XV

Na twa­rzach swo­ich pra­cow­ni­ków Oskar czy­tał tra­ge­dię get­ta. Ci lu­dzie nie mie­li cza­su na zła­pa­nie od­de­chu, nie mie­li kąta, w któ­rym mo­gli­by się ukryć, od­dać swo­im przy­zwy­cza­je­niom, do­peł­nić do­mo­wych ry­tu­ałów. Wie­lu szu­ka­ło uciecz­ki i otu­chy w po­dejrz­li­wo­ści. Po­dej­rza­ni byli wszy­scy – od współ­lo­ka­to­ra w po­ko­ju po­cząw­szy, na ode­ma­nie na uli­cy skoń­czyw­szy. Ale na­wet naj­zdrow­si na umy­śle nie wie­dzie­li, komu ufać. „Każ­dy lo­ka­tor – pi­sał mło­dy ar­ty­sta, Jó­zef Bau, o ży­ciu w get­cie – ma swój wła­sny świat se­kre­tów i ta­jem­nic”. Dzie­ci mil­kły na naj­bar­dziej przy­pad­ko­wy, do­cho­dzą­cy z klat­ki scho­do­wej dźwięk. Do­ro­śli bu­dzi­li się ze snów o wy­gna­niu i wy­własz­cze­niu – wy­gna­ni i wy­własz­cze­ni, w ja­kimś za­tło­czo­nym po­ko­ju na Pod­gó­rzu, a wy­da­rze­nia z ich snów i prze­ży­wa­ny we śnie strach znaj­do­wa­ły dal­szy ciąg na ja­wie. Po­gło­ski o okru­cień­stwach osa­cza­ły ich w po­ko­ju, na uli­cy, w hali fa­brycz­nej, Spi­ra ma na­stęp­ną li­stę, dwa albo trzy razy dłuż­szą niż po­przed­nia. Wszyst­kie dzie­ci po­ja­dą do Ta­mo­wa, gdzie będą roz­strze­la­ne, do Sztu­to­wa, gdzie będą uto­pio­ne, do Wro­cła­wia, gdzie będą in­dok­try­no­wa­ne, ger­ma­ni­zo­wa­ne, pod­da­wa­ne ope­ra­cjom. Masz sta­rych ro­dzi­ców? Wszyst­kich po­wy­żej pięć­dzie­sią­te­go roku żyda za­bie­ra­ją do ko­pal­ni soli w Wie­licz­ce. Do pra­cy? Nie. Za­mu­ru­ją ich w wy­ro­bi­skach.

Wszyst­kie te po­gło­ski (a wie­le z nich do­cie­ra­ło tak­że do Oska­ra) mia­ły swo­je źró­dło w chę­ci za­bez­pie­cze­nia się przed dem za po­mo­cą mó­wie­nia o nim. Cho­dzi­ło o to, by uprze­dzić los, po­ka­zu­jąc mu, że ma się tyle samo wy­obraź­ni co on. Mimo to w czerw­cu 1942 wszyst­kie naj­gor­sze sny i plot­ki sta­ły się rze­czy­wi­sto­ścią.

Na po­łu­dnie od get­ta, za uli­cą Rę­kaw­ka, wzno­si­ło się pa­gór­ko­wa­te pust­ko­wie Krze­mio­nek. Było coś in­tym­ne­go, coś ze śre­dnio­wiecz­nych ob­ra­zów o ob­lę­że­niu mia­sta w tym, że moż­na było pa­trzeć na get­to z góry, po­nad jego po­łu­dnio­wym mu­rem. Idą­ce­mu grzbie­ta­mi wzgórz uka­zy­wał się plan get­ta; moż­na było zo­ba­czyć, co się dzie­je na uli­cach.

