Furtka

Erast Pietrowicz przebiegł szeroki, rozjaśniony księżycem gazon. Obszedł dom – jeśli ma włazić przez okno, lepiej od tyłu, by nie zobaczył jakiś późny przechodzień.

Za domem wyłonił się gęsty, cienisty ogród – akurat taki, jak trzeba.

Stanąwszy na palcach, awanturnik zajrzał w pierwsze od narożnika okno. Zobaczył obszerny pokój, jadalnię czy bawialnię, biały dywan, dopalające się świece, resztki kolacji na dwie osoby.

Kolnęło go w sercu.

Więc po kolacji z jednym wybrała się na schadzkę z drugim? Czy jeszcze lepiej: tuż po sekretnym, dramatycznym spotkaniu najspokojniej zasiadła do posiłku ze swym ryżym opiekunem? Zaiste – kobiety to istoty zagadkowe.

Dwa okna dalej zaczynał się kolejny pokój. Gabinet.

Okna były tu uchylone, dochodził męski głos, stąd Fandorin wzmógł ostrożność – na początek wsłuchał się, by określić, gdzie dokładnie znajduje się mówiący.

– …Dostanie reprymendę, ale główna wina obciąży naczelnika, którego czeka haniebna dymisja – dobiegło z gabinetu.

Ktoś mówił po angielsku, lecz z wyraźnym japońskim akcentem – a więc nie Bullcox.

Ale cesarski doradca był tam także.

– I nasz przyjaciel zajmie wakans? – zapytał.

Dwóch, ocenił Fandorin. Przy czym Japończyk siedzi w dalszym prawym rogu, a Bullcox pośrodku, plecami do okna.

Radca tytularny pomału, cal za calem, wstał. Obejrzał wnętrze pokoju.

Szafy z książkami, biurko, wygasły kominek.

Grunt, że O-Yumi tu nie ma. Dwaj mężczyźni. Zza oparcia jednego z foteli wyziera ognista szewelura rywala. W drugim siedzi jakiś elegant, błyska przedziałek, w jedwabnym krawacie lśni perła. Drobny pan założył wytwornie nogę na nogę, kiwając stopą w lakierku.

– Nie od razu – rzekł ze skąpym uśmieszkiem. – Za tydzień. „A niechże, toż ja pana znam! – Erast Pietrowicz zmrużył oczy. – Widziałem na balu! Książę… jak nazwał pana Doronin?”.

– No cóż, Onokoji, to bardzo po japońsku. – Czcigodny chrząknął. – Dać reprymendę, a po tygodniu nagrodzić awansem.

„To, to – przypomniał sobie Fandorin. – To książę Onokoji, były daimyō, udzielny władca, a obecnie lew salonów i dyktator mody”.

– Cóż, drogi Algernonie, to nie nagroda, tylko zajęcie wakansu, lecz za zręcznie wykonaną robotę nie minie go i nagroda. Otrzyma na własność podmiejską posiadłość Takarazaka. Ach, jakież tam śliwy! Jakie strumyki!

– A owszem, nielichy zakątek. Bodaj ze sto tysięcy.

– Co najmniej dwieście, zapewniam!

W okno Fandorin już nie patrzył – nic ciekawego. Starał się za to dociec, gdzie może być O-Yumi.

Parter ma jeszcze dwa okna, nieoświetlone, ale czy Bulllcox ulokowałby utrzymankę obok gabinetu? Więc gdzież są jej pokoje? Od frontu czy na piętrze?

– No dobrze – doniósł się głos Brytyjczyka – a co z listem księcia Arisugawy? Udało się zdobyć kopię?

– Mój człowiek jest chciwy, a bez niego nie sposób się obejść.

– Przypominam, że dałem panu przecież pięćset funtów!

– A trzeba tysiąca.

Wicekonsul się skrzywił. Wsiewołod Witaljewicz wspomniał, że książę żyje z datków Dona Tsurumakiego, lecz nie gardzi bodaj i dochodami na boku. A i Bullcox też niezły – paser dworskich intryg i kradzionych listów. Zresztą taki już jego szpiegowski fach.

Nie: wątpliwe, czy Anglik umieściłby tubylczą kochankę od frontu – jest, bądź co bądź, postacią oficjalną. Czyli że okna wychodzą najpewniej na ogród…

Dysputa w gabinecie trwała nadal.

– Onokoji, proszę nie traktować mnie jak dojnej krowy!

– Na dokładkę za tę samą sumę nabyć można odpisik dziennika jej wysokości – kusząco nadmienił książę. – Jedna z frejlin to moja kuzynka, zawdzięcza mi to i owo.

Bullcox parsknął.

– Bzdura! Jakieś damskie banialuki.

