II

Pod ko­niec paź­dzier­ni­ka 1939 roku dwu nie­miec­kich pod­ofi­ce­rów puł­ku gre­na­die­rów we­szło do sa­lo­nu fir­my J. C. Bu­ch­he­ister i S-ka przy uli­cy Stra­dom w Kra­ko­wie i na­le­ga­ło na sprze­da­nie im kil­ku bel dro­gie­go ma­te­ria­łu, któ­re chcie­li wy­słać do domu. Ży­dow­ski eks­pe­dient z przy­szy­tą na pier­si żół­tą gwiaz­dą tłu­ma­czył, że fir­ma Bu­ch­he­ister nie pro­wa­dzi sprze­da­ży de­ta­licz­nej, tyl­ko za­opa­tru­je fa­bry­ki odzie­ży i skle­py. Jed­nak chłop­com nie spo­sób było wy­bić kup­na ma­te­ria­łu z gło­wy. Gdy przy­szło do ure­gu­lo­wa­nia ra­chun­ku, do­ko­na­li tego ba­war­skim bank­no­tem z 1858 roku i nie­miec­kim cer­ty­fi­ka­tem oku­pa­cyj­nym z 1914.

– Wa­lu­ta naj­zu­peł­niej w po­rząd­ku – za­pew­niał je­den z nich ży­dow­skie­go księ­go­we­go. Za­rów­no on, jak i jego ko­le­ga byli zdro­wy­mi mło­dy­mi ludź­mi, któ­rzy całą wio­snę i lato spę­dzi­li na ma­new­rach i któ­rym je­sień przy­nio­sła ła­twe zwy­cię­stwo i wszyst­kie zwią­za­ne z tym do­bro­dziej­stwa. Księ­go­wy zgo­dził się na pro­po­no­wa­ną mu trans­ak­cję i po­zbył się chłop­ców ze skle­pu przed wpi­sa­niem sprze­da­ży do kasy.

Tego sa­me­go dnia sa­lon fir­my od­wie­dził jesz­cze mło­dy re­wi­dent, Nie­miec, urzęd­nik in­sty­tu­cji o zgrab­nej na­zwie Wschod­nia Agen­cja Po­wier­ni­cza, ma­ją­cej za zda­nie przej­mo­wa­nie przed­się­biorstw ży­dow­skich. Mło­dy czło­wiek był jed­nym z dwóch nie­miec­kich urzęd­ni­ków, któ­rych przy­dzie­lo­no do fir­my Bu­ch­he­ister. Pierw­szym był Sepp Aue, Treu­hän­der, czy­li ko­mi­sarz, nie­zbyt am­bit­ny czło­wiek w śred­nim wie­ku, a dru­gim ten wła­śnie mło­dy zdo­byw­ca świa­ta, któ­ry te­raz prze­glą­dał księ­gi i kasę. W pew­nym mo­men­cie wy­jął bank­no­ty, któ­ry­mi jego ko­le­dzy za­pła­ci­li za ma­te­riał, i za­py­tał, co mają ozna­czać te ope­ret­ko­we, jak się wy­ra­ził, pie­nią­dze.

Kie­dy ży­dow­ski księ­go­wy opo­wie­dział zda­rze­nie, re­wi­dent oskar­żył go o pod­ło­że­nie prze­sta­rza­łych bank­no­tów w miej­sce ak­tu­al­nych pie­nię­dzy i za­mel­do­wał o tym Sep­po­wi Aue, wy­ra­ża­jąc jed­no­cze­śnie po­gląd, że w ta­kim wy­pad­ku na­le­ża­ło­by we­zwać Schutz­po­li­zei.

Za­rów­no Sepp Aue, jak i mło­dy re­wi­dent do­brze wie­dzie­li, że we­zwa­nie Schutz­po­li­zei skoń­czy­ło­by się osa­dze­niem księ­go­we­go w wię­zie­niu na Mon­te­lu­pich. Re­wi­dent wręcz uwa­żał, że był­by to świet­ny przy­kład dla Ży­dów. Lecz ta­kie wyj­ście nie sa­tys­fak­cjo­no­wa­ło Au­ego, któ­ry miał wła­sne se­kret­ne ko­nek­sje, mia­no­wi­cie jego bab­ka była Ży­dów­ką, choć nikt jesz­cze tego nie od­krył.