Schin­dler spo­strzegł tę moż­li­wość na wio­snę, pod­czas prze­jażdż­ki kon­nej z In­grid. Te­raz, wstrzą­śnię­ty wi­do­kiem sta­cji w Pro­ko­ci­miu, po­sta­no­wił wy­brać się tam zno­wu. Ran­kiem na­stęp­ne­go dnia po ura­to­wa­niu Ban­kie­ra wy­na­jął ko­nie ze staj­ni w Par­ku Bed­nar­skie­go. Za­rów­no on, jak i In­grid mie­li na so­bie ele­ganc­kie kurt­ki do kon­nej jaz­dy, bry­cze­sy i lśnią­ce buty. Dwo­je su­dec­kich blon­dy­nów po­nad wzbu­rzo­nym mro­wi­skiem get­ta.

Prze­je­cha­li przez la­sek i po­ga­lo­po­wa­li otwar­tą łąką. Z wy­so­ko­ści sio­deł wi­dzie­li te­raz uli­cę Wę­gier­ską, tłu­my lu­dzi na rogu koło szpi­ta­la i, nie­co bli­żej, od­dział es­es­ma­nów wcho­dzą­cych z psa­mi do do­mów, wy­bie­ga­ją­ce na uli­cę całe ro­dzi­ny, któ­re prze­wi­du­jąc nie­pręd­ki po­wrót, mimo upa­łu tasz­czy­ły ze sobą płasz­cze. In­grid i Oskar przy­wią­za­li ko­nie do drze­wa i sto­jąc w cie­niu przy­glą­da­li się temu, co się dzia­ło w get­cie. Uzbro­je­ni w pał­ki ode­ma­ni po­ma­ga­li es­es­ma­nom. Nie­któ­rzy ży­dow­scy po­li­cjan­ci pod­cho­dzi­li do spra­wy z en­tu­zja­zmem – w prze­cią­gu kil­ku mi­nut Oskar zo­ba­czył, jak okła­da­li pał­ka­mi po ple­cach trzy opie­ra­ją­ce się ko­bie­ty. Naj­pierw wez­brał w nim na­iw­ny gniew. SS uży­wa­ło Ży­dów do bi­cia Ży­dów. Ale jesz­cze tego sa­me­go dnia zro­zu­miał, że nie­któ­rzy ode­ma­ni okła­da­li lu­dzi pał­ka­mi, żeby oszczę­dzić im gor­szych jesz­cze rze­czy. Inna spra­wa, że w OD pa­no­wa­ła te­raz nowa za­sa­da: je­śli nie wy­cią­gniesz na uli­cę ja­kiejś ro­dzi­ny, stra­cisz wła­sną.

Schin­dler za­uwa­żył też, że na Wę­gier­skiej sfor­mo­wa­no dwie ko­lum­ny, z któ­rych jed­na cały czas sta­ła, zaś dru­gą, w chwi­li gdy osią­ga­ła od­po­wied­nią dłu­gość, od­pro­wa­dza­no gru­pa­mi za róg, na Jó­ze­fiń­ską, poza pole wi­dze­nia Oska­ra. Nie­trud­no było zin­ter­pre­to­wać całe to za­mie­sza­nie. In­grid i Oskar, ukry­ci wśród so­sen i wy­nie­sie­ni po­nad po­ziom get­ta, byli od­da­le­ni od miej­sca ak­cji tyl­ko o dwie lub trzy prze­czni­ce.

Wy­gna­ne z miesz­kań ro­dzi­ny siłą roz­łą­cza­no i przy­dzie­la­no do róż­nych ko­lumn. Do­ra­sta­ją­ce dziew­czy­ny, po­sia­da­ją­ce od­po­wied­nie ken­kar­ty, przy­dzie­la­no do ko­lum­ny, któ­ra się nie ru­sza­ła; wo­ła­ły stam­tąd do swo­ich ma­tek, sto­ją­cych w dru­giej ko­lum­nie. Ro­bot­ni­ko­wi z noc­nej zmia­ny, jesz­cze nie roz­bu­dzo­ne­mu ze snu, ka­za­no sta­nąć w jed­nym sze­re­gu, a jego żo­nie i dziec­ku w dru­gim. Czło­wiek ten kłó­cił się te­raz z ode­ma­nem na środ­ku uli­cy. Do cho­le­ry z Blau­sche­inem, krzy­czał, chcę iść z Ewą i dziec­kiem.

