Ból głowy

Fandorinowi zdało się, że spoczywa na deskach najwyżej od pół minuty, chcąc przeczekać ostry atak zawrotu głowy, ale gdy znów otworzył oczy, odkrył, że leży u siebie w sypialni, na łóżku, całkiem rozebrany i okryty kołdrą, a z obu stron schylają się nad nim dwie skośnookie twarze: jedna pyzata, ze szczoteczką krótko ostrzyżonych włosów, druga wąska, ze starannym przedziałkiem. Byli to Masa i Shirota, patrzący na radcę tytularnego z podobnym wyrazem skrajnego niepokoju.

– Co… ze… mną? – z trudem wypowiedział Erast Pietrowicz, ledwie obracając językiem.

Proste pytanie wzbudziło całą dysputę po japońsku, po której Japończycy skinęli sobie, jakby umawiając się na coś, i sekretarz zaczął ostrożnie:

– O świcie pani O-Yumi obudziła pańskiego sługę. Powiedziała: „Z panem źle, czuję to. Chodźmy szybko”. Pobiegła bulwarem w stronę przystani towarowej. Masahiro za nią. On mówi, że ona biegła i wciąż patrzyła na nadbrzeża. Na jednym z najdalszych, już w Mieście Tubylczym, znaleźli pana leżącego bez przytomności, we krwi.

Fandorin popatrzył na Masę, ten znacząco zmrużył oczy. „Aha – domyślił się Erast Pietrowicz – o tym, że tuż obok leżało martwe ciało, Shirocie nie powiedziano. Słusznie. Lecz skąd mogła wiedzieć O-Yumi, że wpadłem w tarapaty, i jak się domyśliła, że trzeba mnie szukać na brzegu? Zadziwiająca kobieta. Gdzież ona?”.

Popatrzył wokół – w pokoju jej nie było.

– Pani O-Yumi coś zrobiła – ucisnęła chyba jakąś żyłę i krwotok ustał. Potem oderwała skraj sukni i przewiązała panu ranę. Kazała słudze zanieść pana do domu, a sama nie wróciła. Powiedziała, że pilnie potrzeba wywaru jakiejś górskiej trawy. Masahiro nie zapamiętał nazwy. Że jeśli nie wypije się tego ziela, krew zaschnie w głowie, zmieni się w kamyk i pan może wkrótce umrzeć. Sługa doniósł pana do granicy Settlementu, a tam udało mu się napotkać wczesną rikszę. No, a rankiem do pańskiego mieszkania wbiegł pan konsul, zobaczył, że pan leży bez przytomności, przewiązany. Nakrzyczał na służącego, zawołał mnie, posłał po doktora. Wybrałem się do mister Twiggsa, wiedząc, że to pański przyjaciel… A pan konsul wyjechał pośpiesznie do Tokio, do ambasady.

W opowieści było mnóstwo rzeczy niepojętych, lecz przede wszystkim uderzyło Fandorina dziwne zachowanie Wsiewołoda Witaljewicza.

– Wbiegł?!

Żeby ceremonialny Doronin wdarł się bladym świtem do mieszkania zastępcy? Musiałoby się zdarzyć coś całkiem nieprawdopodobnego.

Shirota ugryzł się w język. Nic nie odrzekł.

– I co doktor Twiggs?

Japończycy znów spojrzeli po sobie. Odpowiedzi znowu nie było. Masa powiedział coś z troską, a sekretarz przetłumaczył:

– Powinien pan leżeć, co godzinę zmieniać okłady, a denerwować się nie wolno. Bardzo silny uraz głowy. Tak powiedział doktor Albertini.

– D-dlaczego Albertini, a nie Twiggs?

Ożywiona dyskusja po japońsku, tym razem bez przekładu.

Głowa w istocie bolała Erasta Pietrowicza okropnie, a i zbierało mu się na nudności, ale cała ta tajemniczość zaczynała go już męczyć.

Do diabła z nimi, z doktorami i z konsulem, są poważniejsze sprawy.

Masa. Asagawa-san koko, hayaku * - rozkazał radca tytularny.

Sługa zamrugał oczyma, w przestrachu zerknął na Shirotę. Ten ostrzegawczo kaszlnął.

Serce załomotało mocniej, z każdą chwilą rozpędzając się coraz bardziej i bardziej. Erast Pietrowicz zerwał się, usiadł na łóżku, zagryzł wargi, żeby nie krzyknąć z bólu.

