XVII

Do Kra­ko­wa przy­był au­striac­ki den­ty­sta, dr Se­dla­cek, i ostroż­nie roz­py­ty­wał się o Schin­dle­ra. Przy­je­chał po­cią­giem z Bu­da­pesz­tu; przy­wiózł z sobą li­stę po­ten­cjal­nych kon­tak­tów, a w wa­liz­ce z po­dwój­nym dnem plik oku­pa­cyj­nych zło­tych. Gu­ber­na­tor Frank wie­dział, co robi, kie­dy unie­waż­niał więk­sze no­mi­na­ły pol­skiej wa­lu­ty.

Dr Se­dla­cek uda­wał, że przy­jeż­dża w in­te­re­sach; w rze­czy­wi­sto­ści był ku­rie­rem sy­jo­ni­stycz­nej or­ga­ni­za­cji po­mo­cy z Bu­da­pesz­tu.

Jesz­cze je­sie­nią 1942 roku sy­jo­ni­ści w Pa­le­sty­nie, nie mó­wiąc już o resz­cie świa­ta, sły­sze­li tyl­ko po­gło­ski o tym, co się dzie­je w Eu­ro­pie. Za­ło­ży­li w Istam­bu­le biu­ro zbie­ra­nia spraw­dzo­nych wia­do­mo­ści. Z miesz­ka­nia w dziel­ni­cy Bey­oglu tro­je agen­tów roz­sy­ła­ło pocz­tów­ki do każ­dej or­ga­ni­za­cji sy­jo­ni­stycz­nej w oku­po­wa­nej przez Niem­ców Eu­ro­pie. Tekst brzmiał: „Daj­cie mi o so­bie znać. Eretz tę­sk­ni za wami”. „Eretz” zna­czy „kraj”, a dla każ­de­go sy­jo­ni­sty – Izra­el. Wszyst­kie kart­ki pod­pi­sy­wa­ła jed­na i ta sama oso­ba, Sar­ka Man­del­blatt, któ­ra mia­ła wy­god­ne, tu­rec­kie oby­wa­tel­stwo.

Pocz­tów­ki tra­fi­ły w próż­nię. Nikt nie od­po­wia­dał. Zna­czy­ło to, że ad­re­sa­ci są w wię­zie­niu, w le­sie, w obo­zie, w get­cie lub nie żyją. Je­dy­ną in­for­ma­cją dla istam­bul­skich sy­jo­ni­stów była zło­wiesz­cza ci­sza.

Do­pie­ro póź­ną je­sie­nią 1942 roku or­ga­ni­za­cja otrzy­ma­ła jed­ną od­po­wiedź, pocz­tów­kę z wi­do­kiem Be­lva­ros w Bu­da­pesz­cie. Wid­niał na niej tekst: „Do­brze, że się za­in­te­re­so­wa­li­ście moją sy­tu­acją. Ra­ha­min ma­her (szyb­ka po­moc) bar­dzo po­trzeb­na. Bądź­cie w kon­tak­cie”.

Od­po­wiedź tę uło­żył bu­da­pesz­teń­ski złot­nik Samu Spring­mann, któ­ry otrzy­mał i od­cy­fro­wał wia­do­mość z kart­ki od Sar­ki Man­del­blatt. Samu był drob­nej po­stu­ry, wzro­stu dżo­ke­ja, w sile wie­ku. Od trzy­na­ste­go roku ży­cia, po­mi­mo nie­za­chwia­nej uczci­wo­ści, „sma­ro­wał” urzęd­ni­ków, wy­świad­czał przy­słu­gi kor­pu­so­wi dy­plo­ma­tycz­ne­mu, prze­ku­py­wał bez­względ­ną taj­ną po­li­cję wę­gier­ską. Te­raz istam­bul­scy agen­ci dali mu znać, że chcą go użyć do prze­sy­ła­nia po­mo­cy fi­nan­so­wej na te­ren im­pe­rium nie­miec­kie­go i do prze­ka­zy­wa­nia im, a za ich po­śred­nic­twem świa­tu, kon­kret­nych da­nych o sy­tu­acji eu­ro­pej­skich Ży­dów.