In­ter­we­nio­wał uzbro­jo­ny es­es­man. Wśród sza­rej masy get­to­men­schów taki typ w od­pra­so­wa­nym let­nim mun­du­rze wy­glą­dał świe­żo i zdro­wo. Ze wzgó­rza wi­dać było oli­wę na jego pi­sto­le­cie ma­szy­no­wym. Es­es­man ude­rzył Żyda w ucho i za­czął do nie­go ostro, gło­śno mó­wić. Schin­dler, choć nie roz­róż­niał słów, był pew­ny, że cho­dzi o to samo co w Pro­ko­ci­miu. Dla mnie to żad­na róż­ni­ca. Je­śli chcesz iść ze swo­ją ży­dow­ską kur­wą, to idź. Prze­pro­wa­dzo­no męż­czy­znę z jed­nej ko­lum­ny do dru­giej. Schin­dler zo­ba­czył, jak ro­bot­nik prze­su­wa się wzdłuż sze­re­gu lu­dzi do swo­jej żony, jak ją obej­mu­je i jak pod osło­ną tego aktu mał­żeń­skiej lo­jal­no­ści inna ko­bie­ta, nie za­uwa­żo­na przez Son­der­kom­man­do SS, chył­kiem prze­my­ka z po­wro­tem do domu.

Oskar i In­grid za­wró­ci­li ko­nie, prze­je­cha­li w po­przek pu­stą alej­kę i wspię­li się na wa­pien­ną plat­for­mę, z któ­rej był wi­dok na uli­cę Kra­ku­sa. Na bliż­szym jej koń­cu wy­da­wa­ło się nie­co spo­koj­niej niż na Wę­gier­skiej. Nie­zbyt dłu­gą ko­lum­nę ko­biet i dzie­ci pro­wa­dzo­no w stro­nę Piw­nej. Na po­cząt­ku i na koń­cu ko­lum­ny szedł straż­nik. W ko­lum­nie wi­dać było pew­ną dys­pro­por­cję: bar­dzo dużo dzie­ci i tyl­ko tro­chę ko­biet. Na koń­cu, ma­ru­dząc, szło małe dziec­ko, chłop­czyk albo dziew­czyn­ka, ubra­ne w czer­wo­ny płasz­czyk i czer­wo­ną cza­pecz­kę. Zwró­ci­ło ono uwa­gę Schin­dle­ra, po­nie­waż po­dob­nie jak upar­ty ro­bot­nik z Wę­gier­skiej de­mon­stro­wa­ło ja­kąś po­sta­wę – w tym wy­pad­ku uwiel­bie­nie dla czer­wie­ni.

Schin­dler za­się­gnął opi­nii In­grid. Orze­kła, że to na pew­no dziew­czyn­ka. Małe dziew­czyn­ki mają hy­zia na punk­cie ko­lo­rów, szcze­gól­nie tak ja­skra­wych jak ten.

Idą­cy za ko­lum­ną mło­dy es­es­man od cza­su do cza­su wy­cią­gał rękę i ko­ry­go­wał kie­ru­nek po­ru­sza­nia się czer­wo­ne­go punk­ci­ku. Nie ro­bił tego bru­tal­nie, tyl­ko tak, jak­by to ro­bił star­szy brat. Gdy­by jego prze­ło­że­ni pro­si­li go, by zro­bił coś dla uspo­ko­je­nia sen­ty­men­tal­nych trosk cy­wil­nych ga­piów, to nie mógł­by zro­bić nic lep­sze­go. Mo­ral­ny nie­po­kój dwoj­ga jeźdź­ców na Krze­mion­kach zo­stał na mo­ment ir­ra­cjo­nal­nie uko­jo­ny. Ale tyl­ko na mo­ment. Bo­wiem za od­cho­dzą­cą ko­lum­ną ko­biet i dzie­ci, dla któ­rej ma­luch w czer­wie­ni sta­no­wił me­an­dru­ją­cą koń­co­wą krop­kę, po­stę­po­wa­ły po obu stro­nach uli­cy od­dzia­ły SS z psa­mi.