– Masa, ubierać!


* * *

O trzeciej po południu Fandorin wracał do konsulatu, ogłuszony rozmiarem katastrofy. Z pewnością byłby wstrząśnięty jeszcze bardziej, gdyby nie ciągłe zawroty głowy i łupanie, przenikające raz po raz czaszkę od skroni do skroni. Z tej racji radcy tytularnego nie opuszczało poczucie nierealności wypadków, jakiegoś ciągłego koszmaru. Wszystko było aż nazbyt, niebywale potworne. Na jawie tak nie bywa.

Inspektor Asagawa zabity przez jakichś chuliganów. Jeśli wierzyć japońskiej policji – przypadkiem, w bezsensownej pijackiej awanturze.

Sierżant Lockston zmarł u siebie w gabinecie na apopleksję.

Doktorowi Twiggsowi, jak wykazała sekcja, pękło naczynko w mózgu.

Wszystko to można by uważać za nadzwyczaj mało prawdopodobny, lecz teoretycznie możliwy zbieg okoliczności, gdyby nie niewidzialny człowiek, zabójca świadka, jak też zniknięcie wszystkich trzech dowodów rzeczowych.

Z gabinetu doktora przepadł zaszyfrowany schemat. Przy sierżancie nie znaleziono żadnych pisanych krwią przysiąg. O kopercie z raportami, która była w posiadaniu inspektora, japońska policja usłyszała po raz pierwszy.

Ilekroć Fandorin próbował rozwikłać sens tego makabrycznego łańcucha zdarzeń, nasilały się zawroty głowy, a żołądek podjeżdżał do gardła.

Do nakreślenia i przemyślenia wersji „Don Tsurumaki” brakło mu sił.

Lecz nade wszystko chorego wicekonsula dręczyło zniknięcie O-Yumi. Gdzież ona jest? Czy wróci? O jaką znów górską trawę chodzi?

Obłęd, obłęd, obłęd.


* * *

Równocześnie z Fandorinem, tyle że od strony Main Street, podjechała pod konsulat dwumiejscowa kuruma, z której wysiedli Doronin i (diabli nadali!) attaché morski Bucharcew. Zauważywszy zbliżającego się wicekonsula, wpatrzyli się weń posępnie.

– Macie go, bohatera – rzucił głośno kapitan – lejtnant do Wsiewołoda Witaljewicza. – Mówił pan, że nieprzytomny, trzy ćwierci do śmierci, a tu patrzcie, jaki skowronek. Gdybym wiedział, anibym się tu wybrał. Zawezwałbym go do Tokio.

Początek nic dobrego nie wróżył, bo w istocie skąd miałoby się wziąć coś dobrego?

Doronin wpatrzył się w białe niczym pod warstwą pudru oblicze swego zastępcy.

– Jak się pan czuje? Po co pan wstał?

– D-dziękuję, ze mną wszystko w porządku.

Fandorin uścisnął rękę konsula. Z Bucharcewem, który demonstracyjnie schował dłoń za plecami, wymienili wyłącznie nieprzyjazne spojrzenia. Tak czy owak, służyli w różnych resortach, a rangę mieli tę samą, dziewiątą, ze służbowego więc punktu widzenia żadnego uszczerbku na honorze żadnemu z nich to nie przyniosło.

Ale ranga rangą, a sytuacja sytuacją, i marynarz z miejsca zademonstrował, kto teraz uosabia tu władzę państwową.

W gabinecie konsula rozsiadł się, nie pytając, na miejscu gospodarza za biurkiem. Wsiewołod Witaljewicz musiał ulokować się na krześle, Fandorin pozostał w pozycji stojącej. Nie z hardości, lecz w obawie, że jeśli siądzie, nie zdoła już wstać. Oparł się o ścianę, krzyżując ręce na piersi.

– Sekretarzu! Hej, jak ci tam… – krzyknął w otwarte drzwi kapitan – lejtnant. – Proszę być w pobliżu, może się pan przydać!

– Słucham – dobiegło z korytarza.

Doronin skrzywił się z lekka, lecz zmilczał, a Fandorin zrozumiał. Słowa te padły dla podkreślenia pogróżki, że oto zaraz, w tej chwili, rozpocznie się sąd i zapadnie kategoryczny wyrok. Dość będzie go tylko podyktować.

