W poczekalni na spotkanie wchodzącym podniósł się młody Japończyk, nadzwyczaj poważny w krawacie i binoklach w stalowej oprawie. Na stole, pośród teczek i stosików papieru widniały dwie malutkie flagi: rosyjska i japońska.
– Poznajcie się, panowie. To mój tłumacz, kancelista i bezcenny pomocnik już od lat ośmiu, by tak rzec – anioł stróż i sekretarz, Shirota. Proszę o łaskawe względy.
Fandorin zdziwił się nieco, że konsul od pierwszej chwili znajomości uznał za konieczne napomknąć o smutnej sytuacji rodzinnej swego pracownika. Widać bolesny wypadek zaszedł całkiem niedawno, aczkolwiek strój sekretarza – z wyjątkiem czarnych satynowych zarękawków – nie zdradzał oznak żałoby. Erast Pietrowicz ukłonił się ze współczuciem, czekając na ciąg dalszy, ale Doronin milczał.
– Wsiewołodzie Witaljewiczu, zapomniał pan chyba podać nazwiska – rzekł półgłosem radca tytularny.
Konsul roześmiał się.
– Shirota to nazwisko. Tuż po przyjeździe tutaj tęskniłem strasznie za ojczyzną. Wszyscy Japończycy byli niczym spod jednej sztancy nazwiska zdawały się abrakadabrą. Tkwiłem sam na pustkowiu, o żadnym konsulacie nawet się jeszcze nie śniło. Ani rosyjskiego słowa, ani twarzy. Wpadłem więc na myśl, by otoczyć się miejscowymi o brzmiących znajomo nazwiskach. Lokajem stał się Mikita. Pisze się trzema hieroglifami i oznacza „Pole z trzema drzewami”. Tłumaczem został Shirota, to po japońsku „Białe pole”. A jest jeszcze bajeczna Obayashi-san, którą przedstawię panu później *.
– Czyli że język japoński nie jest aż tak obcy dla rosyjskiego ucha? – spytał z nadzieją Erast Pietrowicz. – Bardzo pragnę jak najszybciej go poznać.
– I obcy, i trudny – zgasił go Wsiewołod Witaljewicz. – Odkrywca Japonii, święty Franciszek Ksawery, rzekł: „Tutejsze narzecze wymyślił szatański sanhedryn na udręczenie głosicieli wiary”. A podobieństwa mogą nieraz spłatać głupie figle. Na przykład moje nazwisko, po naszemu całkiem dźwięczne, sprawiło mi w Japonii niezły kłopot.
– Dlaczego?
– Dlatego, że doro znaczy „brud”, a nin znaczy „człowiek”. „Brudas” – jakież to żenujące dla konsula wielkiego mocarstwa!
– A co znaczy po japońsku „Rosja”? – przeląkł się o ojczyznę radca tytularny.
– Nic dobrego. Pisze się dwoma hieroglifami. Ro-koku, „kraj głupców”. Nasza ambasada już któryś rok z rzędu prowadzi żmudne dyplomatyczne podchody, by Japończycy wykorzystali inny hieroglif ro, znaczący „rosa”. Wtedy zyskalibyśmy wdzięczne miano „kraju rosy”. Ale jak dotąd, daremne zachody.
Sekretarz Shirota, nie biorąc udziału w dyskusji lingwistycznej, stał po prostu z uprzejmym uśmiechem.
– Czy wszystko już gotowe na przyjęcie pana wicekonsula? – zwrócił się doń Doronin.
– Tak jest. Mieszkanie służbowe przygotowane. Jutro rano przyjdą kandydaci na stanowisko kamerdynera. Wszyscy mają bardzo dobre referencje. Gdzie będzie pan życzył sobie się stołować, panie Fandorin? Jeśli u siebie, znajdę panu kucharza.
Japończyk mówił po rosyjsku prawidłowo i niemal bez akcentu, tylko od czasu do czasu mieszał „r” i „1”, na przykład w trudnym wyrazie „sprawdzić”.