Bez­względ­nie prze­szu­ki­wa­li śmier­dzą­ce miesz­ka­nia. Spie­szy­li się. Z okna na dru­gim pię­trze wy­le­cia­ła wa­liz­ka. Spa­dła na bruk i otwar­ła się od ude­rze­nia. Przed psa­mi ucie­ka­li męż­czyź­ni, ko­bie­ty i dzie­ci, któ­rzy ukry­li się na stry­chach, w sza­fach i ko­mo­dach bez szu­flad. To byli ci, któ­rzy zdo­ła­li się ukryć przy pierw­szej fali prze­szu­ki­wań. Wy­pa­da­li te­raz na uli­cę, gwał­tow­nie ła­piąc po­wie­trze, krzy­cząc ze stra­chu przed do­ber­ma­na­mi. Sce­ny te roz­gry­wa­ły się jak na przy­spie­szo­nym fil­mie, zbyt szyb­ko, by ob­ser­wa­to­rzy na wzgó­rzu mo­gli za nimi na­dą­żyć. Do wy­ła­nia­ją­cych się z do­mów po­sta­ci z miej­sca strze­la­no. Siła po­ci­sków rzu­ca­ła ich w tył, do rynsz­to­ka, w któ­ry try­ska­ła krew. Mat­ka i syn, może ośmio­let­ni, a może wy­chu­dzo­ny dzie­się­cio­la­tek, przy­cza­ili się pod pa­ra­pe­tem po za­chod­niej stro­nie uli­cy Kra­ku­sa. Schin­dler od­czu­wał nie­zno­śny strach o nich, czuł prze­ra­że­nie we wła­snym cie­le – roz­luź­nił na­cisk ud na sio­dło i o mało nie spadł z ko­nia. Spoj­rzał na In­grid i zo­ba­czył jej ręce kur­czo­wo sple­cio­ne na cu­glach. Wy­krzy­ki­wa­ła coś bła­gal­nie.

Od­wró­cił wzrok i po­pa­trzył nie­co da­lej, w głąb uli­cy, na po­stać czer­wo­ne­go dziec­ka. Tam­to pod pa­ra­pe­tem dzia­ło się o kil­ka­dzie­siąt me­trów od tej ma­łej; nie po­cze­ka­li, aż jej ko­lum­na znik­nie za ro­giem Jó­ze­fiń­skiej. Oskar nie mógł zro­zu­mieć, jak te dwie rze­czy mogą się dziać rów­no­cze­śnie. Chy­ba jed­nak do­wo­dzi­ło to ja­kie­goś ukry­te­go za­mia­ru. Dziew­czyn­ka od­wró­ci­ła się i pa­trzy­ła, i w tym mo­men­cie strze­li­li ko­bie­cie pod pa­ra­pe­tem w szy­ję; a kie­dy jej syn ze skom­le­niem osu­nął się na zie­mię, je­den z żoł­nie­rzy przy­gniótł jego gło­wę bu­tem, by go unie­ru­cho­mić, zgod­nie z in­struk­cją SS przy­ło­żył mu lufę do kar­ku i na­ci­snął spust.

Oskar znów spoj­rzał na czer­wo­ną dziew­czyn­kę. Pa­trzy­ła cały czas, wi­dzia­ła but na gło­wie chłop­ca. Po­więk­szył się od­stęp mię­dzy nią a resz­tą gru­py. Straż­nik znów po bra­ter­sku po­pchnął ją we wła­ści­wym kie­run­ku. Schin­dler nie ro­zu­miał, dla­cze­go nie ude­rzył jej kol­bą ka­ra­bi­nu, sko­ro na dru­gim koń­cu tej sa­mej uli­cy li­tość zo­sta­ła anu­lo­wa­na.