Aue zde­cy­do­wał się na inne wyj­ście: wy­słał goń­ca z wia­do­mo­ścią do po­przed­nie­go re­wi­den­ta fir­my, pol­skie­go Żyda o na­zwi­sku Iza­ak Stern, któ­ry le­żał w domu cho­ry na gry­pę. Aue tra­fił na swe sta­no­wi­sko ra­czej z przy­czyn po­li­tycz­nych i nie miał wiel­kie­go do­świad­cze­nia w księ­go­wa­niu. Te­raz chciał, by Stern przy­szedł do biu­ra i do­ra­dził, jak wyjść z im­pa­su. Tuż po wyj­ściu po­słań­ca do ga­bi­ne­tu we­szła se­kre­tar­ka i oznaj­mi­ła, że przy­szedł nie­ja­ki Oskar Schin­dler i twier­dzi, że jest umó­wio­ny. Aue wy­szedł do są­sied­nie­go po­ko­ju i zo­ba­czył mło­de­go męż­czy­znę, spo­koj­nie pa­lą­ce­go pa­pie­ro­sa, ła­god­ne­go jak duży pies. Aue przy­po­mniał so­bie, że po­zna­li się wczo­raj na przy­ję­ciu. Oskar był tam z Niem­ką su­dec­ką, In­grid, któ­ra pra­co­wa­ła jako ko­mi­sarz ży­dow­skiej fir­my że­la­znej na­le­żą­cej do pa­nów C., była więc ko­le­żan­ką po fa­chu Sep­pa Aue. Oskar i In­grid two­rzy­li wspa­nia­łą parę – obo­je byli bar­dzo ele­ganc­cy, obo­je mie­li mnó­stwo przy­ja­ciół w Abweh­rze – i bar­dzo byli w so­bie za­ko­cha­ni.

Oka­za­ło się, że Oskar Schin­dler szu­kał w Kra­ko­wie za­ję­cia. Może tek­sty­lia – za­pro­po­no­wał Aue i wy­ja­śnił, że ter­min ten nie od­no­si się wy­łącz­nie do mun­du­rów. Pol­ski ry­nek we­wnętrz­ny jest na tyle duży i chłon­ny, że wy­star­czy się tro­chę ro­zej­rzeć, a pie­nią­dze same za­czną pły­nąć do kasy. „Niech pan przyj­dzie obej­rzeć Bu­ch­he­iste­ra” – za­chę­cał du­że­go Oska­ra, nie zda­jąc so­bie spra­wy, że już w po­łu­dnie na­stęp­ne­go dnia po­ża­łu­je tej po pi­ja­ne­mu oka­za­nej wy­lew­no­ści.

Schin­dler zdał so­bie spra­wę, że Herr Aue może wy­rzu­cać so­bie to zbyt po­chop­ne za­pro­sze­nie. „Je­śli to panu spra­wia kło­pot, Herr Aue…” – wy­ma­wiał się.

Jed­nak Aue po­wie­dział: „Ależ skąd!” i po­pro­wa­dził Schin­dle­ra przez ma­ga­zyn i po­dwó­rze do przę­dzal­ni, gdzie z ma­szyn zjeż­dża­ły wiel­kie bele zło­ci­ste­go ma­te­ria­łu. Schin­dler za­py­tał, czy Aue ma ja­kieś kło­po­ty z Po­la­ka­mi. Aue od­po­wie­dział, że nie, że prze­ciw­nie, są chęt­ni do współ­pra­cy. Co naj­wy­żej są tro­chę oszo­ło­mie­ni. W koń­cu nie jest to fa­bry­ka bro­ni.

