XVII
Do Krakowa przybył austriacki dentysta, dr Sedlacek, i ostrożnie rozpytywał się o Schindlera. Przyjechał pociągiem z Budapesztu; przywiózł z sobą listę potencjalnych kontaktów, a w walizce z podwójnym dnem plik okupacyjnych złotych. Gubernator Frank wiedział, co robi, kiedy unieważniał większe nominały polskiej waluty.
Dr Sedlacek udawał, że przyjeżdża w interesach; w rzeczywistości był kurierem syjonistycznej organizacji pomocy z Budapesztu.
Jeszcze jesienią 1942 roku syjoniści w Palestynie, nie mówiąc już o reszcie świata, słyszeli tylko pogłoski o tym, co się dzieje w Europie. Założyli w Istambule biuro zbierania sprawdzonych wiadomości. Z mieszkania w dzielnicy Beyoglu troje agentów rozsyłało pocztówki do każdej organizacji syjonistycznej w okupowanej przez Niemców Europie. Tekst brzmiał: „Dajcie mi o sobie znać. Eretz tęskni za wami”. „Eretz” znaczy „kraj”, a dla każdego syjonisty – Izrael. Wszystkie kartki podpisywała jedna i ta sama osoba, Sarka Mandelblatt, która miała wygodne, tureckie obywatelstwo.
Pocztówki trafiły w próżnię. Nikt nie odpowiadał. Znaczyło to, że adresaci są w więzieniu, w lesie, w obozie, w getcie lub nie żyją. Jedyną informacją dla istambulskich syjonistów była złowieszcza cisza.
Dopiero późną jesienią 1942 roku organizacja otrzymała jedną odpowiedź, pocztówkę z widokiem Belvaros w Budapeszcie. Widniał na niej tekst: „Dobrze, że się zainteresowaliście moją sytuacją. Rahamin maher (szybka pomoc) bardzo potrzebna. Bądźcie w kontakcie”.
Odpowiedź tę ułożył budapeszteński złotnik Samu Springmann, który otrzymał i odcyfrował wiadomość z kartki od Sarki Mandelblatt. Samu był drobnej postury, wzrostu dżokeja, w sile wieku. Od trzynastego roku życia, pomimo niezachwianej uczciwości, „smarował” urzędników, wyświadczał przysługi korpusowi dyplomatycznemu, przekupywał bezwzględną tajną policję węgierską. Teraz istambulscy agenci dali mu znać, że chcą go użyć do przesyłania pomocy finansowej na teren imperium niemieckiego i do przekazywania im, a za ich pośrednictwem światu, konkretnych danych o sytuacji europejskich Żydów.
Na sprzymierzonych z Niemcami Węgrzech generała Horthyego Samu Springmann i jego koledzy-syjoniści byli tak samo pozbawieni wiadomości spoza polskiej granicy, jak ci w Istambule. Ale Samu zaczął werbować kurierów, którzy czy to za pieniądze, czy z przekonania podejmowali się penetrować okupowane terytoria. Jednym z nich był handlarz diamentami, Erich Popescu, agent węgierskiej tajnej policji. Innym przemytnik dywanów Bandi Grosz, który również pomagał tajnej policji, ale zaczął pracować dla Springmanna, żeby odpokutować za cierpienia, na jakie naraził swą nieżyjącą już matkę. Trzecim był Rudi Schulz, Austriak, kasiarz, agent Urzędu Nadzorczego Gestapo w Stuttgarcie. Springmann miał dar zjednywania sobie podwójnych agentów, jak Popescu, Grosz i Schulz, przez granie na ich sentymentach, na chciwości, a nawet na zasadach, jeśli oczywiście je mieli.
Niektórzy z jego kurierów rzeczywiście byli idealistami. Rozpytujący o Herr Schindlera Sedlacek też do nich należał. W Wiedniu miał dobrze prosperujący gabinet dentystyczny i jako człowiek po czterdziestce nie potrzebował wozić do Polski walizek z podwójnym dnem. A mimo to znalazł się tutaj, wraz ze sporządzoną w Istambule listą. A drugie nazwisko na liście brzmiało: „Oskar Schindler”!
Oznaczało to, że ktoś – może Izaak Stern, może przemysłowiec Ginter, może dr Aleksander Biberstein – podał jego nazwisko syjonistom w Palestynie. Tym samym uznano go za człowieka sprawiedliwego, o czym Oskar oczywiście nie miał pojęcia.
