Stromo opadająca brukowana jezdnia

W pobliżu Rakuena ani myśleli zwlekać – bez słów, raźno się oddalając, skręcili za węgiel. Shirota zapewniał co prawda, że Garbus nie waży się puścić w pogoń, bo odbieranie wygranych nie leży w zwyczajach bakuto, lecz chyba sam niezbyt wierzył w trwałość bandyckich tradycji: raz po raz oglądał się za siebie. Niósł worek ze srebrem, Erast Pietrowicz wiódł pod ramię pannę; z tyłu słaniał się wygrany w kości yakuza, który po tylu katuszach i odmianach losu nie całkiem jeszcze doszedł do siebie.

Dopiero wydostawszy się ze Sprośnej Dzielnicy, przystanęli dla złapania tchu. Ulicą przebiegały riksze, wzdłuż witryn sklepowych spacerowała godna publiczność, a opadającą ku rzeczce, brukowaną kocimi łbami jezdnię oświetlały jasno gazowe latarnie – miasto spowił już zmierzch.

Tu radca tytularny poddany został potrójnej próbie. Początek dała panna Błagolepow. Objęła entuzjastycznie Erasta Pietrowicza za szyję (przy czym boleśnie walnęła go w plecy węzełkiem z kapitańskim dziedzictwem) i orosiła mu policzki łzami wdzięczności. Młodego człowieka nazwano zbawcą, bohaterem, aniołem, a nawet duszką. Lecz był to ledwie początek. Wciąż jeszcze oszołomiony „duszką” Fandorin uspokajał pannę, ostrożnie gładząc jej drżące ramiona. Shirota cierpliwie czekał, a gdy Erast Pietrowicz uwolnił się wreszcie z panieńskich objęć, skłonił się przed nim w pas i zamarł w tej pozie.

– Boże, Shirota! Co znowu!

– Wstydzę się, że są w Japonii tacy ludzie, jak Semushi – głucho odrzekł sekretarz, nie unosząc głowy. – Że też się to musiało zdarzyć już w pierwszym dniu pańskiego pobytu! Co też musi pan o nas myśleć!

Fandorin zaczął wyjaśniać patriocie, że i w Rosji bywa niemało złych ludzi, on zaś nie wątpi, iż o narodzie świadczą najlepsi, a nie najgorsi, gdy wtem na wicekonsula obruszył się nowy atak.

Krągłolicy zbój przestał oglądać się co chwila w stronę mostu, zasapał, i nagle jak nie runie Erastowi Pietrowiczowi pod nogi, jak nie zacznie tłuc o ziemię masywnym czołem!

– On dziękuje panu za uratowanie honoru i życia – przetłumaczył Shirota.

– Proszę mu łaskawie powiedzieć, że przyjąłem wyrazy wdzięczności, ale niech jak najszybciej wstanie – rzekł nerwowo radca tytularny, oglądając się na publiczność.

Bandyta wstał, skłonił się w pas.

– On mówi, że jest żołnierzem czcigodnej szajki Chorei-gumi, która już nie istnieje.

Zestawienie słów „czcigodna szajka” tak zainteresowało Fandorina, że poprosił:

– Niech opowie o sobie.

Hai, kashikomarimashita *skłonił się znów „żołnierz” z przywartymi do boków dłońmi i zaczął nie tyle opowieść, ile wręcz wykład, przy czym najzupełniej po wojskowemu pożerał wzrokiem zwierzchnika, w którego roli znalazł się Erast Pietrowicz.