Wresz­cie Schin­dler zsu­nął się z ko­nia, po­tknął się i upadł na ko­la­na obej­mu­jąc pień so­sny. Uwa­żał, że po­trze­bę zwy­mio­to­wa­nia do­sko­na­łym śnia­da­niem na­le­ży zwal­czyć, bo­wiem po­dej­rze­wał, że jego prze­wrot­ny or­ga­nizm chce tyl­ko zro­bić so­bie miej­sce na stra­wie­nie po­twor­no­ści, któ­re dzia­ły się na Kra­ku­sa.

Brak uczuć u tych lu­dzi, któ­rych prze­cież uro­dzi­ły ko­bie­ty, któ­rzy pi­sa­li li­sty do domu (co w nich pi­sa­li?), nie był naj­gor­szym aspek­tem tego, co wi­dział Oskar. Wie­dział, że nie zna­ją wsty­du. Prze­cież straż­nik ko­lum­ny nie prze­szka­dzał dziec­ku w oglą­da­niu okru­cieństw. Naj­gor­sze jed­nak było to, że wszyst­ko to dzia­ło się za ofi­cjal­nym po­zwo­le­niem. Te­raz już nie moż­na się było od­wo­łać do nie­miec­kiej kul­tu­ry czy do twier­dzeń wy­gła­sza­nych przez przy­wód­ców po to, by zwol­nić ano­ni­mo­wych lu­dzi z obo­wiąz­ku wy­cho­dze­nia poza swój ogró­dek, z oglą­da­nia przez okno tego, co dzia­ło się na uli­cy. Na uli­cy Kra­ku­sa Oskar zo­ba­czył ob­li­cze po­li­ty­ki swo­je­go rzą­du, zo­ba­czył coś, cze­go nie moż­na już było zło­żyć na karb tym­cza­so­we­go wy­pa­cze­nia. Te­raz już wie­dział, że es­es­ma­ni na Kra­ku­sa speł­nia­li po pro­stu roz­ka­zy; gdy­by tak nie było, idą­cy na koń­cu ko­lum­ny es­es­man nie po­zwo­lił­by dziec­ku w czer­wie­ni na oglą­da­nie się.

Kil­ka go­dzin póź­niej, po wy­pi­ciu spo­rej ilo­ści ko­nia­ku, Oskar zro­zu­miał już wszyst­ko. Es­es­ma­nom tacy świad­ko­wie jak ma­luch w czer­wie­ni nie prze­szka­dza­li dla­te­go, że oni też mie­li zgi­nąć.

W rogu pla­cu Zgo­dy znaj­do­wa­ła się ap­te­ka pro­wa­dzo­na przez Ta­de­usza Pan­kie­wi­cza. Utrzy­ma­na była w sta­rym sty­lu. Por­ce­la­no­we fla­ko­ni­ki z ła­ciń­ski­mi na­zwa­mi le­ków i kil­ka­set ma­lut­kich, po­la­kie­ro­wa­nych szu­fla­dek kry­ło przed ocza­mi miesz­kań­ców Pod­gó­rza całą zło­żo­ność far­ma­cji. Za zgo­dą władz, a na proś­bę le­ka­rzy dzia­ła­ją­cych w get­cie, ma­gi­ster Pan­kie­wicz miesz­kał nad ap­te­ką jako je­dy­ny Po­lak, któ­re­mu po­zwo­lo­no po­zo­stać we­wnątrz mu­rów. Był spo­koj­nym czło­wie­kiem, oko­ło czter­dziest­ki, i miał za­in­te­re­so­wa­nia in­te­lek­tu­al­ne. Pol­ski im­pre­sjo­ni­sta Abra­ham Neu­mann, kom­po­zy­tor Mord­che Ge­bir­tig, fi­lo­zof Leon Ste­in­berg oraz na­uko­wiec i fi­lo­zof dr Rap­pa­port re­gu­lar­nie od­wie­dza­li Pan­kie­wi­cza. Lo­kal był tak­że skrzyn­ką kon­tak­to­wą mię­dzy Ży­dow­ską Or­ga­ni­za­cją Bo­jo­wą a par­ty­zan­ta­mi Ar­mii Lu­do­wej. Za­glą­da­li tam cza­sem, choć dys­kret­nie, mło­dy Do­lek Lie­be­skind oraz Szy­mon i Gu­sta Dran­ger – or­ga­ni­za­to­rzy kra­kow­skie­go ŻOB-u. Mu­sie­li uwa­żać, by nie na­ra­zić Pan­kie­wi­cza swo­imi dzia­ła­nia­mi, któ­re, ina­czej niż ko­la­bo­ranc­ka po­li­ty­ka Ju­den­ra­tu, wią­za­ły się z nie­dwu­znacz­nym, za­cie­kłym opo­rem.