Herr Schin­dler spra­wiał wra­że­nie czło­wie­ka usto­sun­ko­wa­ne­go, więc Aue po­sta­no­wił się do­wie­dzieć, czy tak jest w isto­cie. Za­py­tał, czy Oskar zna lu­dzi z Głów­ne­go Za­rzą­du Uzbro­je­nia, ot, choć­by ge­ne­ra­ła Ju­liu­sa Schin­dle­ra. A może ge­ne­rał to krew­ny? – do­dał.

– To nie­istot­ne – od­po­wie­dział Herr Schin­dler roz­bra­ja­ją­co (ge­ne­rał Schin­dler nie był jego krew­nym). I do­dał: – Ge­ne­rał to nie­zły fa­cet w po­rów­na­niu z nie­któ­ry­mi in­ny­mi.

Aue przy­tak­nął. Cóż, on sam ni­g­dy nie bę­dzie z ge­ne­ra­łem Schin­dle­rem ja­dał obia­dów ani po­pi­jał drin­ków.

Wró­ci­li do biu­ra. Po dro­dze, w se­kre­ta­ria­cie, na­tknę­li się na Iza­aka Ster­na, ży­dow­skie­go re­wi­den­ta ksiąg Bu­ch­he­iste­ra. Cze­kał na pod­su­nię­tym przez se­kre­tar­kę krze­śle, trzy­mał w ręku chu­s­tecz­kę i okrut­nie kasz­lał. Na wi­dok obu męż­czyzn wstał, zło­żył dło­nie jed­na na dru­giej na pier­si i ogrom­ny­mi oczy­ma pa­trzył, jak obaj zdo­byw­cy się zbli­ża­ją, mi­ja­ją go i wcho­dzą do biu­ra. Tam Aue za­pro­po­no­wał Schin­dle­ro­wi drin­ka, a po­tem, prze­pra­sza­jąc, zo­sta­wił Oska­ra przy ko­min­ku i wy­szedł po­roz­ma­wiać ze Ster­nem.

Stern był bar­dzo chu­dy, miał w so­bie ja­kąś uczo­ną oschłość, a ma­nie­ry bie­głe­go w Tal­mu­dzie, i w ogó­le eu­ro­pej­skie­go in­te­lek­tu­ali­sty. Aue zre­fe­ro­wał mu zda­rze­nie z księ­go­wym i pod­ofi­ce­ra­mi, a tak­że po­wtó­rzył wnio­sek, jaki po­sta­wił mło­dy re­wi­dent. A po­tem wy­do­był z sej­fu bank­no­ty, ba­war­ski z 1858 i oku­pa­cyj­ny z 1914 roku.

– Są­dzi­łem, że może wy­pra­co­wał pan ja­kiś spo­sób księ­go­wa­nia w ta­kich sy­tu­acjach – po­wie­dział Aue. – Na pew­no dużo te­raz tego w Kra­ko­wie.

Iza­ak Stern wziął bank­no­ty i przyj­rzał im się do­kład­nie.

– Tak, wy­pra­co­wa­łem spo­sób – po­wie­dział. Bez uśmie­chu i bez po­ro­zu­mie­waw­cze­go spoj­rze­nia pod­szedł do otwar­te­go ognia w głę­bi po­ko­ju i wrzu­cił do nie­go oba bank­no­ty, po­tem za­kasz­lał i po­ru­szył po­grze­ba­czem w wę­glach. – Od­pi­su­ję te trans­ak­cje na zy­ski i stra­ty w ru­bry­ce „dar­mo­we prób­ki”. Od wrze­śnia jest mnó­stwo dar­mo­wych pró­bek.

Au­emu po­do­bał się su­chy, rze­czo­wy styl Ster­na przy za­ła­twia­niu kwe­stii for­mal­nych. Za­czął się śmiać. Zo­ba­czył w wy­chu­dłej twa­rzy re­wi­den­ta całą zło­żo­ność Kra­ko­wa, pro­win­cjo­nal­ną mą­drość ma­łe­go mia­sta. Tyl­ko miej­sco­wy znał ścież­ki. W ga­bi­ne­cie sie­dział Herr Schin­dler, cze­ka­ją­cy na in­for­ma­cje o lo­kal­nych moż­li­wo­ściach han­dlo­wych.

