Erast Pietrowicz spał niedługo, i to wciąż popatrując na zegarek, o wpoi do czwartej zaś cichutko wstał. Jakieś pół minuty patrzył na śpiącą O-Yumi, doznając przemożnego uczucia, niełatwego do wyrażenia w słowach: nigdy jeszcze świat nie zdawał mu się tak kruchy, a przy tym tak trwały; obrócić go mógł w szklane odłamki najsłabszy powiew wiatru, a mógł też ów świat wytrzymać napór najdzikszego huraganu.
Buty wdział radca tytularny w korytarzu. Szarpnął za ramię Masę, który siedział na podłodze przed składzikiem, opuściwszy podbródek na pierś. Sługa zerwał się od razu.
– Idź spać – powiedział szeptem Fandorin. – Neru. Teraz ja popilnuję.
– Hai. – Masa ziewnął i ruszył do swojego pokoju.
Wyczekawszy, aż dobiegnie stamtąd regularne sapanie i pocmokiwanie (czekać wystarczyło nie dłużej niż minutę), Erast Pietrowicz wszedł do księcia.
Jak się zdaje, Onokoji zdołał się w swym schronieniu urządzić całkiem nieźle. Półki z zapasami Masy i drobiazgami właściciela zawieszone były kocami. Na podłodze stała zgaszona lampa, na pustej skrzynce – resztki kolacji. Sam książę spał beztrosko, na wpół otwarłszy w półuśmiechu cienkie wargi. Najwyraźniej jego wysokość przebywał we władzy jakichś słodkich sennych widzeń. Mając w pamięci O-Yumi, widok śpiącego, tak przy tym niemiłego, odczuł Erast Pietrowicz jako bluźnierstwo. Przy tym źródło błogich snów nie budziło wątpliwości – przy poduszce połyskiwała opróżniona strzykawka.
– Proszę wstać. – Fandorin potrząsnął ramię świadka. – Ćśśś, nie bój się pan, to ja.
Ale Onokoji ani myślał się bać. Otwarłszy mętne oczy, uśmiechnął się jeszcze szerzej – działanie narkotyku wciąż trwało.
– Proszę wstać i ubrać się. Uciekamy!
– Na spacerek? – Książę zachichotał. – Z panem, drogi przyjacielu, choć na kraj świata.
Wciągając pantalony i sztyblety, przytupywał, kręcił się, a przy tym bez ustanku szczebiotał, aż trzeba było go upomnieć, by nie hałasował.
Z domu Fandorin wyprowadził swego niespokojnego towarzysza pod ramię. Drugą rękę trzymał na wszelki wypadek w kieszeni, na kolbie gerstala, ale wyjmować rewolweru nie chciał, by nie straszyć księcia.
Mżył deszcz, pachniało wilgocią. Na świeżym powietrzu Onokoji zaczął z wolna dochodzić do siebie. Oglądając się na opustoszały bulwar, zapytał:
– Dokąd mnie pan prowadzi?
– W bezpieczniejsze miejsce – wyjaśnił radca tytularny i Onokoji od razu się uspokoił.
– A ja słyszałem w pana mieszkaniu damski głos – powiedział chytrze. – I ten głos wydał mi się znajomy… Baaardzo znajomy.
– Nie pańska rzecz.
Do trzydziestego siódmego pirsu trzeba było iść długo, z księcia zdążyło wywietrzeć oszołomienie. Już nie gadał, lecz coraz częściej nerwowo rozglądał się na boki, o nic więcej jednak nie pytał. Świadkowi musiało zrobić się zimno – jego ramiona drobno podrygiwały. Być może drżenie było skutkiem zastrzyku.
Chyba doszli. Na niskim godaunie Fandorin zobaczył namalowane białą farbą cyfry „37”. Od brzegu w głąb morza ciągnęło się długie molo, którego początek oświetlała latarnia, a koniec tonął w mroku. Poskrzypywały tam cumy, czerniały sylwety łodzi.
Pod nogami głucho zadudniły deski, gdzieś w dole pluskała woda.
Ciemność nie była już tak nieprzenikniona, niebo zaczynało szarzeć w przeczuciu świtu. Wreszcie ukazał się skraj pirsu. Sterczał tam maszt sporej łodzi, a przed nim na cumowniczym pachołku siedział Asagawa w policyjnym mundurze: widać było kepi i szeroki płaszcz z peleryną.
Erast Pietrowicz puścił z ulgą ramię towarzysza, zamachał do inspektora.
Ów także pomachał w odpowiedzi. Do łodzi pozostawało ze czterdzieści kroków.
„Jakie to dziwne – pomyślał nagle radca tytularny. – Czemu nie rusza na spotkanie?”.
– Proszę tu zostać – powiedział do księcia i sam się zatrzymał.
Siedzący wstał i okazało się, że nie dorównuje wzrostem Asagawie. „Przysłał w zastępstwie policjanta?” – przemknęło przez głowę Erasta Pietrowicza, a ręka już dobywała z kieszeni rewolwer – strzeżonego Pan Bóg strzeże.
Dalej nastąpiło coś niewiarygodnego.
Policjant zerwał z głowy kepi, rzucił płaszcz i nagle znikł. Pod ubraniem nikogo nie było. Tylko czerń!
