Biały koń w mydle

Ale historia ta nie przekonała Fandorina.

– Przywykłem ufać f-faktom, a te świadczą, że shinobi nie znikli. Któryś z pańskich spasionych nierobów mimo wszystko przeniósł przez wieki sekrety tego strasznego rzemiosła.

– Niemożliwe. – Asagawa pokręcił głową. – Zostawszy dworskimi strażnikami, shinobi zyskali godność samurajów, a to znaczy, że obowiązani byli żyć wedle kodeksu bushido, rycerskiego honoru. Nie zgnuśnieli, lecz po prostu odżegnali się od podłego arsenału przodków: zdrady, oszustwa, zabójstw znienacka. Żaden z wasali szoguna nie śmiałby zachować i przekazać w sekrecie swym dzieciom tak haniebnych nauk. Z całym szacunkiem, panie wicekonsulu, radzę porzucić tę wersję.

– No, a jeśli to nie potomek średniowiecznych ninja? – zawołał doktor. – Jeśli to samouk? Są przecież traktaty ze szczegółowym opisem forteli ninja, ich przyrządów, tajnych wynalazków. Sam czytałem Opowieść o sekretach skradaczy, napisaną w siedemnastym wieku przez niejakiego Kiyonobu ze sławetnego rodu shinobi. Wtedy też pojawiło się dwudziestodwutomowe dzieło Dziesięć tysięcy rzek spływa do morza, ułożone przez Fujibayashi Samuji-Yasutake, latorośl jeszcze innej szacownej wśród ninja familii. Załóżmy, że są też inne, jeszcze bardziej szczegółowe, a szerzej nieznane manuskrypty. Na podstawie takich źródeł można było w pełni wskrzesić utraconą sztukę!

Inspektor powstrzymał się od komentarza, ale wyraz jego twarzy świadczył o tym, że w podobną możliwość nie wierzy. Skądinąd radca tytularny odniósł wrażenie, że rozmowy o shinobi niezbyt Asagawę ciekawią. A może była to japońska powściągliwość?

– Tak więc – jął podsumowywać wcześniejsze wywody Erast Pietrowicz, popatrując uważnie na inspektora – w ręku mamy niewiele. Wiemy, jak wygląda prawdopodobny zabójca kapitana Błagolepowa. To po pierwsze. Ale jeśli ten człowiek włada sztuką shinobi, to z całą pewnością umie zmieniać powierzchowność. Mamy dwa jednakowe odciski palca. To po drugie. Ale czy można zaufać takiemu sposobowi identyfikacji, nie jest pewne. Pozostaje trzecie: gospodarz Rakuena. Proszę powiedzieć, Asagawa-san, czy dała coś pańska inwigilacja?

– Owszem – odparł chłodno Japończyk. – Jeśli skończył pan omawiać swoją wersję, przedstawię, za pańskim pozwoleniem, rezultaty naszych działań.

– P-proszę uprzejmie.

– Minionej nocy o godzinie drugiej minut szesnaście Semushi opuścił Rakuen tajnymi drzwiami, już wcześniej wykrytymi przez moich agentów. Na ulicy zachowywał ostrożność, ale ludzi mamy doświadczonych i Garbus nie zauważył, że jest śledzony. Odwiedził godaun spółki Sakuraja w dzielnicy Fukushima.

– Co to takiego g-godaun?

– Skład, magazyn – szybko wyjaśnił Lockston.

– Dalej, dalej! Co robił w tym godaunie? Jak długo tam był?

Asagawa bez pośpiechu dobył mały zwój pokryty hieroglifami i powiódł palcem po pionowych wierszach.

– Semushi spędził w godaunie czternaście minut. Co tam robił, agenci nie wiedzą. Kiedy wyszedł, jeden z moich ludzi podążył za nim, drugi został.

– Słusznie – przytaknął Fandorin i stropił się: inspektor najwyraźniej znał swój fach i nie oczekiwał akceptacji wicekonsula.

– Po kolejnych siedmiu minutach – wciąż tym samym obojętnym tonem kontynuował Asagawa – z godaunu wyszło trzech mężczyzn. Czy byli to Satsumczycy, nie wiadomo, bo nie rozmawiali ze sobą, ale jeden przyciskał do boku lewą rękę. Agent nie jest całkiem pewien, ale wydało mu się, że ręka ta jest niewładna.

– Suchoręki! – stęknął sierżant. – I czemuż to pan, Go, nic nie gadał?

