Szklany wzrok gronostaja

Smoking odprasowany był starannie, lecz niewprawnie, i nieco się marszczył, za to lakierki nowy sługa wypucował tak, że lśniły jak kryształ. Błyszczał też czarny jedwabny cylinder. Do butonierki Doronin ofiarował zastępcy biały goździk. Jednym słowem, Erast Pietrowicz, spojrzawszy w lustro, poczuł się usatysfakcjonowany.

Ruszyli kolejno: najpierw Wsiewołod Witaljewicz i pani Obayashi rikszą, z tyłu Fandorin na trycyklu.

Mimo późnej pory, bulwar Bund nie spał jeszcze i spacerowicze odprowadzali efektownego welocypedystę spojrzeniami: mężczyźni niechętnymi, damy zainteresowanymi.

– Robi pan furorę! – wesoło krzyknął Doronin. Fandorin zaś pomyślał, że Obayashi w swoim eleganckim biało-szarym kimonie wygląda o wiele wytworniej niż europejskie modnisie w nieprawdopodobnych kapeluszach i falbaniastych sukniach z tiurniurami.

Przejechali przez most, wspięli się na niewysokie wzgórze, i przed Fandorinem roztoczył się w blasku księżyca zaiste zadziwiający obraz: stylowe wille, ażurowe żeliwne kraty, żywopłoty, jednym słowem, kompletne brytyjskie town-ship, jakimś cudem przeniesione o dziesięć tysięcy mil od południka Greenwich.

– To Bluff – rzekł chełpliwie konsul. – Całe lepsze towarzystwo mieszka tu właśnie. Czyż to nie Europa? Któż by uwierzył, że dziesięć lat temu była tu pustka! Proszę tylko spojrzeć na gazony. A mówią, że taką trawę trzeba najpierw strzyc przez trzysta lat!

Korzystając z tego, że droga stała się szersza, Erast Pietrowicz zrównał się z bryczką i półgłosem zapytał:

– Mówił pan, że to bal kawalerski…

Nie dopowiedział, ale Doronin i tak zrozumiał. Zaśmiał się.

– Chodzi panu o Obayashi? „Kawalerski” nigdy nie oznaczał: „bez pań”, tylko „bez żon”. Europejskie małżonki są zbyt nadęte i nudne: psują całą zabawę. Co innego konkubiny. W tym właśnie zasługa Dona Tsurumakiego, że umie brać, co najlepsze, i ze Wschodu, i z Zachodu. Od pierwszego brak bigoterii, od drugiego-osiągnięcia postępu. Wkrótce sam pan zobaczy. Don to Japończyk nowej generacji. Tak też ich nazywają: nowi Japończycy. To dzisiejsi królowie życia. Często wywodzą się z samurajów, niekiedy jednak z kupców, czyli są czymś w rodzaju naszych raznoczyńców, gdyby ci wyszli naraz na milionerów. Kiedyś człowiek, do którego jedziemy, nosił plebejskie nazwisko Dziro, co oznacza po prostu „drugi syn”, a nazwiska nie miał w ogóle, bo w dawnej Japonii ludziom prostym ono nie przysługiwało. Przyjął je niedawno od nazwy rodzinnej wsi, a do imienia dla efektu dodał hieroglif don, czyli „chmura”, i zmienił się w Dondziro, ale z czasem końcówka jakoś znikła i został tylko Don-san, a więc Pan Chmura. Zresztą naprawdę przypomina żwawą chmurę: hałaśliwy, bezceremonialny, gromki. Najbardziej niejapoński ze wszystkich Japończyków. Ot, wesoły rozbójnik. Takiego, wie pan, dobrze mieć wśród przyjaciół, a niebezpiecznie wśród wrogów. Ale na szczęście żyjemy w przyjaźni.

