XV
Na twarzach swoich pracowników Oskar czytał tragedię getta. Ci ludzie nie mieli czasu na złapanie oddechu, nie mieli kąta, w którym mogliby się ukryć, oddać swoim przyzwyczajeniom, dopełnić domowych rytuałów. Wielu szukało ucieczki i otuchy w podejrzliwości. Podejrzani byli wszyscy – od współlokatora w pokoju począwszy, na odemanie na ulicy skończywszy. Ale nawet najzdrowsi na umyśle nie wiedzieli, komu ufać. „Każdy lokator – pisał młody artysta, Józef Bau, o życiu w getcie – ma swój własny świat sekretów i tajemnic”. Dzieci milkły na najbardziej przypadkowy, dochodzący z klatki schodowej dźwięk. Dorośli budzili się ze snów o wygnaniu i wywłaszczeniu – wygnani i wywłaszczeni, w jakimś zatłoczonym pokoju na Podgórzu, a wydarzenia z ich snów i przeżywany we śnie strach znajdowały dalszy ciąg na jawie. Pogłoski o okrucieństwach osaczały ich w pokoju, na ulicy, w hali fabrycznej, Spira ma następną listę, dwa albo trzy razy dłuższą niż poprzednia. Wszystkie dzieci pojadą do Tamowa, gdzie będą rozstrzelane, do Sztutowa, gdzie będą utopione, do Wrocławia, gdzie będą indoktrynowane, germanizowane, poddawane operacjom. Masz starych rodziców? Wszystkich powyżej pięćdziesiątego roku żyda zabierają do kopalni soli w Wieliczce. Do pracy? Nie. Zamurują ich w wyrobiskach.
Wszystkie te pogłoski (a wiele z nich docierało także do Oskara) miały swoje źródło w chęci zabezpieczenia się przed dem za pomocą mówienia o nim. Chodziło o to, by uprzedzić los, pokazując mu, że ma się tyle samo wyobraźni co on. Mimo to w czerwcu 1942 wszystkie najgorsze sny i plotki stały się rzeczywistością.
Na południe od getta, za ulicą Rękawka, wznosiło się pagórkowate pustkowie Krzemionek. Było coś intymnego, coś ze średniowiecznych obrazów o oblężeniu miasta w tym, że można było patrzeć na getto z góry, ponad jego południowym murem. Idącemu grzbietami wzgórz ukazywał się plan getta; można było zobaczyć, co się dzieje na ulicach.
Schindler spostrzegł tę możliwość na wiosnę, podczas przejażdżki konnej z Ingrid. Teraz, wstrząśnięty widokiem stacji w Prokocimiu, postanowił wybrać się tam znowu. Rankiem następnego dnia po uratowaniu Bankiera wynajął konie ze stajni w Parku Bednarskiego. Zarówno on, jak i Ingrid mieli na sobie eleganckie kurtki do konnej jazdy, bryczesy i lśniące buty. Dwoje sudeckich blondynów ponad wzburzonym mrowiskiem getta.
Przejechali przez lasek i pogalopowali otwartą łąką. Z wysokości siodeł widzieli teraz ulicę Węgierską, tłumy ludzi na rogu koło szpitala i, nieco bliżej, oddział esesmanów wchodzących z psami do domów, wybiegające na ulicę całe rodziny, które przewidując nieprędki powrót, mimo upału taszczyły ze sobą płaszcze. Ingrid i Oskar przywiązali konie do drzewa i stojąc w cieniu przyglądali się temu, co się działo w getcie. Uzbrojeni w pałki odemani pomagali esesmanom. Niektórzy żydowscy policjanci podchodzili do sprawy z entuzjazmem – w przeciągu kilku minut Oskar zobaczył, jak okładali pałkami po plecach trzy opierające się kobiety. Najpierw wezbrał w nim naiwny gniew. SS używało Żydów do bicia Żydów. Ale jeszcze tego samego dnia zrozumiał, że niektórzy odemani okładali ludzi pałkami, żeby oszczędzić im gorszych jeszcze rzeczy. Inna sprawa, że w OD panowała teraz nowa zasada: jeśli nie wyciągniesz na ulicę jakiejś rodziny, stracisz własną.