– Nazywam się Goemon – poprawił Japończyk, najwidoczniej dużo bardziej niż Fandorin przywiązany do swego imienia. Pytanie pozostało bez odpowiedzi. – Agent dostał się do godaunu i przeprowadził rewizję, starając się niczego nie ruszać. Znalazł trzy katany przepięknej roboty. Jedna z nich ma osobliwą rękojeść, oklejoną papierem do szlifowania.

Tu już cała trójka słuchaczy przemówiła jednym głosem.

– To oni! Oni! – Twiggs plasnął w ręce.

– Do diabła! – Lockston wypluł cygaro. – A niech cię szlag, milczku przeklęty!

Fandorin wyraził tę samą myśl oględniej:

– I mówi pan o tym dopiero teraz? Po tym, jak bitą godzinę błądzimy po manowcach szesnastego wieku?

– Pan jest zwierzchnikiem, ja podwładnym – lodowato odparł Asagawa. – Nam, Japończykom, wpojono dyscyplinę i subordynację. Najpierw przemawia starszy, potem młodszy.

– Słyszałeś, Rusty, ten ton? – łypnął na Fandorina sierżant. – Oto, za co tak ich nie lubię. Niby to przebierają w słowach, a tylko patrzą, jak zrobić z ciebie durnia.

Japończyk odciął się, patrząc nadal tylko na radcę tytularnego:

– Do współpracy wzajemna sympatia nie jest konieczna. Erast Pietrowicz nie bardziej niż Lockston lubił, by robiono zeń durnia, dlatego też nader sucho stwierdził:

– Ufam, inspektorze, że to wszystkie fakty, które chciał nam pan przekazać.

– Fakty wszystkie, ale są jeszcze hipotezy. Jeśli przedstawiają one dla panów wartość, za waszym pozwoleniem…

– Ależ mów pan, do diabła! Cóż to za sekrety? – Fandorinowi także puściły nerwy, ale zaraz pożałował wybuchu.

Wargi nieznośnego Japończyka drgnęły w nikłym uśmieszku: „A jakże, czułem, żeś i ty z tej samej gliny, tylko starasz się sprawiać kulturalne wrażenie”.

– Mówię, nic nie ukrywam – tu uprzejmy skłon głowy. – Trzej nieznajomi wyszli z godaunu bez broni. Moim skromnym zdaniem oznacza to dwie rzeczy: po pierwsze, mają zamiar tam wrócić. Po drugie, muszą skądś wiedzieć, że minister Ōkubo ma teraz dobrą ochronę, i albo porzucili swój plan, albo postanowili przeczekać. Niecierpliwość pana ministra i jego niechęć do ochrony osobistej są dobrze znane.

– Godaun, o-oczywista, jest pod obserwacją?

– Bardzo ścisłą i pewną. Z Tokio przysłano mi do pomocy najlepszych specjalistów. Gdy tylko Satsumczycy się zjawią, dostanę sygnał i będzie można dokonać aresztowania. Rzecz jasna, z sankcji pana wicekonsula.

To ostatnie zdanie zabrzmiało tak pełnym szacunku tonem, że Fandorin aż zacisnął zęby, bo zakrawało to wręcz na szyderstwo.

– D-dziękuję. Ale z tego, co słyszę, sam podjął pan decyzję.

– Decyzję tak. Jednakże bez pana aresztowanie byłoby bezprawne. I bez pana, oczywiście, także, panie sierżancie. – Znów drwiąco uprzejmy ukłon.

– A jakże – uśmiechnął się okrutnie Lockston – jeszcze tego brakuje, żeby tubylcza policja szarogęsiła się nam w granicach Settlementu. – Tyle że jedno wam, chłopaki, powiem: do dupy ten wasz plan. Trzeba jak najszybciej lecieć do godaunu, zastawić zasadzkę i capnąć tych typków na podejściu, dopóki są bezbronni i nie dobrali się do szabel.

– Przy całym szacunku dla pańskiego punktu widzenia, mister Lockston, tych ludzi nie można capnąć, dopóki są bezbronni i nie dobrali się do szabel.

– A to niby dlaczego?

– Dlatego że Japonia to nie Ameryka. Musimy mieć dowody przestępstwa. Żadnych poszlak przeciw Satsumczykom nie ma. Aresztować ich można tylko z bronią w ręku.

– Asagawa-san ma rację – zmuszony byt przyznać Fandorin.

– Rusty jesteś tu nowym człowiekiem, nic nie rozumiesz. Przecież jeśli ta trójka to doświadczeni hitokiri, znaczy rezuny, to naszatkują tam kupę luda.

