząc przed sobą rozszalałe strugi siekące wody przystani Marina Del Rey oraz pokłady przytulonych do siebie jachtów, szukających tu schronienia przed furią oceanu. Wiatr pogwizdywał przeraźliwie wśród takielunku łodzi i za wszelką cenę usiłował tchnąć życie w małe fale sunące wewnątrz przystani, rozbijające się o kadłuby jachtów. Dochodziła ósma rano.
Sto metrów od wschodniego brzegu portu ludzie usiłowali dostać się do swoich warsztatów i biur. Ulice i studzienki burzowe zalane były po brzegi, woda przelewała się przez krawężniki i zatapiała chodniki. Niemal na każdym skrzyżowaniu stały auta, których silniki zgasły, a obok nich przemoknięci do suchej nitki poirytowani właściciele czekali na przyjazd pomocy drogowej. Nieliczni o tak wczesnej porze piesi walczyli z porywami wichury o utrzymanie parasoli i płaszczy przeciwdeszczowych. Zwycięsko z tych zmagań wychodził jednak sztorm.
W kabinie głównej trzynastometrowego słupa Walkiria Seth Ridgeway miotał się niespokojnie wśród przepoconych prześcieradeł, czekając na sen. Zazwyczaj nadchodził znienacka, gdy Seth pogrążał się w półśnie, stanie pośrednim między snem a jawą, między fantazją a rzeczywistością. Zawsze był ten sam i zawsze kończył się źle, tak jak w świecie realnym. I chociaż te senne mary sprawiały ból, były jedynym ogniwem łączącym go z nią. On zaś wolał zapamiętać cierpienia, niż zapomnieć o niej.
Sen zaczynał się zawsze w ich pokoju w hotelu Eden au Lac w Zurychu. Odczuwał wtedy podniecenie i przewidywał bliską rozkosz. Prawa ręka nieświadomie szukała czegoś po omacku wśród prześcieradeł, w końcu palce dotknęły obrączki, którą wciąż nosił na lewej dłoni. Sześć cudownych lat, małżeństwo dwóch nieskończonych przeciwieństw: ona, eteryczna znawczyni historii sztuki, on podziurawiony kulami eksgliniarz, twardo stąpający po ziemi, wykładający filozofię na uczelni. Gdy wspominano ich spotkania, wszyscy wymownie się uśmiechali. Wszyscy poza ludźmi z administracji Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles, którzy zwykle zachowywali się jak ludzie z wrodzonym brakiem humoru. Ci tylko marszczyli brwi. A im bardziej je marszczyli, tym głośniej śmieli się Seth i Zoe. Ich weselne przyjęcie to było prawdziwe zderzenie kultur: dowódcy brygady antyterrorystycznej z jednej strony i właściciele galerii sztuki z drugiej, muskularni dowódcy policyjnych drużyn, według których wyraz „dada” był pierwszym słowem wypowiadanym przez niemowlę oraz ekscentryczni krytycy sztuki, którzy nigdy wcześniej nie spotkali się oko w oko z policjantem, chyba że dali się aresztować podczas pokojowych manifestacji w latach sześćdziesiątych.
Ich wesele z pewnością nie było ani typowe, ani nudne.
Grudniowy sztorm rozszalał się na dobre, Seth Ridgeway jęczał przez sen; sen nabierał coraz szybszego tempa. Chciał zatrzymać jej obraz, zatrzymać ją, spojrzeć na nią jeszcze raz. Jednak niczym fragment filmu, nad którym utraciło się kontrolę, sen nie przestawał pędzić. Zoe weszła do pokoju, zachwycona dokonaniami popołudnia.
– Udało się! Zgodził się sprzedać mi wszystko! – powiedziała zadyszanym głosem. – Ale to nawet nie połowa sukcesu. Mam ze sobą niesamowitą niespodziankę dla świata sztuki oraz dla ciebie.
Wtedy wyciągnęła manuskrypt w języku greckim.
Teraz zupełnie nie przejmował się rękopisem ani światem sztuki, ani żadną inną niespodzianką, którą jedno z nich mogło przeżyć. Jedyną rzeczą, jaka liczyła się teraz, było odzyskanie jej. Koszmar toczył się dalej, a manuskrypt przestał być ważny.
– Może zechciałbyś łaskawie wziąć prysznic, żebym mogła na prawdę być blisko ciebie.
Pocałowała go w usta, stanęła z tyłu i spojrzała na niego pożądliwie. Czuł, jak jej dłonie przesuwają się po jego ramionach, potem na podbrzusze, pocierają o przód spodenek, lekko muskają palcami. Bieg zdarzeń we śnie przyspieszał. Seth Ridgeway widział się powoli obracającego w kierunku prysznica. Nie! Chciał krzyknąć. Nie pozwól jej wyjść. Nie pozwól, by zniknęła z pola widzenia. Ale sen zsuwał się po równi pochyłej, już poza kontrolą.
– Najpierw prysznic – usłyszał jej głos pędzący razem ze snem. – Lepiej żeby wtedy był pan przygotowany, proszę pana. Lepiej żeby wtedy był pan przygotowany, proszę pana. Lepiej żeby wtedy był pan przygotowany.
Lecz kiedy kończył brać natrysk, jej już nie było.
Seth Ridgeway zbudził się i zdał sobie sprawę z faktu, że płacze.
Zaklął, uderzając pięścią w poduszkę. Czuł się jak frajer, gdyż nie zbudził się na czas. Ale gdzieś w głębi duszy tliła się nadzieja, że pewnego dnia sen zakończy się inaczej – przebudzi się u jej boku i znowu będą się kochać, jak tamtego ranka w Zurychu przed pięcioma miesiącami.
Leżał zupełnie rozbity emocjonalnie, oddychając ciężko, poznając słony smak własnego bólu i cierpienia.
– Niech cię szlag, Boże! – szeptał, uderzając pięścią w materac. – Niech cię szlag! Niech cię szlag!
Natychmiast jednak pożałował wypowiedzianych słów i poczucie winy osiadło mu ciężko na piersi.
– Proszę, wybacz mi Boże te słowa. Nie miałem tego na myśli. Pomóż mi ją odnaleźć; pomóż mi, proszę. Ach, proszę.
Usiłował powstrzymać napływające łzy, które pojawiały się każdego ranka od niemal pół roku. Moja wiara została już dostatecznie wystawiona na próbę, Boże. Czyż nie przeszedłem jej pozytywnie? Czy nie możesz sprawić, żebyśmy znowu byli razem? I znów zaczął wyrażać skruchę. Przepraszam, Boże. Wiem, że kierujesz się własnymi planami; proszę, zwróć mi Zoe. Jeśli nie taka jest twoja wola, daj mi siłę, bym poradził sobie z cierpieniem.
Powoli obrócił się, ściągając prześcieradło, które owinęło się wokół nóg. W końcu zrzucił je z przepoconego ciała i leżał na plecach, wsłuchując się w stukanie deszczu o pokład jachtu. Był to smutny, choć kojący dźwięk; pozwolił, by szum deszczu omywał go, gdy on tymczasem był myślami przy Zoe i po raz setny usiłował przypomnieć sobie tamte chwile w Szwajcarii w poszukiwaniu czegoś, co mógł przeoczyć.
Czekając na przyjazd policji, zbiegł po schodach do frontowego lobby. Sprawdził w hotelowych restauracjach oraz sklepach i na koniec zajrzał do wynajętego auta. Stało w tym samym miejscu, w którym zaparkował je pracownik hotelu, kiedy Zoe przekazała mu kluczyki. Silnik wciąż był ciepły po jej podróży powrotnej z Kreuzlingen.
Dawne nawyki odżyły, znów był detektywem wydziału zabójstw. Przeszukał samochód, potem pokój. Przystąpił do sporządzania notatek. Wypytywał recepcjonistów, chłopców hotelowych oraz chudego, łysego faceta, który zaparkował wypożyczony samochód.
Na zuryskich policjantach żadnego wrażenia nie wywarł fakt, że Ridgeway był kiedyś ich kolegą po fachu. Byli też dość rozdrażnieni tym, że zdołał już osobiście porozmawiać z ważnymi dla sprawy osobami. Później zasiedli w wygodnych fotelach w pokoju z widokiem na jezioro i zaczęli omawiać sprawę.