Schindler zauważył też, że na Węgierskiej sformowano dwie kolumny, z których jedna cały czas stała, zaś drugą, w chwili gdy osiągała odpowiednią długość, odprowadzano grupami za róg, na Józefińską, poza pole widzenia Oskara. Nietrudno było zinterpretować całe to zamieszanie. Ingrid i Oskar, ukryci wśród sosen i wyniesieni ponad poziom getta, byli oddaleni od miejsca akcji tylko o dwie lub trzy przecznice.
Wygnane z mieszkań rodziny siłą rozłączano i przydzielano do różnych kolumn. Dorastające dziewczyny, posiadające odpowiednie kenkarty, przydzielano do kolumny, która się nie ruszała; wołały stamtąd do swoich matek, stojących w drugiej kolumnie. Robotnikowi z nocnej zmiany, jeszcze nie rozbudzonemu ze snu, kazano stanąć w jednym szeregu, a jego żonie i dziecku w drugim. Człowiek ten kłócił się teraz z odemanem na środku ulicy. Do cholery z Blauscheinem, krzyczał, chcę iść z Ewą i dzieckiem.
Interweniował uzbrojony esesman. Wśród szarej masy gettomenschów taki typ w odprasowanym letnim mundurze wyglądał świeżo i zdrowo. Ze wzgórza widać było oliwę na jego pistolecie maszynowym. Esesman uderzył Żyda w ucho i zaczął do niego ostro, głośno mówić. Schindler, choć nie rozróżniał słów, był pewny, że chodzi o to samo co w Prokocimiu. Dla mnie to żadna różnica. Jeśli chcesz iść ze swoją żydowską kurwą, to idź. Przeprowadzono mężczyznę z jednej kolumny do drugiej. Schindler zobaczył, jak robotnik przesuwa się wzdłuż szeregu ludzi do swojej żony, jak ją obejmuje i jak pod osłoną tego aktu małżeńskiej lojalności inna kobieta, nie zauważona przez Sonderkommando SS, chyłkiem przemyka z powrotem do domu.
Oskar i Ingrid zawrócili konie, przejechali w poprzek pustą alejkę i wspięli się na wapienną platformę, z której był widok na ulicę Krakusa. Na bliższym jej końcu wydawało się nieco spokojniej niż na Węgierskiej. Niezbyt długą kolumnę kobiet i dzieci prowadzono w stronę Piwnej. Na początku i na końcu kolumny szedł strażnik. W kolumnie widać było pewną dysproporcję: bardzo dużo dzieci i tylko trochę kobiet. Na końcu, marudząc, szło małe dziecko, chłopczyk albo dziewczynka, ubrane w czerwony płaszczyk i czerwoną czapeczkę. Zwróciło ono uwagę Schindlera, ponieważ podobnie jak uparty robotnik z Węgierskiej demonstrowało jakąś postawę – w tym wypadku uwielbienie dla czerwieni.
Schindler zasięgnął opinii Ingrid. Orzekła, że to na pewno dziewczynka. Małe dziewczynki mają hyzia na punkcie kolorów, szczególnie tak jaskrawych jak ten.
Idący za kolumną młody esesman od czasu do czasu wyciągał rękę i korygował kierunek poruszania się czerwonego punkciku. Nie robił tego brutalnie, tylko tak, jakby to robił starszy brat. Gdyby jego przełożeni prosili go, by zrobił coś dla uspokojenia sentymentalnych trosk cywilnych gapiów, to nie mógłby zrobić nic lepszego. Moralny niepokój dwojga jeźdźców na Krzemionkach został na moment irracjonalnie ukojony. Ale tylko na moment. Bowiem za odchodzącą kolumną kobiet i dzieci, dla której maluch w czerwieni stanowił meandrującą końcową kropkę, postępowały po obu stronach ulicy oddziały SS z psami.