– On jest z rodziny dziedzicznych mati-jakko i bardzo się tym chlubi. (To tacy szlachetni yakuzowie, co bronią prostych ludzi przed przemocą władz. No i, oczywiście, ich skubią) – na wpół tłumaczył, na wpół komentował Shirota. – Jego ojciec miał zaledwie dwa palce dłoni. (To taki zwyczaj yakuzów: gdy rozbójnik w czymś zawini i chce się pokajać przed szajką, odcina sobie człon palca). On sam, co prawda, ojca nie pamięta, ale opowiadali mu o nim ludzie. Matka jego też była ze szlachetnej rodziny Całe ciało miała w tatuażach, aż do kolan. Kiedy miał trzy lata, jego ojciec uciekł z więzienia, schował się w latarni morskiej i dał znać żonie. Ona służyła w herbaciarni. Matka przywiązała sobie do pleców dziecko i pośpieszyła do męża na skałę, ale wyśledzono ją i doniesiono strażnikom. Ci otoczyli latarnię. Ojciec nie chciał wracać do więzienia. Zadał żonie cios nożem w serce, a sobie poderżnął gardło. Malutkiego syna też chciał zakłuć, ale nie zdołał i po prostu rzucił go do morza. Jednakże karma nie pozwoliła dziecku utonąć. Wyłowiono je i odniesiono do przytułku.

– Cóż za potwór z tego tatusia! – zawołał wstrząśnięty Erast Pietrowicz.

Shirota zdziwił się:

– Czemu potwór?

– No, przecież zarżnął własną żonę, a maleńkiego syna zrzucił ze skały.

– Zapewniam pana, że w żadnym wypadku nie zabiłby małżonki, gdyby sama go o to nie prosiła. Nie chcieli się rozstać. Ich miłość okazała się silniejsza od śmierci. To bardzo piękne.

– A co ma z tym wspólnego dziecko?

– U nas w Japonii, proszę wybaczyć, patrzy się na to inaczej – odrzekł surowo sekretarz. – Japończycy to ludzie odpowiedzialni. Rodzice odpowiadają za malca, zwłaszcza gdy jest całkiem mały Świat jest taki okrutny! Czy można rzucać na pastwę losu bezbronną istotę? To zbyt nieludzkie. Rodzina nie powinna się rozłączać, musi trzymać się razem. W tej historii porusza nade wszystko to, że ojcu zbrakło sił, by dźgnąć swego małego syna nożem.

Dopóki między wicekonsulem i jego zastępcą toczył się ten dialog, mikrus wdał się w rozmowę z Sofią Diogenowną. Pokłonił się jej i zadał jakieś pytanie, a wówczas panna drgnęła i gorzko załkała.

– Co to takiego? – wskazał Fandorin, nie dosłyszawszy Shiroty. – Ten bandyta panią obraził? Co on pani powiedział?

– Niiic! – pociągnęła nosem Błagolepowa. – Zapytał, jak się ma mój czcigodny tatkooooo!

Z oczu panny chlusnęła znów wilgoć, produkowana przez jej gruczoły łzowe w nieprzebranej zaiste ilości.

– Czyżby znał pani ojca? – zdziwił się Erast Pietrowicz.

Sofia Diogenowna smarkała właśnie w mokrą chustkę i odpowiedzieć nie mogła, więc Shirota przeadresował pytanie do yakuzy

– Nie, on nie miał honoru znać ojca żółtowłosej pani, ale wczoraj nocą widział, jak przyszła po swojego rodziciela do Rakuena. Był to bardzo towarzyski człowiek. Jedni po opium zasypiają, inni na odwrót, stają się weseli, rozmowni. Stary kapitan nie milkł ani na minutę. Wciąż opowiadał i opowiadał – przetłumaczył Japończyk odpowiedź młodzieńca.

– Co opowiadał? – w roztargnieniu zapytał Fandorin, wyjmując zegarek.

Za kwadrans ósma. Jeśli przyjdzie mu jechać z konsulem na sławetny bal kawalerski, dobrze byłoby przedtem wziąć kąpiel i doprowadzić się do porządku.