– Nie widać tu żadnych znamion przestępstwa, Herr Ridgeway – zwrócił się do niego starszy rangą policjant. – Być może doszło między wami do nieporozumienia?
Upłynęła chwila nim Ridgeway pojął znaczenie tych słów. Czy przypadkiem kłótnia nie była powodem zniknięcia Zoe? Zdołał jednak zapanować nad ogarniającą go wściekłością. Kiedy sam był jeszcze gliną, niejeden raz dochodził do podobnych wniosków i wypowiadał podobne słowa pod adresem kobiet i mężczyzn, których współmałżonkowie nagle zapadali się pod ziemię. Jakby słyszał własny głos:
– Być może było coś, co ją wytrąciło z równowagi, o czym pan nie wiedział? Takie rzeczy się zdarzają. – Szwajcar wyraził swoją opinię, potem wzruszył ramionami. – W każdym razie jeśli nie stwierdzimy znamion przestępstwa, nie możemy nic zrobić. Prawo nie zabrania samowolnego oddalenia się.
Ridgeway miał zamiar opowiedzieć policjantowi o ich miłości i o tym, że Zoe nigdy nie zrobiłaby niczego takiego, ale echo słów wypowiadanych kiedyś przez innych ludzi, kiedy sam jeszcze był gliną, sprawiło, że ugryzł się w język.
Policjanci opuścili hotel równie dyskretnie, jak się w nim zjawili, mimo to personel spoglądał niego surowym wzrokiem, ilekroć przechodził obok. Była to niewątpliwie kara za niewłaściwe zachowanie, czyli wezwanie policji kryminalnej do tak dystyngowanego hotelu.
Tamtej nocy Ridgeway w ogóle nie spał. Chodził po pokoju w tę i z powrotem, co chwila zatrzymując się przy oknie i wpatrując w taflę jeziora, jakby miało mu coś do powiedzenia na temat Zoe. Z każdą jednak chwilą narastała w nim pulsująca pustka. Nigdy wcześniej nie czuł się do tego stopnia samotny. Okropne sceny z czasów, gdy był gliną, odtwarzały się bez końca w jego umyśle.
Następnego ranka, kiedy zamówione śniadanie dotarło wraz z zuryską gazetą, był zupełnie wyczerpany. Zamierzał coś zjeść i zdrzemnąć się parę godzin, zanim znów podejmie prywatne dochodzenie. Rzucił jednak spojrzenie na gazetę i jego wzrok przyciągnął nagłówek:
POŻAR POSIADŁOŚCI W KREUZLINGEN WŁAŚCICIEL W STANIE CIĘŻKIM Jednym tchem przeczytał relację. Zaledwie kilka godzin po tym, jak Zoe zakończyła negocjacje z właścicielem rezydencji, posiadłość doszczętnie spłonęła. Zgodnie z dziennikarską relacją wszystko, co znajdowało się w rezydencji – wliczając w to bezcenną kolekcję obrazów – strawiły płomienie. Właściciel, jak informował dalej artykuł, doznał rozległego zawału mięśnia sercowego oraz ciężkich poparzeń.
Ridgeway natychmiast popędził wynajętym samochodem do Kreuzlingen. Niczego tam jednak nie znalazł.
Miejscowa policja oraz funkcjonariusze straży pożarnej twierdzili uparcie, że nie dopatrzono się śladów podpalenia czy innych znamion przestępstwa. Ich zdaniem przyczyną była wadliwa instalacja elektryczna założona w tych wielowiekowych murach. Poza tym Amerykanin powinien uprzytomnić sobie fakt, że właściciel był już w bardzo zaawansowanym wieku.
Nie lepiej powiodło mu się w szpitalu. Willi Max nie odzyskał przytomności, a nawet gdyby jego stan się poprawił, lekarze nie dopuściliby do niego nikogo, kto chciał zadawać pytania. Po trzech dniach starzec odszedł z ziemskiego padołu, zabierając ze sobą liczne sekrety oraz – o czym Ridgeway był głęboko przekonany – nierozwiązaną zagadkę losów Zoe.
Seth potrząsnął głową, jakby chcąc odświeżyć pamięć. Wsłuchiwał się w monotonny stukot kropel deszczu bijącego o pokład Walkirii. Wstał, potknął się i walnął w głowę. Stojąc w łazience przy sedesie, popatrzył na własne odbicie w lustrze. To, co zobaczył, nie bardzo mu się spodobało. W ciągu blisko sześciu miesięcy od zniknięcia Zoe pod oczami zrobiły mu się głębokie wory koloru śliwkowego, a wokół pasa odłożyła się wyraźna warstwa sadła. Chociaż nadal miał muskularną sylwetkę, wiedział, że jeśli nie rozpocznie regularnych ćwiczeń, za następne sześć miesięcy będzie wyglądał jak flak. Co gorsza, dawne rany znów mogą zacząć dawać o sobie znać. Lekarze twierdzili, że czasami tak właśnie się dzieje. Lecz przestało to być teraz dla niego ważne. I co z tego?
Splunął, potem pochylił się i z bliska badawczo przyglądał się swemu odbiciu w lustrze. Przez całe życie wyglądał wyjątkowo młodo. Policjanci z wydziału nazywali go nawet Dzieciakiem. Kiedy miał dwadzieścia dziewięć lat, barman poprosił go o okazanie dokumentu tożsamości; zaledwie miesiąc wcześniej opuścił szpital i dochodził właśnie do siebie po kulach, a wciąż wyglądał jak dzieciak. Wkrótce komisja orzekła, że jest trwale niezdolny do służby. Lekarze oznajmili mu również, że przypuszczalnie przez resztę życia nie będzie chodził normalnie. Rok później osiągnął wyższą sprawność fizyczną niż najlepszy rekrut po akademii policyjnej, a mimo to nie przywrócono go do pracy.
Ale nawet w te najgorsze dni, kiedy był samotny, walczył z bólem i stracił posadę w policji, nie przestawał wyglądać jak dzieciak. Kiedy jednak Zoe zniknęła, wszystkie złe chwile natychmiast powróciły. Teraz każdy rok z trzydziestu siedmiu lat życia wydawał się wyryty w liniach zmarszczek na jego twarzy.
Ridgeway wrócił do kambuza. Wciąż jeszcze zaspany otworzył lodówkę i wpatrywał się w jej wnętrze, ale przed oczami znów miał tamte dni w Zurychu. Do Los Angeles wrócił dopiero z rozpoczęciem jesiennych wykładów na uczelni. Mimo dwóch dodatkowych miesięcy prywatnego dochodzenia, nie miał się specjalnie czym pochwalić poza kolosalnym rachunkiem z hotelu Eden au Lac, biegłą znajomością języka niemieckiego, bliższą znajomością z kilkoma szwajcarskimi stróżami prawa oraz przyjaźnią z Amerykaninem pracującym w konsulacie USA w Zurychu.
George Stratton okazał się nieocenionym wsparciem; dzięki niemu Ridgeway pokonał dyplomatyczną i biurokratyczną dżunglę, w jakiej znalazł się, prowadząc w obcym kraju na własną rękę dochodzenie i zadając niewygodne pytania na temat zaginionej żony. Przy okazji Stratton stał się niezbyt wymagającym partnerem do gry w tenisa.
Początkowo Setha odpychało nieco zachowanie Strattona. Zaczął nawet podejrzewać, że gość jest gejem albo kimś w rodzaju niańki, której zadaniem było dopilnowanie, żeby były policjant nie wpakował się w jakieś tarapaty, jednak wkrótce zrozumiał, że to jeszcze jeden samotny Amerykanin stanu wolnego, którego coraz bardziej gnębiła nostalgia za starą, dobrą Ameryką.