– Bynajmniej nie banialuki. Jej wysokość ma zwyczaj notować rozmowy z jego wysokością…

„Dość słuchania tych świństw – rzekł sobie Fandorin. – Szpiegiem, chwała Bogu, nie jestem. Ale niech mnie zobaczy jakiś służący, a stanę się godnym tej pary ziółkiem. RUSSIAN VICECONSUL CAUGHT EAVESDROPPING *.

Wzdłuż ściany przekradł się do rynny, pomacał ostrożnie, czy mocna. Pewne doświadczenie w łażeniu po rynnach posiadał. Co prawda, z poprzedniego jeszcze, przeddyplomatycznego żywota.

Noga sięgała już dolnej obręczy, a rozsądek wciąż stawiał opór. „Poczynasz sobie jak wariat, jak niepoważny, żałosny typ – rzekł rozsądek. – Ocknij się, weź się w karby!”.

„To prawda – w skrusze odpowiadał rozsądkowi Erast Pietrowicz. – Kompletnie sfiksowałem”. Ale skrucha nie skłoniła go do porzucenia szaleńczego zamysłu, nie spowolniła nawet jego ruchów.

Dyplomata wdrapał się zgrabnie na piętro, namacał nogą gzyms i spróbował sięgnąć do najbliższego okna. Chwycił palcami za ramę i przestawiając ostrożnie nogi, dotarł bliżej. Surdut z pewnością nabije się drobinami tynku, ale to Fandorina obecnie nie martwiło.

Gorsze było co innego. Ciemne okno nie chciało się otworzyć. Zamknięte było na zasuwkę, a do lufcika nie dawało się dosięgnąć.

Rozbić je? Za nic. Zbiegnie się cały dom.

Na palcu radcy tytularnego zdradliwym blaskiem błysnął diament – dar pożegnalny tej, za sprawą której spóźnił się na parowiec w Kalkucie.

W zwykłym, opanowanym stanie ducha Erast Pietrowicz niechybnie zawstydziłby się samej myśli, by darem jednej kobiety torować sobie drogę do innej. Lecz rozgorączkowany mózg szepnął tylko: „Diament tnie szkło”. A swoim sumieniu młody człowiek poprzysiągł, że zdejmie pierścień i nigdy w życiu już go nie włoży.

Jak ciąć diamentem, Fandorin nie wiedział. Chwycił pierścień mocniej i stanowczym ruchem przejechał po szybie. Rozległ się zjadliwy zgrzyt, szkło przekreśliła rysa.

Radca tytularny z uporem zagryzł wargi, gotując się nacisnąć mocniej.

Nacisnął ile sił, i skrzydło okna naraz ustąpiło.

W pierwszej chwili Erast Pietrowicz uroił sobie, że to efekt jego wysiłków, lecz w ciemnym prostokącie otworu stała O-Yumi. Patrzyła na wicekonsula roześmianymi oczyma, w których odbijały się dwa drobniutkie księżyce.

– Pokonałeś wszystkie przeszkody i zasłużyłeś na małą pomoc – szepnęła. – Tylko, na miły Bóg, nie spadnij. Teraz byłoby głupio.

I całkiem nieromantycznie, lecz wielce praktycznie chwyciła go za kołnierz.

– Przyszedłem powiedzieć, że przez te dwa dni też myślałem o tobie.

Głupiej angielszczyźnie brak poufałego zaimka dla drugiej osoby, nic tylko you i you, ale Fandorin uznał, że od tej chwili mogą przejść na „ty”.

– Tylko po to? – zapytała z uśmiechem, przytrzymując go za ramię. – Świetnie. Wierzę ci. Możesz wracać.

Wracać Erast Pietrowicz nie zamierzał. Pomyślał i poprosił:

– Wpuść mnie.

O-Yumi obejrzała się i szepnęła:

– Na minutę, nie więcej.

Erast Pietrowicz ani myślał się spierać. Przelazł przez parapet (już któryś raz tej nocy), wyciągnął do niej ręce, lecz O-Yumi znów się obejrzała:

– W żadnym razie. Inaczej minuty nie starczy.

Wicekonsul schował ręce za plecy, ale oznajmił:

– Chcę cię zabrać ze sobą.

Pokręciła głową. Uśmiech zgasł.

– Dlaczego? Kochasz go? – zapytał drżącym głosem.

– Już nie.

– Więc czemu?

Znów zerknęła, jak się zdaje, na drzwi. Zresztą Erast Pietrowicz ani razu nie rozejrzał się wokoło, nie patrzył nawet, co to właściwie za pokój: buduar, garderoba? Oderwanie choć na sekundę wzroku od twarzy O-Yumi zdało mu się bluźnierstwem.

– Znikaj jak najszybciej. Proszę! – szepnęła nerwowo. – Jeśli cię tu zobaczy, zabije.