Na sprzy­mie­rzo­nych z Niem­ca­mi Wę­grzech ge­ne­ra­ła Hor­thy­ego Samu Spring­mann i jego ko­le­dzy-sy­jo­ni­ści byli tak samo po­zba­wie­ni wia­do­mo­ści spo­za pol­skiej gra­ni­cy, jak ci w Istam­bu­le. Ale Samu za­czął wer­bo­wać ku­rie­rów, któ­rzy czy to za pie­nią­dze, czy z prze­ko­na­nia po­dej­mo­wa­li się pe­ne­tro­wać oku­po­wa­ne te­ry­to­ria. Jed­nym z nich był han­dlarz dia­men­ta­mi, Erich Po­pe­scu, agent wę­gier­skiej taj­nej po­li­cji. In­nym prze­myt­nik dy­wa­nów Ban­di Grosz, któ­ry rów­nież po­ma­gał taj­nej po­li­cji, ale za­czął pra­co­wać dla Spring­man­na, żeby od­po­ku­to­wać za cier­pie­nia, na ja­kie na­ra­ził swą nie­ży­ją­cą już mat­kę. Trze­cim był Rudi Schulz, Au­striak, ka­siarz, agent Urzę­du Nad­zor­cze­go Ge­sta­po w Stut­t­gar­cie. Spring­mann miał dar zjed­ny­wa­nia so­bie po­dwój­nych agen­tów, jak Po­pe­scu, Grosz i Schulz, przez gra­nie na ich sen­ty­men­tach, na chci­wo­ści, a na­wet na za­sa­dach, je­śli oczy­wi­ście je mie­li.

Nie­któ­rzy z jego ku­rie­rów rze­czy­wi­ście byli ide­ali­sta­mi. Roz­py­tu­ją­cy o Herr Schin­dle­ra Se­dla­cek też do nich na­le­żał. W Wied­niu miał do­brze pro­spe­ru­ją­cy ga­bi­net den­ty­stycz­ny i jako czło­wiek po czter­dzie­st­ce nie po­trze­bo­wał wo­zić do Pol­ski wa­li­zek z po­dwój­nym dnem. A mimo to zna­lazł się tu­taj, wraz ze spo­rzą­dzo­ną w Istam­bu­le li­stą. A dru­gie na­zwi­sko na li­ście brzmia­ło: „Oskar Schin­dler”!

Ozna­cza­ło to, że ktoś – może Iza­ak Stern, może prze­my­sło­wiec Gin­ter, może dr Alek­san­der Bi­ber­ste­in – po­dał jego na­zwi­sko sy­jo­ni­stom w Pa­le­sty­nie. Tym sa­mym uzna­no go za czło­wie­ka spra­wie­dli­we­go, o czym Oskar oczy­wi­ście nie miał po­ję­cia.


Dok­tor Se­dla­cek miał zna­jo­me­go w kra­kow­skim gar­ni­zo­nie, jak on wie­deń­czy­ka, swo­je­go by­łe­go pa­cjen­ta. Był nim ma­jor Franz von Ko­rab z We­hr­mach­tu. Pierw­sze­go wie­czo­ra po przy­jeź­dzie do Kra­ko­wa dok­tor chciał się spo­tkać z ma­jo­rem przy drin­ku w ho­te­lu „Cra­co­via”. Se­dla­cek miał za sobą przy­kry dzień: po­szedł nad sza­rą Wi­słę i pa­trzył na Pod­gó­rze, po­nu­rą for­te­cę oto­czo­ną dru­ta­mi kol­cza­sty­mi i wy­so­ki­mi, przy­po­mi­na­ją­cy­mi na­grob­ki mu­ra­mi. W ów brzyd­ki zi­mo­wy dzień nad miej­scem tym wi­sia­ła chmu­ra szcze­gól­nie ciem­na, i moc­niej­szy też pa­dał deszcz za wschod­nią bra­mą muru, gdzie na­wet po­li­cjan­ci spra­wia­li wra­że­nie prze­klę­tych. Gdy na­de­szła pora spo­tka­nia z von Ko­ra­bem, Se­dla­cek z ulgą opu­ścił to miej­sce.