– Albo, co jeszcze pewniejsze, skończą ze sobą i wtedy śledztwo stanie w martwym punkcie – dorzucił doktor. – Toż to samuraje! Nie, inspektorze, pański plan jest naprawdę kiepski!

Asagawa dał im się jeszcze trochę popieklić, po czym powiedział:

– Nie zdarzy się ani pierwsze, ani drugie. Gdyby panowie zechcieli pofatygować się do mnie do komisariatu, pokazałbym, jak zamierzamy przeprowadzić operację. Poza tym z komisariatu do dzielnicy Fukushima jest ledwie pięć minut drogi.


* * *

Keisatsu-sho, japoński komisariat policji, mało przypominał biuro sierżanta Lockstona. Municypalna twierdza praworządności sprawiała imponujące wrażenie. Masywne drzwi z szyldem z brązu, ceglane ściany, blaszany dach, stalowe kraty w oknach więziennej celi. Słowem – twierdza, w tym zawierało się wszystko. Placówka Asagawy zaś mieściła się w niskim budynku z desek, krytym dachówką i przywodzącym na myśl stodołę lub szopę. Co prawda, u wejścia dyżurował wartownik w nienagannym mundurze i wypucowanych butach, ale ten japoński stójkowy był drobniutki, a do tego jeszcze okularnik. Lockston, przechodząc, popatrzył na niego i tylko prychnął.

Wnętrze zaś okazało się całkiem dziwaczne.

Policjanci municypalni snuli się po korytarzach godnie, wręcz sennie, a tu wszyscy mrowili się jak myszy, szybko kłaniając się w biegu i rzucając naczelnikowi krótkie pozdrowienia. Bez przerwy zamykały się i otwierały drzwi. Erast Pietrowicz zajrzał w jedne: dostrzegł rząd biurek, przy każdym malutkiego urzędnika, a wszyscy wodzili co tchu pędzelkami po papierze.

– Dział rejestracji – wyjaśnił Asagawa. – Uważamy to za najważniejszą część pracy policyjnej. Gdy władzy wiadomo, gdzie kto mieszka i czym się zajmuje, liczba przestępstw spada.

Z przeciwległej strony korytarza dochodził dźwięczny stuk, jak gdyby cały tłum rozpuszczonej dzieciarni wodził zapamiętale patykami po parkanie. Erast Pietrowicz, wykorzystując przewagę swego wzrostu, zajrzał w okienko nad drzwiami.

Dwudziestu ludzi w czarnych watowanych strojach i drucianych maskach łupiło, ile wlezie, jedni drugich bambusowymi kijami.

– Zajęcia z szermierki, obowiązkowe dla wszystkich. Ale my nie tu, tylko na strzelnicę.

Inspektor skręcił za róg i wyprowadził gości na podwórze, które uderzyło Fandorina czystością i zadbaniem. Ładna była zwłaszcza miniaturowa, zaciągnięta rzęsą sadzawka, w której godnie zataczał kręgi szkarłatny karp.

– Uwielbia to mój zastępca – wymamrotał Asagawa, jak się zdaje, nie bez zmieszania. – A zwłaszcza kamienne ogrody… Zresztą ja się nie sprzeciwiam.

Fandorin obejrzał się wokół, oczekując, że zobaczy jakieś rzeźby, ale wyciosanych z kamienia roślin nigdzie nie zobaczył. Tylko drobny żwirek, a na nim kilka masywnych polnych kamieni, rozstawionych bez jakiejkolwiek symetrii.

– To, jak się zdaje, alegoria walki porządku z chaosem – rzekł doktor z miną znawcy. – Niezłe, choć może trochę zbyt uproszczone.

Radca tytularny i sierżant spojrzeli na siebie. Pierwszy z zakłopotaniem, drugi ironicznie.

Zeszli pod ziemię, do długiej piwnicy, oświetlonej lampami olejnymi. Sądząc po tarczach strzelniczych i skrzynkach wystrzelonych łusek, znajdowała się tu policyjna strzelnica. Uwagę Fandorina skupiły trzy słomiane kukły ludzkiego wzrostu: każda obleczona w kimono, z bambusowym mieczem.