Plac przed ap­te­ką stał się w tych pierw­szych dniach czerw­ca punk­tem prze­ła­dun­ko­wym. „To prze­cho­dzi­ło ludz­kie po­ję­cie” – mó­wił po­tem Pan­kie­wicz. Na ma­łym zie­leń­cu na środ­ku pla­cu lu­dzi jesz­cze raz se­gre­go­wa­no i za­bie­ra­no im ba­gaż. „Zo­sta­nie wam przy­sła­ny!” Pod pu­stą ścia­ną po za­chod­niej stro­nie pla­cu opor­nych lub prze­my­ca­ją­cych aryj­skie pa­pie­ry roz­strze­li­wa­no, bez żad­nych wy­ja­śnień dla tych, któ­rzy sta­li na środ­ku pla­cu. Ogłu­sza­ją­cy huk ka­ra­bi­nów prze­ry­wał roz­mo­wę i kładł kres na­dziei. Nie­któ­rzy jed­nak, mimo krzy­ków i pła­czu krew­nych ofiar, bę­dąc w sta­nie szo­ku lub roz­pacz­li­we­go pra­gnie­nia prze­ży­cia, zda­wa­li się nie przyj­mo­wać do wia­do­mo­ści sto­sów tru­pów. Gdy tyl­ko pod­jeż­dża­ły cię­ża­rów­ki i gru­py wy­zna­czo­nych Ży­dów za­ła­do­wa­ły je cia­ła­mi, po­zo­sta­li na pla­cu na­tych­miast za­czy­na­li roz­ma­wiać o przy­szło­ści. I znów do uszu Pan­kie­wi­cza do­cie­ra­ło to samo, co przez cały dzień sły­szał od pod­ofi­ce­rów SS: „Za­pew­niam pa­nią, że je­dzie­cie do pra­cy. Czy my­śli pani, że mo­że­my so­bie po­zwo­lić na re­zy­gna­cję z was?” Sza­lo­ne pra­gnie­nie wia­ry po­ja­wia­ło się na twa­rzach ko­biet, gdy tym­cza­sem żoł­nie­rze i ofi­ce­ro­wie SS, jesz­cze z dy­mią­cy­mi lu­fa­mi ka­ra­bi­nów, prze­cha­dza­li się wśród tłu­mu i do­ra­dza­li, jak ozna­czyć ba­ga­że.

Z Krze­mio­nek Oskar nie był w sta­nie doj­rzeć pla­cu Zgo­dy, ale za­rów­no Pan­kie­wicz na pla­cu, jak i Schin­dler na wzgó­rzu ni­g­dy przed­tem nie wi­dzie­li tak zim­ne­go okru­cień­stwa. Pan­kie­wi­czo­wi rów­nież zbie­ra­ło się na wy­mio­ty, a do jego uszu do­cie­ra­ło coś w ro­dza­ju nie­re­al­ne­go świ­stu, jak­by go ktoś ude­rzył w gło­wę. Był tak za­gu­bio­ny w tym na­tło­ku ha­ła­su i okru­cień­stwa, że nie do­strze­gał na­wet wśród za­bi­tych na pla­cu jego wła­snych zna­jo­mych: Ge­bir­ti­ga, au­to­ra zna­nej pie­śni Gore!, i de­li­kat­ne­go Neu­man­na. Do ap­te­ki za­czę­li wpa­dać le­ka­rze, zdy­sza­ni po bie­gu ze szpi­ta­la. Chcie­li ban­da­ży: z ulic po­ścią­ga­li ran­nych. Je­den pro­sił o środ­ki wy­miot­ne, po­nie­waż w tłu­mie kil­ka­na­ście osób dła­wi­ło się lub za­pa­dło w śpiącz­kę po za­ży­ciu cy­jan­ku. Pe­wien zna­ny Pan­kie­wi­czo­wi in­ży­nier wsu­nął go so­bie do ust, gdy żona nie pa­trzy­ła.