– Mnie wszystko jedno. Jadam jak najprościej, więc obejdzie się bez kucharza – wyjaśnił radca tytularny. – Nastawić samowar, pójść do sklepu po zakupy – z tym poradzi sobie i służący.
– Jak przenajświetniej – skłonił się Shirota, zdradzając znajomość stopniowania. – A kiedy wypada spodziewać się pani wicekonsulowej?
Pytanie sformułowane było dość górnolotnie, i Erast Pietrowicz nie od razu uchwycił jego sens.
– Nie, nie. Nie jestem żonaty.
Sekretarz skinął, jakby gotów był na taką odpowiedź.
– W takim razie mogę zaproponować panu do wyboru dwóch kandydatów… to jest dwie kandydatki do roli przyjaciółki. Jedna za trzysta jenów rocznie, lat piętnaście, niezamężna, zna sto angielskich słów. Druga niemłoda, lat dwadzieścia jeden, dwukrotnie zamężna. Rekomendacje od poprzednich mężów wyśmienite, zna tysiąc angielskich słów i wypada taniej: dwieście pięćdziesiąt jenów. Oto fotografie.
Erast Pietrowicz zamrugał długimi rzęsami i zmieszany obejrzał się na konsula.
– Wsiewołodzie Witaljewiczu, ja czegoś tu…
– Shirota proponuje panu wybór konkubiny – objaśnił Doronin, z miną znawcy wpatrując się w zdjęcia, na których uwiecznione były lalkowate niewiasty o spiętrzonych, wymyślnych fryzurach. – Przyjaciółki kontraktowej.
Radca tytularny zmarszczył czoło, lecz nadal nie pojmował.
– Wszyscy tak robią. To wielka wygoda dla oderwanych od domu urzędników, marynarzy i kupców. Mało kto przywozi tu rodzinę. Prawie każdy oficer naszej eskadry Oceanu Spokojnego ma japońską konkubinę. Tu albo w Nagasaki. Zawiera się kontrakt na rok lub dwa z prawem prolongaty. Za skromną sumę zyskuje pan domowe wygody, opiekę, a także żar uczuć. Pan przecież, o ile pojąłem, nie jest zwolennikiem burdeli. Hm… Dziewczyny niezłe. Shirota zna się na tym. – Doronin postukał palcem w jedno ze zdjęć. – Dam panu radę: proszę wziąć starszą. Była już dwa razy zamężna z cudzoziemcami, obejdzie się bez edukacji. Moja Obayashi żyła przede mną z francuskim kapitanem, a potem z amerykańskim spekulantem srebra. A skoro o srebrze… – Wsiewołod Witaljewicz obrócił się do Shiroty. – Prosiłem o przygotowanie dla pana wicekonsula pensji za pierwszy miesiąc i sumy na zagospodarowanie. W sumie sześćset dolarów meksykańskich.
Sekretarz skłonił z szacunkiem głowę i zaczął otwierać szafę pancerną.
– Dlaczego meksykańskich? – spytał Fandorin dla pogłębienia wiedzy.
– Najpowszechniejsza waluta na Dalekim Wschodzie. Co prawda niezbyt wygodna – zauważył konsul, patrząc, jak Shirota wyciąga z sejfu pobrzękujący worek. – Proszę się nie podźwignąć. To dobry pud srebra.
Ale Erast Pietrowicz bez wysiłku uniósł w dwóch palcach nielekkie brzemię – widać nie darmo woził w bagażu żeliwne ciężary. Chciał położyć worek na stole, lecz wstrzymał gest, wpatrzywszy się w wiszące nad stołem sekretarza portrety.
Portrety były dwa. Z lewego spoglądał na Fandorina Aleksander Siergiejewicz Puszkin, z prawego groźnie marszczący gęste brwi Azjata o wysuniętej dolnej szczęce. Miedzioryt z obrazu Kiprieńskiego, dobrze znany radcy tytularnemu, nie wzbudził jego zainteresowania, ale zaintrygował go drugi portret. Był to grubo ciosany barwny drzeworyt, zapewne nie z najdroższych, lecz wykonany tak przemyślnie, że groźny tłuścioch zdawał się patrzeć wicekonsulowi wprost w oczy. Spod otwartego, haftowanego złotem kołnierza wychylała się tęga, naturalistycznie sfałdowana szyja; czoło Japończyka otaczała opaska z szkarłatnym kręgiem pośrodku.