Dzięki pomocy Strattona Ridgeway zdobył zezwolenie na przeszukanie pogorzeliska w posiadłości Kreuzlingen, i to zanim wkroczyła ekipa porządkowa. Przez trzy tygodnie przetrząsał popiół i rupiecie, upewniając się, że miejscowa policja miała rację. Pod koniec każdego dnia dręczyło go jednak coś, choć nie wiedział co. Wreszcie, dzień przed wejściem buldożerów, pojął w czym rzecz. Właściciel był kolekcjonerem dzieł sztuki, w jego posiadaniu znajdowały się najcenniejsze w całej Szwajcarii prywatne zbiory, a mimo to w popiołach nie znalazł żadnych resztek ram, żadnych okruchów szkła czy też niedopalonych fragmentów malarskich płócien. Ani kawałka drutu czy haków do zawieszania obrazów. Ogień, o czym Ridgeway wiedział z dawnych śledztw w sprawie zbrodni z podpaleniem, rzadko kiedy pochłaniał wszystko. A tymczasem w zgliszczach pogorzeliska w Kreuzlingen nie było żadnych istotnych resztek. Można było odnieść wrażenie, że nim wybuchł pożar, wszystkie dzieła sztuki zostały wyniesione.
Miejscowe władze zignorowały jednak sugestie Ridgewaya, wskazujące na umyślne podłożenie ognia, i odmówiły dalszego wstrzymywania uprzątania pogorzeliska. Ich cierpliwość dobiegła końca, a sympatia jaką okazywano pogrążonemu w smutku Amerykaninowi, nie była w stanie pohamować ich rozdrażnienia. Oświadczyli, że z pewnością otrzyma odpowiedź na wszystkie stawiane pytania, i poprosili, by był uprzejmy i przestał im podpowiadać, co mają robić, i nie wtrącał się dłużej do spraw, które go nie dotyczą.
Nie pozostało mu już nic do zrobienia. Patrzył, jak buldożery zrównują z ziemią jedyny trop, który mógł go doprowadzić do Zoe, potem zapłacił rachunki, pożegnał się ze Strattonem i pojechał do domu uczyć studentów.
Ridgeway wysypał stare fusy z ekspresu do kawy, potem wsypał świeże ziarna do młynka. Wykłady nie wypadały najlepiej. Wcześniej wychwalano go za sposób prowadzenia zajęć; czynili to zarówno studenci, jak i pracownicy naukowi wydziału. Nigdy nie opuszczał wykładów, zawsze przygotowywał świeże i ciekawe materiały, nigdy nie zanudzał studenckiej braci. Zurych jednak odmienił wszystko. Wykładał teraz bez entuzjazmu, korzystał z zeszłorocznych notatek… jeśli w ogóle pokazywał się na sali wykładowej. Tony Bradford, dziekan wydziału, który przed ośmioma laty przyjął go do pracy, zapytał nawet wprost, czy nie ma problemów z alkoholem.
To, co się działo, było jednak gorsze niż alkohol. Chodziło o niepewność. Ona sprawiła, że się postarzał. Gdyby tylko wiedział, czy Zoe żyje, z pewnością łatwiej by sobie poradził.
Wsunął do ekspresu koszyk ze świeżo zmieloną kawą, wlał dzbanek wody i włączył urządzenie. Stał przez chwilę, wpatrując się bezmyślnie w ekspres. W końcu syczenie i bulgotanie przebiło się przez zadumę i zwróciło jego uwagę na burzę szalejącą na zewnątrz. Chwilami widział kadłub sąsiedniej łodzi, która potem znikała, ustępując miejsca pienistym zakłóceniom przypominającym obraz czarno-białej telewizji.
Przez kilka minut obserwował porywy sztormu, potem spojrzał na leżący na stole segregator z notatkami z wykładów, nietkniętymi od czasu ostatnich zajęć. Rzucił pobieżnie okiem na jedną ze stron, potem na drugą i zdał sobie sprawę, że także i tego ranka ich treść nie zajmuje go bardziej niż jakiegokolwiek innego dnia od powrotu z Zurychu.
Bez entuzjazmu wertował pokreślone żółtym markerem kartki, wycinki, dopisane odręcznie notatki i cytaty. Zamierzał dziś poprowadzić wykład na temat korzeni antysemityzmu w religii chrześcijańskiej, nie było w nim jednak choćby odrobiny energii, która pozwoliłaby zająć się dogmatami, antysemityzmem czy też studentami. Brakło mu cierpliwości, by stawić czoło dociekliwości studentów.
Ekspres wciąż syczał i furczał, wyciskając ostanie krople kawianej esencji i buchając kłębami gorącej pary. Zmęczony po nocnym półśnie zamknął z impetem segregator, wstał od stołu i podszedł do telefonu. Wybrał numer swojego wydziału.
– Filozofia, Bradford przy telefonie – usłyszał głos sekretarki.
Karen Bradford była uroczą kobietą w średnim wieku, wysoką, szczupłą, o pełnych gracji ruchach.
– Dzień dobry, Karen – powiedział Ridgeway najsłodszym głosem, na jaki było go stać. – Czy David jest gdzieś pod ręką?
– Dzień dobry, Seth. – W głosie Karen dało się wyczuć zatroskanie. – Jak się miewasz dzisiaj?
– Och… nie najgorzej, nie najgorzej, uwzględniając wszelkie okoliczności.
– To dobrze. O ile wiem, profesor Davis jest w swoim gabinecie. Zaraz cię połączę.
Lecz zamiast monotonnych odgłosów klikania wiekowej centrali telefonicznej, Ridgeway usłyszał jedynie ciszę. Ściskając słuchawkę między podbródkiem i ramieniem, pochylił się i nalał świeżo zaparzoną kawę do nieco wyszczerbionego, lecz wciąż ulubionego kubka, jaki otrzymał na urodziny od swego pierwszego partnera. Po jednej stronie widniało jego nazwisko i stopień, po drugiej zaś komiksowy rysunek z dwoma myszołowami siedzącymi na samotnej gałęzi drzewa. Podpis pod rysunkiem głosił: „Cierpliwości, do cholery! Mam zamiar ruszyć w drogę i kogoś zaciukać”. Inne czasy, inne życie, pomyślał Ridgeway, ale wspomnienie wywołało na jego twarzy lekki uśmiech.
W telefonie znów rozległy się dźwięki. Ridgeway przełknął szybko łyk kawy, szykując się do poproszenia Dave’a Davisa o kolejne zastępstwo na wykładzie. Tylko jaki podać pretekst tym razem?
– Seth? – Był to głos Tony’ego Bradforda.
Ridgeway poczuł, że nastrój gwałtownie mu się pogarsza.
– Ach, tak, Tony. Mówi Seth Ridgeway.
– Przepraszam za włączenie się do twojej rozmowy, ale właśnie przechodziłem obok biurka Karen, kiedy zadzwoniłeś.
Przez moment zapadło kłopotliwe milczenie.
– Nawet nie dopuszczam do siebie myśli, że dzwonisz do młodego Davisa z prośbą o kolejne zastępstwo, chyba że się mylę? – Głos Bradforda tchnął oskarżycielskim tonem.
– Cóż, nie… czuję się…
– Tak właśnie pomyślałem – przerwał Bradford, a jego głos robił się coraz bardziej gniewny. – Seth, rozmawialiśmy już o tym wcześniej i tak nie może być dalej.
– Wiem o tym, ale…
– Żadnych ale, Seth. Albo zjawisz się tu dzisiaj i poprowadzisz zajęcia, a także pozostałe wykłady w tym semestrze, albo zastanowię się, czy nie rozwiązać z tobą umowy o pracę.
Ridgeway słuchał oniemiały; czuł się winien tego, że rozczarował człowieka, który pomógł mu, kiedy stróże prawa wysłali go na przedwczesną emeryturę.
– Nigdy wcześniej nie widziałem ciebie w takim stanie – podjął Bradford już spokojniejszym tonem. – Zawsze byłeś gotów podjąć walkę, nigdy nie ustępowałeś. Kiedy lekarze stwierdzili, że nie dojdziesz do siebie po tamtej strzelaninie, nie poddałeś się. Kiedy policja nie przyjęła cię do służby, uznając za trwale niezdolnego, także się nie poddałeś. Widziałem, jak połykałeś książki jedną za drugą. Zawsze miałeś talent do filozofii, widziałem to, kiedy byłeś jeszcze na ostatnim roku studiów. Ale to, jak radziłeś sobie po doktoracie, było wręcz zdumiewające. Stałeś się świetnym wykładowcą, dlatego zaproponowałem ci posadę nauczyciela akademickiego. Masz duże doświadczenie życiowe, a to rzadko się zdarza u naukowców. Naprawdę nie chcę cię stracić. Ale musisz w końcu wziąć się w garść!