Na przed­mie­ściach Wied­nia za­wsze plot­ko­wa­no, że bab­ka von Ko­ra­ba była Ży­dów­ką. Mó­wi­li tak nu­dzą­cy się w po­cze­kal­ni pa­cjen­ci – w Rze­szy plot­ki na te­mat ge­ne­alo­gii były, na rów­ni z po­go­dą, trak­to­wa­ne jako te­mat do po­ga­wę­dek. Lu­dzie z po­wa­gą za­sta­na­wia­li się przy kie­lisz­ku, czy to praw­da, że bab­ka Re­in­har­da Hey­dri­cha po­ślu­bi­ła Żyda o na­zwi­sku Suss. Raz, wbrew zdro­we­mu roz­sąd­ko­wi, za to w imię przy­jaź­ni, von Ko­rab przy­znał się Se­dlac­ko­wi, że plot­ki na jego te­mat są praw­dą. Wy­zna­nie to ozna­cza­ło gest za­ufa­nia, za któ­ry te­raz moż­na się było bez­piecz­nie zre­wan­żo­wać. Se­dla­cek py­tał więc ma­jo­ra o nie­któ­rych lu­dzi z istam­bul­skiej li­sty. Przy na­zwi­sku Schin­dle­ra von Ko­rab ro­ze­śmiał się sze­ro­ko. Znał Herr Schin­dle­ra, by­wał z nim na przy­ję­ciach. Jest wiel­ki, mó­wił ma­jor, i robi wiel­kie pie­nią­dze. Bar­dziej in­te­li­gent­ny, niż się wy­da­je. Mogę za­raz do nie­go za­dzwo­nić i umó­wić pana z nim, za­pro­po­no­wał von Ko­rab.

Na­za­jutrz o dzie­sią­tej rano we­szli obaj do ga­bi­ne­tu w „Ema­lii”. Schin­dler przy­wi­tał Se­dlac­ka uprzej­mie, ale cały czas spo­glą­dał na ma­jo­ra, chcąc zgłę­bić, na ile ten ufa den­ty­ście. Po ja­kimś cza­sie Oskar prze­ko­nał się do przy­by­sza, a ma­jor opu­ścił ich, nie da­jąc się na­mó­wić na po­ran­ną kawę.

– A za­tem – za­czął Se­dla­cek po wyj­ściu von Ko­ra­ba – po­wiem panu do­kład­nie, skąd przy­je­cha­łem.

Nie wspo­mi­nał o przy­wie­zio­nych pie­nią­dzach ani o tym, że w przy­szło­ści za­ufa­ni łącz­ni­cy w Pol­sce będą do­sta­wać duże sumy od ży­dow­skiej or­ga­ni­za­cji Jo­int Di­stri­bu­tion Com­mit­tee. Den­ty­sta py­tał je­dy­nie, co Herr Schin­dler wie i my­śli o woj­nie prze­ciw­ko Ży­dom w Pol­sce.

Schin­dler za­wa­hał się. Przez se­kun­dę Se­dla­cek spo­dzie­wał się od­mo­wy. Ro­sną­ce za­kła­dy Schin­dle­ra za­trud­nia­ły pię­ciu­set pięć­dzie­się­ciu Ży­dów na ese­sow­skich staw­kach. Ta­kim jak Schin­dler In­spek­to­rat Uzbro­je­nia gwa­ran­to­wał cią­gły na­pływ lu­kra­tyw­nych kon­trak­tów, a SS za nie wię­cej niż sie­dem i pół mar­ki od oso­by dzien­nie za­pew­nia­ło cią­głość nie­wol­ni­czej siły ro­bo­czej. Nie by­ło­by dziw­ne, gdy­by prze­my­sło­wiec roz­parł się te­raz w fo­te­lu i po­wie­dział, że nic nie wie.

– Jest je­den pro­blem, Herr Se­dla­cek: to, co oni ro­bią z ludź­mi w tym kra­ju, prze­cho­dzi wszel­kie wy­obra­że­nie.

– Chce pan po­wie­dzieć, że moi zle­ce­nio­daw­cy mogą nie uwie­rzyć panu? – za­py­tał Se­dla­cek.