Bezwzględnie przeszukiwali śmierdzące mieszkania. Spieszyli się. Z okna na drugim piętrze wyleciała walizka. Spadła na bruk i otwarła się od uderzenia. Przed psami uciekali mężczyźni, kobiety i dzieci, którzy ukryli się na strychach, w szafach i komodach bez szuflad. To byli ci, którzy zdołali się ukryć przy pierwszej fali przeszukiwań. Wypadali teraz na ulicę, gwałtownie łapiąc powietrze, krzycząc ze strachu przed dobermanami. Sceny te rozgrywały się jak na przyspieszonym filmie, zbyt szybko, by obserwatorzy na wzgórzu mogli za nimi nadążyć. Do wyłaniających się z domów postaci z miejsca strzelano. Siła pocisków rzucała ich w tył, do rynsztoka, w który tryskała krew. Matka i syn, może ośmioletni, a może wychudzony dziesięciolatek, przyczaili się pod parapetem po zachodniej stronie ulicy Krakusa. Schindler odczuwał nieznośny strach o nich, czuł przerażenie we własnym ciele – rozluźnił nacisk ud na siodło i o mało nie spadł z konia. Spojrzał na Ingrid i zobaczył jej ręce kurczowo splecione na cuglach. Wykrzykiwała coś błagalnie.
Odwrócił wzrok i popatrzył nieco dalej, w głąb ulicy, na postać czerwonego dziecka. Tamto pod parapetem działo się o kilkadziesiąt metrów od tej małej; nie poczekali, aż jej kolumna zniknie za rogiem Józefińskiej. Oskar nie mógł zrozumieć, jak te dwie rzeczy mogą się dziać równocześnie. Chyba jednak dowodziło to jakiegoś ukrytego zamiaru. Dziewczynka odwróciła się i patrzyła, i w tym momencie strzelili kobiecie pod parapetem w szyję; a kiedy jej syn ze skomleniem osunął się na ziemię, jeden z żołnierzy przygniótł jego głowę butem, by go unieruchomić, zgodnie z instrukcją SS przyłożył mu lufę do karku i nacisnął spust.
Oskar znów spojrzał na czerwoną dziewczynkę. Patrzyła cały czas, widziała but na głowie chłopca. Powiększył się odstęp między nią a resztą grupy. Strażnik znów po bratersku popchnął ją we właściwym kierunku. Schindler nie rozumiał, dlaczego nie uderzył jej kolbą karabinu, skoro na drugim końcu tej samej ulicy litość została anulowana.
Wreszcie Schindler zsunął się z konia, potknął się i upadł na kolana obejmując pień sosny. Uważał, że potrzebę zwymiotowania doskonałym śniadaniem należy zwalczyć, bowiem podejrzewał, że jego przewrotny organizm chce tylko zrobić sobie miejsce na strawienie potworności, które działy się na Krakusa.
Brak uczuć u tych ludzi, których przecież urodziły kobiety, którzy pisali listy do domu (co w nich pisali?), nie był najgorszym aspektem tego, co widział Oskar. Wiedział, że nie znają wstydu. Przecież strażnik kolumny nie przeszkadzał dziecku w oglądaniu okrucieństw. Najgorsze jednak było to, że wszystko to działo się za oficjalnym pozwoleniem. Teraz już nie można się było odwołać do niemieckiej kultury czy do twierdzeń wygłaszanych przez przywódców po to, by zwolnić anonimowych ludzi z obowiązku wychodzenia poza swój ogródek, z oglądania przez okno tego, co działo się na ulicy. Na ulicy Krakusa Oskar zobaczył oblicze polityki swojego rządu, zobaczył coś, czego nie można już było złożyć na karb tymczasowego wypaczenia. Teraz już wiedział, że esesmani na Krakusa spełniali po prostu rozkazy; gdyby tak nie było, idący na końcu kolumny esesman nie pozwoliłby dziecku w czerwieni na oglądanie się.
Kilka godzin później, po wypiciu sporej ilości koniaku, Oskar zrozumiał już wszystko. Esesmanom tacy świadkowie jak maluch w czerwieni nie przeszkadzali dlatego, że oni też mieli zginąć.