Doktor Sedlacek miał znajomego w krakowskim garnizonie, jak on wiedeńczyka, swojego byłego pacjenta. Był nim major Franz von Korab z Wehrmachtu. Pierwszego wieczora po przyjeździe do Krakowa doktor chciał się spotkać z majorem przy drinku w hotelu „Cracovia”. Sedlacek miał za sobą przykry dzień: poszedł nad szarą Wisłę i patrzył na Podgórze, ponurą fortecę otoczoną drutami kolczastymi i wysokimi, przypominającymi nagrobki murami. W ów brzydki zimowy dzień nad miejscem tym wisiała chmura szczególnie ciemna, i mocniejszy też padał deszcz za wschodnią bramą muru, gdzie nawet policjanci sprawiali wrażenie przeklętych. Gdy nadeszła pora spotkania z von Korabem, Sedlacek z ulgą opuścił to miejsce.
Na przedmieściach Wiednia zawsze plotkowano, że babka von Koraba była Żydówką. Mówili tak nudzący się w poczekalni pacjenci – w Rzeszy plotki na temat genealogii były, na równi z pogodą, traktowane jako temat do pogawędek. Ludzie z powagą zastanawiali się przy kieliszku, czy to prawda, że babka Reinharda Heydricha poślubiła Żyda o nazwisku Suss. Raz, wbrew zdrowemu rozsądkowi, za to w imię przyjaźni, von Korab przyznał się Sedlackowi, że plotki na jego temat są prawdą. Wyznanie to oznaczało gest zaufania, za który teraz można się było bezpiecznie zrewanżować. Sedlacek pytał więc majora o niektórych ludzi z istambulskiej listy. Przy nazwisku Schindlera von Korab roześmiał się szeroko. Znał Herr Schindlera, bywał z nim na przyjęciach. Jest wielki, mówił major, i robi wielkie pieniądze. Bardziej inteligentny, niż się wydaje. Mogę zaraz do niego zadzwonić i umówić pana z nim, zaproponował von Korab.
Nazajutrz o dziesiątej rano weszli obaj do gabinetu w „Emalii”. Schindler przywitał Sedlacka uprzejmie, ale cały czas spoglądał na majora, chcąc zgłębić, na ile ten ufa dentyście. Po jakimś czasie Oskar przekonał się do przybysza, a major opuścił ich, nie dając się namówić na poranną kawę.
– A zatem – zaczął Sedlacek po wyjściu von Koraba – powiem panu dokładnie, skąd przyjechałem.
Nie wspominał o przywiezionych pieniądzach ani o tym, że w przyszłości zaufani łącznicy w Polsce będą dostawać duże sumy od żydowskiej organizacji Joint Distribution Committee. Dentysta pytał jedynie, co Herr Schindler wie i myśli o wojnie przeciwko Żydom w Polsce.
Schindler zawahał się. Przez sekundę Sedlacek spodziewał się odmowy. Rosnące zakłady Schindlera zatrudniały pięciuset pięćdziesięciu Żydów na esesowskich stawkach. Takim jak Schindler Inspektorat Uzbrojenia gwarantował ciągły napływ lukratywnych kontraktów, a SS za nie więcej niż siedem i pół marki od osoby dziennie zapewniało ciągłość niewolniczej siły roboczej. Nie byłoby dziwne, gdyby przemysłowiec rozparł się teraz w fotelu i powiedział, że nic nie wie.
– Jest jeden problem, Herr Sedlacek: to, co oni robią z ludźmi w tym kraju, przechodzi wszelkie wyobrażenie.
– Chce pan powiedzieć, że moi zleceniodawcy mogą nie uwierzyć panu? – zapytał Sedlacek.
– Mnie samemu trudno w to uwierzyć – rzekł Schindler.
Wstał, podszedł do szafki, nalał dwa kieliszki koniaku i podał jeden Sedlackowi. Z drugim powrócił na swoje miejsce przy biurku. Wypił łyk, zmarszczył brwi na widok jakiejś faktury, podniósł ją, podszedł na palcach do drzwi i otworzył je z rozmachem, jakby obawiał się podsłuchiwania. Przez chwilę stał tak obramowany futryną. Potem Sedlacek usłyszał, jak swobodnie rozmawia o tej fakturze ze swoją polską sekretarką. Po paru minutach, zamykając za sobą drzwi, wrócił do Sedlacka, znów zajął miejsce za biurkiem i po kolejnym głębokim łyku zaczął mówić.