– Mnie sa­me­mu trud­no w to uwie­rzyć – rzekł Schin­dler.

Wstał, pod­szedł do szaf­ki, na­lał dwa kie­lisz­ki ko­nia­ku i po­dał je­den Se­dlac­ko­wi. Z dru­gim po­wró­cił na swo­je miej­sce przy biur­ku. Wy­pił łyk, zmarsz­czył brwi na wi­dok ja­kiejś fak­tu­ry, pod­niósł ją, pod­szedł na pal­cach do drzwi i otwo­rzył je z roz­ma­chem, jak­by oba­wiał się pod­słu­chi­wa­nia. Przez chwi­lę stał tak ob­ra­mo­wa­ny fu­try­ną. Po­tem Se­dla­cek usły­szał, jak swo­bod­nie roz­ma­wia o tej fak­tu­rze ze swo­ją pol­ską se­kre­tar­ką. Po paru mi­nu­tach, za­my­ka­jąc za sobą drzwi, wró­cił do Se­dlac­ka, znów za­jął miej­sce za biur­kiem i po ko­lej­nym głę­bo­kim łyku za­czął mó­wić.

Na­wet w wą­skim śro­do­wi­sku Se­dlac­ka, jego wie­deń­skim sto­wa­rzy­sze­niu an­ty­na­zi­stow­skim, nie wy­obra­ża­no so­bie, że prze­śla­do­wa­nia są pro­wa­dzo­ne aż tak sys­te­ma­tycz­nie. Opo­wieść Schin­dle­ra była wprost nie­wia­ry­god­na, nie tyl­ko w ka­te­go­riach mo­ral­nych: bo czy to moż­li­we, aby w cza­sie woj­ny na­ro­do­wi so­cja­li­ści prze­zna­cza­li ty­sią­ce żoł­nie­rzy, cen­ny ta­bor ko­le­jo­wy i zwią­za­ne z nim moż­li­wo­ści prze­wo­zo­we, kosz­tow­ną tech­ni­kę, część ka­dry na­uko­wej z ośrod­ków ba­daw­czo-roz­wo­jo­wych, znacz­ny sek­tor biu­ro­kra­cji, całe ar­se­na­ły bro­ni au­to­ma­tycz­nej, ma­ga­zy­ny amu­ni­cji – dla ce­lów eks­ter­mi­na­cji, nie po­sia­da­ją­cej zna­cze­nia mi­li­tar­ne­go ani go­spo­dar­cze­go, lecz je­dy­nie psy­cho­lo­gicz­ne? Dok­tor Se­dla­cek spo­dzie­wał się in­ne­go ro­dza­ju prze­śla­do­wań: gło­du, uci­sku eko­no­micz­ne­go, tu i ów­dzie bru­tal­nych po­gro­mów, po­gwał­ce­nia praw wła­sno­ści – przy­kła­dów zna­nych z hi­sto­rii.

Krót­ki opis wy­da­rzeń w Pol­sce prze­ko­nał Se­dlac­ka tyl­ko dla­te­go, że po­cho­dził od Oska­ra. Od po­cząt­ku oku­pa­cji po­wo­dzi­ło mu się do­brze: za­szył się w swo­im wła­snym świat­ku z kie­lisz­kiem ko­nia­ku w dło­ni. Był w nim za­rów­no wiel­ki spo­kój we­wnętrz­ny, jak i głę­bo­ki gniew. Był kimś, kto nie po­tra­fi nie wie­rzyć w naj­gor­sze. W swo­jej opo­wie­ści nie wy­ka­zy­wał skłon­no­ści do prze­sa­dy.

– Je­śli za­ła­twię panu wizę – za­py­tał Se­dla­cek – to czy przy­je­dzie pan do Bu­da­pesz­tu prze­ka­zać to, co mi pan tu opo­wie­dział, moim mo­co­daw­com?

Przez mo­ment Schin­dler wy­glą­dał na za­sko­czo­ne­go.

– Może pan na­pi­sać spra­woz­da­nie – za­pro­po­no­wał. – Z pew­no­ścią sły­szał pan już to wszyst­ko z in­nych źró­deł.