Mło­dy le­karz, Idek Schin­del, pra­cu­ją­cy w szpi­ta­lu na rogu Wę­gier­skiej, usły­szał od ja­kiejś roz­hi­ste­ry­zo­wa­nej ko­bie­ty, że za­bie­ra­ją dzie­ci. Wi­dzia­ła całą ko­lum­nę na Kra­ku­sa, była wśród nich Ge­nia. Schin­del zo­sta­wił dziew­czyn­kę rano u są­sia­dów: w get­cie on był jej opie­ku­nem; ro­dzi­ce ma­łej na­dal ukry­wa­li się na wsi, ale za­mie­rza­li wkrót­ce prze­do­stać się do względ­nie bez­piecz­ne­go – do dziś – get­ta. Tego ran­ka Ge­nia, któ­ra czu­ła się bar­dzo nie­za­leż­na, opu­ści­ła ko­bie­tę, ma­ją­cą się nią zaj­mo­wać, i po­szła z po­wro­tem do domu, gdzie miesz­ka­ła z wuj­kiem. Tam ją aresz­to­wa­no. W ten spo­sób przy­cią­gnę­ła uwa­gę Schin­dle­ra swo­ją sa­mot­ną, bez mat­ki, obec­no­ścią na koń­cu ko­lum­ny na uli­cy Kra­ku­sa.

Dr Schin­del zdjął ki­tel i po­spie­szył na plac. Zna­lazł Ge­nię nie­mal na­tych­miast. Sie­dzia­ła na traw­ni­ku, uda­jąc opa­no­wa­nie, wśród ca­łych rzę­dów straż­ni­ków. Dr Schin­del wie­dział, że to tyl­ko po­zór, bo­wiem nie­raz wsta­wał w nocy, żeby uspo­ko­ić jej noc­ne krzy­ki.

Cho­dził do­ko­ła pla­cu, aż go spo­strze­gła. Chciał jej po­wie­dzieć, by nie wda­ła do nie­go, że sam to za­ła­twi. Nie chciał sce­ny, bo mo­gła­by się źle skoń­czyć dla nich oboj­ga. Nie­po­trzeb­nie się przej­mo­wał. Zo­ba­czył, że jej oczy sta­ją się nie­me i nie­wi­dzą­ce. Aż się za­trzy­mał na wi­dok tego ża­ło­sne­go, a jed­no­cze­śnie god­ne­go po­dzi­wu spry­tu. Już w wie­ku trzech lat Ge­nia była na tyle mą­dra, by nie szu­kać chwi­lo­we­go po­cie­sze­nia u wuj­ka. Wie­dzia­ła, że wzbu­dze­nie za­in­te­re­so­wa­nia SS wuj­kiem Id­kiem nie przy­nie­sie ra­tun­ku.