– Od pańskiego zwierzchnika jego ekscelencja i ja niczego sensownego się nie dowiedzieliśmy – z urągliwym sarkazmem przemówił Bucharcew, świdrując Erasta Pietrowicza wzrokiem. – Wsiewołod Witaljewicz utrzymuje tylko, że sam ponosi za wszystko odpowiedzialność, a niczego jak należy wyjaśnić nie może. Toteż poruczono mi przeprowadzić dochodzenie. Proszę przyjąć do wiadomości, Fandorin, że w mojej osobie odpowiada pan bezpośrednio przed ambasadorem, a nawet więcej – przed całym państwem rosyjskim.

Radca tytularny po krótkim ociąganiu lekko się skłonił. Przed państwem, to przed państwem.

– A więc, po pierwsze – prokuratorskim tonem kontynuował kapitan – lejtnant – jokohamska tubylcza policja znalazła opodal jakichś składów trupa księcia Onokojiego, postaci z wyższych sfer, krewnego wielu wpływowych osób.

„Opodal składów?” – zdziwił się Erast Pietrowicz i przypomniał sobie znaczący grymas swego sługi. Ani chybi przed wyniesieniem z pirsu nieprzytomnego pana wpadł na pomysł przeniesienia zwłok w inne miejsce. Ależ zuch z tego Masy!

– Przy oględzinach papierów przedwcześnie zmarłego naczelnika cudzoziemskiej policji wyszło na jaw, że wyżej wspomniany książę Onokoji był aresztantem w więzieniu municypalnym. – Bucharcew podniósł głos, wybijając twardo każde słowo. – A zatrzymany został na wniosek rosyjskiego wicekonsula. Co to ma znaczyć, Fandorin? Co to za samowolny areszt, i to takiej osobistości? Całą prawdę, bez owijania w bawełnę! Tylko to może w pewnym stopniu zmniejszyć oczekującą pana karę!

– Nie boję się kary – odparł sucho Erast Pietrowicz. – Za pańskim pozwoleniem, zrelacjonuję wiadome mi fakty, jednakże na wstępie powinienem oznajmić, że działałem na własny rachunek i ryzyko, nie informując p-pana konsula.

Attaché uśmiechnął się z niedowierzaniem, lecz nie wdawał się w polemikę. Jak najlakoniczniej, nie pomijając jednak nic istotnego, radca tytularny zrelacjonował cały bieg zdarzeń, wyjaśnił racje swych poczynań, a zakończył wyliczeniem tragicznych skutków, do jakich te działania doprowadziły. Nie tłumaczył się i nie usprawiedliwiał też swych błędów. Jedynym ustępstwem na rzecz miłości własnej było, że zmilczał o fałszywym śladzie, wiodącym od intendenta Sugi do Bullcoksa. Konsul także przemilczał sprawę czcigodnego, choć wersja o brytyjskich intrygach była mu dobrze znana.

– Sługa mądrzejszy od pana – zjadliwie podsumował attaché. – Domyślił się, by odwlec trupa księcia gdzieś dalej, gdyż inaczej Japończycy niezawodnie zaczęliby podejrzewać rosyjskiego konsula o zabójstwo. Gdyby dać panu wiarę, Fandorin, to z pana prawdziwy patriota, bohater i partyzant, istny Denis Dawydow. A nie przeoczył pan aby wzięcia się za łby z Bullcoksem?

Wie, zrozumiał Fandorin. Teraz już wszystko jedno.

– Tak, to był mój błąd. Dałem się zwieść. Widzi pan…

Chciał wspomnieć o przedśmiertnym kłamstwie intendenta, ale Bucharcew przerwał:

– „Błąd! Zwieść się!” Dzieciak! Konfuzję będzie udawał! Dla spódniczki, to znaczy, kimona. Wyzwanie od samego Bullcoksa, głównego rządowego doradcy! Koszmar! Skandal dyplomatyczny!

Tu radca tytularny do reszty przestał cokolwiek rozumieć, tylko chwycił się za dudniącą skroń.

– Jakie w-wyzwanie? O czym pan?…

– Mścisław Mikołajewicz mówi o wyzwaniu, jakie dziś, o ósmej rano, przekazano od Bullcoksa – wyjaśnił Doronin. – Jako że był pan nieprzytomny, wyzwanie zmuszony byłem odebrać ja. Dokument, sporządzony według wszelkich reguł, pozostawia panu wybór broni, z jednym dodatkowym warunkiem: walki na śmierć i życie. Ledwie znikł sekundant Bullcoksa, pojawili się ludzie z miejscowej policji – z powodu księcia Onokojiego… Musiałem natychmiast udać się do Tokio z raportem dla jego ekscelencji.