– Najłaskawiej proszę pana wicekonsula o zapoznanie się z moim planem. – Asagawa podkręcił knoty lamp, zrobiło się jaśniej. – Na moją prośbę pan wiceintendent Suga przysłał dwóch dobrych strzelców z broni krótkiej. Sprawdziłem ich na tych figurach, obaj strzelają celnie. Pozwolimy Satsumczykom wejść do godaunu. Potem przyjdziemy ich aresztować. Tylko we czwórkę: jeden odgrywać będzie starszego, trzej – szeregowych członków patrolu. Gdyby było więcej, Satsumczycy rzeczywiście mogliby skończyć ze sobą, lecz w tym wypadku będą pewni, że z tak małym oddziałem poradzą sobie bez trudu. Dobędą mieczy, a wtedy „starszy” pada na podłogę – jego rola na tym się kończy. Trzej z „patrolu” (dwaj tokijczycy i ja) wyciągają spod płaszczy rewolwery i otwierają ogień. Strzelać będziemy w ręce. W ten sposób, po pierwsze, ujmiemy złoczyńców z bronią w ręku, a po drugie – nie pozwolimy im ujść sprawiedliwości.

Amerykanin trącił Erasta Pietrowicza łokciem w bok:

– Słyszałeś, Rusty! Będą strzelać w ręce! Nie takie to proste, mister Go. Wiadomo, jacy są z Japończyków strzelcy! Plan może niezły, ale nie pan powinien tam iść.

– A kto w takim razie, jeśli wolno spytać? I pozwolę sobie przypomnieć, że moje imię brzmi Goemon.

– Okay! Niech będzie Goemon. Kto ma iść nadziać ołowiem żółto… znaczy się, Satsumczyków? Po pierwsze, oczywiście, ja. Powiedz, Rusty, dobrze strzelasz?

– Tak sobie – skromnie odpowiedział Erast Pietrowicz, umiejący z dwudziestu kroków wpakować cały bębenek w punkt. – Ma się rozumieć, z broni długiej i z podpórki.

– Świetnie! Co do pana, doc, już swoje wiemy. Strzela pan tak, jak rżnie skalpelem. Jest pan tu naturalnie jakby człowiekiem postronnym i wziąć udziału w naszym show nie ma pan obowiązku, ale jeśli się pan nie obawia…

– A skąd! – ożywił się Twiggs. – Ja teraz, wie pan, już żadnej strzelaniny się nie boję. Trafić w cel dużo łatwiej niż, powiedzmy, porządnie połatać mięsień czy założyć szew.

– Zuch, Lance! Teraz, Go, ma pan trójkę swoich „patrolowych”. Wbijemy Rusty’ego i Lance’a w mundury i będziemy odstawiać trzech tępych municypalnych. Pana, za pozwoleniem, weźmiemy na czwartego, niby w charakterze tłumacza. Pogada pan z nimi i lu na podłogę, a resztę zrobimy sami. Zgoda, chłopaki?

– Oczywiście! – z entuzjazmem zawołał doktor, zachwycony perspektywą przygody.

„Mężczyzna – pomyślał Erast Pietrowicz – najbardziej nawet pokojowego fachu, raz wziąwszy broń do ręki, nigdy nie zapomni tego doznania i zapragnie doświadczyć go znowu”.

– Proszę wybaczyć dociekliwość, ale można by zobaczyć, jak panowie strzelacie? – zapytał Asagawa. – Rzecz jasna, nie śmiem wątpić w wasze słowo, ale operacja jest zbyt ważna i odpowiadam za nią przed wiceintendentem, a i przed samym panem ministrem.

Twiggs zatarł ręce.

– No cóż, z chęcią. Czy użyczy mi pan jeden z pańskich godnych uwagi koltów, sir?

Sierżant wręczył mu rewolwer. Doktor zrzucił surdut, zostając w samej kamizelce. Z lekka poruszył palcami prawej ręki, ścisnął kolbę, pedantycznie wycelował i pierwszą zaraz kulą przebił jednej z kukieł słomiany napięstek. Bambusowy miecz upadł na podłogę.

– Brawo, Lance!

Twiggs ugiął się pod mocnym klapsem w plecy, lecz inspektor pokręcił głową.

– Sensei, z całym szacunkiem… Rozbójnicy nie będą stać i czekać, aż pan wyceluje. To przecież nie europejski pojedynek na pistolety. Trzeba strzelać piorunem, a do tego brać pod uwagę, że pański przeciwnik też będzie w ruchu.

Japończyk nacisnął nogą jakąś dźwignię i manekiny zatoczyły nagle krąg na swym drewnianym postumencie niczym na karuzeli.

Lancelot Twiggs mrugnął, opuścił rewolwer.

– Nie. Tego nie ćwiczyłem. Nie dam rady.