– To też jakiś poeta? – zaciekawił się Fandorin.
– Bynajmniej. To wielki bohater, feldmarszałek Saigō Takamori – objaśnił z uwielbieniem Shirota.
– Ten sam, który zbuntował się przeciw rządowi i skończył ze sobą? – zdziwił się Erast Pietrowicz. – To nie jest uważany za przestępcę państwowego?
– Jest uważany, lecz, tak czy owak, to wielki człowiek. Feldmarszałek Saigō był szczerym człowiekiem. I pięknie umarł. – W głosie sekretarza zadźwięczały metaliczne nutki. – Okopał się na górze z samurajami swojej rodzinnej Satsumy. Żołnierze rządowi otoczyli go ze wszystkich stron i zaczęli wołać: „Proszę się poddać, ekscelencjo! Z honorami dostarczymy pana do stolicy”. Ale feldmarszałek się nie poddał. Walczył tak długo, aż kula trafiła go w brzuch, a potem rozkazał adiutantowi: „Zetnij mi głowę”.
Fandorin milczał chwilę, patrząc na bohaterskiego feldmarszałka. Ależ wyraziste oczy! Zaiste, portret był dziełem mistrza.
– A co tu robi Puszkin?
– Wielki rosyjski poeta – wyjaśnił Shirota i pomyślawszy, dodał: – Też szczery człowiek, pięknie umarł.
– Nie chlebem żywią się Japończycy, tylko czyimś pięknym zgonem. – Wsiewołod Witaljewicz uśmiechnął się. – Ale dla mnie i pana za wcześnie umierać. Robota czeka. Co dziś mamy najpilniejszego?
– Korweta „Jeździec” zamawia sto pudów słoniny i sto pięćdziesiąt pudów ryżu – zaczął raportować Shirota, wyjmując kartki z teczek. – Pierwszy oficer „Hajdamaka” prosi, by jak najszybciej załatwić dok remontowy w Yokosuka.
– To sprawy wchodzące w zakres kompetencji komisantów – objaśnił Fandorinowi konsul. – Komisanci to pośrednicy spośród miejscowych kupców, odpowiadający bezpośrednio przede mną za jakość dostaw i prac. Dalej, Shirota.
– Notatka policji miejskiej. Zapytują, czy wypuścić młodszego mechanika z „Bojana”.
– Proszę napisać, żeby go potrzymali do pojutrza, i niech najpierw zapłaci za rozbitą witrynę. Co jeszcze?
– List od panny Błagolepow. – Tłumacz wyciągnął do konsula otwartą kopertę. – Zawiadamia o śmierci ojca, prosi o wypisanie aktu zgonu, a także uprasza o zapomogę pieniężną.
Doronin nachmurzył się. Wziął list.
– „Zmarł nagle… sama jak palec… na łasce losu… żeby choć na pogrzeb…” No, tak. To, Eraście Pietrowiczu, rutyna, niemniej jednak nie najweselsza strona obowiązków konsula. Troszczymy się nie tylko o żywych, ale i o zmarłych poddanych Cesarstwa Rosyjskiego.
Na wpół pytająco, na wpół z poczuciem winy spojrzał na Fandorina.
– Świetnie pojmuję, że to świństwo z mojej strony… Jest pan wprost z drogi. Ale, wie pan, ogromnie by mi pan pomógł, odwiedzając tę Błagolepow. Muszę jeszcze przygotować mowę na dzisiejszą ceremonię, a zostawiać niepocieszoną pannę do jutra to niebezpieczne. Nie daj Boże, zjawi się tu i wybuchnie płaczem Andromachy… Pojedzie pan, co? W towarzystwie Shiroty. On wypisze i zrobi wszystko, co trzeba, a pan sygnuje tylko świadectwo zgonu.