Lecz Se­dla­cek za­prze­czył; tra­fia­ły się tyl­ko po­je­dyn­cze opi­sy, szcze­gó­ły tego czy tam­te­go in­cy­den­tu. Żad­ne­go szer­sze­go spoj­rze­nia.

– Niech pan przy­je­dzie do Bu­da­pesz­tu – na­ma­wiał Se­dla­cek. – Tyl­ko pro­szę pa­mię­tać, że po­dróż może być nie­wy­god­na.

– Czy to zna­czy, że będę mu­siał iść pie­szo?

– Aż tak źle nie jest – od­parł den­ty­sta. – Ale nie jest wy­klu­czo­ne, że bę­dzie pan mu­siał je­chać po­cią­giem to­wa­ro­wym.

– Przy­ja­dę – obie­cał Oskar.

Se­dla­cek wy­py­tał go o inne na­zwi­ska z istam­bul­skiej li­sty. Na jej cze­le fi­gu­ro­wał kra­kow­ski den­ty­sta. Den­ty­stów ła­two od­wie­dzać, mó­wił Se­dla­cek, po­nie­waż każ­dy czło­wiek na świe­cie ma przy­naj­mniej jed­ną praw­dzi­wą dziu­rę w zę­bie.

– Nie – sprze­ci­wił się Schin­dler – niech pan się z nim nie kon­tak­tu­je. Po­szedł na współ­pra­cę z SS.

Przed po­wro­tem do Bu­da­pesz­tu, do Spring­man­na, dr Se­dla­cek jesz­cze raz spo­tkał się z Schin­dle­rem. W jego ga­bi­ne­cie w „Ema­lii” wrę­czył mu nie­mal całą przy­wie­zio­ną sumę. Bio­rąc pod uwa­gę upodo­ba­nia Schin­dle­ra, ist­nia­ło pew­ne ry­zy­ko, że wyda te pie­nią­dze na czar­no­ryn­ko­wą bi­żu­te­rię dla swo­ich ko­cha­nek. Lecz ani Spring­mann, ani Istam­buł nie do­ma­ga­li się gwa­ran­cji. Nie mo­gli się spo­dzie­wać, że roz­li­czą od­bior­ców ta­kich sum.

Ale Oskar za­cho­wał się bez za­rzu­tu: prze­ka­zał pie­nią­dze spo­łecz­no­ści ży­dow­skiej, by je wy­da­ła we­dług swo­je­go uzna­nia.


Mor­de­chaj Wul­kan, któ­ry – po­dob­nie jak Dre­sne­ro­wa – ze­tknie się z Oska­rem Schin­dle­rem, był z za­wo­du złot­ni­kiem. Te­raz, pod ko­niec roku, od­wie­dził go w domu je­den z człon­ków sek­cji po­li­tycz­nej Spi­ry. Nic ta­kie­go, uspo­ka­jał ode­man. To praw­da, że Wul­kan był no­to­wa­ny. Rok wcze­śniej pod­padł ode­ma­nom za sprze­daż wa­lu­ty na czar­nym ryn­ku. Gdy nie przy­jął pra­cy agen­ta w Biu­rze Kon­tro­li Wa­lu­ty, zo­stał po­bi­ty przez SS, a jego żona mu­sia­ła zło­żyć wi­zy­tę wach­me­istro­wi Bec­ko­wi i dać ła­pów­kę w za­mian za jego uwol­nie­nie.

W czerw­cu tego roku już miał być wy­wie­zio­ny do Bełż­ca, ale zna­jo­my ode­man wy­pro­wa­dził go z dzie­dziń­ca „Opti­my”. Na­wet w OD znaj­do­wa­li się sy­jo­ni­ści, jak­kol­wiek małe mie­li szan­se zo­ba­czyć kie­dyś Je­ro­zo­li­mę.