– Dawaj mnie!

Sierżant odsunął lekarza. Stanął w rozkroku, ugiął nogi, energicznie wyrwał z kabury kolta i wypalił cztery razy z rzędu. Jedna z kukieł gruchnęła z postumentu, we wszystkie strony frunęły paździerze.

Asagawa podszedł, kucnął.

– Cztery dziury: dwie w piersi, dwie w brzuchu.

– A coś pan myślał! Walter Lockston wali bezbłędnie.

– Nic z tego. – Japończyk wyprostował się. – Potrzebujemy ich żywych. Trzeba bezwarunkowo strzelać w ręce.

– Aha! Proszę spróbować. Łatwo się mówi!

– Zaraz spróbuję. Czy byłby pan uprzejmy zakręcić w drugą stronę? Tylko proszę szybciej, a pan wicekonsul wyda komendę.

Sierżant rozpędził manekiny, tak że aż zamigotało w oczach.

Asagawa stał, trzymał rękę w kieszeni.

– Ognia! – krzyknął Fandorin, i nie domówił jeszcze ostatniej zgłoski tego krótkiego słowa, gdy huknął strzał.

Inspektor wypalił, nie celując, z biodra. Obie kukły zostały na miejscu.

– Oho! – tryumfalnie wykrzyknął Lockston. – Pudło! Zdjął nogę z dźwigni, figury zwolniły i okazało się, że jedna z dzierżących miecz rąk lekko się skrzywiła.

Doktor podszedł, schylił się.

– W samo ścięgno, z taką raną żywy człowiek nie utrzymałby nawet ołówka.

Sierżantowi obwisła szczęka.

– A niech cię, Go! Gdzieżeś się tak wyuczył?

– O, to, to – podchwyci! Fandorin. – Nigdy nie widziałem nic podobnego, nawet we włoskim cyrku, gdzie mistrz strącał kulą orzech z głowy własnej córki!

Asagawa pochylił się skromnie.

– Możecie nazwać to cyrkiem japońskim – powiedział. – Ja tylko połączyłem dwie nasze prastare sztuki: battōjutsu i inu-omono. Pierwsza to…

– Wiem, wiem! – przerwał żywo Erast Pietrowicz. – To sztuka błyskawicznego wyciągania miecza z pochwy. Tego można się nauczyć! A co to takiego inu-omono?

– Sztuka strzelania z łuku do biegnących psów – odparł niezwykły strzelec i radca tytularny od razu zamilkł, pomyślawszy, że nie życzy sobie za taką cenę żadnego cud-strzelania.

– Proszę powiedzieć, Asagawa-san – zapytał Fandorin. – Jest pan pewien, że pozostali dwaj pańscy ludzie strzelają równie dobrze?

– Dużo lepiej. Dlatego moje zadanie to Suchoręki, na niego dość będzie jednej celnej kuli. Ale może i pan wicekonsul chciałby zademonstrować swoją sztukę? Zaraz każę na powrót przyczepić ręce.

Erast Pietrowicz tylko westchnął.

– D-dziękuję. Widzę, że japońska policja świetnie przeprowadzi operację i bez naszego udziału.


* * *

Ale żadnej operacji nie było. Zarzucona sieć nie zgarnęła połowu. Satsumczycy nie wrócili do godaunu ani za dnia, ani w wieczornym zmierzchu, ani w nocnej ciemności.

Gdy promienie wschodzącego słońca zaróżowiły okoliczne wzgórza, Fandorin rzekł do sposępniałego inspektora Asagawy:

– Nie przyjdą.

– Niemożliwe! Samuraj nigdy nie porzuci swojej katany!

Nad ranem mało co zostało z ironicznej pewności siebie Japończyka. Stopniowo bladł, kąciki ust drgały mu nerwowo. Widać było, że z trudem zachowuje resztki opanowania.

Po wczorajszym szyderstwie Fandorin nie odczuwał wobec inspektora najmniejszego nawet współczucia.

– Nie należało aż tak dalece ufać we własne siły – zauważył mściwie. – Satsumczycy dostrzegli pańską inwigilację. Miecze samuraje może i cenią, lecz własną skórę, mimo wszystko, bardziej. Idę spać.

Twarz Asagawy zadrgała męczeńsko.

– A ja zostanę i zaczekam – wycedził przez ściśnięte zęby, już bez wszelkich „za pańskim pozwoleniem” czy „jeśli pan wicekonsul raczy pozwolić”.