Schin­del ukła­dał w gło­wie mowę, jaką za­mie­rzał wy­gło­sić przed ro­słym obe­rschar­füh­re­rem sto­ją­cym przy ścia­nie eg­ze­ku­cji. Le­piej nie pod­cho­dzić do przed­sta­wi­cie­li władz zbyt po­kor­nie, i le­piej nie za­ła­twiać ni­cze­go za po­śred­nic­twem ich pod­wład­nych. Jesz­cze raz obej­rzał się na Ge­nię. W mru­ga­niu jej oczu do­strzegł za­po­wiedź bły­sku. Po chwi­li, nie­sły­cha­nie opa­no­wa­na, mała we­szła mię­dzy dwóch straż­ni­ków i prze­kro­czy­ła kor­don. Szła z bo­le­sną po­wol­no­ścią, któ­ra do tego stop­nia przy­ku­ła uwa­gę jej wuja, że póź­niej, ile­kroć za­my­kał oczy, wi­dział Ge­nię idą­cą przez las lśnią­cych bu­tów SS. Nikt jej nie spo­strzegł. Szła na­dal tym swo­im tro­chę nie­pew­nym, tro­chę ce­re­mo­nial­nym kro­kiem ry­zy­kan­ta do ap­te­ki i za róg, trzy­ma­jąc się nie­wi­docz­nej stro­ny uli­cy. Dr Schin­del stłu­mił okrzyk uzna­nia. Przed­sta­wie­nie za­słu­gi­wa­ło na wi­dow­nię, gdy­by nie to, że wi­dow­nia znisz­czy­ła­by je.

Schin­del czuł, że nie może od razu pójść za nią; zmar­no­wał­by to, co jej uda­ło się osią­gnąć, swo­ją do­ro­słą nie­zdat­no­ścią. Wbrew na­tu­ral­nym im­pul­som, uwa­żał, że in­stynkt, któ­ry wy­wiódł Ge­nię z pla­cu Zgo­dy, po­zwo­li jej rów­nież zna­leźć schro­nie­nie. On musi dać jej czas – wró­cił do szpi­ta­la inną dro­gą.

Ge­nia po­szła z po­wro­tem do sy­pial­ni na Kra­ku­sa, któ­rą dzie­li­ła z wuj­kiem. Uli­ca przed szpi­ta­lem była już pu­sta. Ci, któ­rzy jesz­cze kry­li się za po­dwój­ną ścia­ną, nie chcie­li się ujaw­niać. Ge­nia we­szła do domu i scho­wa­ła się pod łóż­kiem. Wra­ca­ją­cy do domu Idek zo­ba­czył z rogu uli­cy es­es­ma­nów stu­ka­ją­cych do drzwi, żeby do­ko­nać osta­tecz­ne­go prze­szu­ka­nia. Lecz Ge­nia nie dała zna­ku ży­cia. Jemu, kie­dy przy­szedł, też się nie po­ka­za­ła. Tyle że on wie­dział, gdzie pa­trzeć: w szpa­rę mię­dzy za­sło­ną a ramą okna. I zo­ba­czył – po­ły­sku­ją­cy w tym sza­rym po­ko­ju jej czer­wo­ny bu­cik.

Tym­cza­sem Schin­dler od­pro­wa­dził ko­nia do staj­ni. Nie za­trzy­mał się na wzgó­rzu, z któ­re­go mógł­by zo­ba­czyć nie­wiel­ki, ale zna­czą­cy triumf czer­wo­nej Geni, któ­ra wró­ci­ła do miej­sca, skąd przed­tem za­bra­ło ją SS. Sie­dział te­raz w swo­im ga­bi­ne­cie w „Ema­lii”, za­mknię­ty w so­bie, nie­zdol­ny do po­dzie­le­nia się z dzien­ną zmia­ną tym wszyst­kim, co wi­dział. Ten dzień za­pi­sze się moc­no w pa­mię­ci jo­wial­ne­go Herr Schin­dle­ra. W tym dniu bez­tro­ski w ja­kimś stop­niu play­boy zmie­nił się w bez­kom­pro­mi­so­we­go sę­dzie­go. „Po tym dniu – po­wie póź­niej – ża­den my­ślą­cy czło­wiek nie mógł nie prze­wi­dzieć, co się wy­da­rzy da­lej. By­łem te­raz zde­cy­do­wa­ny zro­bić wszyst­ko, co w mo­jej mocy, by prze­ciw­sta­wić się sys­te­mo­wi”.

Загрузка...