– Że woził trzech pasażerów do Tokio, na przystań Shusaki, że tam na nich czekał, a potem przywiózł ich na powrót. Oni rozmawiali w dialekcie satsumskim, myśleli, że gaijin nie zrozumie, a kapitan dawno po japońskich morzach pływa, nauczył się pojmować każdy dialekt. Satsumiacy mieli ze sobą długie zwoje, a w zwojach miecze. On rozpoznał jedną z rękojeści. Osobliwa, pokryta kamiyasuri… - Tu Shirota zaciął się, nie wiedząc, jak przetłumaczyć trudne słowo. – Kamiyasuri to taki papier, cały w szklanym proszku… Używa się go, by uczynić powierzchnię drzewa gładką.

– Ścierny?

– Tak, tak. Ścierny – wolno powtórzył Shirota, zapamiętując.

– Ale jakże to rękojeść może być ścierna? Porani rękę.

– Oczywiście, nie może – zgodził się Japończyk. – Ale ja tylko tłumaczę.

Polecił yakuzy kontynuować.

– Ci ludzie bardzo źle mówili o ministrze Ōkubo. Nazywali go Inu-Ōkubo, to znaczy Pies Ōkubo. Jeden suchoręki, który był u nich za herszta, powiedział: „To nic, jutro się nam nie wymknie”. A kiedy kapitan przywiózł ich do Jokohamy, polecili mu nazajutrz, na godzinę przed świtem, być w tym samym miejscu i dali dobry zadatek. Kapitan opowiadał to wszystkim, kto tylko był obok. I mówił, że jeszcze posiedzi, a potem pójdzie na policję i dadzą mu tam wielką nagrodę, bo ratuje przed złoczyńcami ministra.

Tłumacząc opowieść bandyty, Shirota coraz bardziej pochmurniał.

– To bardzo groźna wiadomość – objaśnił. – Byli samurajowie z księstwa Satsuma nienawidzą swojego krajana. Mają go za zdrajcę.

Zaczął wypytywać mikrusa, lecz ten się roześmiał i machnął z lekceważeniem ręką.

– Mówi, że wszystko to bzdura. Kapitan był całkiem otumaniony opium i plątał mu się język. Na pewno coś to mu się przywidziało. Skąd satsumscy samuraje mieliby pieniądze, by opłacić parowy kuter? Przecież to same obdartusy. Chcieliby zarąbać ministra? Poszliby do Tokio pieszo. A poza tym – gdzie to widziane owijać rękojeść miecza papierem ściernym? Stary gaijin po prostu chciał, by go słuchano, i plótł bzdury.

Erast Pietrowicz i Shirota spojrzeli po sobie.

– No więc niech je opowie ze wszystkimi szczegółami. Co jeszcze mówił kapitan? Czy coś się z nim nie stało?

Yakuza zdziwił się, że jego historia wzbudziła takie zainteresowanie, lecz odpowiedział wyczerpująco:

– Nic więcej nie mówił. Tylko o nagrodzie. Zaśnie, potem się zbudzi i znów to samo. Pasażerów na pewno musiał wozić, a co do mieczy, to pewnie zwidziało mu się po opium. Wszyscy tak twierdzili. I nic szczególnego się z kapitanem nie działo. Siedział do świtu, potem nagle wstał i wyszedł.

– Nagle? Jak się to o-odbyło? – zaczął się dopytywać Fandorin, któremu historia o tajemniczych Satsumczykach jakoś okrutnie się nie spodobała. Szczególnie w związku z przedwczesną śmiercią Błagolepowa.

– Po prostu wstał i wyszedł.

– Ni z tego, ni z owego?

Yakuza zamyślił się, wytężając pamięć.

– Kapitan siedział i drzemał. Plecami do sali. Jak się zdaje, ktoś mijał go i rozbudził. Tak, tak. Jakiś dziadek. Całkiem pijany. Zachwiał się, machnął ręką i trącił kapitana w szyję. Kapitan obudził się, sklął starucha. Potem mówi: „Gospodarzu, jakoś mi kiepsko, pójdę”. I poszedł.

Zakończywszy tłumaczenie, Shirota dodał od siebie:

– Nie, panie radco tytularny. Niczego podejrzanego tu nie widzę. Kapitana musiało rozboleć serce. Doszedł do domu i tam umarł.