– No, no…

Pożegnawszy Lockstona i doktora Twiggsa, Erast Pietrowicz ruszył do domu.

Pusty bulwar okrywał przejrzysty, subtelny obłok mgły, lecz radca tytularny nie widział ani bogatych fasad, ani połyskującej wilgocią jezdni – wzrok jego przykuwało dzieło nadprzyrodzone, noszące miano wschodu nad morzem. Młody człowiek szedł, dumając, że gdyby każdy zaczynał dzień od widoku, jak świat boży napełnia się życiem, światłem i pięknem, ohyda i nikczemność znikłyby z oblicza ziemi. W omytej przez wschód słońca duszy po prostu zbrakłoby na nie miejsca.

Aliści życie Erasta Pietrowicza przyjęło kształt taki, że czarownym rojeniom oddawać się mógł wyłącznie w głębi duszy, i to zaledwie przez chwilę – bezlitosny rozsądek niezwłocznie przywracał wszystkiemu proporcje. „Kontemplacja wschodu nad morzem zmniejszyłaby zapewne poziom przestępczości w pierwszej połowie doby, ale niechybnie okupiłaby to nadwyżka w drugiej – rzekł sobie w duchu radca tytularny. – Człowiek ma tę cechę, że wstydzi się chwil wzruszenia i uniesienia. Trzeba by dla równowagi zmusić całą ludność Ziemi do napawania się i zachodem. To także nieliche widowisko. Ale strach pomyśleć, co by się wówczas działo w dni pochmurne…”.

Fandorin z westchnieniem odwrócił się od kreacji boskiej do pejzażu stworzonego ludzką ręką. W ową czystą, spłukaną przez rosę godzinę i ten prezentował się niezgorzej, acz o ileż mniej doskonale: pod latarnią, z policzkiem na pięści, chrapał opadły z sił marynarz, a na rogu odpychająco szurał miotłą nazbyt gorliwy stróż.

Naraz ten ostatni wypuścił narzędzie pracy, obejrzał się, i w tejże chwili Fandorin usłyszał szybko narastający turkot i krzyk kobiecy. Zza rogu na bulwar wypadła wściekłym pędem lekka dwukółka. Omal nie przekoziołkowała, straciwszy jednym kołem kontakt z jezdnią, ale jakimś cudem odzyskała równowagę. Koń zdołał zawrócić przed samą balustradą, jednakże zwolnił nie na dłużej niż sekundę. Z oszalałym rżeniem rzucił łbem, gubiąc płaty piany, i puścił się obłąkanym galopem wzdłuż brzegu, szybko zbliżając się do Fandorina.

W powoziku siedziała kobieta. Trzymała się oburącz kozła i krzyczała przenikliwie. Rozpuszczone czarne włosy rozwiewał wiatr, kapelusik zapewne dawno zleciał. Wszystko było jasne: koń przeląkł się czegoś, poniósł, a właścicielka nie zdołała utrzymać wodzy.

Erast Pietrowicz nie analizował sytuacji i nie próbował odgadnąć możliwych następstw, tylko zeskoczył z trotuaru i pobiegł w tę samą stronę, w jaką gnał powozik, tak szybko, jak może biec ktoś, kto wciąż się ogląda.

Koń był ładnej białej maści, lecz grubo ciosany i niewysoki w kłębie. Radca tytularny widywał już takie w Jokohamie. Wsiewołod Witaljewicz powiedział, że to typowo japońska rasa, kapryśna i niezbyt odpowiednia do jazdy w zaprzęgu.

Fandorinowi nigdy w życiu nie zdarzyło się zatrzymywać spłoszonego konia, lecz raz podczas niedawnej wojny widział, jak zręcznie uczynił to pewien Kozak, i w imię swej wiecznej pogoni za wiedzą spytał, jak się to robi. „Rzecz główna, łaskawy panie, to nie łap za uzdę – podzielił się nauką naddoński junak. – Uny, kiedy zdumieją, tego nie lubią, ty się na szyi uwieś, łeb ciąg do ziemi i wrzeszcz, ale nie od maci, tylko od serca: «gołąbko, serdeńko, moja ty lubko», to przyjdzie do rozumu, a jeśli źrebiec, to mu trzeba «braciszku» abo i «mój ty zuchu» można”.

Gdy oszalałe stworzenie zrównało się z biegnącym, Erast Pietrowicz posłużył się tą teorią. Skoczył, zawisł na śliskiej od potu szyi, i tu dopiero uświadomił sobie, że nie wie, źrebiec to czy kobyła – nie było czasu sprawdzić. Dlatego też na wszelki wypadek spróbował i „serdeńka”, i „zucha”, „braciszka” i „gołąbki”.