Dwaj riksze, ciągnący bryczkę, stanęli przed wysoką, ażurową bramą, za którą widniała oświetlona pochodniami sadzawka, a w dali duży dwupiętrowy dom, wesoło jaśniejący oknami i różnobarwnymi lampionami. Aleją ciągnął powoli szereg ekwipaży i tubylczych kurum – goście wysiadali przed wejściowym portykiem.

– Tsurumaki to wioseczka na zachód od Jokohamy – kontynuował opowieść Doronin, przytrzymując ręką kierownicę welocypedu, gdyż Erast Pietrowicz skrobał w notesie, od czasu do czasu naciskając nogą pedał. – Nasz niegdysiejszy Dziro wzbogacił się na zamówieniach budowlanych jeszcze za dawnego reżimu, za szogunatu. Zamówienia budowlane to w każdej epoce i kraju sprawy niejasne i ryzykowne. Murarze zaś – buntowniczy ludek. Trzymać ich pod kontrolą można tylko siłą i sprytem. Don zorganizował cały oddział nadzorców, znakomicie wyszkolonych i uzbrojonych, wszystkie prace wykonywał w terminie, a jakich to wymagało środków, klientom było obojętne. Gdy między stronnikami szoguna i mikada zaczęła się wojna domowa, od razu zwąchał, skąd wiatr wieje, i przyłączył się do rewolucjonistów. Z nadzorców i robotników stworzył oddziały bojowe – nazwano je „czarnymi kurtkami” od barwy roboczej odzieży. Powojował może ze dwa tygodnie, a kupony od tego odcina już dziesięć lat. Teraz jest i politykiem, i przedsiębiorcą, i filantropem. Pan Chmura otworzył pierwszą w kraju szkołę angielską, liceum techniczne, wzniósł nawet wzorcowe więzienie, zapewne na cześć swej okrytej chmurami przeszłości. Nasz Settlement wprost uwiądłby bez niego. To właściciel połowy klubów i miejsc rozrywek. Łatwy kontakt z urzędnikami rządowymi, zyskowne zamówienia – wszystko przez niego. Gubernatorzy czterech okolicznych prefektur, a czasem i ministrowie, jeżdżą doń po rady…

Tu Doronin przerwał w pół słowa i ostrożnie wskazał podbródkiem w bok.

– Proszę: tu ma pan zresztą postać dużo bardziej wpływową niż Don. Główny doradca zagraniczny cesarskiego rządu, a przy tym główny wróg rosyjskich interesów. Najczcigodniejszy Algernon Bullcox we własnej osobie.

Z lewa przez gazon spiesznym krokiem nadchodziła para: wysoki dżentelmen z odkrytą głową i strojna dama.

Podeszli bliżej. Mężczyzna pobieżnie obrzucił wzrokiem oczekujących na wysiadanie gości i powiódł towarzyszkę wprost do głównego wejścia.

Był to bardzo malowniczy jegomość: bujna ognistoruda czupryna, krzaczaste bokobrody, ostre (a może wręcz orle) spojrzenie, biała blizna od szabli na policzku.

– Cóż jest czcigodnego w tym Bullcoksie? – zdziwił się Fandorin.

Doronin parsknął.

– Nic. Miałem na myśli tytuł. Bullcox right honourable, młodszy syn księcia Bradfordu, z tych młodych drapieżników, których zwą „nadzieją imperium”. Zabłysnął w Indiach, teraz podbija Daleki Wschód, i boję się, że go podbije. – Wsiewołod Witaljewicz westchnął. – Nazbyt już nasze siły wobec Brytyjczyków nierówne, tak morskie, jak i dyplomatyczne.

Pochwyciwszy wzrok „czcigodnego”, konsul skłonił się oschle. Brytyjczyk z lekka skinął głową i odwrócił się.

– Wciąż jeszcze się sobie kłaniamy – komentował Doronin – lecz w razie, nie daj Bóg, wojny, można się po nim spodziewać wszystkiego. Należy do gatunku ludzi, którzy nie uznają zasad i zadań niewykonalnych.