Książę zawył cienko, a Fandorina spętała mistyczna zgroza, lecz w następnym mgnieniu mrok zafalował, uwidoczniając coraz bliższą sylwetkę w czerni.
Ninja!
Z rozpaczliwym jękiem Onokoji rzucił się do ucieczki na łeb na szyję, a wicekonsul odbezpieczył gerstala i strzelił.
Czarna figura biegła nie prosto, lecz zygzakiem, to kucając, to odskakując i wykonując te manewry w nieprawdopodobnym tempie – Fandorin nie nadążał przesuwać lufy.
Drugi strzał, trzeci, czwarty, piąty, szósty, siódmy. Czyżby żadna kula nie dosięgła celu? Przecież to odległość raptem piętnastu, dziesięciu, pięciu kroków!
Znalazłszy się tuż obok Erasta Pietrowicza, niewidzialny człowiek wysoko podskoczył i nogą wybił gerstala (już zresztą bezużytecznego) z ręki skamieniałego przeciwnika. Rewolwer załomotał o deski pomostu, a wicekonsul ujrzał wprost przed sobą, w wycięciach czarnej maski, parę oczu niczym dwa rozpalone węgle.
Raz zobaczywszy te oczy, nie sposób ich było zapomnieć.
On! To on! Pogromca żmij, człowiek bez twarzy! Żyje!
Nie pojmując, jak to możliwe, i w ogóle niczego już nie pojmując, radca tytularny mimo wszystko nie myślał oddać darmo życia.
Znów, jak z Sugą, przyjął postawę bojową i – hura! – zdołał odbić łokciem pierwszy cios, wymierzony nogą. Teraz zgodnie z nauką jujitsu należało wyzyskać sukces, przejść do ataku. Erast Pietrowicz zrobił wypad (stosowniejszy w boksie), lecz przeciwnika nie trafił. Ten przepuścił nad sobą pięść, sprężyście się wyprostował i nogi Fandorina oderwały się od pomostu. Radca tytularny leciał, obracając się w powietrzu, i póki trwał ten zadziwiający lot, nie myślał o niczym. Potem, kiedy uderzył głową o skraj pomostu, tym bardziej. Zobaczył wybuch, usłyszał nader niemiły trzask, i tyle.
Ale chłodna woda, do której z głośnym pluskiem wpadło ciało pokonanego wicekonsula, przywróciła mu świadomość. Pierwsza myśl (nim jeszcze wynurzył się na powierzchnię) była: „Czemu nie zabił? Bullcox z pewnością kazał mnie zabić!”.
Po twarzy ciekła mu krew, dzwoniło w uszach, ale tracić przytomności Erast Pietrowicz nie zamierzał. Złapawszy za śliski pal, wczepił się w rozporę, podciągnął i jakoś wdrapał na pirs.
Poprzez szum i pływające przed oczyma ogniste kręgi przebiła się druga myśl. Co z księciem? Zdołał uciec? Mógł przecież zdążyć. Jeśli zdołał – jak i gdzie go teraz szukać?
Lecz bez szukania księcia się obeszło. Erast Pietrowicz zrozumiał to, kiedy w dali pod jedyną latarnią zobaczył ciemną kupkę, niczym rzucony stos szmat.
Ściskając palcami krwawiące rozcięcie, Fandorin szedł chwiejnie pomostem bez myśli o niewidzialnym człowieku, bo świetnie wiedział, że ten, gdyby chciał, byłby go zabił.
Utracjusz leżał twarzą w dół. Nad kołnierzykiem, wżarta głęboko w szyję, lśniła stalowa gwiazdka. Radca tytularny wyciągnął ją dwoma palcami. Z rany pociekła krew. Broń do rzucania, domyślił się wicekonsul, dotykając ostrożnie wyostrzonej krawędzi gwiazdki. I bodajże czymś posmarowana.
Znów się zdumiał: czemu niewidzialny człowiek ryzykował, uchylając się od kul? Mógł przecie cisnąć tę zabawkę i po sprawie.
Schyliwszy się (przy szybkim ruchu wszystko wokół niego się zakołysało), przewrócił zwłoki na plecy.
I zobaczył, że Onokoji jeszcze żyje.
W otwartych oczach przelewała się zgroza, drżące wargi chwytały powietrze.
– Nan-ja? Nan-ja? (Co to? Co to?) – wyszeptał umierający. Zapewne ani wiedział, co go powaliło, biegł na złamanie karku, niczego nie widząc; i nagle – cios niżej ciemienia.
– To był ninja. Poszczuł go Bullcox – powiedział Fandorin, walcząc z zawrotami głowy. – Odwiozę pana do lekarza. Do doktora Twiggsa.
Lecz było jasne, że żaden lekarz księciu nie pomoże. Już mętniały mu oczy.
Nagle skrzywił się, sprężył wszystkie siły i powoli, ale wyraźnie powiedział:
– Nie Bullcox… Don…
– Co?
– Don Tsurumaki.
I koniec. Szczęka, drgnąwszy, opadła; spod półprzymkniętych powiek błysnęły białka.
W nadwerężonej głowie tytularnego radcy zadudniło: don-don-don.
Życie dźwięczy tak:
Din-din, tiribom, kuku.
A w końcu: don-don.