Z początku nie pomogło. Może należało uspokajać konia po japońsku lub zirytował zwierzę balast na szyi, dość że przedstawicielka (czy może przedstawiciel) kapryśnej rasy dziwnie fuknęła, rzuciła głową i spróbowała capnąć radcę tytularnego zębami za ramię. Nie dała rady, wobec czego zaczęła po trosze zwalniać biegu.

Po jakichś dwustu krokach galop wreszcie ustał. Koń zatrzymał się, cały drżąc. Pierś i zad opływały mu strugi zmydlonego potu. Fandorin rozluźnił uścisk. Wstał chwiejnie i w pierwszym rzędzie wyjaśnił kwestię, jaka frapowała go przez cały niedługi, lecz bliski dlań wieczności czas, w którym spełniał rolę hołobli.

– Aha, jednak g-gołąbka – wymamrotał i wtedy dopiero spojrzał na uratowaną damę.

Była to utrzymanka czcigodnego Algernona Bullcoksa, źródło magicznego promieniowania, madame O-Yumi. Jej fryzura się rozsypała, na czoło spłynęło długie pasmo włosów, w rozdarciu sukni widniało białe ramię z purpurowym zadraśnięciem, ale i w tej postaci posiadaczka niezapomnianego srebrnego pantofelka była tak olśniewająca, że radca tytularny zamarł i tracąc równowagę ducha, zamrugał długimi rzęsami. „To nie żadne promieniowanie – przemknęło mu przez głowę – to oślepiająca piękność, dlatego tak nazwana, że można od niej oślepnąć…”.

A jeszcze pomyślał, że wątpliwe, czy w stroju niedbałym jest mu równie do twarzy, jak jej. Jeden rękaw surduta radcy tytularnego, kompletnie oberwany, zatrzymał się na łokciu, drugi rękaw zaś zdołała pogryźć kobyła, pantalony i sztyblety utytłały się w błocie, a najokropniejszy ze wszystkiego był, rzecz jasna, kwaśny odór końskiego potu, którym Erast Pietrowicz przesiąkł od stóp do głów.

– Jest pani cała? – zapytał po angielsku i z lekka się cofnął, by nie urazić jej powonienia. – Ma pani krew na ramieniu…

Spojrzała na otarcie, opuściła niżej wycięcie sukni – ukazał się dołek pod obojczykiem, a Fandorin zadławił się końcem zdania.

– Ach, to ja sama. Zaczepiłam rączką szpicruty – odpowiedziała Japonka i beztrosko strąciła palcem koralową kropelkę.

Glos kurtyzany okazał się zaskakująco niski, nieco ochrypły, w świetle europejskich gustów nieładny, ale dźwięczący czymś, za sprawą czego Fandorin opuścił na chwilę oczy.

Wziąwszy się w garść, znowu spojrzał jej w twarz i zobaczył, że się uśmiecha. Jego zażenowanie musiało ją bawić.

– Widzę, że niezbyt się pani przestraszyła – zauważył.

– Bardzo, ale miałam czas dojść do siebie. Pan tak czule obejmował się z moją Naomi. – W wydłużonych oczach zabłysnęły figlarne iskierki. – Ach, prawdziwy z pana bohater, i gdybym ja z kolei była prawdziwą Japonką, musiałabym spłacać panu dług wdzięczności do końca mych dni. Ale nauczyłam się od was, cudzoziemców, wielu przydatnych rzeczy. Na przykład, że można po prostu powiedzieć: „Dziękuję, sir”, i zamknąć rachunek. Dziękuję, sir. Jestem panu wielce zobowiązana.

Podniosła się z siedzenia i wykonała wytworny dyg.

– Nie ma za co – Fandorin skłonił głowę. Spojrzał na smętnie zwisający rękaw i jak najszybciej go urwał. Bardzo pragnął wciąż słyszeć jej głos, więc zapytał: – O tak wczesnej porze wybrała się pani na spacer? Nie ma jeszcze piątej.

– Co rano jeżdżę na cypel cieszyć się widokiem wschodu słońca nad morzem. To najpiękniejszy widok na świecie – odrzekła O-Yumi, zakładając pasemko włosów za maleńkie, odstające, różowo przeświecające uszko.

Erast Pietrowicz spojrzał na nią z zaskoczeniem. Jak podsłuchała jego niedawne myśli?

– I tak wcześnie pani wstaje?