– Teraz jest inaczej – zaoponował Ridgeway. – Nie jestem już tym samym człowiekiem.
– Masz rację, cholera, nie jesteś! – wykrzyknął Bradford. – Skierowałeś tę furię przeciwko sobie, zamiast spożytkować ją w pracy.
– Gdybym tylko znał los Zoe…
– Cholera, człowieku, ona nie żyje! Musisz pogodzić się z tym i ruszyć do przodu. Jeśli bowiem tego nie zrobisz, będą dwa trupy. Powiedziałbym, że nadeszła już pora, byś sięgnął po swoją wiarę i wyciągnął sam siebie z tarapatów.
Nie wiedział, co odpowiedzieć, Bradford miał rację.
– Dzwonili wczoraj z banku. Pytali mnie jako twojego pracodawcę, czy zamierzasz sprzedać dom, czy może masz inne plany. Zalegasz ze spłatami hipoteki za sześć miesięcy.
Ridgeway jak przez mgłę przypominał sobie koperty. Ignorował je, podobnie jak resztę poczty, która wciąż przychodziła do niego pod adresem uczelni. Nawet nie przyszło mu do głowy zawiadomienie urzędu pocztowego, że wrócił ze Szwajcarii. Uzbierały się już solidne zaległości. Zamierzał zapłacić wszystkie rachunki, zwłaszcza hipotekę, gdyż od tego zależała możliwość sprzedaży domu. A musiał go sprzedać; w domu straszył duch Zoe. Nigdy jednak nie spotkał się z żadnym z agentów, gdyż wiedział, że jeśli to zrobi, będzie musiał wejść do domu, a to go przerażało.
Dom żył pamiątkami tych lat, które on i Zoe spędzili razem. Sprzedaż byłaby równoznaczna z przyznaniem, że lata te dobiegły końca. Ale musiał coś zrobić. Opuszczony dom stawał się celem wandali; jak dotąd zdarzyły się trzy takie incydenty.
– Tak – odparł chropawym głosem. – Staram się teraz sprzedać wszystko. Zadzwonię do nich. Tony…
– Tak?
– Przykro mi, że do ciebie zadzwonili. Przykro mi, że za wracali ci głowę moimi kłopotami. Ja… – przerwał w pół słowa, poczuł bowiem, że jacht się zakołysał.
Dobry żeglarz zna wszystkie ruchy i odgłosy swojej łajby, zna sposób, w jaki płynie z wiatrem, na fali i rozpoznaje, kiedy ktoś wchodzi na pokład. Teraz też nie miał wątpliwości, że ktoś ostrożnie wszedł na pokład Walkirii.
– Czy mogę oddzwonić do ciebie później, Tony?
– Nie, Seth, chcę wyjaśnić teraz wszystkie sprawy. Chcę… Usłyszał delikatne pukanie.
– Tony, ktoś tu jest przy drzwiach. Muszę… Delikatne pukanie przemieniło się w bardziej natarczywe.
– Posłuchaj Tony, możesz zaczekać minutę?
– Nie, do jasnej cholery. Nie zamierzam pozwolić ci kolejny raz się wymknąć. Jeśli się rozłączysz, wyrzucę cię na bruk.
Stukanie było coraz głośniejsze. Ridgeway odłożył słuchawkę i odwrócił się w kierunku rufy. Ruszył w stronę zejściówki, zatrzymał przy pulpicie nawigacyjnym i wyciągnął magnum marki Smith &Wesson kaliber 9 mm. Nie miewał zbyt wielu gości, zwłaszcza o godzinie ósmej rano, podczas grudniowego sztormu. Był jednak przygotowany. Nie wezmą go tak łatwo jak Zoe. Wsunął pistolet do głębokiej prawej kieszeni szlafroka i zaciągnął mocniej w talii pasek. Rozległo się gwałtowne walenie.
– Już dobrze, już dobrze – zawołał, wchodząc po schodach.
Chwycił rączkę włazu i odciągnął go nieco. W szczelinie zawył lodowaty wiatr, niosąc ze sobą zapach deszczu. Na zewnątrz, pod ochronnym daszkiem dostrzegł kobietę mniej więcej w jego wieku, o błyszczących oczach, które wydawały się jednak stare – jak gdyby widziały zbyt wiele. Wiatr smagał jej krótkie blond włosy i szarpał połami płaszcza z wielbłądziej wełny poplamionego kroplami deszczu. Za nią stał potężny mężczyzna w uniformie szofera, trzymający w jednym ręku parasolkę, w drugim krótki pistolet maszynowy. Broń trzymał za rękojeść, jakby od niechcenia, z lufą skierowaną w stronę pokładu, nie mierząc w nikogo konkretnego.
Ridgeway poczuł w gardle suchość. Na moment zamarł, ale chwilowe poczucie strachu odpędziła myśl o Zoe, a także o Tonym Bradfordzie i religijnych dogmatach.
Powoli sięgnął ręką po broń, wyciągnął ją z kieszeni szlafroka i trzymał z boku, poza polem widzenia, gotów w razie czego przestrzelić deski pokładu. Pociski bez trudu przejdą przez deski, szofera i pawęże, wciąż zachowując tyle impetu, żeby zabić.
– Panie Ridgeway? – Głos kobiety był grzeczny, łagodny i nie niósł w sobie zagrożenia.
– Tak?
Któż, do diabła, mógł pojawić się na jego łodzi uzbrojony w pistolet maszynowy? Ktoś, kogo kiedyś aresztował? Podświadomie usiłował przypomnieć sobie twarz kobiety lub szofera, dopasować je do twarzy ludzi z cel aresztu lub z sali sądowej.
– Nazywam się Rebeka Weinstock – powiedziała kobieta, wyciągając do niego długą kościstą dłoń. – Czy mogę wejść? Tu na zewnątrz nie jest specjalnie przytulnie.
Dostrzegła spojrzenie Ridgewaya skierowane na szofera.
– To jest Benjamin, mój kierowca i ochroniarz. Benjamin skinął głową i lekko się ukłonił, co wyglądało komicznie, zważywszy na broń trzymaną w ręku.
– Moje życie było już wielokrotnie zagrożone – wyjaśniła kobieta – dlatego towarzyszy mi Benjamin. Nie chodzi o pana.
Wciąż nieprzekonany Ridgeway spoglądał podejrzliwie to na Rebekę, to na Benjamina.
– Nie przywykłem do widoku pistoletów maszynowych z rana.
Na twarzy Rebeki pojawił się wyraz rozdrażnienia.
– Czy mogę jednak prosić pana o schronienie? Propozycji, jaką mam dla pana, z reguły nie dyskutuje się w progu.
– Tylko pod warunkiem, że ten pani Benjamin opuści moją łajbę wraz z przenośną armatą.
Odwróciła się i kiwnęła głową w stronę szofera.
– Idź i zaczekaj w samochodzie. Jest mało prawdopodobne, żeby zaatakowali z wody.
Benjamin spojrzał gniewnie na Ridgewaya i z niepokojem na swoją chlebodawczynię.
– No idź – nalegała Rebeka. – Pan Ridgeway nie skrzywdzi mnie.
Szofer, wciąż jeszcze pełen wątpliwości, wsunął pistolet maszynowy pod płaszcz i przeszedł na pomost. Stał tam przez moment, potem wyciągnął z kieszeni walkie-talkie.
– Proszę to wziąć, panno Weinstock. Będę na podsłuchu w limuzynie. W razie czego proszę mnie wezwać. – Podał krótkofalówkę i odszedł.
Ridgeway obserwował, jak podchodzi stromym trapem, a potem odwraca się i przez chwilę jeszcze spogląda w ich stronę. Rebeka kiwnęła ręką, a Benjamin otworzył drzwi auta, wsiadł do środka i zamknął je z trzaskiem.
Seth wsłuchiwał się w stukanie kropel deszczu o daszek kokpitu i czuł narastające rozdrażnienie. Usiłował stłumić to odczucie. Dobrzeje znał, tak jak każdy policjant patrolujący ulice. Strach przed sytuacją zagrażającą życiu zamienia się w nieopanowany wybuch gniewu; próba pozbycia się nadmiaru adrenaliny. Ridgeway nauczył się rozpoznawać taki stan i radzić sobie z nim, zanim ucierpieli na tym inni.