Nawet w wąskim środowisku Sedlacka, jego wiedeńskim stowarzyszeniu antynazistowskim, nie wyobrażano sobie, że prześladowania są prowadzone aż tak systematycznie. Opowieść Schindlera była wprost niewiarygodna, nie tylko w kategoriach moralnych: bo czy to możliwe, aby w czasie wojny narodowi socjaliści przeznaczali tysiące żołnierzy, cenny tabor kolejowy i związane z nim możliwości przewozowe, kosztowną technikę, część kadry naukowej z ośrodków badawczo-rozwojowych, znaczny sektor biurokracji, całe arsenały broni automatycznej, magazyny amunicji – dla celów eksterminacji, nie posiadającej znaczenia militarnego ani gospodarczego, lecz jedynie psychologiczne? Doktor Sedlacek spodziewał się innego rodzaju prześladowań: głodu, ucisku ekonomicznego, tu i ówdzie brutalnych pogromów, pogwałcenia praw własności – przykładów znanych z historii.
Krótki opis wydarzeń w Polsce przekonał Sedlacka tylko dlatego, że pochodził od Oskara. Od początku okupacji powodziło mu się dobrze: zaszył się w swoim własnym światku z kieliszkiem koniaku w dłoni. Był w nim zarówno wielki spokój wewnętrzny, jak i głęboki gniew. Był kimś, kto nie potrafi nie wierzyć w najgorsze. W swojej opowieści nie wykazywał skłonności do przesady.
– Jeśli załatwię panu wizę – zapytał Sedlacek – to czy przyjedzie pan do Budapesztu przekazać to, co mi pan tu opowiedział, moim mocodawcom?
Przez moment Schindler wyglądał na zaskoczonego.
– Może pan napisać sprawozdanie – zaproponował. – Z pewnością słyszał pan już to wszystko z innych źródeł.
Lecz Sedlacek zaprzeczył; trafiały się tylko pojedyncze opisy, szczegóły tego czy tamtego incydentu. Żadnego szerszego spojrzenia.
– Niech pan przyjedzie do Budapesztu – namawiał Sedlacek. – Tylko proszę pamiętać, że podróż może być niewygodna.
– Czy to znaczy, że będę musiał iść pieszo?
– Aż tak źle nie jest – odparł dentysta. – Ale nie jest wykluczone, że będzie pan musiał jechać pociągiem towarowym.
– Przyjadę – obiecał Oskar.
Sedlacek wypytał go o inne nazwiska z istambulskiej listy. Na jej czele figurował krakowski dentysta. Dentystów łatwo odwiedzać, mówił Sedlacek, ponieważ każdy człowiek na świecie ma przynajmniej jedną prawdziwą dziurę w zębie.
– Nie – sprzeciwił się Schindler – niech pan się z nim nie kontaktuje. Poszedł na współpracę z SS.
Przed powrotem do Budapesztu, do Springmanna, dr Sedlacek jeszcze raz spotkał się z Schindlerem. W jego gabinecie w „Emalii” wręczył mu niemal całą przywiezioną sumę. Biorąc pod uwagę upodobania Schindlera, istniało pewne ryzyko, że wyda te pieniądze na czarnorynkową biżuterię dla swoich kochanek. Lecz ani Springmann, ani Istambuł nie domagali się gwarancji. Nie mogli się spodziewać, że rozliczą odbiorców takich sum.
Ale Oskar zachował się bez zarzutu: przekazał pieniądze społeczności żydowskiej, by je wydała według swojego uznania.
Mordechaj Wulkan, który – podobnie jak Dresnerowa – zetknie się z Oskarem Schindlerem, był z zawodu złotnikiem. Teraz, pod koniec roku, odwiedził go w domu jeden z członków sekcji politycznej Spiry. Nic takiego, uspokajał odeman. To prawda, że Wulkan był notowany. Rok wcześniej podpadł odemanom za sprzedaż waluty na czarnym rynku. Gdy nie przyjął pracy agenta w Biurze Kontroli Waluty, został pobity przez SS, a jego żona musiała złożyć wizytę wachmeistrowi Beckowi i dać łapówkę w zamian za jego uwolnienie.
W czerwcu tego roku już miał być wywieziony do Bełżca, ale znajomy odeman wyprowadził go z dziedzińca „Optimy”. Nawet w OD znajdowali się syjoniści, jakkolwiek małe mieli szanse zobaczyć kiedyś Jerozolimę.
Ten, który przyszedł do niego teraz, nie był syjonistą. Powiedział mu, że SS pilnie potrzebuje czterech złotników. Symche Spira dostał trzy godziny na ich znalezienie. W ten sposób Herzog, Friedner, Grüner i Wulkan, czterej złotnicy, znaleźli się na posterunku OD i zostali zaprowadzeni z getta do byłej Politechniki, obecnie magazynu Głównego Urzędu Gospodarczo-Administracyjnego SS.