– Nie. Tak późno się kładę – roześmiała się zadziwiająca kobieta. Śmiech w odróżnieniu od głosu miała bynajmniej nie ochrypły, ale czysty i dźwięczny.

Teraz Fandorin nabrał ochoty, by roześmiała się raz jeszcze, lecz brakło mu konceptu, jak to osiągnąć. Jakiś żart o koniu? Radca tytularny w roztargnieniu poklepał kobyłę po zadzie. Ta w przestrachu łypnęła nań rozpalonym okiem i zarżała żałośnie.

– Okropnie mi szkoda kapelusika – westchnęła O-Yumi, kontynuując doprowadzanie fryzury do porządku. – Był taki śliczny! Zleciał, przepadło! Oto zapłata za patriotyzm. Mój przyjaciel uprzedzał, że japoński koń nie może dobrze chodzić w uprzęży, a ja postanowiłam udowodnić, że przeciwnie.

„Mowa o Bullcoksie” – domyślił się Erast Pietrowicz.

– Teraz już nie poniesie, trzeba tylko poprowadzić ją kawałek za cugle. Jeśli pani pozwoli…

Wziął kobyłę za uzdę i powoli powiódł bulwarem. Miał wielką ochotę się obejrzeć, ale trzymał się twardo. Bądź co bądź, nie jest chłopaczkiem gapiącym się z rozdziawioną gębą na ślicznotki.

Milczenie przeciągało się. Erast Pietrowicz, powiedzmy, ćwiczył charakter, ale czemu milczała ona? Czy ledwie ocalone ze śmiertelnego niebezpieczeństwa kobiety milczą, i to jeszcze w towarzystwie zbawcy?

Przeszła minuta, druga, trzecia. Cisza przestała być po prostu pauzą w rozmowie, zaczęła zyskiwać pewien własny sens. Dobrze wiadomo, choćby na przykład z romansów, że gdy ledwie poznana kobieta i mężczyzna milkną na długo, zbliża ich to bardziej niż wszelka rozmowa.

Nie wytrzymawszy, radca tytularny dyskretnie pociągnął uzdę do siebie, a gdy kobyła rzuciła głową w jego stronę, na wpół się obrócił i zerknął z ukosa na Japonkę.

Jak się okazało, nawet nie myślała, by patrzeć mu w plecy. Otwarła za to lusterko i zajęła się swoją twarzą. Już zdążyła się przyczesać, upiąć włosy i przypudrować nosek. Oto całe wieloznaczne milczenie!

Rozsierdzony z powodu własnej głupoty, Fandorin przekazał Japonce lejce i rzekł twardo:

– Wszystko, łaskawa pani. Koń uspokoił się zupełnie. Może pani jechać dalej, tylko spokojnie i proszę nie rozpuszczać wodzów.

Uchylił jakimś cudem zachowanego na głowie kapelusza i chciał się odwrócić, ale zawahał się: czy wypada tak odejść bez prezentacji? Z drugiej strony: czy nie za wiele honorów dla rozpustnicy, aczkolwiek światowej damy?

Zwyciężyła przyzwoitość.

– Proszę wybaczyć, zapomniałem się przedstawić, jestem…

Powstrzymała go ruchem ręki.

– Nie trzeba. Nazwisko nic mi nie powie, a najważniejsze dojrzę i bez tego.

Obrzuciła go długim, badawczym spojrzeniem. Śliczne wargi drgnęły bezdźwięcznie.

– I cóż pani widzi? – Fandorin uśmiechnął się mimo woli.

– Jak na razie, niewiele. Kocha pana sukces i lubią rzeczy, ale nie znosi los. Przeżył pan na świecie dwadzieścia dwa lata, ale w istocie jest pan starszy, i nie ma w tym nic dziwnego. Bywał pan często o włos od śmierci, utracił połowę serca, a ludzie od tego szybko się starzeją. No cóż, jeszcze raz dziękuję, sir, i żegnam.

Usłyszawszy o połowie serca, Erast Pietrowicz drgnął. Dama wstrząsnęła wodzami, krzyknęła przenikliwie: Yoshi, ikōl, i puściła kobyłę cwałem, wbrew ostrzeżeniu zbyt szybkim.

Koń imieniem Naomi biegł posłusznie, strzygąc miarowo ostrymi, białymi uszami. Podkowy wystukiwały po jezdni wesoły, srebrzysty rytm.


U końca drogi

Wspomnisz, jak biegła przez mgłę

Biała kobyła.

Загрузка...