W rogu placu Zgody znajdowała się apteka prowadzona przez Tadeusza Pankiewicza. Utrzymana była w starym stylu. Porcelanowe flakoniki z łacińskimi nazwami leków i kilkaset malutkich, polakierowanych szufladek kryło przed oczami mieszkańców Podgórza całą złożoność farmacji. Za zgodą władz, a na prośbę lekarzy działających w getcie, magister Pankiewicz mieszkał nad apteką jako jedyny Polak, któremu pozwolono pozostać wewnątrz murów. Był spokojnym człowiekiem, około czterdziestki, i miał zainteresowania intelektualne. Polski impresjonista Abraham Neumann, kompozytor Mordche Gebirtig, filozof Leon Steinberg oraz naukowiec i filozof dr Rappaport regularnie odwiedzali Pankiewicza. Lokal był także skrzynką kontaktową między Żydowską Organizacją Bojową a partyzantami Armii Ludowej. Zaglądali tam czasem, choć dyskretnie, młody Dolek Liebeskind oraz Szymon i Gusta Dranger – organizatorzy krakowskiego ŻOB-u. Musieli uważać, by nie narazić Pankiewicza swoimi działaniami, które, inaczej niż kolaborancka polityka Judenratu, wiązały się z niedwuznacznym, zaciekłym oporem.
Plac przed apteką stał się w tych pierwszych dniach czerwca punktem przeładunkowym. „To przechodziło ludzkie pojęcie” – mówił potem Pankiewicz. Na małym zieleńcu na środku placu ludzi jeszcze raz segregowano i zabierano im bagaż. „Zostanie wam przysłany!” Pod pustą ścianą po zachodniej stronie placu opornych lub przemycających aryjskie papiery rozstrzeliwano, bez żadnych wyjaśnień dla tych, którzy stali na środku placu. Ogłuszający huk karabinów przerywał rozmowę i kładł kres nadziei. Niektórzy jednak, mimo krzyków i płaczu krewnych ofiar, będąc w stanie szoku lub rozpaczliwego pragnienia przeżycia, zdawali się nie przyjmować do wiadomości stosów trupów. Gdy tylko podjeżdżały ciężarówki i grupy wyznaczonych Żydów załadowały je ciałami, pozostali na placu natychmiast zaczynali rozmawiać o przyszłości. I znów do uszu Pankiewicza docierało to samo, co przez cały dzień słyszał od podoficerów SS: „Zapewniam panią, że jedziecie do pracy. Czy myśli pani, że możemy sobie pozwolić na rezygnację z was?” Szalone pragnienie wiary pojawiało się na twarzach kobiet, gdy tymczasem żołnierze i oficerowie SS, jeszcze z dymiącymi lufami karabinów, przechadzali się wśród tłumu i doradzali, jak oznaczyć bagaże.
Z Krzemionek Oskar nie był w stanie dojrzeć placu Zgody, ale zarówno Pankiewicz na placu, jak i Schindler na wzgórzu nigdy przedtem nie widzieli tak zimnego okrucieństwa. Pankiewiczowi również zbierało się na wymioty, a do jego uszu docierało coś w rodzaju nierealnego świstu, jakby go ktoś uderzył w głowę. Był tak zagubiony w tym natłoku hałasu i okrucieństwa, że nie dostrzegał nawet wśród zabitych na placu jego własnych znajomych: Gebirtiga, autora znanej pieśni Gore!, i delikatnego Neumanna. Do apteki zaczęli wpadać lekarze, zdyszani po biegu ze szpitala. Chcieli bandaży: z ulic pościągali rannych. Jeden prosił o środki wymiotne, ponieważ w tłumie kilkanaście osób dławiło się lub zapadło w śpiączkę po zażyciu cyjanku. Pewien znany Pankiewiczowi inżynier wsunął go sobie do ust, gdy żona nie patrzyła.
Młody lekarz, Idek Schindel, pracujący w szpitalu na rogu Węgierskiej, usłyszał od jakiejś rozhisteryzowanej kobiety, że zabierają dzieci. Widziała całą kolumnę na Krakusa, była wśród nich Genia. Schindel zostawił dziewczynkę rano u sąsiadów: w getcie on był jej opiekunem; rodzice małej nadal ukrywali się na wsi, ale zamierzali wkrótce przedostać się do względnie bezpiecznego – do dziś – getta. Tego ranka Genia, która czuła się bardzo niezależna, opuściła kobietę, mającą się nią zajmować, i poszła z powrotem do domu, gdzie mieszkała z wujkiem. Tam ją aresztowano. W ten sposób przyciągnęła uwagę Schindlera swoją samotną, bez matki, obecnością na końcu kolumny na ulicy Krakusa.