Aue za­pro­wa­dził Ster­na do ga­bi­ne­tu dy­rek­to­ra, by go po­znać z Schin­dle­rem. Wy­so­ki, do­brze zbu­do­wa­ny Nie­miec stał i wpa­try­wał się w ogień z otwar­tą pier­siów­ką w dło­ni. Pierw­szą my­ślą Ster­na było: „To nie jest ła­twy Nie­miec”. Aue no­sił mi­nia­tu­ro­wą swa­sty­kę tak nie­dba­le, jak­by to była pla­kiet­ka klu­bu ro­we­ro­we­go. Na­to­miast Schin­dler miał wpię­ty w kla­pę em­ble­mat duży jak mo­ne­ta, zro­bio­ny z czar­nej ema­lii, w któ­rej na do­da­tek od­bi­ja­ło się te­raz pa­da­ją­ce z ko­min­ka świa­tło. Ta od­zna­ka, a tak­że bi­ją­ca od mło­de­go czło­wie­ka za­moż­ność były bar­dzo wy­mow­ne wo­bec je­sien­ne­go smut­ku za­zię­bio­ne­go pol­skie­go Żyda.

Aue do­ko­nał pre­zen­ta­cji. We­dług de­kre­tu wy­da­ne­go już przez gu­ber­na­to­ra Fran­ka Stern wy­gło­sił for­mu­łę:

– Mu­szę pana po­in­for­mo­wać, że je­stem Ży­dem.

– A ja je­stem Niem­cem – mruk­nął Schin­dler.

„Świet­nie”, po­my­ślał Stern przy­kła­da­jąc do nosa prze­mo­czo­ną chu­s­tecz­kę. „Niech za­tem znio­są de­kret”.

Bo­wiem te­raz, w siód­mym ty­go­dniu no­we­go po­rząd­ku w Pol­sce, Iza­ak Stern pod­le­gał nie jed­ne­mu, ale wie­lu de­kre­tom. Hans Frank, ge­ne­ral­ny gu­ber­na­tor Pol­ski, za­ini­cjo­wał i pod­pi­sał już sześć re­stryk­cyj­nych de­kre­tów, inne po­zo­sta­wia­jąc do wpro­wa­dze­nia w ży­cie swe­mu gu­ber­na­to­ro­wi re­jo­no­we­mu, grup­pen­füh­re­ro­wi SS, dok­to­ro­wi Wach­te­ro­wi. Oprócz oznaj­mie­nia swe­go po­cho­dze­nia Stern mu­siał rów­nież no­sić spe­cjal­ny do­wód oso­bi­sty, ozna­czo­ny żół­tym pa­skiem. Gdy Stern tak stał i kasz­lał przed Schin­dle­rem, za­rzą­dze­nia za­bra­nia­ją­ce ko­szer­ne­go przy­go­to­wy­wa­nia po­ży­wie­nia i na­ka­zu­ją­ce przy­mu­so­we za­trud­nie­nie Ży­dów mia­ły już trzy ty­go­dnie. A kart­ko­wy przy­dział żyw­no­ści Ster­na jako unter­men­scha wy­no­sił nie­co wię­cej niż po­ło­wa przy­dzia­łu Po­la­ka, choć i ten był na­zna­czo­ny pięt­nem pod­czło­wie­ka.

I wresz­cie na mocy de­kre­tu z 8 li­sto­pa­da do 24 grud­nia mia­ła zo­stać za­koń­czo­na po­wszech­na re­je­stra­cja wszyst­kich kra­kow­skich Ży­dów.