Konsul wciąż mówił jeszcze o zdradzieckim synu Albionu, gdy wtem z Erastem Pietrowiczem zaszedł przedziwny przypadek: słyszał głos pryncypała, nawet przytakiwał ruchem głowy, ale przestał kompletnie pojmować sens słów. I ów niepojęty fenomen wydarzył się z przyczyny na wskroś błahej, wręcz niepoważnej. Towarzyszka Algernona Bullcoksa, na którą Fandorin nie zwracał dotąd uwagi, nagle się obejrzała.

Nic więcej prócz tego nie zaszło. Po prostu się obejrzała, i już. Lecz właśnie w owej sekundzie w uszach radcy tytularnego zabrzmiał srebrzysty brzęk, jego rozum utracił dar pojmowania słów, a wzrok dotknęło coś do cna cudacznego: świat otaczający tak się skupił, że wszystkie jego peryferie pokryła ciemność, a pozostał tylko wąski krążek, tak za to klarowny i wyrazisty, że każdy detal w jego zasięgu jakby promieniował od wewnątrz. W tym właśnie magicznym krążku znalazła się twarz nieznajomej damy – lub też, być może, stała się rzecz odwrotna: światło, jakim jaśniała ta twarz, było tak intensywne, że wszystko wokół pociemniało.

Czyniąc nadludzki wysiłek, Erast Pietrowicz na mig oderwał się od porażającego widziadła, by zerknąć na konsula – czy i on to widzi? Ale Wsiewołod Witaljewicz jak gdyby nigdy nic poruszał wargami, wydając jakieś niezrozumiałe dźwięki i, jak się zdaje, nic szczególnego nie dostrzegając. „A więc to złudzenie optyczne” – podsunął Fandorinowi rozsądek, nawykły do interpretacji każdego zjawiska z racjonalnego punktu widzenia.

Nigdy wcześniej widok kobiety, nawet najpiękniejszej, nie wywarł na Eraście Pietrowiczu podobnego wrażenia. Zamrugał, zmrużył oczy, znowu je otworzył i, chwalić Pana, majak się rozwiał. Radca tytularny widział przed sobą młodą Japonkę niebywałej urody, ale bynajmniej nie miraż, tylko żywą niewiastę z krwi i kości. Była, jak na tubylkę, wysoka, miała giętką szyję i białe, odsłonięte ramiona. Nos z drobnym garbkiem, osobliwy wykrój wydłużonych ku skroniom oczu, maleńkie pulchne usta. I oto piękność odpowiedziała uśmiechem na jakąś replikę kawalera i ukazała zęby, na szczęście całkiem równe. Jedyne, co z perspektywy europejskiego kanonu urody mogło uchodzić za spory defekt – to czarowne, lecz wyraźnie odstające uszy, obnażone bezbronnie przez spiętrzoną fryzurę. Jednak ów irytujący wybryk natury nie psuł bynajmniej ogólnego wrażenia. Fandorin wspomniał słowa Doronina, że odstające uszy uważa się w Japonii za oznakę temperamentu, i nie mógł nie przyznać im racji: Japończycy mają słuszność.

Nade wszystko zaś zadziwiały w tej kobiecie nie rysy, ale wypełniające je życie i wytworność ruchów. Ujawniło się to, gdy Japonka po chwili wahania, która dało urzędnikowi możność przyjrzenia się jej bliżej, płynnym gestem przerzuciła sobie przez ramię skraj etoli. Ów bystry, lotny ruch wywołał znów efekt promiennego krążka, aczkolwiek już nie tak silny jak po raz pierwszy. Kark piękności przesłonił łebek gronostaja.

Erast Pietrowicz zaczynał przychodzić do siebie i nawet pomyślał na boku, że to nie tyle piękno, ile egzotyka. Że kobieta sama przypomina luksusowe, drapieżne stworzonko – właśnie gronostaja czy sobola.