Ten, któ­ry przy­szedł do nie­go te­raz, nie był sy­jo­ni­stą. Po­wie­dział mu, że SS pil­nie po­trze­bu­je czte­rech złot­ni­ków. Sym­che Spi­ra do­stał trzy go­dzi­ny na ich zna­le­zie­nie. W ten spo­sób He­rzog, Fried­ner, Grüner i Wul­kan, czte­rej złot­ni­cy, zna­leź­li się na po­ste­run­ku OD i zo­sta­li za­pro­wa­dze­ni z get­ta do by­łej Po­li­tech­ni­ki, obec­nie ma­ga­zy­nu Głów­ne­go Urzę­du Go­spo­dar­czo-Ad­mi­ni­stra­cyj­ne­go SS.

Z chwi­lą gdy Wul­kan wszedł na te­ren Po­li­tech­ni­ki, sta­ło się dlań ja­sne, że obo­wią­zu­ją tu nad­zwy­czaj­ne środ­ki bez­pie­czeń­stwa. Przy każ­dych drzwiach stał straż­nik. W hal­lu ofi­cer SS ostrzegł złot­ni­ków, że je­śli po­wie­dzą ko­muś o tym, co tu ro­bi­li, to zo­sta­ną wy­sła­ni do obo­zu pra­cy. Ka­zał im co­dzien­nie przy­no­sić ze sobą szli­fier­ki do dia­men­tów i przy­bo­ry do spraw­dza­nia pró­by zło­ta.

Po­pro­wa­dzo­no ich do piw­ni­cy. Do­ko­ła ścian cią­gnę­ły się pół­ki wy­peł­nio­ne wa­liz­ka­mi, każ­da z na­zwi­skiem, sta­ran­nie, choć na próż­no wy­pi­sa­nym przez by­łe­go wła­ści­cie­la. Pod wy­so­ko umiesz­czo­ny­mi okna­mi stał rząd drew­nia­nych skrzyń. Czte­rej złot­ni­cy kuc­nę­li w pu­stym miej­scu na środ­ku, a dwóch es­es­ma­nów zdję­ło wa­liz­kę, prze­nio­sło ją z tru­dem i wy­sy­pa­ło za­war­tość przed He­rzo­giem. Po­szli po na­stęp­ną, któ­rą opróż­ni­li przed Grüne­rem. Ko­lej­ne ka­ska­dy zło­ta po­sy­pa­ły się przed Fried­ne­rem i Wul­ka­nem. Było to sta­re zło­to: pier­ścion­ki, brosz­ki, bran­so­le­ty, ze­gar­ki, lor­gnon, cy­gar­nicz­ki. Za­da­niem złot­ni­ków było usta­le­nie pró­by zło­ta i od­dzie­le­nie peł­ne­go krusz­cu od po­zło­ty. Dia­men­ty i per­ły trze­ba było osza­co­wać. Mie­li se­gre­go­wać wszyst­ko – we­dług war­to­ści i wagi – na osob­ne sto­sy.

Z po­cząt­ku pod­no­si­li te przed­mio­ty nie­pew­nie, ale już wkrót­ce do­szły do gło­su sta­re, za­wo­do­we przy­zwy­cza­je­nia. Po­sor­to­wa­ne zło­to i bi­żu­te­rię es­es­ma­ni ła­do­wa­li do na­szy­ko­wa­nych skrzyń. Na wy­peł­nio­nych skrzy­niach ma­lo­wa­no czar­ną far­bą na­pis: „SS Re­ichs­füh­rer Ber­lin”. Po­śród tej bi­żu­te­rii było wie­le dzie­cię­cych pier­ścion­ków i trze­ba było ra­cjo­nal­nie, chłod­no re­ago­wać na świa­do­mość ich po­cho­dze­nia. Tyl­ko raz złot­ni­cy za­mar­li – gdy es­es­ma­ni otwo­rzy­li wa­liz­kę i wy­sy­pa­ły się z niej zło­te zęby, jesz­cze po­ma­za­ne krwią. Ze sto­su pię­trzą­ce­go się u stóp Wul­ka­na usta ty­się­cy po­mor­do­wa­nych krzy­cza­ły do nie­go, żeby wstał, od­rzu­cił swo­je przy­rzą­dy i po­wie­dział o ha­nieb­nym po­cho­dze­niu tych wa­lo­rów. Po chwi­lo­wej prze­rwie He­rzog i Grüner, Wul­kan i Fried­ner znów za­bra­li się do sor­to­wa­nia, zda­jąc so­bie te­raz spra­wę z war­to­ści tego, co sami no­si­li w ustach, i co w każ­dej chwi­li mo­gło stać się ce­lem za­in­te­re­so­wa­nia nie­miec­kich po­szu­ki­wa­czy zło­ta.