Fandorin uśmiechnął się kwaśno – oto najlepsze potwierdzenie, że Bullcox to nie żaden spiskowiec ani zakulisowy łotr, podsyłający morderców, lecz brytyjski dżentelmen, gotów zmyć obrazę, wystawiając pierś na kulę czy ostrze.

– I jeszcze się uśmiecha! – eksplodował Bucharcew. – Okrył hańbą imię rosyjskiego dyplomaty i śmieje się! I to dla kogo? Dla jakiejś sprzedajnej…

– Milczeć! – krzyknął do kapitana – lejtnanta Fandorin. – Jeszcze słowo, a z panem też będę się strzelał do ostatniej krwi!

– Toż mało przegnać ze służby, do domu wariatów go trzeba wsadzić, w kaftan bezpieczeństwa! – wymamrotał Mścisław Mikołajewicz, lecz już bez poprzedniej wyniosłości. Strzelać się do krwi ostatniej wyraźnie nie miał chęci.

– Panowie, panowie – wtrącił się konsul. – Działamy we wspólnej sprawie, powinniśmy znaleźć wyjście z nader niemiłej sytuacji. Proszę się nie spierać! Eraście Pietrowiczu, mówił pan, że przed śmiercią książę jako przywódcę spisku wymienił Dona Tsurumakiego?

– Tak. Ale czemuż to przedsiębiorca, filantrop, entuzjasta postępu miałby zabijać ministra? Nie mieści mi się to w głowie…

Wypada jednak nadmienić, że głowa radcy tytularnego obecnie w ogóle mało co mogła pomieścić, tak dręczył ją i przeszywał ból.

– A zatem – powoli kontynuował Wsiewołod Witaljewicz, pocierając podbródek – a zatem… Całkiem logicznie: Tsurumaki – to konstytucjonalista, zwolennik parlamentaryzmu, otwierającego przed kimś takim nieograniczone możliwości. Ōkubo zaś był klasycznym przedstawicielem oświeconego absolutyzmu. Z punktu widzenia Pana Chmury minister stanowił przeszkodę na drodze postępu społecznego i ekonomicznego, skoro już pan o nim wspomniał. Nie było w tym żadnej prywaty. Po prostu „nowi Japończycy” w rodzaju naszego przyjaciela nawykli rozwiązywać problemy prosto i definitywnie. Jeszcze jak definitywnie: zbić z szachownicy jedną figurę i partia w kieszeni… A możliwości technicznych Tsurumaki miał mnóstwo. Po pierwsze, z lat wojny domowej zachował swą gwardię, oddane mu w pełni tak zwane czarne kurtki. – (Fandorin przypomniał sobie niewidocznych służących z posiadłości na Bluffie). – Po drugie, do Dona należy w istocie cała mroczna Jokohama z jej spelunkami i lokalami złej sławy. A to oznacza ścisłą więź ze światem przestępczym, z yakuzą. – (Tak, tak, Rakuen, Garbus – pomyślał Erast Pietrowicz). – Wreszcie od czasu wspomnianej rewolucji Don zachował najściślejsze związki z satsumskimi samurajami, razem z którymi walczył z szogunem.

Konsul zamilkł, wyczerpawszy zapewne swe racje, ale pod wpływem jego słów mózg radcy tytularnego wreszcie zaczął pracować, aczkolwiek opornie.

O szpiegostwie i wiarołomstwie swego rezydenta Tsurumaki wiedział świetnie. Przez lunetę mógł, jak wiadomo, śledzić nie tylko gwiazdy, lecz i sąsiedni dom, gdzie arcyczęsto nocami wyprawiał się Onokoji. Don był zaś przy tym również znajomym Sugi…

Tu kapitan-lejtnant wymierzył ostatni cios.

– Hm, a czy wiecie, panowie, że kilka dni temu nieboszczyk Suga wygrał od Tsurumakiego w karty wspaniałą posiadłość? Opowiedział mi o tym ambasador Austrii – gra toczyła się w jego willi. Czy ta informacja w czymś może nam pomóc?