Fandorin, wciąż jeszcze wpatrzony w portret bezgłowego bohatera, chciał już odrzec: „Ma się rozumieć”, lecz w tymże momencie młodemu człowiekowi zdało się, że wyobrażone czarnym tuszem oczy feldmarszałka błysnęły jak żywe – i to nie tak po prostu, lecz jakby ostrzegawczo. Porażony tym Erast Pietrowicz zrobił krok w przód i aż się schylił. Dziwaczny efekt natychmiast zniknął – pozostał tylko wielobarwny papier.
– Ma się rozumieć – zwrócił się do zwierzchnika radca tytularny. – W tej chwili. Tylko, za pańskim pozwoleniem, zmienię ubiór. Jest najzupełniej nie na miejscu na tak bolesną okoliczność. A co to za osoba?
– Córka kapitana Błagolepowa, który niniejszym rozstał się z tym światem. – Wsiewołod Witaljewicz przeżegnał się, ale bez szczególnej nabożności, raczej machinalnie. – Jak to mówią, daj, Panie, królestwo mu niebieskie, choć nie ma większych szans, by tam trafił. Żałosna postać, spadł na samo dno.
– Zapił się?
– Gorzej. Zaćmił. – Widząc niedowierzanie zastępcy, konsul wyjaśnił: – Opiumista. To dość rozpowszechniony na Wschodzie nałóg. W istocie samo palenie opium, podobnie jak popijanie wina, nie kryje w sobie nic niebezpiecznego, byle znać miarę. Sam lubię czasem raz, drugi pyknąć z fajeczki. Nauczę i pana, jeśli zobaczę, że jest pan rozsądny, a nie jak ten Błagolepow. A pamiętam, że kiedyś był to całkiem inny człowiek. Przybył tu pięć lat temu na zlecenie Pocztowej Kompanii Żeglugi Parowej. Dowodził sporym frachtowcem pocztowym, pływał do Osaki i z powrotem. Kupił piękny dom, sprowadził z Władywostoku żonę i córkę. Lecz gdy żona niebawem zmarła, kapitan z boleści rozmiłował się w tym zielsku. Krok po kroku wszystko prze – ćmił: oszczędności, posadę, dom. Przeniósł się do Tubylczego Miasta, a to dla Europejczyka samo dno upadku. Córka chodzi obdarta, niemal głoduje…
– Lecz skoro stracił posadę, czemu nazywa go pan kapitanem?
– Ot, po starej pamięci. W ostatnim czasie Błagolepow pływał kutrem parowym, woził publiczność po zatoce. Dalej niż do Tokio się nie zapuszczał. Sam sobie kapitanem, majtkiem i palaczem. Trzy osoby w jednej. Kuter z początku miał własny, potem go sprzedał. Pracował za pensję i napiwki. Japończycy najmowali go chętnie, bo to podwójnie ciekawe: popływać na cud-łódce z kominem, a jeszcze gaijin im służy. Cały zarobek Błagolepow zanosił do spelunki. Skończony był człowiek, a teraz wykończył się na dobre…
Wsiewołod Witaljewicz wyjął z kasy ogniotrwałej kilka monet.
– Pięć dolarów dla niej na pogrzeb, zgodnie z przyjętą taksą. Proszę wziąć rachunek, nie zapomnieć.
Westchnąwszy, dobył z kieszeni jeszcze dwa srebrne krążki.
– A to proszę dać tak, bez rozliczenia. Mszę odprawi kapelan okrętowy, ja go umówię. I niech pan powie pannie Błagolepow, że zaraz po pogrzebie ma jechać do Rosji, nic tu po niej. Raz-dwa, a skończy w burdelu. Bilet do Władywostoku wydamy trzeciej klasy. No, proszę już iść. Witam w służbie konsularnej.
Przed wyjściem Erast Pietrowicz nie zdzierżył i raz jeszcze obejrzał się na portret feldmarszałka Saigō; znowu wydało mu się, że wzrok bohatera kryje jakiś message: ni to ostrzeżenie, ni to pogróżkę…
Trzy są sekrety:
Wschód słońca, zgon księżyca.
Wzrok bohatera.