Dr Schindel zdjął kitel i pospieszył na plac. Znalazł Genię niemal natychmiast. Siedziała na trawniku, udając opanowanie, wśród całych rzędów strażników. Dr Schindel wiedział, że to tylko pozór, bowiem nieraz wstawał w nocy, żeby uspokoić jej nocne krzyki.
Chodził dokoła placu, aż go spostrzegła. Chciał jej powiedzieć, by nie wdała do niego, że sam to załatwi. Nie chciał sceny, bo mogłaby się źle skończyć dla nich obojga. Niepotrzebnie się przejmował. Zobaczył, że jej oczy stają się nieme i niewidzące. Aż się zatrzymał na widok tego żałosnego, a jednocześnie godnego podziwu sprytu. Już w wieku trzech lat Genia była na tyle mądra, by nie szukać chwilowego pocieszenia u wujka. Wiedziała, że wzbudzenie zainteresowania SS wujkiem Idkiem nie przyniesie ratunku.
Schindel układał w głowie mowę, jaką zamierzał wygłosić przed rosłym oberscharführerem stojącym przy ścianie egzekucji. Lepiej nie podchodzić do przedstawicieli władz zbyt pokornie, i lepiej nie załatwiać niczego za pośrednictwem ich podwładnych. Jeszcze raz obejrzał się na Genię. W mruganiu jej oczu dostrzegł zapowiedź błysku. Po chwili, niesłychanie opanowana, mała weszła między dwóch strażników i przekroczyła kordon. Szła z bolesną powolnością, która do tego stopnia przykuła uwagę jej wuja, że później, ilekroć zamykał oczy, widział Genię idącą przez las lśniących butów SS. Nikt jej nie spostrzegł. Szła nadal tym swoim trochę niepewnym, trochę ceremonialnym krokiem ryzykanta do apteki i za róg, trzymając się niewidocznej strony ulicy. Dr Schindel stłumił okrzyk uznania. Przedstawienie zasługiwało na widownię, gdyby nie to, że widownia zniszczyłaby je.
Schindel czuł, że nie może od razu pójść za nią; zmarnowałby to, co jej udało się osiągnąć, swoją dorosłą niezdatnością. Wbrew naturalnym impulsom, uważał, że instynkt, który wywiódł Genię z placu Zgody, pozwoli jej również znaleźć schronienie. On musi dać jej czas – wrócił do szpitala inną drogą.
Genia poszła z powrotem do sypialni na Krakusa, którą dzieliła z wujkiem. Ulica przed szpitalem była już pusta. Ci, którzy jeszcze kryli się za podwójną ścianą, nie chcieli się ujawniać. Genia weszła do domu i schowała się pod łóżkiem. Wracający do domu Idek zobaczył z rogu ulicy esesmanów stukających do drzwi, żeby dokonać ostatecznego przeszukania. Lecz Genia nie dała znaku życia. Jemu, kiedy przyszedł, też się nie pokazała. Tyle że on wiedział, gdzie patrzeć: w szparę między zasłoną a ramą okna. I zobaczył – połyskujący w tym szarym pokoju jej czerwony bucik.
Tymczasem Schindler odprowadził konia do stajni. Nie zatrzymał się na wzgórzu, z którego mógłby zobaczyć niewielki, ale znaczący triumf czerwonej Geni, która wróciła do miejsca, skąd przedtem zabrało ją SS. Siedział teraz w swoim gabinecie w „Emalii”, zamknięty w sobie, niezdolny do podzielenia się z dzienną zmianą tym wszystkim, co widział. Ten dzień zapisze się mocno w pamięci jowialnego Herr Schindlera. W tym dniu beztroski w jakimś stopniu playboy zmienił się w bezkompromisowego sędziego. „Po tym dniu – powie później – żaden myślący człowiek nie mógł nie przewidzieć, co się wydarzy dalej. Byłem teraz zdecydowany zrobić wszystko, co w mojej mocy, by przeciwstawić się systemowi”.