Ciekawe, że po wzmiance o pojedynku ton attaché morskiego najzupełniej się zmienił. Teraz przeważała w nim nie wyniosłość, lecz troska o interesy ojczyzny.

I owszem, przekazana przez Bucharcewa nowina znaczyła bardzo wiele. Erast Pietrowicz chwycił się z jękiem za głowę.

Przecież Asagawa zamierzał wyjaśnić, kto właściwie „przegrał” do intendenta posiadłość, lecz samozwańczy śledczy dali się porwać grze w policjantów i złodziei. A tu się szkatułka cała zwyczajnie otwierała! *

Ileż popełniono fatalnych, nieodwracalnych pomyłek!

Teraz nie pozostał już żaden dowód rzeczowy. Wszystkie trzy poszlaki znikły. Jedyny świadek, który dużo wiedział i gotów był mówić – nie żyje.

Intendenta Sugę pochowają z honorami. Jego partia pozostanie u władzy.

Tajna izba w gabinecie naczelnika policji? Jej zawartość niczego nie dowiedzie. Została tam tylko sterta podartego papieru. Asagawa poszarpał kompromitujące dokumenty na tak drobne strzępki, że już się ich nie sklei.

– Pozostał tylko jeden haczyk – oznajmił głośno wicekonsul. – Don nie wie, że o nim wiemy.

– Dość kiepski haczyk – Wsiewołod Witaljewicz wzruszył ramionami. – I jak go wykorzystać?

Pocierając skroń, Erast Pietrowicz powiedział niegłośno:

– Jest pewien sposób. Oczywiście wielce ryzykowny, ale ja bym spróbował…

– Nic nie chcę wiedzieć! – przerwał szybko kapitan-lejtnant, robiąc nawet ruch, jakby chciał zatkać uszy. – Żadnych szczegółów. Sam pan nawarzył piwa, sam je pan teraz wypije. Nie ma pan nic do stracenia. Wszystko, co mogę zrobić, to o dwadzieścia cztery godziny opóźnić swój raport, ale musi pan wiedzieć, Fandorin: skieruję to pismo nie do naszego poczciwego ambasadora, lecz wprost do Sankt Petersburga. Tak więc, panowie konsulowie, macie równo dobę. Albo przedstawicie mi odpowiedniego kozła ofiarnego, albo nie oceniajcie mnie źle… – Mścisław Mikołajewicz wytrzymał wieloznaczną pauzę i zakończył, zwracając się już bezpośrednio do Fandorina. – Tylko proszę pamiętać: żadnych pojedynków z Bullcoksem!

– Ale jak mogę odmówić? To p-przecież niehonorowe!

– Nawet nie wiem, co byłoby większą katastrofą w obecnych stosunkach rosyjsko-brytyjskich: gdyby pan zabił Bullcoksa, czy też on pana. – Mścisław Mikołajewicz zamyślił się, lecz rozłożył ręce. – Nie, to wykluczone. Gdy w grę wchodzi honor ojczyzny, Fandorin, trzeba umieć złożyć w ofierze własny honor.

Radca tytularny popatrzył na attaché spode łba.

– Własnego honoru, kapitanie-lejtnancie, nie wolno wyrzekać się nigdy i z żadnych racji.

I znów, napotkawszy na opór, Bucharcew zmienił ton. Porzucił patos, przeszedł do konfidencji.

– Ach, dajmy temu spokój, Eraście Pietrowiczu. Czymże w obliczu historii są nasze drobne ambicje i egoizmy? A przecież ja i pan działamy tu dla dobra ojczyzny. Trwamy na rubieży całej europejskiej kultury. Tak, tak, proszę się nie dziwić. Dużo o tym w ostatnim czasie rozmyślam. A i z panem, Wsiewołodzie Witaljewiczu, spieraliśmy się nie tak dawno, drwiąc z japońskiego zagrożenia militarnego. Ale później wnikliwie to przemyślałem i przyznam: ma pan rację, po tysiąckroć rację, lecz trzeba patrzeć na to szerzej. Problem tkwi nie w malutkiej Japonii. Niebawem nowy Dżyngis – chan obruszy się na Europę. Roją się, na wpół przebudzone, gigantyczne Chiny. Gdy wzbierze ta żółta fala, sięgnie szczytem niebios, zagarniając wszelkie Koree i Mongolie, a samą jej pienistą grzywę zajmie zadziorne wyspiarskie cesarstwo ze swą drapieżną szlachtą i butną nuworyszowską burżuazją! – Głos Mścisława Mikołajewicza rozbrzmiał proroczą nutą, oko zapłonęło ogniem, widać było, że kapitan – lejtnant już wyobraża sobie, jak wygłasza tę mowę przed dostojnikami cesarstwa. – Nowy mongolizm, czyli żółte niebezpieczeństwo – tak godzi się to nazwać. Miriady, miriady okrutnych, wąskookich, krwiożerczych żółtków zaleją niepowstrzymaną faląspokojny przestwór świata, a na drodze chińskiego olbrzyma z japońską głową znów, jak w czasach Hunów i Tatarów, staniemy my, Słowianie… Oto o czym należy myśleć, Eraście Pietrowiczu, a nie o własnym honorze.