Teraz też wziął głęboki oddech, wstrzymał powietrze i wypuścił je powoli. Powtórzył to jeszcze raz. Zamknął oczy i wyobraził sobie, że żegluje. Trwało to nie dłużej niż trzydzieści sekund, ale kiedy usłyszał jej głos, znów był spokojny i opanowany.
– Panie Ridgeway? – arystokratyczny głos Rebeki Weinstock brzmiał teraz jak delikatne zawodzenie. – Byłabym bardzo wdzięczna za ciepłe miejsce pod dachem na minutkę lub dwie.
– Oczywiście – odparł, chowając broń do kieszeni szlafroka.
Odłożył na dół ostatnią z desek włazu i podał kobiecie dłoń, pomagając jej zejść po kilku stromych schodkach prowadzących do kabiny głównej. Wskazał miejsce przy stole, potem odwrócił się w stronę kambuza. Słuchawka telefonu wciąż leżąca obok widełek przypomniała mu, że zostawił Tony’ego Bradforda na linii.
– Tony? Tony?
– Seth? – to znów był głos Karen Bradford. – Profesor musiał wyjść na umówione spotkanie. Przekazał mi… powiedział, żebym poinformowała ciebie, że… och, nie cierpię tego, jak każą mi robić za siebie brudną robotę. Powiedział, że jeśli dziś nie poprowadzisz wykładu, wyleje cię.
W kłopotliwej ciszy Ridgeway zamknął oczy, usiłując zebrać myśli. Uniósł powieki i spojrzał na zegarek. Powinien znaleźć się w sali wykładowej za niecałe dziesięć minut. Uwzględniając ulewę, zdąży, i to z najwyższym trudem, jeśli wyruszy natychmiast. Spojrzał na Rebekę.
– Przykro mi, Seth – głos Karen Bradford przerwał ciszę. – Naprawdę, bardzo mi przykro.
– Nie przepraszaj, Karen. – To ja winien jestem przeprosiny. Postaram się to jakoś wyprostować.
Odłożył słuchawkę.
– Obawiam się, że mam bardzo mało czasu – powiedział. – Muszę się ubrać i pędzić na wykład.
Spojrzał na notatki leżące na stole obok Rebeki. Wzrok kobiety zatrzymał się przez chwilę na segregatorze, potem powrócił ku Ridgewayowi.
– Ale…
– Proszę mówić, gdy będę się ubierał – zaproponował, idąc w kierunku kabiny. – Zostawię otwarte drzwi, żebym mógł panią słyszeć.
Zanim jednak zdążył otworzyć drzwi kabiny, silne dłonie chwyciły go od tyłu za ramiona.
– Panie Ridgeway, przebyłam długą drogę, żeby spotkać się z panem. Niech pan mnie nie zbywa.
Seth odwrócił się.
– Musi mi pan to oddać – wykrzyknęła, składając dłonie w błagalnym geście. – Proszę, niech mi pan to da. Jestem gotowa sowicie za to pana wynagrodzić.
Ridgway cofnął się, zaskoczony jej nagłym wybuchem.
– Proszę.
Sięgnęła do kieszeni płaszcza, wyjęła plik banknotów owiniętych banderolą i rzuciła je w Ridgwaya. Były do amerykańskie tysiącdolarówki. Nic dziwnego, że kobieta podróżowała z uzbrojonym szoferem. Raz jeden widział facetów z plikiem tysiącdolarówek, to byli dealerzy kolumbijskiej kokainy.
– Niech pan bierze. To uczciwe pieniądze od dobrych ludzi… jest ich jeszcze więcej.
Na potwierdzenie tych słów sięgnęła do drugiej kieszeni i wyciągnęła taki sam plik jak pierwszy. Podeszła i wsunęła pieniądze do kieszeni szlafroka Ridgewaya, tej, w której trzymał broń.
– Niech pan to weźmie. Wszystko, co musi pan zrobić, to dać mi to, a wszystkie będą należały do pana.
Ridgeway powoli wyciągnął plik banknotów z kieszeni i spojrzał na nie. Co najmniej pięćdziesiąt. Spojrzał na Rebekę. Lekko licząc, ta kobieta weszła na jego łódź z nie mniej niż stoma tysiącami dolarów w gotówce.
– Panno Weinstock – zaczął bez pośpiechu Ridgeway. – Niech mi tylko pani wyjaśni, czego pani ode mnie oczekuje.
– Proszę, niech się pan nie bawi ze mną w te męczące gierki – poprosiła płaczliwym głosem Rebeka. – Wiem, że musiała to dostać od niego.
– Ona?
– Pańska żona.
– Moja żona? Co z nią? O czym pani mówi? – Głos Ridgewaya podnosił się niepokojąco. – Co, do diabła, dzieje się z moją żoną?
Chwycił ją za ramię i szarpnął.
– Gdzie ona jest? Niech mi to pani powie albo rozszarpię panią na pieprzone kawałki…
– Niech pan przestanie, proszę – zawołała, bo Ridgeway potrząsał nią gwałtownie. – Niech pan przestanie. Ja… my… usiłowaliśmy ich powstrzymać. Proszę, panie Ridgeway, niech pan przestanie…
Seth popchnął ją na sofę. Boże, co się z nim działo. Ból rozsadzał mu głowę. Ukrył twarz w dłoniach i rozcierał pulsujące skronie. Szaleństwo całej tej sytuacji sprawiło, że niemal postradał zmysły. Spojrzał na kobietę, wobec której przed chwilą dopuścił się fizycznej przemocy. Musiał znów wziąć w karby własne życie.
Rebeka spoglądała na Ridgewaya nieufnie.
– Wiem, co pani myśli – odezwał się wreszcie Ridgeway. – Bardzo mi przykro, ale pomyślałem…
– Nie ma powodu do przeprosin. Ta rzecz od setek lat przyprawia ludzi o szaleństwo – słowa te Rebeka wypowiedziała zadziwiająco spokojnym głosem. – Najważniejsze żeby zapamiętał pan, iż jesteśmy w stanie zapłacić za ten obraz dużo.
– Nie wiem nic o żadnym obrazie – powiedział zdziwiony Ridgeway.
– I wcale tak bardzo nie zależy mi na pieniądzach. Wolałbym odzyskać Zoe.
– Oczywiście, że wolałby pan, i jeśli będzie pan z nami współpracował, jestem przekonana, że zdołamy ją zlokalizować.
– A więc ona żyje?
– Tego nie powiedziałam. Powiedziałam, że pomożemy ją panu odnaleźć. Nie wiemy, co ci szaleńcy mogli jej zrobić, ale przypuszczam, że wciąż żyje, ponieważ wie, co znajduje się na odwrocie obrazu, a oni nie…
– Obrazu? – przerwał Ridgeway. Wziął kubek z kawą i usiadł przy stole naprzeciw Rebeki. – Nie rozumiem. Co ma z tym wspólnego jakiś obraz? I kim, do diabła, pani jest?
– Powiedziałam panu. Jestem Rebeka Weinstock. Ja…
– Nie, chodziło mi o to, kto panią wysłał? – Ręka mu zadrżała i kawa rozlała się na stół. Pociągnął łyk i postawił kubek na mokrej plamie. – Dlaczego…
– Zawsze najtrudniej jest zrozumieć, dlaczego – przerwała mu. – Zwykle jesteśmy w stanie zrozumieć, jak i gdzie, a także kto, ale odpowiedź na pytanie dlaczego bywa z reguły zadaniem dla filozofów oraz duchownych.
Ridgeway spoglądał na nią i czekał.
Kobieta przez chwilę coś rozważała, potem wsunęła rękę do kieszeni płaszcza i wyciągnęła niedużą czarno-białą fotografię. Przesunęła ją na drugą stronę stołu, uważając, żeby nie zmoczyła się w rozlanej kawie. Ridgeway bez entuzjazmu wziął zdjęcie i spojrzał na nie. Na fotografii był obraz przedstawiający alpejską łąkę otoczoną górami, widocznymi ponad świerkami. Rebeka Weinstock szukała na twarzy Ridgewaya znaków, że rozpoznaje obraz, ale nadaremnie.