Stern, ze swym chłod­nym, abs­trak­cyj­nym umy­słem, wie­dział, że będą dal­sze de­kre­ty, że jesz­cze cia­śniej spę­ta­ją one jego ży­cie, jesz­cze bar­dziej utrud­nią od­dy­cha­nie. Zresz­tą więk­szość kra­kow­skich Ży­dów spo­dzie­wa­ła się po­wo­dzi de­kre­tów. Będą pew­ne szy­ka­ny – Ży­dzi ze szte­tli (wsi za­miesz­ka­nych nie­mal wy­łącz­nie przez Ży­dów) po­wę­dru­ją do miast ła­do­wać wę­giel, in­te­lek­tu­ali­stów wy­śle się na wieś oko­py­wać bu­ra­ki. Przez ja­kiś czas będą się zda­rzać spo­ra­dycz­ne ma­sa­kry, jak ta w Tur­sku, gdzie jed­nost­ka ar­ty­le­rii SS zmu­si­ła lu­dzi do pra­cy przy mo­ście przez cały dzień, a wie­czo­rem za­gna­ła ich do sy­na­go­gi i wy­strze­la­ła. Za­wsze będą się zda­rza­ły po­dob­ne przy­pad­ki. Ale sy­tu­acja się usta­bi­li­zu­je, rasa prze­trwa dzię­ki pe­ty­cjom i prze­ku­py­wa­niu władz – ta sta­ra me­to­da zda­je eg­za­min od cza­sów Ce­sar­stwa Rzym­skie­go, więc zda go i te­raz. Prze­cież nie jest moż­li­we, aby wła­dze cy­wil­ne nie po­trze­bo­wa­ły Ży­dów, szcze­gól­nie w kra­ju, gdzie Ży­dem jest co je­de­na­sty miesz­ka­niec.

Stern jed­nak nie na­le­żał do opty­mi­stów. Nie są­dził, by pra­wo­daw­stwo mia­ło wkrót­ce osią­gnąć ja­kiś sta­ły po­ziom zno­śnej su­ro­wo­ści. Te cza­sy były inne. Wpraw­dzie nie mógł wie­dzieć, ja­kie for­my przy­bie­rze nad­cho­dzą­ca po­żo­ga, ale na tyle oba­wiał się przy­szło­ści, że po­my­ślał: „Ła­two panu, Herr Schin­dler, ro­bić wiel­ko­dusz­ne ge­sty rów­no­ści”.

– Ten czło­wiek – po­wie­dział Aue przed­sta­wia­jąc Ster­na – był pra­wą ręką Bu­ch­he­iste­ra. Ma po­wią­za­nia z kra­kow­skim śro­do­wi­skiem han­dlo­wym.

Nie na miej­scu by­ło­by, gdy­by Stern spie­rał się o to z Auem. Ale po­my­ślał, że ko­mi­sarz pod­ko­lo­ro­wał ob­raz ze wzglę­du na zna­mie­ni­te­go go­ścia.

Aue prze­pro­sił i wy­szedł.

Zo­staw­szy sam na sam ze Ster­nem, Schin­dler po­wie­dział ści­szo­nym gło­sem, że był­by wdzięcz­ny, gdy­by re­wi­dent ze­chciał mu opo­wie­dzieć tro­chę o miej­sco­wym prze­my­śle. Chcąc go wy­ba­dać, Stern za­pro­po­no­wał, by Oskar po­roz­ma­wiał z przed­sta­wi­cie­la­mi Agen­cji Po­wier­ni­czej.

– To zło­dzie­je – we­so­ło od­parł Oskar. – I biu­ro­kra­ci. Chciał­bym tro­chę swo­bo­dy – wzru­szył ra­mio­na­mi. – Je­stem ka­pi­ta­li­stą z uspo­so­bie­nia i nie lu­bię, jak mnie ktoś ogra­ni­cza i re­gu­lu­je.

W ten spo­sób Stern i sa­mo­zwań­czy ka­pi­ta­li­sta za­czę­li roz­ma­wiać. A Stern był nie­złym źró­dłem in­for­ma­cji; zda­wa­ło się, że ma zna­jo­mych lub krew­nych w każ­dej fa­bry­ce w Kra­ko­wie, w każ­dej bran­ży – w tek­sty­liach, kon­fek­cji, sto­lar­stwie, me­ta­lach. Herr Schin­dler był bar­dzo za­do­wo­lo­ny. Wy­jął z we­wnętrz­nej kie­sze­ni ma­ry­nar­ki ko­per­tę i za­py­tał, czy Stern zna fir­mę o na­zwie „Re­kord”.