Dama zatrzymała wzrok na Fandorinie, lecz nie na jego zgrabnej postaci, tylko na welocypedzie, zaskakującym wśród bryczek i powozów. Potem odwróciła się, i serce Erasta Pietrowicza ścisnęło się niby w poczuciu bolesnej straty.

Patrzył na białą szyję, na głowę w czarnych puklach, na sterczące niczym dwa delikatne pączki uszy i nagle przypomniał sobie wyczytane gdzieś słowa: „Prawdziwa piękność – to piękność z każdej strony i pod każdym kątem, z jakiegokolwiek by spojrzeć”. We włosach nieznajomej połyskiwała brylantowa zapinka w kształcie łuku.

– Ej, ej, a toż wcale mnie pan nie słucha! – konsul chwycił młodzieńca za rękaw. – Zapatrzył się pan na panią O-Yumi? Daremnie.

– K-kto to? – Erast Pietrowicz bardzo się starał, by pytanie zabrzmiało obojętnie, lecz chyba mu się to nie udało.

– Kurtyzana. Dama kameliowa, ale najwyższej rangi. O-Yumi zaczynała karierę w tutejszym burdelu Numer Dziewiąty, gdzie cieszyła się szalonym powodzeniem. Świetnie nauczyła się po angielsku. Ale może konwersować i po francusku, i po niemiecku, i po włosku. Czmychnęła z burdelu i zaczęła żyć jako wolny ptak. Sama wybiera, z kim i jak długo chce być. Widzi pan tę jej spinkę w kształcie łuku? Yumi znaczy „łuk”. Zapewne aluzja do Kupidyna. Obecnie żyje z Bullcoksem, i to już od dość dawna. Nie gap się pan na nią, mój drogi. Ten rajski ptak nie dla takich jak my łowców. Bullcox, mało że przystojny, to jeszcze i bogacz. Przyzwoite damy mają go za najbardziej fascynującego z mężczyzn, do czego niemało przyczynia się renoma „strasznego zbereźnika”.

Fandorin wzruszył ramionami.

– Patrzyłem po prostu z ciekawości. Nie gustuję w sprze – dajnych k-kobietach. W ogóle nie wyobrażam sobie, jak to możliwe b-być (tu policzki radcy tytularnego oblał rumieniec) z kobietą nieczystą, co należała już do czort wie kogo.

– Och, jakże pan jeszcze miody i, proszę wybaczyć, niedoświadczony. – Doronin uśmiechnął się marzycielsko. – Po pierwsze, taka kobieta do nikogo należeć nie może, to do niej wszyscy należą. A po drugie, mój młody przyjacielu, kobiety miłość nie brudzi, lecz tylko zwiększa promieniowanie. A i w pańskim żachnięciu słyszę fałszywą pogardę dla „zielonych winogron”.

Nadeszła kolej ich wejścia na schody, gdzie gości witał gospodarz. Erast Pietrowicz powierzył welocyped opiece lokaja i wkroczył po stopniach. Doronin prowadził pod rękę swą konkubinę. Ta wkrótce stanęła oko w oko z „kobietą nieczystą”, i Fandorina zdumiało, jak odmienne są dwie Japonki. Jedna miła, subtelna, łagodna, od drugiej bił wręcz oszałamiający, kuszący aromat zagrożenia.

O-Yumi podawała właśnie dłoń do pocałunku gospodarzowi. Ten skłonił się tak, że miast twarzy widoczny był tylko tęgi kark i czerwony turecki fez ze zwisającą kitką. Etola ześliznęła się na długą do łokcia rękawiczkę i piękność znów przerzuciła okrycie przez ramię. Na mgnienie Fandorin ujrzał subtelny profil i wilgotny błysk oka pod drżącymi rzęsami. Potem kurtyzana odwróciła się, lecz wicekonsula śledził wciąż szklany wzrok puszystego gronostaja.


Może ukąsi,

Może otrze się futrem

Chybki gronostaj.

Загрузка...