– Więc? – zapytał Ridgeway, zwracając fotografię.
– To olejny obraz na drewnie, ma około piętnastu centymetrów wysokości i dwunastu szerokości – kontynuowała Weinstock. – Powstał między 1936 a 1938 rokiem, a namalował go niemiecki malarz Friedrich Stahl. Używał ciepłych barw, na podobieństwo mistrzów włoskiego renesansu, których styl usiłował naśladować.
Rebeka przerwała, spoglądając z oczekiwaniem na Ridgewaya.
– I co z tego? – Znów odpowiedział pytaniem Ridgeway. – Po co mówi mi pani o tym wszystkim? Jaki to ma związek z Zoe?
– Ważne jest to, czy rozpoznaje pan ten obraz? Pokręcił przecząco głową.
– A powinienem?
Nie przestawała go obserwować. W końcu westchnęła i skinęła głową, jakby podjęła właśnie decyzję wielkiej wagi.
– Panie Ridgeway, nie wiem dokładnie dlaczego, ale wierzę panu. Nie sądzę, żeby kiedykolwiek widział pan ten obraz. Ale owszem, powinien go pan widzieć; mamy wszelkie podstawy sądzić, że miała go pańska żona w chwili, kiedy opuszczała Kreuzlingen.
Powiedział, że coś jeszcze prześle tu kurierem. Przesyłka powinna już dotrzeć. Umysł Ridgewaya wskoczył na najwyższe obroty, kiedy znów usłyszał słowa wypowiedziane przez Zoe. To było to. Poszlaka, która od sześciu miesięcy tkwiła tuż za granicą jego świadomości, jak znany, lecz przegapiony kawałek układanki.
Co właściwie znalazła? Coś na tyle ważnego, że ją porwano… zabito?
Mam ze sobą niesamowitą niespodziankę dla świata sztuki. Seth znów zanurzył się w sennym koszmarze, obserwując jak senne widzenie przyspiesza, jak Zoe oddala się od niego. Wrócę jak tylko wrzucę te dokumenty do skrytki depozytowej w hotelowym sejfie…
Obraz. Czy to właśnie Max zamierzał dostarczyć kurierem? I czy przesyłka dotarła na miejsce? Jeśli tak, to gdzie się do diabła podziała?
– Panie Ridgeway? Panie Ridgeway, nic panu nie jest?
Pokój w hotelu Eden au Lac rozpłynął się, a Ridgeway ponownie spoglądał na kobietę o blond włosach i mądrych, frapujących oczach.
– Przez moment zrobił się pan biały jak kreda – powiedziała zaniepokojona Rebeka. – Wyglądało to na jakiś atak.
– To tylko nerwy – wyjaśnił. – Ostatnie miesiące były trudne, a pani dzisiejsza poranna wizyta sprawiła, że puściła nawet ta resztka nerwów.
– Przykro mi. Wiem, że to dla pana stresujące i bolesne, ale koniecznie musimy odnaleźć to malowidło. A pan przy okazji dowie się, co stało się z pańską żoną.
– Niech mi pani poda więcej szczegółów na temat obrazu – zażądał Ridgeway.
– Wciąż jest pan pewien, że nie wie nic o tym obrazie? – Ponownie wyciągnęła fotografię. – Ani o miejscu, w którym się znajduje?
– Nie – skłamał. – Nie mam zielonego pojęcia.
Rebeka spojrzała na niego, potem podjęła temat.
– To był malarz, ulubieniec ludzi z SS. Hitler, jak mówiono, po prostu kochał go i jego dzieła. Kiedy w 1940 roku Stahl zmarł, Hitler napisał epitafium, które wyryto na nagrobku, wygłosił też osobiście mowę pogrzebową.
Ridgeway ponownie przyjrzał się czarno-białej fotografii.
– Skąd ta fascynacja? To chyba żaden wybitny artysta?
Uśmiechnęła się.
– Wiele osób podziela pańskie zdanie, panie Ridgeway. Fuhrer jednak był innego zdania. Cóż, może pan nie wie, ale Hitler najbardziej na świecie pragnął zostać artystą malarzem, jednak akademie sztuk pięknych odrzucały jego podania o przyjęcie w poczet studentów. Całe lata żył w ubóstwie, usiłując sprzedawać swoje bohomazy bywalcom kawiarni i bistr w Wiedniu.
Rebeka Weinstock wstała i rozprostowała nogi. Ridgeway bawił się przez chwilę kubkiem do kawy, obserwując jednocześnie gościa.
– Być może świat nigdy nie doświadczyłby najkrwawszej z wojen – podjęła wątek, gdy usiadła z powrotem – gdyby go przyjęto na akademię sztuk pięknych.
– To fakty dość dobrze znane – przerwał Ridgeway; w jego głosie wyczuwało się zniecierpliwienie. – Cóż to ma wspólnego z Zoe oraz… tym malowidłem Stahla.
– Cierpliwości. Nie przybyłam tu z tak daleka, żeby marnować pański czas. Ten okres w życiu Hitlera jest bardzo istotny dla pana i pańskiej żony.
Po pierwsze, w tym okresie Hitler obdarzył sympatią innego, klepiącego biedę aryjskiego artystę, Stahla. Powziął mocne postanowienie, że świat doceni prawdziwą wartość jego sztuki, bez względu na środki, z pomocą których cel ten miałby zostać osiągnięty. Dostrzegł w Stahlu swoje własne odbicie – walczącego o uznanie dość zdolnego artystę, który z pewnością nie był geniuszem.
– Chce pani przez to powiedzieć, że Hitler był dobrym malarzem?
– Solidnie opanował malarskie rzemiosło, dziś zrobiłby zapewne karierę komercyjnego artysty lub grafika. Ale kolejny Rembrandt? Raczej nie. Tak samo jak nie był nim Stahl. Tak więc Hitler przyjął Stahla z otwartymi ramionami, przedstawił go ludziom z kręgów nazistowskich, oni zaś odczuwali satysfakcję, że nie wszyscy artyści w Niemczech byli Żydami lub uchodźcami…
Kolejna konsekwencja nieudanej kariery artystycznej Hitlera, jaka ma związek z panem – ciągnęła dalej Rebeka – to jego pomysł zbudowania największego muzeum świata. Muzeum Fuhrera, bo taką nazwę miał otrzymać obiekt, zamierzano wznieść w jego rodzinnym mieście Linz, w Austrii*.[W rzeczywistości Hitler urodził się w miasteczku Braunau, przyp. tł.]
By zdobyć eksponaty, Hitler powołał do życia specjalną grupę operacyjną złożoną z członków SS, której nadał nazwę Sonderauftrag Linz. Zadaniem ich było dopilnowanie, żeby najwspanialsze dzieła sztuki, antyki, rzeźby, relikwie, ikony, monety – czyli wszystko – co znajdowało się w muzeach i prywatnych zbiorach w okupowanych krajach, zostało po prostu zrabowane. Dzieła sztuki dowożono w krytych wagonach towarowych do Monachium, gdzie urządzono centralny punkt zbiorczy. Później, kiedy wojna zaczęła przybierać niekorzystny obrót, eksponaty wywieziono do historycznych zamków oraz do kopalni soli, gdzie były bezpieczne przed alianckimi bombami.
Przerwała i pochyliła się w stronę Ridgewaya.
– W posiadłości w pobliżu Kreuzlingen, którą odwiedziła pańska żona, zgromadzono mnóstwo dziel zrabowanych przez nazistowską machinę. Większość z nich przekroczyła niemiecką granicę wraz z oficerami SS, którzy dzięki nim by li w stanie kupić sobie milczenie, wikt, opierunek oraz trans port do miejsc, gdzie nie sięgały alianckie trybunały.
– Jezu Chryste! – Wcześniej Ridgeway nie dawał wiary fantazjom Ludluma na temat geriatrycznych nazistów, którzy usiłowali przejąć kontrolę nad światem, ale teraz wierzył, że dzieła sztuki warte miliony dolarów mogły uczynić z morderstwa rzecz mało istotną.
– Skąd jednak taka wartość miernego malowidła pędzla drugorzędnego nazisty wobec bezcennych płócien dawnych mistrzów?