Iza­ak Stern znał tę fir­mę. Po­wie­dział, że to zban­kru­to­wa­ne przed­się­bior­stwo. Pro­du­ko­wa­ło na­czy­nia ema­lio­wa­ne. Po­nie­waż splaj­to­wa­ło, część pras skon­fi­sko­wa­no i był to te­raz tyl­ko ka­dłub, któ­ry pod za­rzą­dem krew­ne­go by­łych wła­ści­cie­li wy­ko­rzy­sty­wał je­dy­nie uła­mek swej zdol­no­ści pro­duk­cyj­nej. Brat Ster­na re­pre­zen­tu­je szwaj­car­ską kom­pa­nię, któ­ra jest głów­nym wie­rzy­cie­lem „Re­kor­du”. Stern wie­dział, że wol­no za­de­mon­stro­wać tro­chę bra­ter­skiej dumy, a po­tem wy­ra­zić ła­god­ne obrzy­dze­nie.

– Za­kła­dem fa­tal­nie za­rzą­dza­no – po­wie­dział.

Oskar Schin­dler upu­ścił ko­per­tę na ko­la­na Ster­na.

– To jest ich ze­sta­wie­nie bi­lan­so­we. Co pan o tym my­śli?

Iza­ak Stern po­wie­dział, że Herr Schin­dler po­wi­nien oczy­wi­ście spy­tać tak­że in­nych.

– Oczy­wi­ście – przy­znał Schin­dler – ale rad był­bym znać pań­ską opi­nię.

Stern szyb­ko prze­czy­tał bi­lans, a po­tem, po ja­kichś trzech mi­nu­tach stu­dio­wa­nia go, na­gle zdał so­bie spra­wę z prze­ni­kli­wej ci­szy w ga­bi­ne­cie i pod­niósł wzrok. Herr Oskar Schin­dler wpa­try­wał się w nie­go.

Stern po­sia­dał odzie­dzi­czo­ny po przod­kach dar wy­czu­wa­nia spra­wie­dli­we­go goja, któ­rym moż­na po­słu­żyć się jako bu­fo­rem albo u któ­re­go moż­na szu­kać schro­nie­nia przed bar­ba­rzyń­stwem po­zo­sta­łych. Było to wy­czu­wa­nie przy­sta­ni, stre­fy po­ten­cjal­ne­go bez­pie­czeń­stwa. Od tej chwi­li moż­li­wość uży­cia Herr Schin­dle­ra jako azy­lu oży­wi nie­co roz­mo­wę, tak jak roz­mo­wę męż­czy­zny i ko­bie­ty na przy­ję­ciu oży­wia prze­lot­na, nie wią­żą­ca obiet­ni­ca ero­tycz­na. Z moż­li­wo­ści tej Stern zda­wał so­bie spra­wę le­piej niż Schin­dler, dla­te­go nie po­wie­dział na ten te­mat ni­cze­go kon­kret­ne­go, by nie znisz­czyć kru­che­go związ­ku.

– To ab­so­lut­nie zdro­wy in­te­res – orzekł Stern. – Mógł­by pan po­roz­ma­wiać z moim bra­tem. I oczy­wi­ście jest te­raz moż­li­wość kon­trak­tów woj­sko­wych…

– Wła­śnie – szep­nął Oskar.

Nie­mal na­tych­miast po za­ję­ciu Kra­ko­wa, jesz­cze przed ka­pi­tu­la­cją War­sza­wy, w Ge­ne­ral­nej Gu­ber­ni usta­no­wio­no In­spek­to­rat Uzbro­je­nia, któ­re­go za­da­niem było za­wie­ra­nie z od­po­wied­ni­mi pro­du­cen­ta­mi kon­trak­tów na do­sta­wę wy­po­sa­że­nia woj­sko­we­go. W ta­kim „Re­kor­dzie” moż­na by więc ro­bić me­naż­ki i inne po­ło­wę na­czy­nia ku­chen­ne. Na cze­le In­spek­to­ra­tu Uzbro­je­nia stał, o czym Stern wie­dział, ge­ne­rał ma­jor Ju­lius Schin­dler z We­hr­mach­tu. Czy ge­ne­rał jest krew­nym Herr Oska­ra Schin­dle­ra? Nie­ste­ty nie, od­po­wie­dział Schin­dler, ale tak, jak­by chciał, by Stern za­cho­wał ten fakt bra­ku po­kre­wień­stwa dla sie­bie.