Erast Pietrowicz nie ustosunkował się do tego wniosku, sądząc jednak ze zmrużenia oczu, pozostał nie w pełni przekonany.

– Ręką po szyi? – mruknął w zadumie.

– Co? – nie dosłyszał Shirota.

– Co ten zbój teraz pocznie? Przecież jego szajkę rozgromiono – spytał Fandorin, choć bez większego zainteresowania. Po prostu nie zamierzał przedwcześnie wtajemniczać sekretarza w swe myśli.

Zbój odpowiedział krótko i energicznie.

– Powiada: będzie panu wdzięczny.

Zdecydowany ton, w jakim padły te słowa, skłoniła radcę tytularnego do irytacji.

– Co on chce przez to powiedzieć?

Shirota z jawną akceptacją wyjaśnił:

– Teraz pan jest na całe życie jego onjinem. W języku rosyjskim, niestety, nie ma takiego słowa. – Pomyślał trochę. – Dozgonnym dobroczyńcą. Można tak powiedzieć?

– D-dozgonnym? – Fandorin się wzdrygnął.

– Tak, aż do grobu. Jest pańskim dozgonnym dłużnikiem. Przecież pan nie tylko uratował go od śmierci, ale ustrzegł od niewymownej hańby. Za coś takiego przyjęto u nas płacić najwyższym oddaniem, a nawet życiem.

– Na co mi jego życie? Proszę mu powiedzieć: „nie ma za co” czy jak tam się u was mawia, i niech idzie swoją drogą.

– Kiedy ktoś wypowiada tak szczerze podobne słowa, nie idzie już swoją drogą – uniżenie podsunął Shirota. – On mówi, że odtąd pan jest jego panem. Gdzie pan, tam i on.

Mikrus skłonił się nisko i wystawił w górę mały palec, co zdało się Erastowi Pietrowiczowi nie całkiem przyzwoite.

– No, co z nim? – zapytał jeszcze bardziej nerwowo. – Czemu nie odchodzi?

– Nie odejdzie. Jego oyabun zginął, więc on postanowił poświęcić swoje życie służbie dla pana. Proponuje, że na dowód szczerych intencji utnie sobie mały palec.

– A niechże idzie do wszystkich diabłów! – zirytował się Fandorin. – Niech się turla. Otóż to. Tak mu proszę powiedzieć.

Sekretarz nie śmiał się spierać z rozdrażnionym wicekonsulem i jął tłumaczyć, lecz się zaciął.

– Po japońsku nie można powiedzieć po prostu: „turlać się”, trzeba koniecznie wyjaśnić dokąd.

Gdyby nie obecność panny, Erast Pietrowicz nie omieszkałby wskazać ścisłego adresu, albowiem jego cierpliwość była na wyczerpaniu. Pierwszy dzień pobytu w Japonii okazał się nadzwyczaj męczący.

– Turlać się… z górki – Fandorin machnął ręką w stronę brzegu.

Na obliczu natrętnego mikrusa zamigotało niedowierzanie, ale zaraz zgasło.

Kashikomarimashita - rzekł i skinął głową.

Padł na ziemię, odepchnął się ręką i potoczył wzdłuż jezdni.

Erast Pietrowicz skrzywił się. Toż boki poobija o kocie łby, idiota. No, do diabła z nim. Są poważniejsze sprawy.

– Proszę powiedzieć, Shirota, czy mógłby mi pan polecić solidnego, godnego zaufania lekarza, zdolnego przeprowadzić sekcję?

– Godnego zaufania? Tak. Znam bardzo godnego zaufania doktora. Nazywa się mister Lancelot Twiggs. To człowiek szczery.

„Osobliwa rekomendacja dla medyka” – pomyślał urzędnik.

Z dołu dobiegał miarowy, stopniowo przyśpieszający turkot. To brukowaną jezdnią toczył się z górki dozgonny dłużnik Fandorina.


Nabiją sińców

Twarde kamienie Drogi -

Trudna rzecz – honor.

Загрузка...