Sor­to­wa­nie skar­bów Po­li­tech­ni­ki za­ję­ło im sześć ty­go­dni. Gdy skoń­czy­li, za­bra­no ich z ko­lei do nie uży­wa­ne­go ga­ra­żu, za­mie­nio­ne­go na ma­ga­zyn sre­bra. Ka­na­ły ser­wi­so­we były wy­peł­nio­ne czy­stym sre­brem – pier­ścion­ka­mi, wi­sior­ka­mi, ta­le­rza­mi pas­chal­ny­mi, wska­zów­ka­mi do Tory, na­pier­śni­ka­mi, ko­ro­na­mi, kan­de­la­bra­mi. Od­dzie­la­li przed­mio­ty srebr­ne od po­sre­brza­nych, wszyst­ko wa­ży­li. Od­po­wie­dzial­ny za całą ope­ra­cję ofi­cer SS na­rze­kał, jak nie­wy­god­nie bę­dzie pa­ko­wać te przed­mio­ty, a Wul­kan za­pro­po­no­wał, aby je sto­pić. Choć nie był re­li­gij­ny, uwa­żał, że po­mniej­szy to triumf zwy­cięz­ców, je­śli Rze­sza otrzy­ma sre­bro odar­te ze swo­jej ju­da­istycz­nej for­my. Jed­nak ofi­cer się nie zgo­dził. Te przed­mio­ty mo­gły być prze­zna­czo­ne do ja­kie­goś dy­dak­tycz­ne­go mu­zeum, a może w SS do­ce­nia­no ar­tyzm bóż­ni­co­we­go sre­bra.

Gdy skoń­czy­li, Wul­kan znów zo­stał bez pra­cy. Mu­siał re­gu­lar­nie opusz­czać get­to, by zdo­być żyw­ność dla ro­dzi­ny, szcze­gól­nie dla cór­ki cier­pią­cej na bron­chit. Przez ja­kiś czas pra­co­wał w warsz­ta­cie me­ta­lo­wym na Ka­zi­mie­rzu, gdzie po­znał pew­ne­go es­es­ma­na, Obe­rschar­füh­rern Golę. Gola zna­lazł mu pra­cę kon­ser­wa­to­ra w ko­sza­rach SA koło Wa­we­lu. Wcho­dząc do sto­łów­ki ze swy­mi na­rzę­dzia­mi, Wul­kan zo­ba­czył na­pis nad drzwia­mi: FÜR JU­DEN UND HUN­DE EIN­TRITT VER­BO­TEN – „Ży­dom i psom wstęp wzbro­nio­ny”. Na­pis ten, wraz z set­ka­mi ty­się­cy zę­bów, któ­re sza­co­wał na Po­li­tech­ni­ce, prze­ko­nał go, że wy­ba­wie­nia nie bę­dzie się moż­na spo­dzie­wać jako bez­ce­re­mo­nial­ne­go ge­stu ko­goś ta­kie­go jak Gola. Gola pił w sto­łów­ce nie spo­strze­ga­jąc na­pi­su, tak jak nie za­uwa­żył­by bra­ku ro­dzi­ny Wul­ka­na, gdy­by ją za­bra­no do Bełż­ca czy in­ne­go miej­sca o po­dob­nym cha­rak­te­rze. Dla­te­go Wul­kan, jak Dre­sne­ro­wa i ja­kieś pięt­na­ście ty­się­cy in­nych miesz­kań­ców get­ta, wie­dzie­li, że po­trze­ba nie­zwy­kłe­go i wstrzą­sa­ją­ce­go wy­ba­wie­nia. Ani przez chwi­lę jed­nak nie wie­rzy­li, że do nie­go doj­dzie.

Загрузка...