W każ­dym ra­zie, zda­niem Ster­na, na­wet obec­na szcząt­ko­wa pro­duk­cja w „Re­kor­dzie” jest war­ta po­nad pół mi­lio­na zło­tych rocz­nie, a nowe pra­sy i pie­ce moż­na zdo­być sto­sun­ko­wo ła­two. To za­le­ży od do­stę­pu Herr Schin­dle­ra do kre­dy­tu.

Na­czy­nia ema­lio­wa­ne, przy­znał Herr Schin­dler, by­ły­by bliż­sze jego bran­ży niż tek­sty­lia. Jego prak­ty­ka do­ty­czy­ła ma­szyn rol­ni­czych i znał się na przy­kład na pa­ro­wych pra­sach.

Stern nie miał już ocho­ty do­cie­kać, dla­cze­go ele­ganc­ki nie­miec­ki przed­się­bior­ca ży­czy so­bie py­tać go o zda­nie w in­te­re­sach. Spo­tka­nia ta­kie jak to zda­rza­ły się w prze­cią­gu ca­łej hi­sto­rii jego ple­mie­nia i zwy­kle roz­mo­wy o in­te­re­sach nie­zu­peł­nie je wy­ja­śnia­ły. Mó­wił więc da­lej, in­for­mu­jąc, że Sąd Han­dlo­wy na­ło­ży opła­tę za wy­na­ję­cie zban­kru­to­wa­nej fir­my. Dzier­ża­wa z moż­li­wo­ścią kup­na to coś znacz­nie lep­sze­go niż sta­no­wi­sko ko­mi­sa­rza, któ­re jest pod ab­so­lut­ną kon­tro­lą Mi­ni­ster­stwa Go­spo­dar­ki.

Stern zni­żył głos i za­ry­zy­ko­wał stwier­dze­nie:

– Spo­tka się pan z re­stryk­cja­mi w sto­sun­ku do lu­dzi, ja­kich pan za­trud­ni…

Schin­dler ro­ze­śmiał się.

– Skąd pan to wszyst­ko wie? – za­py­tał roz­ba­wio­ny.

– Prze­czy­ta­łem w „Ber­li­ner Ta­ge­blatt”. Jesz­cze wol­no Ży­do­wi czy­tać nie­miec­kie ga­ze­ty.

Schin­dler na­dal się śmiał. Wy­cią­gnął rękę i opu­ścił ją na ra­mię Ster­na.

– Więc to tak? – za­py­tał.

W rze­czy­wi­sto­ści Stern wie­dział to wszyst­ko, po­nie­waż Aue otrzy­mał ob­szer­ne dy­rek­ty­wy od se­kre­ta­rza sta­nu Rze­szy, Eber­har­da von Ja­gwit­za z Mi­ni­ster­stwa Go­spo­dar­ki, wy­ty­cza­ją­ce po­li­ty­kę, jaką na­le­ży przy­jąć przy przej­mo­wa­niu pry­wat­nych przed­się­biorstw od Ży­dów. Aue po­le­cił Ster­no­wi stre­ścić ten do­ku­ment. Von Ja­gwitz za­zna­czył w nim, bar­dziej ze smut­kiem niż ze zło­ścią, że będą mia­ły miej­sce na­ci­ski z in­nych in­stan­cji par­tyj­nych i rzą­do­wych, ta­kich jak Hey­dri­chow­ska RHSA, Głów­ny Urząd Bez­pie­czeń­stwa Rze­szy, by ode­brać Ży­dom pra­wo wła­sno­ści firm, ale tak­że usu­nąć ich z za­rzą­du i spo­śród ro­bot­ni­ków. Im szyb­ciej ko­mi­sa­rze „od­fil­tru­ją” wy­kwa­li­fi­ko­wa­nych ży­dow­skich pra­cow­ni­ków, tym le­piej – oczy­wi­ście za­wsze ma­jąc na uwa­dze utrzy­ma­nie za­do­wa­la­ją­ce­go po­zio­mu pro­duk­cji.