Z tą godną pod każdym względem repliką w formie błyskotliwej koleżeńskiej wymówki kapitan-lejtnant podał tyły. Nie wyrzekł już ani jednego zdania, by nie psuć efektu. Po prostu wstał, strzelił po wojskowemu obcasami, rzucił jedno jedyne słowo („Panowie!”) i pomaszerował do drzwi.

Doronin wstał, lecz nie ruszył się z miejsca.

– Shirota pana odprowadzi – powiedział półgłosem.

A odczekawszy chwilę, aż attaché znajdzie się za drzwiami, dodał z pasją:

– Szszszuja! Wszystko to kłamstwo! Żadnych dwudziestu czterech godzin nie poczeka. Już w wagonie machnie donos i zaraz wyśle go do ministerstwa, a kopię bezpośrednio do Trzeciego Oddziału. A żeby nie wyglądało to na zwykłą denuncjację, doda wszystkie te bzdury o żółtym niebezpieczeństwie, które przed chwilą nam zaserwował. – Konsul znużony opadł na fotel. – Poślą mnie na zieloną trawkę, o co zresztą mniejsza. I do diabła z tą służbą! – Nagle wesoło potrząsnął głową. – Wyżyję i bez niej, a do Rosji nie wrócę. Naturalizuję się i przekształcę w Japońca, co? Co pan o tym myśli? – Zaśmiał się, jakby dając poznać, że, ma się rozumieć, żartuje.

Na ten temat radca tytularny nie myślał nic, miał nad czym łamać swą (skądinąd i bez tego uszkodzoną) głowę.

– A więc główny akunin w tej sprawie to Don Tsurumaki – szepnął jakby do siebie.

– Jak pan powiedział? Akunin?

– No tak, główny oprych. Wyjaśniono mi, że japońskie opryszki nie są podobne do innych. To znaczy, oczywiście, też są łotrami i grabią, lecz zgodnie z zasadami i nie bez szlachetnych intencji. Coś w tym rodzaju.

Wsiewołod Witaljewicz uśmiechnął się.

– Japonia – krajem szlachetnych łotrów? Czemu nie. A już Tsurumaki to klasyczny akunin.

– A ja nie jestem pewien… Widzi pan, całkiem nieźle znam tego człowieka. – Fandorin nie zamierzał wdawać się w szczegóły. – On… On nie przypomina perfidnego intryganta. A poza tym czy wypada zaraz ufać przedśmiertnemu zwierzeniu? Już raz popełniłem ten błąd i zawierzyłem Sudze. A on, co teraz jasne, w ostatniej chwili życia myślał tylko o jednym: jak nas skierować na fałszywy trop.

– Onokoji to nie Suga. Tamten to silny, nieugięty człowiek bez lęku przed śmiercią, a pański japoński dekadent do kategorii akuninów bynajmniej się nie zaliczał.

Zamilkli, tym razem myśląc o tym samym. Konsul nic jednak nie wymyślił, pytająco popatrzył na chwytającego się co chwila za skroń zastępcę.

– Mówił pan, że zna jakiś ryzykowny sposób? Sposób na co?

– Na upewnienie się co do podstępu Dona Tsurumakiego. Albo też co do jego niewinności.

– Jak to zrobić?

– Zostałem przecież wyzwany na pojedynek. Czyli będę potrzebował sekundanta, prawda? – Erast Pietrowicz chciał się uśmiechnąć, lecz zamiast tego skrzywił się, czując nowy spazm bólu głowy.


Wierny mój druhu,

Dziś znowu jesteś ze mną -

Zwiesz się ból głowy.

Загрузка...