– Właśnie do tego dochodziłam – mówiła Rebeka. – Krótko przed uderzeniem na Polskę Stahl odwiedził Hitlera w Berchtesgaden i obaj wyruszyli na długą przejażdżkę po górach. Nikt dokładnie nie wie, dokąd dotarli. Kiedy jednak wrócili, Stahl miał ze sobą szkice, na podstawie których namalował ten obraz. – Stuknęła w zdjęcie elegancko zadbanym paznokciem. – Malowidło wisiało prawdopodobnie w prywatnej kwaterze Hitlera w najbardziej tajnej bazie wojskowej na terenie Austrii. Zlokalizowanej prawdopodobnie w pobliżu miejsca, które uwieczniono na obrazie.
Ridgeway wyciągnął rękę i kolejny raz sięgnął po zdjęcie. Tym razem przyjrzał mu się z większą uwagą.
– Co to jest tu? – Pochylił się nad stołem i wskazał na róg fotografii.
– Prawdopodobnie jest to wejście do starej kopalni soli – odpowiedziała Weinstock. – Ale to bez znaczenia. Austria i Bawaria są nimi podziurawione jak rzeszoto.
– Jaki tytuł nosi to malowidło?
– Dom Naszej Pani Odkupicielki.
– To dziwne. Spodziewałbym się zobaczyć świętych, aureole i być może Dziewicę Maryję – do tego przecież odnosi się ten tytuł, czyż nie tak? Pani Odkupicielka?
– Niech pan przypomni sobie, co powiedziałam – podjęła ostrożnie Rebeka. – Powiedziałam panu, że przedmiotem grabieży były nie tylko dzieła sztuki. I że naziści rabowali tak że antyki, relikwiarze i przedmioty kultu religijnego. Już na początku zainicjowanej przez Hitlera operacji poszukiwania dzieł sztuki i innych cennych obiektów ludzie z Sonderauftrag Linz zdołali zdobyć – przekupstwem, przymusem łub zbrodnią – przedmiot kultu religijnego przeogromnej wagi. Ranga tej zdobyczy była tak wielka, że Fuhrer posłużył się nią przeciwko Kościołowi katolickiemu, zmuszając do milczenia jego hierarchów, w tym samego papieża, w kwestii traktowania Żydów. Zanim stwierdzi pan, że to nonsens, proszę przypomnieć sobie, jak rzadko w tamtych latach Watykan zabierał głos na ten temat. Niektórzy nawet atakowali za to Stolicę Piotrowa, bez ogródek nazywając ciche przyzwolenie skandalem.
Ridgeway spojrzał na nią, kiwając z niedowierzaniem głową.
– Tak, wiem o tym. Ale jak? To znaczy, cóż to był za obiekt, że mógł wywierać aż tak wielki wpływ?
Głos Rebeki był teraz wyraźnie podniesiony.
– Coś, panie Ridgeway, co podważyłoby fundamenty Kościoła. To właśnie pojechali zobaczyć Hitler i Stahl tamtego dnia. Gdzieś na tym obrazie – stukała palcem w fotografię – znajduje się klucz do odnalezienia tego przedmiotu. Jestem przekonana, że pańska żona wie, co jest tym kluczem…
– Ale kluczem do czego ma być ten obraz?
– Wiedza o tym może być bardzo niebezpieczna dla pana – odparła. – Są ludzie, którzy całe życie poświęcili, żeby świat nie dowiedział się o tym nigdy.
– Lecz jeśli moja żona jest w to wmieszana… jeśli wciąż istnieje szansa odnalezienia jej, muszę wiedzieć wszystko. – Spojrzał na nią podejrzliwym wzrokiem. – Jaka jest w tym pani rola? Dlaczego tak zależy pani na odnalezieniu malowidła?
Dobierała słowa z rozwagą:
– Tamci ludzie, o których napomknęłam… ci, których nic nie powstrzyma, dla których najważniejsze jest dochowanie tajemnicy… mój ojciec był jednym z nich. Upłynęło wiele lat, zanim zdał sobie sprawę, że nie chronili Kościoła, lecz jedynie samych siebie. Z tego właśnie powodu zrzucił sutannę, potem ożenił się. Ale nie był w stanie zapomnieć tego, co widział, dlatego nawiązał kontakt z niewielką, lecz coraz silniejszą grupą ludzi w Watykanie, którzy podjęli wysiłki, aby pozbyć się dogmatów wprowadzonych ze względów politycznych i sprawić, by Kościół powrócił do duchowych korzeni.
– Życzę powodzenia.
Jej wzrok zatrzymał się na nim dłuższą chwilę.
– Wierzę, że tak może się stać – rzekła w końcu. – Wierzę, że za sprawą dobrych ludzi Kościół katolicki znów przemówi do prawdziwego ducha wiernych, jeśli tylko pozbędzie się reguł narzuconych przez ludzi i powróci do Słowa Bożego.
Podziałało to na niego elektryzująco, wstrząsnęło nim do głębi.
– Co stało się z pani ojcem? – zapytał w końcu. – I co pani tu właściwie robi?
– Mój ojciec umarł – odpowiedziała bez cienia emocji w głosie. – Ja zaś odziedziczyłam po nim schedę.
Ridgeway spoglądał w jej oczy przez długi czas, potem wstał.
– Być może wiem, gdzie jest to malowidło. Równie dobrze mogę tego nie wiedzieć. Ale nigdy się pani tego nie dowie, jeśli ja nie dowiem się więcej… bez porównania więcej.
Obrócił się i spojrzał na nią, chcąc sprawdzić efekt, jaki wywarły na niej te słowa.
Kiedy tak mierzyli się nawzajem wzrokiem, na parking przy końcu nabrzeża wjechał powoli sedan. Zatrzymał się przodem do limuzyny jakieś dwadzieścia metrów dalej, zasłonięty przed Benjaminem przez budynek z pustaków; ochroniarz zresztą był całkowicie pochłonięty obserwowaniem Walkirii. Dwaj mężczyźni, ubrani w żółte, błyszczące płaszcze przeciwdeszczowe wysiedli, dwaj pozostali siedzieli w aucie, bez przeszkód obserwując jacht.
– To pańskie życie. – Rebeka ponownie odezwała się do Ridgewaya.
– To moje życie, zgadza się. I co z tego?
Kiwnęła głową, przytakując i w tym samym momencie rozpętało się prawdziwe piekło. Najpierw zadzwonił telefon, a jego brzęczenie przerwało pełną napięcia ciszę panującą w kabinie Walkirii. Ridgeway wziął słuchawkę.
– Tak?
– Seth? Mówi Tony Bradford.
Głos znów przeciągnął Ridgewaya na stronę szarej rzeczywistości. Spojrzał na mosiężny zegar zawieszony na ścianie kabiny. Wykład, który miał poprowadzić, rozpoczął się przed siedmioma minutami.
– Seth? Miałem nadzieję, że nie odbierzesz. Wtedy przy najmniej mógłbym założyć, że jesteś w drodze, a twoje spóźnienie byłoby usprawiedliwione.
– Tony, ja…
– Zapomnij o tym, człowieku. Robię to z wielką niechęcią, ale od tej chwili zostajesz zawieszony. Chcę, żebyś do końca dnia opróżnił swój gabinet oraz zabrał z magazynku ten ogromny karton z twoją prywatną korespondencją. Do diabła, nie jesteśmy twoją pieprzoną skrzynką pocztową. Jeśli nie uprzątniesz tego do dzisiejszego popołudnia, osobiście wywalę twoje rzeczy na dwór. I rozłączył się, zanim Seth zdołał cokolwiek powiedzieć.
Ridgeway wciąż wpatrywał się w trzymaną w dłoni słuchawkę, kiedy rozległy się trzaski krótkofalówki, którą Rebeka wsadziła do kieszeni.
– Halo, Benjamin? Benjamin, jesteś tam? – Była wyraźnie przerażona.
Cisza.
Seth odwrócił się i kątem oka dostrzegł jakiś ruch w oddali. Wyjrzał przez bulaj i w strugach rzęsistej ulewy zobaczył mężczyznę ubranego w żółty płaszcz przeciwdeszczowy, zamykającego przednie drzwi limuzyny. Człowiek ten obrócił się i powiedział coś do drugiego faceta w takim samym płaszczu. Rozmawiali ze sobą przez moment, potem ruszyli w kierunku pomostu, przy którym zacumowana była łódź.