Oskar wło­żył ze­sta­wie­nie bi­lan­so­we „Re­kor­du” z po­wro­tem do kie­sze­ni na pier­si, po czym wstał i po­pro­wa­dził Iza­aka Ster­na do biu­ra. Sta­li tam ja­kiś czas wśród ma­szy­ni­stek i re­fe­ren­tów, w nie­co fi­lo­zo­ficz­nym na­stro­ju. Oskar po­ru­szył te­mat związ­ków chrze­ści­jań­stwa z ju­da­izmem. Spra­wa ta, być może z po­wo­du chło­pię­cej przy­jaź­ni z Kan­to­ra­mi w Zwit­tau, od daw­na cho­dzi­ła mu po gło­wie. Stern mó­wił mięk­ko, ob­szer­nie, ucze­nie. Pu­bli­ko­wał nie­gdyś ar­ty­ku­ły w pi­smach po­świę­co­nych re­li­gio­znaw­stwu po­rów­naw­cze­mu. Oskar, któ­ry nie­słusz­nie miał się za fi­lo­zo­fa, tra­fił te­raz na eks­per­ta. Stern, uczo­ny, któ­re­go nie­któ­rzy uwa­ża­li za pe­dan­ta, uznał Oska­ro­we ro­zu­mie­nie pro­ble­mu za płyt­kie, a jego umysł za żywy z na­tu­ry, ale po­zba­wio­ny więk­szej spraw­no­ści po­ję­cio­wej. Nie żeby Stern miał na­rze­kać. Ta dziw­na przy­jaźń obu męż­czyzn była już moc­no ugrun­to­wa­na. Te­raz Stern, po­dob­nie jak kie­dyś oj­ciec Oska­ra, prze­pro­wa­dził ana­lo­gię mię­dzy Trze­cią Rze­szą a po­przed­ni­mi im­pe­ria­mi i po­dał po­wo­dy, dla któ­rych Adolf Hi­tler nie bę­dzie mógł za­trium­fo­wać.

Opi­nia ta wy­rwa­ła mu się, gdy było już za póź­no, by ją wy­co­fać. Po­zo­sta­li Ży­dzi w biu­rze po­chy­li­li gło­wy i utkwi­li wzrok w pa­pie­rach. Ale Oskar opi­nią Ster­na w ogó­le się nie prze­jął.

Pod ko­niec roz­mo­wy po­wie­dział jed­nak coś nie­sza­blo­no­we­go. W ta­kich cza­sach, za­uwa­żył, trud­no jest chy­ba ko­ścio­łom gło­sić wier­nym, że Bóg trosz­czy się o ży­cie każ­de­go ro­ba­ka. I do­dał, że za nic nie chciał­by być ka­pła­nem w ta­kiej epo­ce jak ta, gdy ży­cie nie jest war­te na­wet pacz­ki pa­pie­ro­sów. Stern zgo­dził się z tym, ale do­dał, zresz­tą w du­chu tej roz­mo­wy, że bi­blij­ną wzmian­kę, jaką zro­bił Herr Schin­dler, moż­na pod­su­mo­wać jed­nym zda­niem z Tal­mu­du, mó­wią­cym, iż ten, kto ra­tu­je ży­cie jed­ne­go czło­wie­ka, ra­tu­je cały świat.

– Oczy­wi­ście, oczy­wi­ście – zgo­dził się Oskar.

Słusz­nie czy nie, Iza­ak był po­tem nie­zbi­cie prze­ko­na­ny, że wła­śnie wte­dy pa­dło wła­ści­we ziar­no na wła­ści­wy grunt.

Загрузка...