Z chwilą gdy Wulkan wszedł na teren Politechniki, stało się dlań jasne, że obowiązują tu nadzwyczajne środki bezpieczeństwa. Przy każdych drzwiach stał strażnik. W hallu oficer SS ostrzegł złotników, że jeśli powiedzą komuś o tym, co tu robili, to zostaną wysłani do obozu pracy. Kazał im codziennie przynosić ze sobą szlifierki do diamentów i przybory do sprawdzania próby złota.
Poprowadzono ich do piwnicy. Dokoła ścian ciągnęły się półki wypełnione walizkami, każda z nazwiskiem, starannie, choć na próżno wypisanym przez byłego właściciela. Pod wysoko umieszczonymi oknami stał rząd drewnianych skrzyń. Czterej złotnicy kucnęli w pustym miejscu na środku, a dwóch esesmanów zdjęło walizkę, przeniosło ją z trudem i wysypało zawartość przed Herzogiem. Poszli po następną, którą opróżnili przed Grünerem. Kolejne kaskady złota posypały się przed Friednerem i Wulkanem. Było to stare złoto: pierścionki, broszki, bransolety, zegarki, lorgnon, cygarniczki. Zadaniem złotników było ustalenie próby złota i oddzielenie pełnego kruszcu od pozłoty. Diamenty i perły trzeba było oszacować. Mieli segregować wszystko – według wartości i wagi – na osobne stosy.
Z początku podnosili te przedmioty niepewnie, ale już wkrótce doszły do głosu stare, zawodowe przyzwyczajenia. Posortowane złoto i biżuterię esesmani ładowali do naszykowanych skrzyń. Na wypełnionych skrzyniach malowano czarną farbą napis: „SS Reichsführer Berlin”. Pośród tej biżuterii było wiele dziecięcych pierścionków i trzeba było racjonalnie, chłodno reagować na świadomość ich pochodzenia. Tylko raz złotnicy zamarli – gdy esesmani otworzyli walizkę i wysypały się z niej złote zęby, jeszcze pomazane krwią. Ze stosu piętrzącego się u stóp Wulkana usta tysięcy pomordowanych krzyczały do niego, żeby wstał, odrzucił swoje przyrządy i powiedział o haniebnym pochodzeniu tych walorów. Po chwilowej przerwie Herzog i Grüner, Wulkan i Friedner znów zabrali się do sortowania, zdając sobie teraz sprawę z wartości tego, co sami nosili w ustach, i co w każdej chwili mogło stać się celem zainteresowania niemieckich poszukiwaczy złota.
Sortowanie skarbów Politechniki zajęło im sześć tygodni. Gdy skończyli, zabrano ich z kolei do nie używanego garażu, zamienionego na magazyn srebra. Kanały serwisowe były wypełnione czystym srebrem – pierścionkami, wisiorkami, talerzami paschalnymi, wskazówkami do Tory, napierśnikami, koronami, kandelabrami. Oddzielali przedmioty srebrne od posrebrzanych, wszystko ważyli. Odpowiedzialny za całą operację oficer SS narzekał, jak niewygodnie będzie pakować te przedmioty, a Wulkan zaproponował, aby je stopić. Choć nie był religijny, uważał, że pomniejszy to triumf zwycięzców, jeśli Rzesza otrzyma srebro odarte ze swojej judaistycznej formy. Jednak oficer się nie zgodził. Te przedmioty mogły być przeznaczone do jakiegoś dydaktycznego muzeum, a może w SS doceniano artyzm bóżnicowego srebra.
Gdy skończyli, Wulkan znów został bez pracy. Musiał regularnie opuszczać getto, by zdobyć żywność dla rodziny, szczególnie dla córki cierpiącej na bronchit. Przez jakiś czas pracował w warsztacie metalowym na Kazimierzu, gdzie poznał pewnego esesmana, Oberscharführern Golę. Gola znalazł mu pracę konserwatora w koszarach SA koło Wawelu. Wchodząc do stołówki ze swymi narzędziami, Wulkan zobaczył napis nad drzwiami: FÜR JUDEN UND HUNDE EINTRITT VERBOTEN – „Żydom i psom wstęp wzbroniony”. Napis ten, wraz z setkami tysięcy zębów, które szacował na Politechnice, przekonał go, że wybawienia nie będzie się można spodziewać jako bezceremonialnego gestu kogoś takiego jak Gola. Gola pił w stołówce nie spostrzegając napisu, tak jak nie zauważyłby braku rodziny Wulkana, gdyby ją zabrano do Bełżca czy innego miejsca o podobnym charakterze. Dlatego Wulkan, jak Dresnerowa i jakieś piętnaście tysięcy innych mieszkańców getta, wiedzieli, że potrzeba niezwykłego i wstrząsającego wybawienia. Ani przez chwilę jednak nie wierzyli, że do niego dojdzie.