– Spodziewa się pani jakiejś wizyty? – zapytał Ridgeway, wskazując na limuzynę.
Dwaj faceci szli, nie rozglądając się ani na lewo, ani na prawo, tylko patrząc wprost na Walkirię.
– Benjamin? – wołała do walkie-talkie.
W odpowiedzi rozległy się jedynie trzaski. Rebeka wpatrywała się w instrument trzymany w dłoniach z taką miną, jak gdyby krótkofalówka właśnie ją zdradziła.
Ridgeway wyciągnął z kieszeni szlafroka magnum; poczuł, jak dłoń przesuwa się po grubym pliku tysiącdolarowych banknotów. Przez chwilę pomyślał o zwróceniu pieniędzy, ale odgłos kroków na pomoście wydał mu się sprawą bardziej palącą.
– Sądzę, że lepiej będzie, jak zostanie tu pani przez chwilę – rzekł. – Proszę przejść do przedniej kabiny i nie odzywać się.
Miał wrażenie, że kobieta drży; zaprowadził ją do kabiny na przodzie łodzi i kazał jej położyć się na koi.
Kiedy zobaczył spodnie zawieszone na haczyku za drzwiami kabiny, uświadomił sobie, że ciągle jest nagi pod szlafrokiem, co wcale nie dodało mu pewności siebie. Szybkim ruchem odłożył broń na łóżko i sięgnął po slipy. Nad głową rozległy się kroki mężczyzn wchodzących na pokład. Zdążył jeszcze chwycić spodnie i rozsunąć suwak, kiedy deski grubości dwóch i pół centymetra, tworzące sufit zejściówki, eksplodowały nagle do środka, rozrywane pociskami z pistoletu maszynowego z tłumikiem.
– Niech się pani skryje w rogu! – krzyknął, chwytając pistolet i zasłaniając Rebekę własnym ciałem.
Jęknęła z bólu, kiedy przeturlali się do narożnika kabiny, omal nie uderzając głowami o ścianę. Sekundę później Ridgeway patrzył ze zgrozą, jak drzwi i ściana przegrody po drugiej stronie kabiny wybuchają małymi brązowymi gejzerami, a potem jak kule rysują na ścianach śmiertelny wzór. Czuł, że Rebeka drży. Gdy tak leżał z policzkiem wciśniętym w przednią ścianę toalety, jego uwagę przyciągnął głuchy odgłos drgań wywołanych przez kule, które weszły w drewno niecałe trzy centymetry od jego głowy. Tym razem szczęcie graniczyło z cudem; gdyby nie tłumik, kule mknęłyby z tak dużą prędkością, że bez trudu przeszłyby przez obie ściany toalety, zabijając ich oboje na miejscu.
Ogień ustał równie raptownie, jak raptownie się rozpoczął. Rebeka poruszyła się.
– Niech się pani nie rusza – szepnął Ridgeway.
Leżeli tak przez chwilę, nasłuchując dźwięków, które z pewnością nie były odgłosami sztormu. W końcu usłyszeli skrzypienie i chrzęst ziaren piasku między twardą podeszwą buta a pokładem. Odgłos nasilał się, wreszcie ktoś znalazł się bezpośrednio nad nimi. Ridgeway wypalił dwa razy w sufit, w niewielkiej przestrzeni strzały z pistoletu brzmiały jak armatnie salwy. Chociaż w uszach mu huczało, usłyszał zdumione stęknięcie, a chwilę później ciężkie, głuche łupnięcie, po którym natychmiast rozległ się metaliczny stukot pistoletu odbijającego się po drewnianym pokładzie.
– Teraz szybko – ponaglił, gdy Rebeka poderwała się na nogi.
Podążyła za nim niepewnie przez kambuz do kabiny głównej.
– Lepiej niech pani wpełznie pod stół – doradził, wskazując na masywną płytę z drewna Łękowego, jedyną w całej kabinie solidną ochronę przed kulami.
Gdy tylko skryła się bezpiecznie pod blatem, Ridgeway obrócił się i ruszył w stronę tylnej kabiny. Odsunięty właz umożliwiał mu czysty strzał, jeśli tylko ktoś jeszcze znajdował się na pokładzie. W tej samej chwili sufit znów implodował do środka. Ridgeway rzucił się na podłogę i przeczołgał do zaciemnionego korytarza.
Kule wciąż przecinały sufit. Przez jeden z otworów Seth dostrzegł coś, jakby zarys sylwetki mężczyzny. Wymierzył w tym kierunku i nacisnął spust, gdy nagle dosłyszał zduszony okrzyk bólu. Spojrzał pod stół. No tak, Rebeka nie wciągnęła prawej nogi i teraz przez nogawkę spodni przesączała się krew.
Wystrzelił do góry, potem przepełznął na jej stronę kabiny. Z tyłu za nim seria pocisków pocięła gęsto ściankę poniżej gaśnicy. Ridgeway uniósł blat stołu i delikatnie wsunął nogę Rebeki, aż była całkowicie przesłonięta.
– Niech się pani nie martwi – pocieszył ją. – Wyciągnę pa nią z tej kabały i zawiozę do szpitala.
Zaczął wyczołgiwać się spod stołu, kiedy kolejna wściekła salwa rozdarła podłogę mniej niż dwa centymetry od jego twarzy.
– Psiakrew! – wykrzyknął rozsierdzony na całego – Dosyć już tego, kurwa!
Przeturlał się spod stołu i trzy razy szybko wystrzelił. Jedna z kul wyraźnie dosięgnęła celu, bo przez ryk sztormu dobiegł ich okrzyk bólu.
Rebeka podniosła się ociężale na łokciu. Obróciła głowę i spojrzała na Ridgewaya. Nogawka jej spodni dosłownie ociekała krwią.
– Panie Ridgeway…
– Cicho! – syknął Seth.
Zerwał się na równe nogi i ostrożnie wszedł na schody. Z jednym tylko nabojem w magazynku ostrożnie wyskoczył na pokład. Tuż przed sobą dojrzał ciało mężczyzny. Na dziobie, w odległości jakichś dziewięciu metrów leżało drugie. Ridgeway dosłyszał trzaśniecie zamykanych drzwi samochodu, szybko odwrócił głowę i zobaczył kolejnych dwóch facetów wyskakujących z ciemnego sedana zaparkowanego obok toalet.
Czując, jak żołądek podchodzi mu do gardła, popędził w dół do głównej kabiny i pochylił się nad Rebeką.
– Musimy się stąd wynosić… idą następni.
Chwyciła Ridgewaya za ręką i z grymasem bólu zaczęła wyczołgiwać się spod blatu stołu.
– Ale… jak? – wyjąkała. – Nie umiem pływać… jest tylko jedna droga zejścia z pokładu.
– Łódź towarzysząca – wyjaśnił Ridgeway. – Skiff z doczepianym silnikiem.
Szli przez pokład, Ridgeway podpierał Rebekę, pomagając jej dojść do występu pomostu biegnącego wzdłuż kadłuba Walkirii. Tu właśnie, między występem a Walkirią, znajdowała się mała, biała łódka z włókna szklanego. Ignorując krzyki dobiegające z tyłu, Seth ukląkł i przyciągnął ją bliżej pomostu. Do tego stopnia był zaabsorbowany, że nie usłyszał serii wystrzelonej z automatycznej broni z tłumikiem. Kiedy obrócił się do Rebeki, zamarł w bezruchu, widząc szyję kobiety, a raczej to, co z niej zostało. Pociski z automatu rozszarpały ją, zamiast skóry widoczne były czerwone ochłapy mięsa. Na twarzy kobiety wciąż jeszcze malował się wyraz zdziwienia. Jej usta poruszały się, ale nie wydobyło się z nich żadne słowo, jedynie dziwny chrypliwy dźwięk. Zamknęła oczy i osunęła się na pomost twarzą do dołu.
– Tam! Obok kobiety – dosłyszał krzyki.
Zaraz potem rozległa się przytłumiona seria z automatu. Podniósł wzrok i zobaczył smugę pocisków sunących wzdłuż nabrzeża w jego kierunku. Odruchowo zanurkował w zimne wody przystani.