Fandorin bez emocji wzruszył ramionami.

– Nie zabije. Europejczycy tak nie robią. Wyzwie mnie na pojedynek.

Wtedy zaczęła popychać go piąstkami w stronę okna.

– Nie wyzwie! Nie znasz tego człowieka. Z pewnością cię zabije! Nie dziś, to jutro albo pojutrze. I to nie własnymi rękoma.

– No to trudno – nie słuchając, wymamrotał Fandorin i spróbował przyciągnąć ją do siebie. – Nie boję się go.

– …A jeszcze wcześniej zabije mnie. Bez żadnych oporów. Zgniecie jak motylka. Zmykaj! Przyjdę, kiedy tylko będę mogła…

Nie wypuścił jej z rąk. Dotknął wargami malutkich ust, cały zadrżał, lecz opamiętał się, gdy szepnęła:

– Chcesz mojej śmierci?

Odskoczył do tyłu. Zazgrzytał zębami i wskoczył na parapet. Z pewnością równie lekko skoczyłby w dół, lecz O-Yumi nagle krzyknęła:

– Nie! Stój! – i wyciągnęła ręce.

Runęli ku sobie błyskawicznie i nieodwracalnie, niby dwa zderzające się pociągi, fatalnym trafem jadące po jednym torze. Dalej – wiadomo: druzgot, słup dymu i płomieni, wszystko leci ku niebu i jeden tylko Bóg wie, kto zginie, a kto ocaleje z tych bachanalii ognia.

Kochankowie wczepili się w siebie, palce nie tyle głaskały, ile szarpały, usta nie tyle całowały, ile kąsały.

Upadli na podłogę i tym razem nie było żadnej niebiańskiej muzyki, żadnej sztuki, tylko napór, trzask rozrywanej odzieży, smak krwi na wargach.

Nagle drobna, lecz silna ręka wparła się Fandorinowi w pierś, odepchnęła go. Głos szepnął mu w samo ucho:

– Uciekaj!

Podniósł głowę. Otumanionym wzrokiem spojrzał na drzwi. Usłyszał kroki, beztroskie pogwizdywanie. Ktoś się zbliżał, wchodząc z dołu na górę, zapewne po schodach.

– Nie! – jęknął Erast Pietrowicz. – Trudno. Wszystko jedno!…

Lecz jej już przy nim nie było – stojąc, doprowadzała szybko do ładu zmięty peniuar.

– Zgubisz mnie! – powiedziała.

Przerzucił się przez parapet, najzupełniej bez obaw, jak spadnie: na bok, na plecy czy nawet głową w dół. Jednak – rzecz zdumiewająca – wylądował dużo zręczniej niż poprzednio w Grand Hotelu i wcale się nie potłukł.

W ślad za nim wyleciały z okna surdut i lewy sztyblet – radca tytularny ani zauważył, kiedy go stracił.

Ledwie się jakoś pozbierał, zapiął koszulę i zaczął nadsłuchiwać, co się dzieje na górze. Ale rozległ się stuk zatrzaskiwanego okna i nic więcej.

Okrążywszy dom, Erast Pietrowicz chciał przeciąć trawnik i wrócić jak wcześniej do otwartej furtki, gdzie czekał Masa. Zrobił może dziesięć kroków i zamarł. Z ulicy na dziedziniec wpadły trzy podługowate, mknące nisko nad ziemią cienie.

Mastiffy!

Czy zaspokoiły swą męskość, czy też, jak pechowy wicekonsul, rejterowały przed silniejszym rywalem – dość, że wróciły i odcięły jedyną drogę odwrotu.

Fandorin rzucił się z powrotem do ogrodu. Gnał, nie wybierając drogi, po twarzy chlastały go gałęzie. Piekielne psy biegły dużo szybciej. Ich sapanie było coraz bliżej i bliżej.

Ogród się skończył. Dalej było ogrodzenie z żelaznych kopii. Wysokie, ani się wspiąć, ani za co uchwycić.

Erast Pietrowicz obejrzał się, wsunął rękę pod ramienną kaburę, żeby wyciągnąć gerstala, lecz strzelać nie było wolno – zbudziłby cały dom.

Pierwszy mastiff zawarczał, zbierając się do skoku.

RUSSIAN VICECONSUL TORN TO PIECES * – błysnęło w głowie ginącemu Fandorinowi. Zakrył rękoma twarz i gardło, odruchowo wbił się plecami w ogrodzenie. Wtem rozległ się dziwny metaliczny brzęk, krata ustąpiła i radca tytularny przewrócił się na wznak.


Nadejdzie wieczór.

Wśród ciszy tajemniczo

Zaskrzypi furtka.

Загрузка...